Pod kołami

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Volker Michels. Posłowie wydawcy do Pod kołami

Przypisy

Tytuł oryginału

UNTERM RAD

Copyright © 1906 by Hermann Hesse

All rights reserved by and controlled through Suhrkamp Verlag Berlin.

Copyright © 2020 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Copyright © for the Polish translation by Media Rodzina Sp. z o.o.

Projekt graficzny serii i układ typograficzny

Andrzej Komendziński

Zdjęcia na okładce

Kiselev Andrey Valerevich/Shutterstock

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

Redaktor serii oryginalnej

Volker Michels

ISBN 978-83-8008-896-2

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 50

mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Pan Joseph Giebenrath, pośrednik handlowy i agent, nie wyróżniał się wśród obywateli miasteczka żadnymi szczególnymi cnotami ani właściwościami. Podobnie do nich miał zdrową, krzepką posturę, pewne zdolności kupieckie idące w parze ze szczerą i gorącą admiracją dla pieniądza, ponadto mały domek z ogródkiem, rodzinny grobowiec na cmentarzu, nieco poszarzałą i wyświechtaną religijność, należny respekt przed Bogiem i zwierzchnością oraz ślepe posłuszeństwo nieugiętym nakazom mieszczańskiej przyzwoitości. Nie gardził kufelkiem, ale nigdy się nie upijał. Bywało, że robił nie zawsze czyste interesy, nigdy jednak nie wykraczał poza formalnie dozwolone granice. Ludzi uboższych od siebie wyzywał od głodomorów, a bogatszych – od snobów. Był członkiem Stowarzyszenia Obywatelskiego i w każdy piątek odwiedzał kręgielnię Pod Orłem, nie omijał też takich okazji, jak wspólne pieczenie, świniobicie czy degustacje i tym podobne wydarzenia. W czasie pracy palił tanie cygara, a po jedzeniu i w niedziele – bardziej wyszukany gatunek.

Jego życie wewnętrzne było życiem filistra. Jeśli miał kiedyś jakieś uczucia, już dawno pokrył je kurz, a sprowadzały się one co najwyżej do tradycyjnego szorstkiego sentymentu rodzinnego, dumy z własnego syna i okazjonalnego wielkodusznego gestu wobec ubogich. Jego kompetencje umysłowe nie wykraczały poza wrodzony, umiarkowany spryt i umiejętność rachowania. Lektury ograniczały się do gazety, dla zaspokojenia zaś doznań artystycznych wystarczało mu doroczne amatorskie przedstawienie Stowarzyszenia Obywatelskiego i od czasu do czasu wizyta w cyrku.

Mógłby zamienić nazwisko i lokum z pierwszym z brzegu sąsiadem, a nic by się nie zmieniło. Albowiem również to, co kryło się w najgłębszych zakamarkach jego duszy – owa nieustannie czujna nieufność wobec każdej dominującej siły czy osobowości, a także instynktowna, zrodzona z zawiści wrogość dla wszystkiego, co niepowszednie, swobodniejsze, wysublimowane, finezyjne – łączyło go ze wszystkimi innymi ojcami rodzin w mieście.

Ale dość o nim. Tylko na wskroś ironiczny portrecista sprostałby zilustrowaniu tak płaskiego żywota oraz jego nieświadomego tragizmu. Ten mężczyzna jednak miał syna jedynaka i to jemu warto poświęcić uwagę.

Hans Giebenrath był bez wątpienia udanym dzieckiem; wystarczyło spojrzeć na niego biegającego z rówieśnikami, by się przekonać, jak bardzo się na ich tle wyróżnia. Ta mała szwarcwaldzka mieścina nie wydawała dotąd takich postaci, nigdy nie wyszedł z niej ktoś, kto by swym spojrzeniem i działaniem wybiegł poza ciasne opłotki. Bóg jeden wie, skąd chłopiec miał te poważne oczy, mądre czoło i elegancję w ruchach. Może po matce? Umarła przed laty, a za jej życia nie zauważono w niej nic szczególnego poza tym, że wiecznie była chorowita i zatroskana. Ojciec nie wchodził w rachubę. A zatem w rzeczy samej gdzieś z góry musiała spaść jakaś tajemnicza iskra w to stare gniazdo, które przez osiem czy dziewięć wieków swego istnienia wydało wielu szacownych obywateli, ale nigdy żadnego talentu czy geniusza.

