Gertruda

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Volker Michels. Posłowie wydawcy do Gertrudy

Przypisy

Tytuł oryginału:

GERTRUD. ROMAN.

Copyright © 1910 by Hermann Hesse

All rights reserved by and controlled through Suhrkamp Verlag Berlin.

Copyright © 2019 for the Polish edition by Media Rodzina Sp. z o.o.

Projekt graficzny serii i układ typograficzny

Andrzej Komendziński

Zdjęcia na okładce

Paradise studio / shutterstock

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki – z wyjątkiem cytatów w artykułach i przeglądach krytycznych – możliwe jest tylko na podstawie pisemnej zgody wydawcy.

Redaktor serii oryginalnej

Volker Michels

Tekst powieści na podstawie wydania Wydawnictwa Przedświt, Warszawa 1991

ISBN 978-83-8008-701-9

Media Rodzina Sp. z o.o.

ul. Pasieka 24, 61-657 Poznań

tel. 61 827 08 50

mediarodzina@mediarodzina.pl www.mediarodzina.pl

Konwersja: eLitera s.c.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Gdy patrzę z zewnątrz na swoje życie, nie wygląda ono na szczególnie szczęśliwe. Ale wolno mi je chyba nazwać mniej nieudanym, mimo wszelkich pomyłek. Ostatecznie to bardzo naiwne, takie pytanie o szczęście i nieszczęście, bo zdaje mi się, że dni najnieszczęśliwsze przyszłoby mi oddać z większym trudem niż wszystkie pogodne. Jeżeli w życiu człowieka chodzi o to, by nieuniknione przyjmować z pełną świadomością, prawdziwie smakować złego i dobrego i obok zewnętrznego losu budować sobie los wewnętrzny, właściwszy, nieprzypadkowy, to moje życie nie było ani biedne, ani złe. Podczas gdy zewnętrzne przeznaczenie przetoczyło się nade mną tak jak nad innymi, nieuchronnie i za zrządzeniem bogów, to jednak moja dola wewnętrzna była mym własnym dziełem, którego słodycz lub gorycz mnie tylko przypada w udziale i za które wyłącznie sam zamierzam odpowiadać.

Będąc młodszym, niekiedy pragnąłem zostać poetą. Gdybym nim był, nie zdołałbym oprzeć się pokusie prześledzenia swego życia aż po delikatne cienie czasów dzieciństwa i miłe sercu, tkliwie strzeżone źródła najwcześniejszych wspomnień. A tak jest mi ta własność nazbyt droga i święta, bym chciał ją sam sobie zniszczyć. O moim dzieciństwie da się powiedzieć tylko tyle, że było piękne i pogodne; pozwolono mi, bym sam odkrywał swoje upodobania i talenty, sam stwarzał sobie największe radości i najdotkliwsze cierpienia i uważał przyszłość nie za obcy wyrok, lecz nadzieję i zdobycz własnych sił. I tak oto przeszedłem przez szkoły jako nielubiany i mało zdolny, ale spokojny uczeń, któremu na koniec pozostawiono wolną rękę, bo zdawał się nie tolerować silnych wpływów innych.

W wieku lat sześciu lub siedmiu pojąłem, że spośród wszystkich niewidzialnych mocy muzyka zdolna jest poruszyć i zawładnąć mną najsilniej. Od tamtej pory miałem swój własny świat, swoje schronienie i swoje niebo, którego nikt nie mógł mi zabrać lub uszczuplić i którego z nikim nie pragnąłem dzielić. Byłem muzykiem, choć do dwunastego roku życia nie uczyłem się gry na żadnym instrumencie i nie myślałem o tym, by w przyszłości zarabiać na chleb muzykowaniem.