Kształcony na nowoczesnych teoriach obserwator, pamiętając o słabowitej matce i zacnym wieku rodu, mógłby w owej hipertrofii inteligencji dostrzec symptom zaznaczającej się degeneracji. Na szczęście jednak miasteczko to nie dawało schronienia tego rodzaju ludziom, a młodsi i bystrzejsi spośród urzędników i nauczycieli jedynie z artykułów w czasopismach czerpali mętną wiedzę o istnieniu „nowoczesnego człowieka”. Wciąż można tu było żyć i uchodzić za wykształconego, nie wiedząc, co rzecze Zaratustra; małżeństwa były solidne i często szczęśliwe, a całe życie toczyło się na nieuleczalnie staroświecką modłę. Zasiedziali, majętni obywatele, z których niejeden w ciągu ostatnich dwudziestu lat z rzemieślnika stał się fabrykantem, wprawdzie uchylali przed urzędnikami kapeluszy i zabiegali o stosunki z nimi, między sobą jednak nazywali ich głodomorami i gryzipiórkami. Mimo to, o dziwo, ich najwyższą ambicją było, by posłać swych synów na uniwersytety i wykierować na urzędników. Niestety pragnienie to prawie zawsze pozostawało pięknym, nieziszczonym marzeniem, albowiem ich pociechy najczęściej ledwie kończyły gimnazjum, repetując niejedną klasę.

Zdolności Hansa Giebenratha nie budziły niczyich wątpliwości. Nauczyciele, rektor, sąsiedzi, pastor, koledzy ze szkoły – wszyscy przyznawali, że chłopak ma głowę nie od parady i w ogóle jest wyjątkowy. Tym samym jego przyszłość była jasna i wytyczona. W Szwabii bowiem dla uzdolnionych chłopców, których rodzice nie są bogaci, istnieje tylko jedna jedyna wąska ścieżka: prowadzi ona przez egzamin krajowy do seminarium, potem do kapituły w Tybindze, a stamtąd albo na ambonę, albo na katedrę. Rokrocznie blisko czterdziestu synów tego kraju wstępuje na tę cichą, bezpieczną drogę; niedawno konfirmowani chłopcy, wymizerowani i przepracowani, zgłębiają na koszt państwa różne dziedziny wiedzy humanistycznej, a osiem lub dziewięć lat później rozpoczynają drugą, zazwyczaj dłuższą drogę życiową, którą krocząc, powinni spłacić państwu otrzymane dobrodziejstwa.

Za kilka tygodni znowu miał się odbyć egzamin krajowy. Tak bowiem nazywa się ta coroczna hekatomba, w trakcie której „państwo” wybiera umysłowy kwiat narodu, podczas gdy z miasteczek i wiosek płyną ku stolicy, gdzie ów egzamin przebiega, westchnienia, modlitwy i życzenia niezliczonych rodzin.

Hans Giebenrath był jedynym kandydatem, jakiego miasteczko zamierzało wysłać na te wyczerpujące zawody. Wielki to był honor dla chłopca, ale też drogo okupiony. Po lekcjach szkolnych trwających codziennie do czwartej po południu miał indywidualną godzinę greki u rektora, o szóstej powtarzał łacinę i religię z pastorem, który był tak miły i się na to zgodził, a dwa razy w tygodniu po kolacji chodził na godzinną konsultację do nauczyciela matematyki. W grece, poza czasownikami nieregularnymi, dużo uwagi poświęcano różnorodności składni powodowanej nieodmiennymi częściami mowy, w łacinie chodziło o jasny i zwięzły styl, a zwłaszcza o znajomość wielu subtelności prozodycznych, w matematyce zaś główny nacisk kładziono na skomplikowane równania. Co prawda, jak często podkreślał profesor, pozornie nie mają one znaczenia dla późniejszych studiów i życia, ale właśnie tylko pozornie. W rzeczywistości bowiem są bardzo ważne, ważniejsze zgoła od niejednego przedmiotu głównego, ponieważ rozwijają umiejętności logiczne i są fundamentem wszelkiego jasnego, trzeźwego i efektywnego myślenia.