I od tamtej pory tak już zostało, nie zmieniwszy się w niczym istotnym. Dlatego kiedy spoglądam wstecz, moje życie nie wydaje mi się barwne i różnorakie, lecz od samego początku nastrojone na jeden podstawowy ton i skierowane na jedną jedyną gwiazdę. Choćby układało się rozmaicie, raz źle, raz dobrze, me wewnętrzne życie pozostawało niezmienne. Nawet gdy przez długi czas dryfowałem po obcych wodach, nie tykając ni nut, ni instrumentu, to i tak o każdej godzinie miałem we krwi i na ustach jakąś melodię, a w zaczerpnięciu oddechu takt i rytm. Choćbym nie wiem jak pożądliwie szukał innej drogi, by się wyzwolić, zapomnieć, oswobodzić, choćbym nie wiem jak silnie spragniony był Boga, poznania i pokoju, wszystko to zawsze znajdowałem jedynie w muzyce. Nie musiał to być Beethoven czy Bach: to, że w ogóle istnieje muzyka na świecie, że niekiedy takty i harmonia mogą przepełnić człowieka aż po głębię serca, niezmiennie stanowiło dla mnie głębokie pocieszenie i uzasadnienie wszelkiego życia. Muzyka! Przypomina ci się jakaś melodia, śpiewasz ją bezgłośnie, w duchu, przepełniasz nią swoją istotę, ona bierze we władanie wszystkie twoje siły i ruchy – i na tych kilka chwil, gdy żyje w twoim wnętrzu, przyćmiewa wszystko, co w tobie przypadkowe, złe, smutne, surowe, każe współbrzmieć światu, ciężkie czyni lekkim, a skostniałe uskrzydla! Wszystko to sprawić może melodia ludowej piosenki! A co dopiero harmonia! Już samo miłe dla ucha współbrzmienie czysto nastrojonych dźwięków syci duszę urokiem i słodyczą, potęgując się przy każdym kolejnym rozbrzmiewającym tonie, a niekiedy rozpala serce i wprawia je w tak upojne drżenie, jakiego nie potrafi wywołać żadna inna rozkosz.

Spośród wszelkich wyobrażeń czystej błogości wyśnionych przez lud i poetów dla mnie najważniejsza i najbardziej tkliwa była zawsze błogość pochodząca z nasłuchiwania harmonii sfer. O nią ocierały się moje najgłębsze i najzłocistsze marzenia – między jednym i drugim uderzeniem serca słyszeć, jak kosmiczna budowla i wszelkie życie rozbrzmiewają w swej tajemnej, przyrodzonej harmonii. Jakże to możliwe, by życie było tak chaotyczne, rozstrojone i zakłamane, by wśród ludzi panowały kłamstwo, zło, zazdrość i nienawiść, gdy przecież każda najdrobniejsza pieśń i najskromniejsza muzyka tak wyraźnie głoszą, że czystość, harmonia i braterskie współbrzmienie jasnych dźwięków otwiera niebo! I jak ja sam mogę urągać i się gniewać, skoro właśnie ja, mimo dobrej woli, nie potrafiłem uczynić z mego życia ni pieśni, ni żadnej czystej muzyki. Wprawdzie w głębi duszy czuję tego nieuniknionego wierzyciela, nienasyconą tęsknotę za klarownym, miłym, błogim w sobie rozbrzmiewaniem i przebrzmiewaniem, moje dni jednak pełne są przypadkowości i dysonansów, i gdziekolwiek bym się zwrócił czy zapukał, nigdzie nie słyszę w odpowiedzi dźwięku głośniejszego i jasnego.

Ale dosyć tego, teraz chcę opowiadać. Gdy zastanowię się, dla kogo zapisuję te strony, kto właściwie ma nade mną taką władzę, że może żądać ode mnie wyznań i zdolny jest przełamać moją samotność, muszę nieuchronnie wypowiedzieć drogie mi imię kobiece, w którym zawiera się nie tylko znaczna część mych przeżyć i losu, ale które wznosi się ponad wszystkim niczym gwiazda i wzniosły symbol.

ROZDZIAŁ DRUGI

Dopiero w ostatnich latach szkoły, gdy wszyscy moi koledzy zaczęli mówić o swych przyszłych zawodach, również i ja zacząłem się nad tym zastanawiać. Myśl, by muzykę uczynić zawodem i sposobem zarabiania na życie, była mi właściwie obca; nie potrafiłem jednak wyobrazić sobie żadnej innej profesji, która mogłaby sprawiać mi przyjemność. Wprawdzie handel czy inne rodzaje działalności, które proponował mi ojciec, nie wzbudzały we mnie odrazy, ale pozostawiały mnie obojętnym. Ponieważ jednak moi koledzy z taką dumą opowiadali o wybranych przez siebie drogach, być może więc jakiś głos wewnętrzny także mnie natchnął myślą, że chyba dobre i słuszne byłoby uczynienie profesji z tego, co i tak wypełnia me myśli i jest jedynym źródłem szczerej radości. Dobrze się zatem złożyło, że od dwunastego roku życia podjąłem naukę gry na skrzypcach i pod kierunkiem dobrego nauczyciela czegoś naprawdę się nauczyłem. Chociaż ojciec ogromnie się opierał i trwożył, widząc, że jego jedyny syn wybiera niepewną karierę artysty, ów sprzeciw akurat podsycał moją wolę, a nauczyciel, który mnie lubił, z całych sił wspierał moje pragnienie. Na koniec ojciec się poddał, lecz dla wypróbowania mej wytrwałości i w nadziei na zmianę zamierzeń zaordynowano mi dodatkowy rok w szkole, który odsiedziałem w miarę cierpliwie, umacniając się tylko w swym postanowieniu.