Aby jednak nie doszło do przeciążenia umysłu i aby wśród ćwiczeń rozumu duch nie poszedł w zapomnienie i nie uwiądł, Hansowi wolno było każdego ranka, na godzinę przed rozpoczęciem lekcji, uczęszczać na nauki dla konfirmantów, gdzie ożywcze tchnienie religijności wlewało się do młodych dusz z katechizmu Brenza, a także pobudzającego wkuwania na pamięć oraz recytowania pytań i odpowiedzi. Niestety chłopiec sam pozbawiał się orzeźwiającej mocy tych nauk i ich błogosławieństwa, wkładając po kryjomu do swojego katechizmu karteczki z zapisanymi greckimi lub łacińskimi słówkami czy ćwiczeniami i zajmując się niemal przez całą godzinę tymi świeckimi naukami. Jego sumienie nie było wszak aż tak zatwardziałe, by ustawicznie nie odczuwał przy tym przykrego niepokoju i cichego lęku. Gdy dziekan zbliżał się do niego czy choćby wywoływał jego nazwisko, za każdym razem wzdrygał się spłoszony, kiedy zaś musiał udzielić odpowiedzi, pot występował mu na czoło i łomotało mu serce. Ale odpowiedzi zawsze były bez zarzutu, także pod względem wysłowienia, do czego dziekan przywiązywał ogromną wagę.

 

Zadania domowe, pisemne lub ustne do nauczenia się na pamięć czy do powtórzenia, gromadzące się w ciągu dnia z lekcji na lekcję, należało potem wszystkie odrobić późnym wieczorem w przytulnym świetle lampy. Ta skupiona praca w błogosławionej atmosferze domowego spokoju, której wychowawca przypisywał szczególnie głębokie i zbawienne działanie, trwała we wtorki i soboty zwykle tylko do dziesiątej, w pozostałe zaś dni do jedenastej, dwunastej, a niekiedy jeszcze dłużej. Ojciec chmurzył się trochę na nadmierne zużywanie nafty, mimo to przyglądał się temu pilnemu studiowaniu z miłą jego sercu dumą. W ewentualnych wolnych chwilach oraz w niedziele, stanowiące przecież siódmą część naszego życia, pilnie zalecana była lektura niektórych nieczytanych w szkole autorów i powtarzanie gramatyki.

– Oczywiście z umiarem, z umiarem! Raz, dwa razy w tygodniu spacer jest konieczny i czyni cuda. Przy ładnej pogodzie można też wziąć ze sobą książkę na przechadzkę. Przekonasz się, jak łatwo i przyjemnie człowiek uczy się na świeżym powietrzu. W ogóle głowa do góry!

W miarę możności zatem Hans trzymał głowę do góry, wykorzystując także spacery na naukę, i snuł się cichy i zatrwożony, ze zmęczoną od niewyspania twarzą i podkrążonymi oczami.

– Co sądzi pan o Giebenracie, chyba zda? – zapytał kiedyś rektora wychowawca klasy.

– Ależ zda, zda! – wykrzyknął rektor. – To mądry chłopak. Niech no tylko mu się pan przypatrzy, jaki jest uduchowiony.

W ciągu ostatnich ośmiu dni owo uduchowienie stało się uderzające. W ładnej i delikatnej twarzy chłopca głęboko osadzone niespokojne oczy jarzyły się mętnym żarem, piękne czoło co rusz marszczyło się delikatnie pod wpływem przebiegających myśli, a wątłe i chude ramiona zwisały wzdłuż ciała ze znużonym wdziękiem jak u Botticellego.

W końcu nadszedł ów czas. Następnego dnia rano miał pojechać z ojcem do Stuttgartu i tam na egzaminie krajowym pokazać, czy godny jest tego, by przekroczyć wąską klasztorną furtę seminarium. Właśnie składał wizytę pożegnalną rektorowi.

– Dziś wieczorem nie wolno ci już pracować – zakończył spotkanie wzbudzający postrach władca z nietypową łagodnością. – Obiecaj mi to. Jutro w Stuttgarcie musisz być świeży i wypoczęty. Pospaceruj jeszcze godzinkę, a potem idź wcześnie do łóżka. Młodzi ludzie potrzebują snu.

Hans zdumiał się, że zamiast mnóstwa rad, których ze strachem się spodziewał, doznał tyle życzliwości, i z westchnieniem ulgi opuścił budynek szkoły.

Wielkie lipy na wzgórzu kościelnym lśniły matowym blaskiem w gorącym słońcu późnego popołudnia, na rynku pluskały i połyskiwały dwie duże fontanny, znad nieregularnej linii dachów wyłaniały się pobliskie granatowoczarne góry porośnięte jodłami. Chłopiec miał poczucie, jakby od długiego czasu już tego widoku nie widział, i wszystko jawiło mu się niezwykle piękne i nęcące. Wprawdzie bolała go głowa, ale przecież dzisiaj już nie musiał się więcej uczyć.