Podczas tego ostatniego roku szkolnego po raz pierwszy zakochałem się w ładnej pannie z kręgu naszych znajomych. Nie widując jej zbyt często, a także nie pożądając tego mocno, przeżywałem rozkosze i męki słodkich poruszeń pierwszej miłości jak we śnie. I w tym czasie właśnie, gdy w ciągu dnia równie intensywnie myślałem o mojej muzyce i o mojej ukochanej, a w nocy z powodu cudownego pobudzenia nie mogłem spać, po raz pierwszy z pełną świadomością zatrzymałem w sobie melodie, które przyszły mi do głowy, dwie niewielkie pieśni, i próbowałem je zapisać. Przepełniło mnie to wstydliwą, lecz przejmującą rozkoszą, wobec której niemal całkiem zapomniałem o niepoważnych udrękach miłosnych. Gdy zaś niedługo potem się dowiedziałem, że moja ukochana pobiera lekcje śpiewu, bardzo zapragnąłem usłyszeć ją kiedyś. Po miesiącach życzenie to spełniło się podczas wieczornego przyjęcia w domu moich rodziców. Urodziwą dziewczynę poproszono, by zaśpiewała, na co ona zaprotestowała gwałtownie, nie miała jednak wyboru, a ja czekałem na ten popis z nieopisanym napięciem. Przy naszym małym, wąskim fortepianiku akompaniował jej jakiś mężczyzna – zagrał kilka taktów, po czym włączyła się ona. Ach, śpiewała źle, żałośnie źle, i podczas gdy kontynuowała swój występ, moja konsternacja i męka przerodziły się we współczucie, a potem w wesołość, i wkrótce wyzwoliłem się od tego zakochania.

 

Byłem wytrwałym, wcale nie leniwym, ale i nie wyśmienitym uczniem, lecz w ostatnim roku prawie w ogóle przestałem się starać. Winne były temu nie ociężałość i nie moja miłość, lecz stan młodzieńczego rozmarzenia i zobojętnienia, otępienie zmysłów i głowy, jedynie od czasu do czasu przerywane nagle i gwałtownie, gdy jedna z tych cudnych godzin przedwczesnego twórczego upojenia spowijała mnie niby w eterową zasłonę. Czułem się otoczony nadzwyczaj czystym, krystalicznym powietrzem, w którym nie było możliwe ani fantazjowanie, ani wegetowanie, gdzie wszystkie zmysły ulegały wyostrzeniu i przyczajały się na czatach. Nie mogę powiedzieć, by wiele powstało w tych godzinach, może z dziesięć melodii i kilka zaczątków harmonicznych kompozycji, ale powietrza tych chwil nie zapomniałem nigdy, tego nadzwyczaj klarownego, niemal zimnego powietrza i tej naprężonej koncentracji myśli, by nadać melodii właściwy, jedyny, już nieprzypadkowy przebieg oraz rozwiązanie. Zadowolony z tych małych osiągnięć bynajmniej nie byłem i nigdy nie uważałem ich za coś trwałego i dobrego, zdałem sobie jednak sprawę, że w moim życiu nic nie będzie równie ważne i upragnione jak powrót owych godzin jasności i tworzenia.

Ale nieobce mi też były dni bujania w obłokach, kiedy to improwizowałem na skrzypcach i poddawałem się odurzeniu ulotnych pomysłów i barwnych nastrojów. Niebawem jednak zrozumiałem, że nie było to prawdziwe tworzenie, lecz zwykłe granie i sycenie się nim, którego powinienem się wystrzegać. Dostrzegłem, że czym innym jest poddawanie się marzeniom i rozsmakowywanie w czarownych chwilach, a czym innym bezlitosne i trzeźwe zmaganie się niby z wrogiem z tajemnicami formy. I już wtedy zauważyłem również to, że prawdziwa sztuka czyni samotnym i wymaga od nas czegoś, co nadwątla naszą radość życia.