Wolnym krokiem przemierzył rynek, minął stary ratusz, przeciął Marktgasse i przeszedłszy koło kuźni, wkroczył na stary most. Pokręciwszy się po nim przez chwilę tam i z powrotem, usiadł w końcu na szerokiej balustradzie. Przez całe tygodnie i miesiące przechodził tędy dzień w dzień po cztery razy i nawet nie spojrzał na małą gotycką kapliczkę przy moście ani na rzekę, śluzę i młyn, ani też na dziką plażę i brzegi porośnięte wierzbiną, gdzie mieściły się garbarnie jedna przy drugiej, gdzie rzeka była głęboka, zielona i spokojna jak jezioro i gdzie opuszczone gałęzie wierzb zwisały aż do wody.

Przypomniał sobie teraz, ile godzin i dni spędził w tym miejscu, jak często tu pływał, nurkował, wiosłował i łowił ryby. Ach, wędkowanie! Od tego też już prawie odwykł i całkiem to zapomniał, a jeszcze zeszłego roku zalewał się łzami, gdy zabroniono mu chodzić na ryby z powodu przygotowań do egzaminu. Wędkowanie! To była jednak największa frajda przez wszystkie długie lata szkoły. Stać w lekkim cieniu wierzb, słyszeć nieodległy szum młyńskiego jazu, spoglądać na głęboką, spokojną wodę! I ta gra światła na powierzchni rzeki, łagodne drganie długiej wędki, podniecenie, gdy bierze i ciągnie, a potem owa osobliwa radość, kiedy trzyma się w ręce chłodną, spasłą i wywijającą ogonem rybę!

Złapał tu przecież niejednego dorodnego karpia, także niejednego okonia i brzanę, nierzadko brały też delikatne liny i małe, ładnie ubarwione płotki. Długo patrzył na wodę i na widok tego zielonego zakola rzeki popadł w zadumę i smutek, czując, że piękne, swobodne igraszki lat chłopięcych są już bezpowrotnie za nim. Mimowiednie wyciągnął z kieszeni kromkę chleba i formując z miąższu duże i małe kulki, rzucał je do wody, obserwując, jak opadają i są porywane przez ryby. Najpierw pojawiły się maleńkie ukleje, które chciwie zżerały mniejsze kawałki, a te większe głodnymi pyszczkami popychały zygzakiem przed sobą. Potem powoli i ostrożnie nadpłynęła okazalsza sieja, której ciemny i szeroki grzbiet ledwie odcinał się od dna, przezornie okrążyła kulkę chleba, by nagle otworzyć okrągły pyszczek i ją połknąć.

Znad leniwie toczącej się wody unosił się ciepły i wilgotny zapach, parę jasnych obłoków niewyraźnie odbijało się w zielonej tafli, we młynie skrzypiała piła, a oba jazy wtórowały sobie nawzajem chłodnym i głębokim szumem. Chłopiec przypomniał sobie, jak podczas uroczystej konfirmacji w jedną z niedawnych niedziel przyłapał się na tym, że w samym środku ceremonii i podniosłej atmosfery odmieniał w duchu grecki czasownik. Zresztą w ostatnim czasie nierzadko mu się zdarzało, że nie panował nad swoimi myślami i także w szkole zamiast skupić się nad leżącym przed nim zadaniem, dumał jeszcze o poprzednim albo już o następnym. Nie ma co, pięknie się zapowiadał ten egzamin!

Rozkojarzony podniósł się z miejsca i nie mógł się zdecydować, dokąd ma iść. Przestraszył się panicznie, gdy czyjaś mocna dłoń chwyciła go za ramię i przyjazny męski głos zwrócił się do niego:

– Jak się masz, Hans, pójdziesz kawałek ze mną?

Był to szewc Flaig, u którego dawniej czasem przesiadywał wieczorami, lecz ostatnio już długo u niego nie był. Hans ruszył wraz z nim i od niechcenia słuchał, co ów pobożny pietysta miał mu do powiedzenia. Flaig mówił o egzaminie, życzył chłopcu powodzenia i dodawał otuchy, głównym wszakże celem jego tyrady było podkreślenie, że taki egzamin jest rzeczą niewiele znaczącą i zależy od przypadku. Oblanie go to żadna hańba i może przytrafić się najlepszemu, a jeśli spotkałoby to jego, niech pamięta, że Bóg ma względem każdej duszy swoje osobne plany i prowadzi ją własnymi drogami.

Hans nie miał wobec szewca całkiem czystego sumienia. Owszem, żywił szacunek dla niego i jego niewzruszonej, imponującej postawy, ale nasłuchał się mnóstwa kawałów o pietystach i gromko się z nich śmiał razem z innymi, często wbrew sobie; ponadto wstydził się swego tchórzostwa, od pewnego czasu bowiem niemal lękliwie unikał szewca z powodu jego natrętnych pytań. Odkąd był obiektem dumy swoich nauczycieli i nawet sam stał się nieco zarozumiały, majster Flaig często dziwnie spoglądał na niego i nierzadko próbował utrzeć mu nosa. W konsekwencji dusza chłopca stopniowo wymykała się życzliwemu przewodnikowi, zwłaszcza że znajdował się on w fazie największego rozkwitu młodzieńczego buntu i był szczególnie wyczulony na wszelkie zranienie miłości własnej. Idąc teraz u boku perorującego Flaiga, nie domyślał się nawet, z jak wielkim zatroskaniem i dobrotliwością ów mężczyzna patrzy na niego.

Na Kronengasse spotkali pastora. Szewc pozdrowił go z chłodną powściągliwością i nagle przypomniał sobie, że mu się spieszy, pastor bowiem był nowomodny i podobno nie wierzył nawet w Zmartwychwstanie.

– Co słychać? – zapytał chłopca duchowny, idąc z nim dalej. – Chyba się cieszysz, że wreszcie nadeszła ta chwila?

– Tak, oczywiście.

– No to trzymaj się dzielnie! Jak wiesz, wszyscy pokładamy w tobie całą nadzieję. Spodziewam się, że z łaciny popiszesz się szczególnie.

– A jeśli nie zdam? – bąknął nieśmiało Hans.

– Nie zdasz?! – Pastor aż przystanął z przerażenia. – To niemożliwe! Po prostu niemożliwe! Cóż to za pomysły!

– Chciałem tylko powiedzieć, że może się przecież zdarzyć...

– Nie może się zdarzyć, Hans, nie może. Co do tego bądź całkiem spokojny. Pozdrów ode mnie ojca i głowa do góry!

Hans odprowadził go wzrokiem, a potem obejrzał się, szukając szewca. Co to on mówił? Że łacina nie jest wcale taka ważna, jeśli człowiek ma serce i boi się Boga. Łatwo mu mówić! A teraz jeszcze ten pastor! Jemu to już na pewno nie ma się co pokazywać, jeśli przepadnie na egzaminie.

Przybity powlókł się do domu i wszedł do małego, opadającego w dół ogródka. Stała w nim zbutwiała i od dawien dawna nieużywana altanka; kiedyś zbił w niej z desek klatkę i przez trzy lata trzymał tam króliki. Zeszłej jesieni odebrano mu je z powodu egzaminu. Nic nie powinno go rozpraszać.

Także tutaj, w ogrodzie, nie był już dawno. Pusta klatka była w rozsypce, ogródek skalny w rogu pod murem się zapadł, mały drewniany młynek wodny leżał pogięty i połamany przy wodociągu. Przypomniał sobie, jak to wszystko majstrował i wycinał w drewnie, i jak wielką sprawiało mu to radość. Od tamtej pory minęły już dwa lata – cała wieczność. Podniósł młynek, próbował go wyprostować, w końcu złamał go do reszty i wyrzucił za płot. Precz z tym, przecież to wszystko już dawno się skończyło i minęło. W tym momencie przypomniał mu się kolega szkolny August. To on pomógł mu zbudować to koło wodne i naprawić zagrodę dla królików. Całymi popołudniami bawili się tutaj, strzelali z procy, zaczajali się na koty, budowali szałasy i na podwieczorek chrupali surową marchew. Ale później zaczęło się zakuwanie, a August przed rokiem opuścił szkołę i zaczął terminować u mechanika. Od tamtej pory pokazał się tylko dwa razy. Najwyraźniej i on nie miał już czasu.

Cienie chmur przesuwały się szybko nad doliną, słońce zawisło już nad krawędzią gór. Przez chwilę Hans miał poczucie, że zaraz rzuci się na ziemię i się rozbeczy. Po chwili jednak przyniósł z wozowni siekierę i zamachnąwszy się wątłymi ramionami, porąbał klatkę w drobne kawałki. Deski rozlatywały się na wszystkie strony, gwoździe wyginały się ze zgrzytem, wysypało się trochę zgniłej paszy dla królików, jeszcze z zeszłego lata. Walił w to wszystko bez opamiętania, jakby w ten sposób mógł zabić tęsknotę za królikami, za Augustem i za całym swoim dzieciństwem.

– No, no, no! A co się tam dzieje? – krzyknął przez okno ojciec. – Co ty tam rąbiesz?