Nareszcie byłem wolny, szkołę miałem za sobą, rodzicom powiedziałem do widzenia i jako uczeń stołecznego konserwatorium rozpocząłem nową egzystencję, będąc pełen ogromnych oczekiwań oraz przekonany, że w szkole muzycznej będę prymusem. Ku memu bolesnemu żalowi stało się jednak inaczej. Kosztowało mnie wiele wysiłku, by nadążyć we wszystkich zajęciach, lekcje gry na fortepianie, które były obowiązkowe, uważałem tylko za męczarnię i niebawem całe te moje studia wydały mi się górą, na której czubek nie sposób się wspiąć. Wprawdzie nie byłem skłonny się poddać, ale czułem się zawiedziony i skrępowany. Zrozumiałem, że przy całej swej skromności miałem się jednak za kogoś w rodzaju geniusza, a trud i przeciwności towarzyszące drodze ku sztuce istotnie zbagatelizowałem. Do tego jeszcze komponowanie obrzydło mi zupełnie, ponieważ teraz przy najmniejszym zadaniu widziałem jedynie piętrzące się trudności i masę reguł, nauczyłem się nie dowierzać swoim uczuciom i już nie wiedziałem, czy jest we mnie choćby iskra oryginalnej mocy. I tak powoli rezygnowałem, stałem się mały i smutny, a to, co do mnie należało, wykonywałem wcale nie inaczej, niż czyniłbym to w jakimś kantorze lub innej szkole, czyli pilnie i bez radości. Skarżyć się oczywiście nie mogłem, a już najmniej w swoich listach do domu, toteż szedłem dalej drogą, na którą wstąpiłem, pełen cichego rozczarowania, zamierzając zostać przynajmniej przyzwoitym skrzypkiem. Ćwiczyłem i ćwiczyłem, cierpliwie znosiłem obelgi i drwiny nauczycieli, widziałem, jak inni, po których w ogóle bym się tego nie spodziewał, posuwali się bez trudu naprzód i zbierali pochwały, i wyznaczałem sobie coraz niższe cele. Albowiem również gra na skrzypcach nie szła mi tak, bym miał prawo być z tego dumny i myśleć o karierze wirtuoza. Wyglądało na to, że przy dużej pilności mógł być ze mnie w ostateczności przydatny rzemieślnik, grający w jakiejś niedużej orkiestrze na swych skromnych skrzypkach bez wstydu, ale i bez chwały, i zarabiający w ten sposób na chleb.

Taki był ten czas, na który czekałem z tak ogromnym utęsknieniem i po którym obiecywałem sobie tak wiele, jedyny w moim życiu, gdy opuszczony przez ducha muzyki kroczyłem ścieżkami pozbawionymi radości i przepędzałem dni pozbawione dźwięku i harmonii. Tam, gdzie szukałem rozkoszy, uniesienia, blasku i piękna, znalazłem jedynie wymagania, reguły, obowiązki, przeciwności i niebezpieczeństwa. Jeśli przyszła mi do głowy jakaś muzyka, to albo była banalna, albo po raz setny powielona bądź wyraźnie sprzeczna z wszelkimi prawami sztuki, w związku z czym nie mogła być wiele warta. Spakowałem więc wszystkie wielkie myśli i nadzieje. Byłem jednym z tysięcy, którzy z młodzieńczą arogancją chcą zbliżyć się do sztuki i którym nie starcza siły, gdy trzeba potraktować to serio.

Stan ten trwał chyba trzy lata. Miałem już ponad dwadzieścia lat, niewątpliwie wybrałem zły zawód i szedłem dalej tą drogą powodowany jedynie wstydem i poczuciem obowiązku. Muzyka przestała istnieć, były tylko palcówki, trudne ćwiczenia, sprzeczności w harmonice, przytłaczające lekcje gry na fortepianie u zjadliwego nauczyciela, który we wszystkich mych staraniach widział wyłącznie stratę czasu.

Gdyby ów stary ideał nie żył jeszcze we mnie gdzieś w ukryciu, mogłoby mi się powodzić w tamtych latach całkiem dobrze. Byłem wolny i miałem przyjaciół, byłem urodziwym, kwitnącym młodzieńcem, synem majętnych rodziców. Chwilami umiałem z tego korzystać: bywały dni radości, miłostki, libacje, wakacyjne wycieczki. Nie potrafiłem jednak znaleźć w tym wszystkim dla siebie otuchy, uporać się szybko z obowiązkami i przede wszystkim cieszyć się z mych młodych chwil. Nie umiałem zapomnieć i zagłuszyć zawodu. Tylko raz udało mi się to naprawdę.

Był to najbardziej nierozsądny dzień mojej nierozsądnej młodości. Biegałem wówczas za uczennicą słynnego nauczyciela śpiewu H. Jak się zdaje, była w podobnym położeniu co ja, przybyła z wielkimi nadziejami, natrafiła na surowych nauczycieli, a nie będąc przyzwyczajona do pracy, zaczęła nawet sądzić na koniec, że straciła głos. Nie przepracowywała się zatem, flirtowała z kolegami i umiejętnie doprowadzała nas wszystkich do szaleństwa, co wcale nie było trudne. Miała ognistą, żywą i barwną urodę, która szybko więdnie.

Piękna Liddy, ilekroć ją widziałem, zawsze obezwładniała mnie swoją naiwną kokieterią. Nigdy nie kochałem się w niej zbyt długo, często zapominałem o niej zupełnie, ale gdy znajdowałem się w jej pobliżu, za każdym razem zakochanie pochłaniało mnie na nowo. Bawiła się mną podobnie jak innymi, rozpalała w nas krew, upajała się swą władzą, a sama angażowała w to jedynie pełną ciekawości zmysłowość własnej młodości. Była bardzo ładna, ale tylko wtedy, gdy mówiła lub się poruszała, gdy śmiała się swym ciepłym, głębokim głosem, tańczyła lub ubawiona kpiła z zazdrości swych wielbicieli. Zawsze gdy widziałem ją w towarzystwie, w którym i ja się znajdowałem, wróciwszy potem do domu, śmiałem się sam z siebie i dowodziłem sobie, że człowiek mojego pokroju nie może zakochać się na poważnie w tej milutkiej trzpiotce. Niekiedy jednak udawało się jej znowu jednym gestem, jednym ciepło wyszeptanym słowem podniecić mnie do tego stopnia, że rozgorączkowany i szalony krążyłem przez pół nocy wokół jej domu.

Przeżywałem właśnie krótki okres rozbrykania i na wpół wymuszonej wesołości. Po dniach przygnębienia i tępej ciszy moja młodość w gwałtowny sposób zaczęła domagać się ruchu i odurzenia, wobec czego przyłączyłem się do swawoli i figli kilku moich rówieśników. Uchodziliśmy za beztroskich, zuchwałych, ba, wręcz niebezpiecznych warchołów, co w odniesieniu do mojej osoby było pomyłką, i cieszyliśmy się w oczach Liddy i jej małego kręgu wątpliwą, ale jednak słodką sławą bohaterów. Co z tego postępowania było naturalną młodzieńczą wesołością, a co celowym zamroczeniem, dzisiaj nie jestem w stanie rozstrzygnąć, ponieważ dawno już wyrosłem z takich zachowań i wszelkich zewnętrznych przejawów młodzieńczości. Jeśli była w tym przesada, to odpokutowałem za nią.

W pewien zimowy dzień, kiedy nie mieliśmy zajęć, wybraliśmy się za miasto w osiem czy dziesięć osób. Wśród nich była też Liddy z trzema koleżankami. Wzięliśmy ze sobą sanki, które wtedy uchodziły jeszcze za dziecięcą zabawę, i w pagórkowatej okolicy poza miastem szukaliśmy dróg i zboczy nadających się do zjeżdżania. Dokładnie pamiętam tamten dzień, było niezbyt zimno, od czasu do czasu na kwadrans pokazywało się słońce, cudownie pachniało śniegiem. Dziewczęta w swych kolorowych ubraniach i chustach wspaniale wyglądały na białym tle, rześkie powietrze było upajające, a żywy ruch w tej świeżości – rozkoszą. W naszej małej grupce panował wesoły nastrój, przerzucaliśmy się przezwiskami i kpinami, odpowiedzią na nie były śnieżki, które prowokowały małe bitwy, aż wreszcie rozgrzani i oblepieni śniegiem uspokajaliśmy się na chwilę, żeby zaczerpnąć tchu, po czym zaczynaliśmy od nowa. Zbudowaliśmy ogromną twierdzę ze śniegu, którą oblegaliśmy i zdobywaliśmy szturmem, zjeżdżając od czasu do czasu po niewielkim zboczu na sankach.

Około południa, kiedy po tym ciągłym szturmowaniu poczuliśmy wściekły głód, udaliśmy się na poszukiwanie i znaleźliśmy jakąś wioskę, a w niej dobrą gospodę; zamówiwszy zupę i pieczyste, zawładnęliśmy pianinem, śpiewaliśmy, krzyczeliśmy, prosząc raz po raz o wino i grog. Pojawiło się jedzenie i zostało uroczyście spożyte, niezłe wino płynęło obficie, na koniec dziewczęta zażyczyły sobie kawy, podczas gdy my próbowaliśmy likierów. W małej izbie był taki krzyk i zgiełk, że aż nam wszystkim dymiło z głów. Przez cały czas znajdowałem się w pobliżu Liddy, która tego dnia, będąc łaskawie usposobiona, wyróżniała mnie szczególnymi względami. W atmosferze przesyconej zabawą i upojeniem rozkwitła wręcz cudownie, roziskrzyła swe ładne oczy i przyzwalała na w połowie śmiałą, w połowie lękliwą czułość. Zaczęliśmy grę w fanty, które należało wykupić przez naśladowanie przy pianinie jednego z naszych nauczycieli, a niektóre także przez całusy, przy czym ich liczba i jakość były przedmiotem dokładnej obserwacji.