– Drewno na opał.

Nie mówiąc nic więcej, odrzucił siekierę, wybiegł przez podwórko na ulicę i popędził brzegiem w górę rzeki. W pobliżu browaru stały przywiązane dwie tratwy. Dawniej, w ciepłe letnie popołudnia, potrafił godzinami pływać na nich w dół rzeki, podniecony i zarazem senny od jazdy po wodzie pluskającej między belkami. Wskoczył na luzem unoszące się na wodzie kłody, ułożył się na stercie wikliny i spróbował sobie wyobrazić, że tratwa płynie, to szybciej, to wolniej, mija łąki, pola, wsie i cieniste lasy, przepływa pod mostami i podniesionymi śluzami, a on leży na niej i wszystko znowu jest jak dawniej, kiedy jeszcze na Kapfbergu zbierał trawę dla królików, łowił ryby na brzegu przy garbarni i nie męczył go ból głowy ani zmartwienia.

Zmęczony i posępny dotarł do domu na kolację. Z powodu czekającej ich podróży do Stuttgartu na egzamin ojciec był strasznie zdenerwowany i pytał syna bez ustanku, czy spakował już książki, czy przyszykował sobie czarny garnitur, czy po drodze nie chciałby przejrzeć jeszcze gramatyki, czy dobrze się czuje. Hans odpowiadał krótko i mrukliwie, jadł mało i niebawem powiedział dobranoc.

– Dobranoc, synu. Śpij dobrze! Jutro obudzę cię o szóstej. Czy nie zapomniałeś przypadkiem leksygonu?

– Nie, nie zapomniałem „leksygonu”. Dobranoc!

W swojej izdebce jeszcze długo siedział po ciemku. Jak na razie jedyne dobrodziejstwo wynikające z tej całej historii z egzaminem to ów mały własny pokoik, gdzie mógł być panem siebie i gdzie nikt mu nie przeszkadzał. Tutaj, zmagając się ze zmęczeniem, sennością i bólem głowy, ślęczał do późna w nocy nad Cezarem, Ksenofontem, podręcznikami gramatyki, słówkami i zadaniami matematycznymi, zawzięty, uparty i ambitny, a nierzadko też bliski rozpaczy. Ale przeżył w tym miejscu też inne godziny, które warte były dla niego więcej niż wszystkie utracone zabawy chłopięcej beztroski, niezwykłe chwile z pogranicza jawy i snu, pełne dumy, upojenia i woli zwycięstwa, kiedy to na skrzydłach marzeń i tęsknoty wznosił się ponad szkołę, egzamin i wszystko wokół, ku sferze istot wyższych. Wtedy ogarniało go zuchwałe i błogie przeczucie, że istotnie jest kimś innym i lepszym niż jego pyzaci poczciwi koledzy i że kiedyś będzie mógł spoglądać na nich wyniośle z odległych wyżyn. Także teraz odetchnął tu pełną piersią, jakby powietrze w tej jego izdebce było chłodniejsze i świeższe, usiadł na łóżku i drzemiąc, oddał się na kilka godzin marzeniom, pragnieniom i przeczuciom. Jasne powieki powoli opadły na duże, zmęczone oczy, podniosły się jeszcze raz, zamrugały i opadły znowu. Blada chłopięca twarz oparła się na wątłym ramieniu, cienkie ręce wyciągnęły się znużone wzdłuż ciała. Zasnął w ubraniu, a ciepła, matczyna dłoń snu uciszyła niespokojne fale w jego wzburzonym dziecięcym sercu i wygładziła drobne zmarszczki na jego wdzięcznym czole.

 

Niesłychane! Mimo wczesnej pory pan rektor osobiście pofatygował się na dworzec! Pan Giebenrath, wbity w czarny surdut, nie był w stanie z podniecenia, radości i dumy ustać w miejscu; dreptał nerwowo dookoła rektora i Hansa, przyjmując od zawiadowcy stacji i wszystkich funkcjonariuszy kolei życzenia szczęśliwej podróży i pomyślnego egzaminu, co rusz przekładając z ręki do ręki swój sztywny kuferek. Parasol trzymał to pod pachą, to wciśnięty między kolana, kilkakrotnie upuścił go na ziemię, po czym za każdym razem odstawiał walizkę, aby móc go podnieść. Można by sądzić, że wybiera się do Ameryki, a nie do Stuttgartu z biletem powrotnym. Syn natomiast wydawał się całkiem spokojny, ale gardło ściskał mu jakiś ukryty lęk.