Kiedy rozpaleni i rozswawoleni opuszczaliśmy gospodę, aby wyruszyć w drogę powrotną, było dopiero wczesne popołudnie, ale powoli zaczynało już zmierzchać. Znowu szaleliśmy w śniegu niczym rozbrykane dzieci, bez pośpiechu zmierzając w stronę miasta przez cicho zapadający wieczór. Udało mi się pozostać u boku Liddy, sam pasowałem się na jej rycerza, co nie pozostało bez sprzeciwu innych. Ciągnąłem ją na sankach i broniłem jej, jak umiałem, przed ciągle ponawianymi kanonadami śnieżek. Wreszcie dano nam spokój, każda z dziewcząt znalazła sobie towarzysza, i jedynie dwaj samotni panowie ciągnęli za nami, przekomarzając się wojowniczo. Nigdy nie byłem tak podniecony i cudownie zakochany jak w tamtej godzinie; Liddy wzięła mnie pod rękę i pozwalała, bym idąc, trochę ją do siebie przytulał. Ona tymczasem albo rozprawiała z ożywieniem, albo milczała – błogo i, jak mi się zdawało, obiecująco u mego boku. Płonąłem i byłem zdecydowany wykorzystać tę sposobność najlepiej, jak umiałem, albo przynajmniej podtrzymać ów stan zażyłej czułości tak długo, jak tylko to możliwe. Nikt też nie miał nic przeciwko temu, gdy tuż przed miastem zaproponowałem dłuższą trasę i skręciłem w piękną drogę biegnącą półkolem stromo ponad doliną, z rozległym widokiem na koryto rzeki i miasto pobłyskujące z oddali migotliwymi szeregami latarni i tysiącem czerwonych świateł.

Liddy wciąż jeszcze trzymała mnie pod ramię, nie przeszkadzając mi mówić, przyjmowała moją płomienną egzaltację ze śmiechem, ale sama sprawiała wrażenie również mocno podekscytowanej. Gdy jednak z lekką przemocą przyciągnąłem ją do siebie i próbowałem pocałować, uwolniła się i odskoczyła w bok.

– Proszę spojrzeć – zawołała, zaczerpnąwszy powietrza. – Zjedźmy na tę łąkę w dole! A może się pan boi, bohaterze?

Zerknąłem w dół i się zdziwiłem, stok bowiem był tak stromy, że przez moment rzeczywiście ogarnął mnie strach przed zuchwałą jazdą.

– To niemożliwe – rzuciłem od niechcenia – jest już za ciemno.

Natychmiast zaatakowała mnie drwiąco, nie kryjąc oburzenia, nazwała mnie tchórzem i zapowiedziała, że zjedzie sama, jeśli ja zbyt się boję, by jej towarzyszyć.

 

– Na pewno się wywrócimy – stwierdziła ze śmiechem – ale to przecież jest najzabawniejsze.

Gdy tak się ze mną drażniła, przyszedł mi do głowy pewien pomysł.

– Dobrze, zjedziemy – rzekłem. – Jeśli się wywrócimy, możesz mnie natrzeć śniegiem, ale jeżeli znajdziemy się na dole bez przygód, należy mi się nagroda.

Liddy roześmiała się tylko i usiadła na sankach. Spojrzałem jej w oczy, które żarzyły się ciepło i wesoło, po czym usiadłem przed nią, poleciłem, by trzymała się mnie mocno, i ruszyłem. Poczułem, jak mnie objęła, krzyżując ręce na mojej piersi, chciałem jej krzyknąć coś jeszcze, ale już nie zdążyłem. Zbocze było tak urwiste, iż miałem wrażenie, że spadamy w próżnię. Próbowałem dotknąć obiema stopami ziemi, żeby zatrzymać lub wywrócić sanki, ponieważ śmiertelny strach o Liddy nagle ścisnął mi gardło. Było jednak za późno. Sanki pędziły niepowstrzymanie w dół, czułem jedynie lodowaty, kłujący podmuch śniegowego pyłu, potem usłyszałem pełen przerażenia krzyk Liddy i już nic więcej. Potworny cios, niczym zadany kowalskim młotem, trafił mnie w głowę, gdzieś odezwał się rozdzierający ból. Ostatnie, co poczułem, to zimno.

Ta krótka, szybka jazda na sankach była pokutą za moją młodzieńczą beztroskę i głupotę. Po niej wraz ze wszystkim innym całkowicie ulotniła się moja miłość do Liddy.

Ominęły mnie zamęt i pełna przestrachu krzątanina, jakie nastąpiły po wypadku. Pozostali znaleźli się w kłopocie. Choć słyszeli krzyk Liddy, początkowo, stojąc na górze i spoglądając w ciemność, śmiali się i przekomarzali, wreszcie jednak się domyślili, że musiało stać się coś złego, zeszli więc z trudem po zboczu, ale wciąż jeszcze potrzebowali czasu, by ochłonąć z odurzenia i wesołości. Liddy była blada i bliska omdlenia, lecz cała i zdrowa, miała jedynie podarte rękawiczki, a jej delikatne białe dłonie były nieco poobcierane i zakrwawione. Mnie zabrano stamtąd w przekonaniu, że nie żyję. Na próżno usiłowałem później odnaleźć jabłoń czy gruszę, o którą roztrzaskały się sanki i moje kości.

Podejrzewano, że uległem wstrząsowi mózgu, na szczęście nie było aż tak źle. Wprawdzie głowa oraz mózg ucierpiały i minęło trochę czasu, nim w szpitalu w końcu odzyskałem przytomność, ale rana stopniowo się zabliźniała, a mózg regenerował. Jedynie złamana w kilku miejscach lewa noga nie chciała wrócić do całkowitej formy. Od tamtego czasu jestem kaleką, który tylko utyka, a nie może już chodzić, biegać czy tańczyć. Tak więc mej młodości niespodziewanie wskazano drogę ku spokojniejszym portom, na którą wkroczyłem nie bez wstydu i oporu. Uczyniłem to jednak i czasami wręcz odnoszę wrażenie, że gdyby nie tamta wieczorna jazda na sankach i jej skutki, moje życie nie byłoby pełne.

Oczywiście myślę tu nie tyle o złamanej nodze co o innych konsekwencjach wypadku, które były o wiele sympatyczniejsze i pogodniejsze. Czy to za sprawą samego nieszczęścia i towarzyszącego mu strachu oraz spojrzenia w czarną czeluść, czy też w następstwie długiego leżenia i kilkumiesięcznego wyciszenia i refleksji – kuracja miała na mnie dobroczynny wpływ.

Sam początek długiego okresu pozostawania w łóżku, czyli mniej więcej cały pierwszy tydzień, całkowicie zniknął z mej pamięci. Bardzo długo powracałem do stanu pełnej świadomości, a również później byłem osłabiony i zobojętniały. Przyjechała moja matka i przez wszystkie te dni wytrwale czuwała przy mnie w szpitalu. Kiedy na nią spoglądałem i wypowiadałem kilka słów, wydawała się niezwykle pogodna i ucieszona, chociaż, jak się później dowiedziałem, straszliwie się o mnie bała – nie o moje życie, lecz o moją głowę. W cichym i jasnym szpitalnym pokoiku niekiedy długo gawędziliśmy ze sobą. Jednakże porozumienie między nami nigdy nie było nazbyt głębokie, zawsze bowiem czułem się silniej związany z ojcem. W tamtej chwili jakby złagodnieliśmy – ona pod wpływem współczucia, a ja wdzięczności – i pragnęliśmy pojednania, lecz oboje zanadto przywykliśmy do wzajemnego wyczekiwania i gnuśnego pozostawiania spraw własnemu biegowi, by ta budząca się serdeczność mogła odnaleźć drogę do naszych słów. Spoglądaliśmy na siebie zadowoleni, nie mówiąc nic o tym, co czuliśmy. Znowu była moją matką, ponieważ leżałem chory, a ona mogła mnie pielęgnować; ja zaś na nowo patrzyłem na nią przepełniony chłopięcymi uczuciami i chwilowo nie pamiętałem o niczym innym. Rzecz jasna, później nasz dawny stosunek powrócił i oboje unikaliśmy rozmowy na temat mojego pobytu w szpitalu, gdyż i mnie, i matkę wprawiało to w zakłopotanie.

Powoli zaczynałem rozumieć swoje położenie, a ponieważ gorączka już minęła i wydawałem się spokojny, lekarz nie robił dłużej tajemnicy z tego, że chyba na zawsze pozostanie mi pamiątka po wypadku. Moja młodość, którą nie zdążyłem się jeszcze w pełni świadomie nacieszyć, została dotkliwie okrojona i zubożona, a ja miałem dość czasu, by się z tym pogodzić, ponieważ pozostałem w łóżku przez kolejne trzy miesiące.