Pociąg wjechał na peron, zatrzymał się, ojciec z synem wsiedli, rektor im pomachał, pan Giebenrath zapalił cygaro, miasto i rzeka znikły w dolinie. Podróż była męczarnią dla obu.

W Stuttgarcie ojciec raptem się ożywił, stał się wesoły, towarzyski i światowy; owładnęła nim rozkosz prowincjusza, który na kilka dni przyjechał do stolicy. Hans tymczasem przycichł i był wylękniony; na widok miasta ogarnęło go głębokie przygnębienie. Obce twarze, butnie wysokie, pompatyczne domy, długie, męczące ulice, tramwaje konne i hałas onieśmielały go i wręcz wywoływały ból. Zatrzymali się u jednej z ciotek, a tam obce pokoje, układność i gadatliwość krewnej, długie bezcelowe przesiadywanie przy stole i ciągłe dodawanie otuchy przez ojca rozstroiły chłopca do reszty. Obcy i zagubiony nie potrafił znaleźć sobie miejsca, a kiedy patrzył na nieznajome otoczenie, na ciotkę i jej wielkomiejski strój, na tapetę w duży wzór, zegar stojący, obrazy na ścianie, lub wyglądał przez okno na gwarną ulicę, czuł się całkowicie pozostawiony sam sobie i wydawało mu się, że minęła cała wieczność, odkąd wyjechał z domu, i że zapomniał wszystko, czego tak mozolnie się uczył.

Po południu chciał jeszcze raz powtórzyć greckie partykuły, ale ciotka zaproponowała spacer. Przez sekundę przemknęła mu przed oczami duszy zieleń łąk i usłyszał szum lasu, toteż z radością zgodził się na przechadzkę. Szybko jednak się przekonał, że w dużym mieście nawet spacer jest innego rodzaju przyjemnością niż w jego rodzinnych stronach.

Poszedł sam z ciotką, ponieważ ojciec składał wizyty znajomym. Już na schodach zaczęła się bieda. Na pierwszym piętrze spotkali otyłą damę o nieprzystępnym wyglądzie, przed którą ciotka dygnęła, tamta zaś od razu zaczęła perorować o czymś z wielką elokwencją. Trwało to ponad kwadrans. Hans stał obok, przyciśnięty do balustrady schodów, obwąchiwany i obszczekiwany przez pieska owej damy; domyślał się niewyraźnie, że także o nim jest mowa, ponieważ otyła jejmość raz po raz mierzyła go przez binokle od góry do dołu. Ledwie potem wyszli na ulicę, ciotka wstąpiła do sklepu i trwało dobrą chwilę, zanim go opuściła. Hans tymczasem stał onieśmielony na ulicy, potrącany przez przechodniów i wyszydzany przez uliczników. Ciotka po wyjściu ze sklepu wręczyła mu tabliczkę czekolady, za którą grzecznie podziękował, chociaż za czekoladą nie przepadał. Na najbliższym rogu wsiedli do konnego tramwaju i teraz przy ciągłym akompaniamencie dzwonka jechali zatłoczonym wagonem ulica za ulicą, aż w końcu dotarli do szerokiej alei i parku. Tryskała w nim fontanna, kwitły ogrodzone ozdobne rabatki, w niedużym sztucznym stawie pływały złote rybki. Przechadzali się więc tam i z powrotem lub krążyli w kółko w tłumie innych spacerowiczów, wśród mnóstwa twarzy, bardziej lub mniej eleganckich strojów, rowerów, wózków inwalidzkich i wózków dziecięcych, słysząc gwar głosów i wdychając ciepłe, przesycone kurzem powietrze. Wreszcie usiedli na ławce obok innych osób. Prawie przez cały czas ciotka mówiła bez ustanku, teraz zaś westchnęła i uśmiechnąwszy się serdecznie do chłopca, zachęcała go, aby zjadł czekoladę. On jednak nie chciał.

– Dobry Boże, chyba się nie wstydzisz? No jedzże, proszę!

Wyjął zatem tabliczkę, przez chwilę zmagał się ze staniolem i w końcu odgryzł maleńki kawałek. Nie znosił czekolady, lecz nie odważył się wyznać tego ciotce. Podczas gdy wciąż jeszcze ssał ten kawałeczek i się nim dławił, ciotka dostrzegła w roju spacerowiczów znajomego i zerwała się z miejsca.

– Zostań tu, ja zaraz wrócę.