Gorączkowo próbowałem ogarnąć w myślach własną sytuację i stworzyć sobie obraz przyszłości, nic z tego jednak nie wyszło. Nie nadawałem się jeszcze do wytężonego myślenia, od razu czułem się zmęczony i zapadałem w odprężającą drzemkę, dzięki której natura sama chroniła mnie przed lękiem i desperacją, zmuszając do uzdrawiającego wypoczynku. Ale i tak moje nieszczęście dręczyło mnie niejedną godzinę i niejedne pół nocy, a ja nie zdołałem wymyślić niczego, co przyniosłoby mi pocieszenie.

I zdarzyło się którejś nocy, że po zaledwie kilku godzinach lekkiej drzemki się obudziłem. Miałem wrażenie, że przyśniło mi się coś dobrego, toteż z całych sił usiłowałem przypomnieć to sobie, lecz na próżno. Czułem się zadziwiająco dobrze i lekko, jakbym wszystko, co niemiłe, przezwyciężył i miał już za sobą. I gdy tak leżałem, rozmyślając i czując wokół siebie delikatne prądy uzdrawiającej energii i wyzwolenia, na usta napłynęła mi melodia, niemal bezgłośnie nuciłem ją dalej, nie mogąc przestać, i niespodzianie, niczym wyłoniona nagle gwiazda, znowu spojrzała na mnie muzyka, której tak długo byłem obcy, a me serce zaczęło bić jej rytmem i cała ma istota rozkwitła i oddychała nowym, czystym powietrzem. Nie docierało to do mojej świadomości, po prostu było i przenikało mnie cicho, jakby z oddali śpiewały ku mnie przytłumione chóry.

Zanurzony w tym orzeźwiającym na wskroś uczuciu zasnąłem znowu. Rano obudziłem się tak pogodny i beztroski, jak już dawno nie bywałem. Dostrzegłszy to, matka spytała, co jest powodem mojej radości. Zastanowiłem się wtedy i po chwili odpowiedziałem, że od bardzo długiego czasu w ogóle nie myślałem o swoich skrzypcach, a teraz właśnie znowu mi się przypomniały i cieszę się na nie.

– Ale przecież jeszcze długo nie wolno ci będzie grać – wtrąciła nieco lękliwie.

– To nie ma znaczenia, nawet jeśli już nigdy nie będę mógł grać.

Nie rozumiała mnie, a ja nie potrafiłem jej tego wyjaśnić. Zauważyła jednak, że czuję się lepiej i że za tą nieuzasadnioną wesołością nie kryje się żaden wróg. Po kilku dniach ostrożnie znowu zaczęła.

– Powiedz mi, jak to właściwie jest z tą twoją muzyką? Byliśmy niemal przekonani, że już ci obrzydła, ojciec rozmawiał nawet z twoimi nauczycielami. Nie chcemy cię do niczego namawiać, szczególnie teraz, uważamy tylko, że jeśli się pomyliłeś i wolałbyś zrezygnować, to powinieneś to zrobić, a nie przez przekorę czy ze wstydu trwać dalej przy błędnej decyzji. Co ty na to?

W tym momencie przypomniał mi się z całą wyrazistością niedawny czas wyobcowania i zawodu. Próbowałem opowiedzieć matce, co się ze mną działo, i chyba zrozumiała. W tej chwili jednak, rzekłem, znowu jestem pewniejszy swego wyboru, w każdym razie nie chciałbym tak po prostu uciekać, tylko wytrwać na studiach do końca. I tak się stało. Na dnie mojej duszy, tam, gdzie ta kobieta nie mogła wejrzeć, była sama muzyka. Niezależnie od tego, czy powiedzie mi się w grze na skrzypcach czy nie, znowu postrzegałem świat jako harmonijnie rozbrzmiewające dzieło mistrza i wiedziałem, że nie znajdę spełnienia nigdzie poza muzyką. Jeśli mój stan nie pozwoli mi nigdy powrócić do skrzypiec, będę musiał z nich zrezygnować, może trzeba będzie poszukać innego zawodu i, na przykład, zostać kupcem; ale wszystko to nie było nazbyt ważne – jako kupiec czy ktokolwiek inny tak samo będę odczuwał muzykę, w niej żył i nią oddychał. Znowu będę komponował! Bo to nie gra na skrzypcach, jak powiedziałem matce, była źródłem mojej radości, lecz komponowanie, tworzenie, po którym drżały mi ręce. Znowu czułem niekiedy wyraźne wibracje czystej rozkoszy, napięty chłód myśli, jak kiedyś, w mych najlepszych chwilach, i czułem także, że w obliczu tego moja sparaliżowana noga i wszelkie inne zło mają niewielkie znaczenie.