Z westchnieniem ulgi Hans skorzystał ze sposobności i cisnął czekoladę daleko w trawnik. Potem machając rytmicznie nogami, gapił się na mrowie ludzi i czuł się nieszczęśliwy. Wreszcie zaczął znowu przepowiadać sobie czasowniki nieregularne, ale ku swemu śmiertelnemu przerażeniu już prawie nic nie pamiętał. Po prostu wszystko zapomniał! A nazajutrz egzamin!

Tymczasem wróciła ciotka, która dowiedziała się właśnie, że tego roku do egzaminu krajowego przystępuje stu osiemnastu kandydatów. Ale przyjętych zostanie jedynie trzydziestu sześciu. Na wieść o tym chłopcu serce podeszło do gardła i przez całą drogę powrotną nie odezwał się ani słowem. W domu rozbolała go głowa, znowu nie chciał nic jeść i wyglądał tak żałośnie, że ojciec zwymyślał go porządnie, i nawet ciotka uznała, że jest nie do zniesienia. W nocy spał ciężkim i głębokim snem, dręczony okropnymi koszmarami. Widział siebie siedzącego wśród stu siedemnastu uczniów na egzaminie, egzaminator raz przypominał pastora, raz ciotkę i piętrzył przed nim góry czekolady, którą kazano mu zjeść. I podczas gdy on, zalewając się łzami, wkładał kawałek po kawałku do ust, inni chłopcy jeden po drugim wstawali i znikali w jakichś małych drzwiach. Wszyscy zjedli już swoją górę, jego porcja zaś rosła i rosła w oczach, pęczniała poza stół i ławkę, jakby chciała go udusić.

Następnego dnia rano, gdy Hans pił kawę, nie spuszczając oka z zegara, aby, broń Boże, nie spóźnić się na egzamin, w jego rodzinnym miasteczku wspominało go wiele osób. Przede wszystkim szewc Flaig. Podczas tradycyjnej modlitwy przed poranną kaszą, gdy jego rodzina wraz z czeladnikami i dwoma uczniami otoczyła kołem stół, majster dodał do pacierza takie słowa:

– Panie, wyciągnij swą pomocną dłoń także ku uczniowi Hansowi Giebenrathowi, który przystępuje dzisiaj do egzaminu, pobłogosław go, pokrzep i spraw, aby stał się kiedyś prawym i odważnym głosicielem twego boskiego imienia!

Pastor wprawdzie nie modlił się za Hansa, przy śniadaniu jednak rzekł do żony:

– Mały Giebenrath właśnie zaczyna swój egzamin. Kiedyś będzie z niego nie byle kto, już on ściągnie na siebie uwagę świata, a wtedy wyjdzie mi to na dobre, że pomogłem mu w łacinie.

Wychowawca przed rozpoczęciem lekcji zwrócił się do uczniów:

– W tej chwili rozpoczyna się w Stuttgarcie egzamin krajowy, życzymy Giebenrathowi dużo szczęścia, chociaż on i bez niego sobie poradzi, bo byłby w stanie zakasować z dziesięciu takich leni jak wy.

Także koledzy niemal wszyscy bez wyjątku myśleli o nieobecnym, zwłaszcza ci, którzy porobili zakłady o wynik egzaminu.

A ponieważ żarliwe wstawiennictwo i serdeczna życzliwość bez trudu pokonują duże dystanse i działają na odległość, Hans czuł, że myślano o nim w domu. Mimo to z bijącym sercem, odprowadzony przez ojca, wszedł do sali egzaminacyjnej, onieśmielony i wystraszony słuchał wskazówek famulusa, a potem rozejrzał się po wielkim pomieszczeniu wypełnionym pobladłymi chłopcami niczym jakiś przestępca po izbie tortur. Lecz gdy pojawił się profesor i nakazawszy ciszę, podyktował tekst łacińskiego ćwiczenia stylistycznego, Hans z ulgą stwierdził, że jest ono śmiesznie łatwe. Szybko i niemal z uśmiechem na ustach napisał je na brudno, potem powoli i starannie przepisał tekst na czysto i był jednym z pierwszych, którzy oddali pracę. Wprawdzie pomylił później drogę do domu ciotki i przez dwie godziny błąkał się po rozgrzanych upałem ulicach miasta, nie zmąciło to jednak w żadnej mierze jego odzyskanej równowagi. Wręcz się cieszył, że jeszcze na chwilę umknął ciotce i ojcu i czuł się podczas tej wędrówki przez obce i pełne zgiełku stołeczne ulice jak śmiały poszukiwacz przygód. Gdy w końcu rozpytując przechodniów, z trudem odszukał drogę i znalazł się w domu, zasypano go pytaniami: