Pan WołodyjowskiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Pan Wołodyjowski
Pan Wołodyjowski
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 22,90  18,32 
Pan Wołodyjowski
Pan Wołodyjowski
Audiobook
Czyta Zdzisław Wardejn
17,50  13,83 
Szczegóły
Pan Wołodyjowski
Audiobook
Czyta Wiktor Zborowski
17,50  13,83 
Szczegóły
Pan Wołodyjowski
Audiobook
Czyta Mieczysław Voit
19,95  15,56 
Szczegóły
Pan Wołodyjowski
Audiobook
Czyta Marek Konopczak
19,90  15,72 
Szczegóły
Pan Wołodyjowski
Pan Wołodyjowski
E-book
14,90  11,77 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Hen­ryk Sien­kie­wicz
Pan Wo­ło­dy­jow­ski


Wydawnictwo Psychoskok

Konin 2016

Henryk Sienkiewicz

„Pan Wołodyjowski”

Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o,

Copyright © by Henryk Sienkiewicz,

Ten utwór nie jest objęty majątkowym prawem autorskim i znajduje się w domenie publicznej, co oznacza że możesz go swobodnie wykorzystywać, publikować i rozpowszechniać.

Na podstawie: Sienkiewicz, Henryk (1846-1916), Pan Wołodyjowski, red. Julian Krzyżanowski, oprac. Maria Skalska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa, 1974

Publikacja zrealizowana w ramach projektu Wolne Lektury (http://wolnelektury.pl).

Reprodukcja cyfrowa wykonana przez Bibliotekę Narodową z egzemplarza pochodzącego ze zbiorów BN.

Opracowanie redakcyjne i przypisy:

Aleksandra Kurzep,

Katarzyna Kwiatkowska,

Marta Niedziałkowska,

Agata Paszkowska,

Aleksandra Sekuła,

Olga Sutkowska.

Skład: Kamil Skitek

Projekt okładki: Jakub Kleczkowski

Zdjęcie okładki © Fotolia - after6pm

ISBN: 978-83-7900-686-1

Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o.

ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin

tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706

wydawnictwo.psychoskok.pl e-mail: wydawnictwo@psychoskok.pl

Wstęp

Po woj­nie wę­gier­skiej, po któ­rej od­był się ślub pa­na An­drze­ja Kmi­ci­ca z pan­ną Alek­san­drą Bil­le­wi­czów­ną, miał tak­że wstą­pić w związ­ki mał­żeń­skie z pan­ną An­ną Bo­rzo­bo­ha­tą Kra­sień­ską rów­nie sław­ny i za­słu­żo­ny w Rze­czy­po­spo­li­tej ka­wa­ler — pan Je­rzy Mi­chał Wo­ło­dy­jow­ski, puł­kow­nik cho­rą­gwi lau­dań­skiej.

Ale przy­szły znacz­ne mi­trę­gi1, któ­re spra­wę opóź­ni­ły i prze­wlo­kły. Pan­na Bo­rzo­bo­ha­ta by­ła wy­cho­wa­ni­cą księż­nej Je­re­mio­wej Wi­śnio­wiec­kiej2, bez któ­rej po­zwo­le­nia żad­ną mia­rą na we­se­le zgo­dzić się nie chcia­ła, mu­siał więc pan Mi­chał pan­nę w Wo­dok­tach z po­wo­du nie­spo­koj­nych cza­sów zo­sta­wić, a sam do Za­mo­ścia po po­zwo­le­nie i bło­go­sła­wień­stwo je­chać.

Lecz nie świe­ci­ła mu po­myśl­na gwiaz­da, gdyż księż­nej w Za­mo­ściu nie za­stał, któ­ra dla edu­ka­cji sy­na do Wied­nia na dwór ce­sar­ski się uda­ła.

Wy­trwa­ły ry­cerz po­dą­żył za nią i do Wied­nia, choć mu to si­ła3 cza­su za­bra­ło. Tam za­ła­twiw­szy szczę­śli­wie spra­wy, z do­brą otu­chą do oj­czy­zny po­wra­cał.

Cza­sy, wró­ciw­szy, za­stał nie­spo­koj­ne; woj­sko do związ­ku szło, na Ukra­inie bun­ty trwa­ły — od wschod­niej ścia­ny nie gasł po­żar. Za­cią­ga­no no­we woj­ska, aby choć ja­ko ta­ko gra­ni­ce osło­nić.

Za­nim więc pan Mi­chał z po­wro­tem do War­sza­wy do­je­chał, za­stał li­sty za­po­wied­nie na je­go imię z ra­mie­nia wo­je­wo­dy ru­skie­go wy­da­ne. Uwa­ża­jąc zaś, że oj­czy­zna za­wsze przed pry­wa­tą iść po­win­na, my­śli o pręd­kim we­se­lu po­nie­chał, a na Ukra­inę ru­szył. Kil­ka lat w tam­tych stro­nach wo­jo­wał ma­jąc za­le­d­wie spo­sob­ną po­rę list od cza­su do cza­su do utę­sk­nio­nej pa­nien­ki po­słać, ży­jąc w ogniu, w nie­wy­po­wie­dzia­nych tru­dach i pra­cy.

Po­tem do Kry­mu po­sło­wał; po­tem przy­szła nie­szczę­śli­wa, do­mo­wa, z pa­nem Lu­bo­mir­skim woj­na, w któ­rej po stro­nie kró­lew­skiej prze­ciw be­zec­ni­ko­wi one­mu i zdraj­cy wal­czył; po­tem pod pa­nem So­bie­skim znów na Ukra­inę ru­szył.

Ro­sła stąd sła­wa je­go imie­nio­wi4 tak znacz­na, że go po­wszech­nie za pierw­sze­go żoł­nie­rza Rze­czy­po­spo­li­tej uwa­ża­no, ale la­ta pły­nę­ły mu w tro­sce, wzdy­cha­niach, utę­sk­nie­niu.

Aż nad­szedł wresz­cie rok 1668, w któ­rym z roz­ka­zu pa­na kasz­te­la­na na wy­po­czy­nek ode­słan, z po­cząt­kiem la­ta po mi­łą pan­nę po­je­chał i za­braw­szy ta­ko­wą z Wo­dok­tów, do Kra­ko­wa dą­żył.

Księż­na Gry­zel­da bo­wiem, któ­ra już by­ła wró­ci­ła z kra­jów ce­sar­skich, tam go na we­se­le za­pra­sza­ła, sa­ma ofia­ru­jąc się być mat­ką pa­nien­ce.

Kmi­ci­co­wie zo­sta­li we Wo­dok­tach nie spo­dzie­wa­jąc się ry­chłej od Wo­ło­dy­jow­skie­go wia­do­mo­ści i zu­peł­nie no­wym go­ściem, któ­ry się do Wo­dok­tów obie­cy­wał, za­ję­ci. Al­bo­wiem aż do tej po­ry Opatrz­ność od­mó­wi­ła im dzie­ci; te­raz mia­ła na­stą­pić szczę­śli­wa a zgod­na z ich pra­gnie­nia­mi od­mia­na.

Był to nad­zwy­czaj uro­dzaj­ny rok. Zbo­ża wy­da­ły plon tak ob­fi­ty, że gum­na5 po­mie­ścić go nie mo­gły, i ca­ły kraj, jak sze­ro­ki i dłu­gi, okrył się ster­ta­mi. W oko­li­cach, opu­sto­sza­łych przez woj­nę, mło­dy bór urósł jed­nej wio­sny tak znacz­nie, jak w in­nych cza­sach i przez dwa la­ta uróść by nie zdo­łał. By­ła ob­fi­tość zwie­rza i grzy­bów w la­sach, ryb w wo­dach, jak­by ta nie­zwy­czaj­na płod­ność zie­mi udzie­li­ła się wszyst­kim isto­tom na niej za­miesz­ka­łym.

Przy­ja­cie­le Wo­ło­dy­jow­skie­go wy­pro­wa­dza­li stąd po­myśl­ne i dla je­go ożen­ku wróż­by, ale owóż lo­sy po­sta­no­wi­ły ina­czej.

Roz­dział I

Pew­ne­go pięk­ne­go dnia je­sie­nią sie­dział so­bie pod cie­ni­stym da­chem let­ni­ka6 pan An­drzej Kmi­cic i po­pi­ja­jąc miód po­obied­ni, spo­glą­dał przez ob­ro­słe dzi­kim chmie­lem kra­ty na żo­nę, któ­ra prze­cha­dza­ła się pięk­nie ugnie­cio­ną uli­cą przed let­ni­kiem.

Nie­wia­sta by­ła uro­dzi­wa nad mia­rę, ja­sno­wło­sa, o po­god­nej, nie­le­d­wie aniel­skiej twa­rzy.

Cho­dzi­ła z wol­na i ostroż­nie, bo by­ło w niej peł­no po­wa­gi i bło­go­sła­wień­stwa.

Pan An­drzej Kmi­cic pa­trzył na nią okrut­nie roz­ko­cha­ny. Gdzie się ru­szy­ła, tam wzrok je­go zwra­cał się za nią z ta­kim przy­wią­za­niem, z ja­kim pies wo­dzi oczy­ma za pa­nem. Chwi­la­mi zaś uśmie­chał się, bo był z jej wi­do­ku rad bar­dzo, i wą­sa do gó­ry pod­krę­cał.

A wów­czas po­ja­wiał się w je­go twa­rzy pe­wien wy­raz we­so­łe­go hul­taj­stwa. Znać żoł­nierz był z przy­ro­dze­nia kro­to­fil­ny7 i za ka­wa­ler­skich lat mu­siał moc fi­glów na­pła­tać.

Ci­szę w sa­dzie prze­ry­wa­ły tyl­ko od­gło­sy spa­da­ją­cych na zie­mię przej­rza­łych owo­ców i brzę­cze­nie owa­dów. Po­go­da usta­li­ła się cud­nie. Był to po­czą­tek wrze­śnia. Słoń­ce nie pra­ży­ło już za moc­no, ale rzu­ca­ło jesz­cze ob­fi­te zło­te bla­ski. W bla­skach owych lśni­ły się czer­wo­ne jabł­ka wśród sza­rych li­ści sie­dzą­ce tak ob­fi­cie, że drze­wa zda­wa­ły się być ni­mi ob­le­pio­ne. Ga­łę­zie śliw gię­ły się pod owo­cem okry­tym si­wym wo­skiem. Pierw­sze za­po­wied­nie nit­ki pa­ję­czy­ny, po­ucze­pia­ne do drzew, chwia­ły się wraz z le­ciuch­nym po­wie­wem, tak lek­kim, iż nie sze­le­ścił na­wet li­ść­mi.

Mo­że i owa po­go­da na świe­cie na­pa­wa­ła tak pa­na Kmi­ci­ca we­so­ło­ścią, bo ob­li­cze roz­ja­śnia­ło mu się co­raz wię­cej. Wresz­cie po­cią­gnął mio­du i rzekł do żo­ny:

— Oleń­ka, a pójdź ino tu! Coś ci rzek­nę.

— By­le nie coś ta­kie­go, cze­go nie­ra­da słu­cham.

— Jak mi Bóg mi­ły, nie! Daj ucho!

To rze­kł­szy ob­jął ją wpół, przy­su­nął wą­sy do jej ja­snych wło­sów i szep­nął:

— Je­śli bę­dzie chłop, to niech mu bę­dzie Mi­chał.

Ona zaś od­wró­ci­ła twarz nie­co za­pło­nio­ną i od­szep­nę­ła mu z ko­lei:

— A obie­ca­łeś się nie prze­ciw­iać, że­by był He­ra­kliusz?

— Bo wi­dzisz, dla Wo­ło­dy­jow­skie­go...

— Za­li nie pierw­sza pa­mięć dzia­da?

— I me­go do­bro­dzie­ja... Hm! praw­da... Ale dru­gie­mu bę­dzie Mi­chał! Nie mo­że ina­czej być!

Tu Oleń­ka wstaw­szy pró­bo­wa­ła się uwol­nić z rąk pa­na An­drze­ja Kmi­ci­ca, ale on, przy­gar­nąw­szy ją jesz­cze sil­niej do sie­bie, po­czął ca­ło­wać po ustach, po oczach, po­wta­rza­jąc przy tym:

— A mój ty kro­ciu, mój ty­siącu, mo­je ty ko­cha­nie naj­mil­sze!

Dal­szą roz­mo­wę prze­rwał im pa­cho­łek, któ­ry uka­zał się na koń­cu uli­cy i szedł spiesz­nie ku let­ni­ko­wi.

— Cze­go chcesz? — spy­tał Kmi­cic pusz­cza­jąc żo­nę.

— Pan Char­łamp przy­je­chał i cze­ka na po­ko­jach — od­rzekł pa­choł.

— A owóż i on sam! — za­wo­łał Kmi­cic na wi­dok mę­ża zbli­ża­ją­ce­go się ku al­ta­nie. — Dla Bo­ga, jak­że mu wą­sy po­si­wia­ły! Wi­taj, to­wa­rzy­szu mi­ły! Wi­taj, sta­ry kom­pa­nio­nie!

To rze­kł­szy wy­padł z al­ta­ny i biegł na­prze­ciw pa­na Char­łam­pa z roz­two­rzo­ny­mi rę­ko­ma.

Ale pan Char­łamp skło­nił się na­przód ni­sko Oleń­ce, któ­rą za daw­nych cza­sów na kiej­dań­skim dwo­rze u księ­cia wo­je­wo­dy wi­leń­skie­go wi­dy­wał, na­stęp­nie przy­ci­snął jej dłoń do swo­ich nie­zmier­nych wą­sów, za czym do­pie­ro rzu­ciw­szy się w ob­ję­cia Kmi­ci­ca za­ślo­chał na je­go ra­mie­niu.

— Dla Bo­ga, co wa­ści jest? — za­wo­łał zdu­mio­ny go­spo­darz.

— Jed­ne­mu Bóg przy­spo­rzył szczę­ścia — od­rzekł Char­łamp — a dru­gie­mu umknął8. Smut­ku zaś mo­je­go po­wo­dy sa­me­mu tyl­ko wasz­mo­ści opo­wie­dzieć mo­gę.

 

Tu spoj­rzał na pa­nią An­drze­jo­wą, ona zaś do­my­śliw­szy się, że przy niej nie chce mó­wić, rze­kła do mę­ża:

— Przy­ślę wasz­mo­ściom mio­du, a te­raz ich sa­mych zo­sta­wu­ję9...

Kmi­cic po­cią­gnął pa­na Char­łam­pa do let­ni­ka i usa­do­wiw­szy go na ła­wie, za­wo­łał:

— Coć jest? Po­mo­cy ci trze­ba? Licz­że na mnie ja­ko na Za­wi­szę!

— Nic mi nie jest — od­po­wie­dział sta­ry żoł­nierz — żad­nej też po­mo­cy nie po­trze­bu­ję, pó­ki tą oto rę­ką i tą sza­blą ru­chać mo­gę; ale nasz przy­ja­ciel, naj­god­niej­szy w Rze­czy­po­spo­li­tej ka­wa­ler, w sro­gim stra­pie­niu, nie wiem, czy­li dy­cha jesz­cze.

— Na ra­ny Chry­stu­sa! Wo­ło­dy­jow­skie­mu się coś przy­go­dzi­ło?

— Tak jest! — od­rze­cze Char­łamp, no­we stru­mie­nie łez wy­pusz­cza­jąc. — Do­wiedz się wasz­mość, że pan­na An­na Bo­rzo­bo­ha­ta ten oto pa­dół opu­ści­ła.

— Zmar­ła! — krzyk­nął Kmi­cic chwy­ta­jąc się obie­ma rę­ko­ma za gło­wę.

— Ja­ko ptak gro­tem ugo­dzon.

Na­sta­ła chwi­la mil­cze­nia; tyl­ko jabł­ka spa­da­ją­ce bi­ły tu i owdzie cięż­ko w zie­mię; tyl­ko pan Char­łamp sa­pał co­raz gło­śniej, płacz ha­mu­jąc. Kmi­cic zaś za­ła­mał rę­ce i po­wta­rzał ki­wa­jąc gło­wą:

— Mi­ły Bo­że! Mi­ły Bo­że! Mi­ły Bo­że!

— Wasz­mość się nie dziw mo­im ślu­zom10 — rzekł wresz­cie Char­łamp — bo je­śli wa­ści na sa­mą wieść tyl­ko o przy­go­dzie do­lor11 nie­zno­śnie ser­ce ści­ska, cóż do­pie­ro mnie, któ­rym pa­trzył i na jej ko­na­nie, i na je­go bo­leść prze­cho­dzą­cą mia­rę przy­ro­dzo­ną.

Tu wszedł słu­ga z gą­sior­kiem12 na ta­cy i dru­gą szkle­ni­cą, a za nim pa­ni An­drze­jo­wa, któ­ra prze­cie cie­ka­wo­ści po­ko­nać nie mo­gła.

Spoj­rzaw­szy te­raz w twarz mę­ża i wi­dząc w niej głę­bo­kie stra­pie­nie rze­kła za­raz:

— Co to za wie­ści wasz­mość przy­wiózł? Nie od­da­laj­cie­że mnie. Bę­dę was ile się go­dzi po­cie­szać al­bo za­pła­czę z wa­mi, al­bo ra­dą ja­ko­wąś po­słu­żę...

— Już i w two­jej gło­wie ra­dy się na to nie znaj­dzie — od­rzekł pan An­drzej. — Ale bo­ję się, że­byś z ża­lu na zdro­wiu szwan­ku13 nie po­nio­sła.

A ona na to:

— Si­ła ja wy­trzy­mać umiem. Go­rzej żyć w nie­pew­no­ści...

— Anu­sia zmar­ła! — rzekł Kmi­cic.

Oleń­ka przy­bla­dła tro­chę i opu­ści­ła się cięż­ko na ław­kę; my­ślał Kmi­cic, że omdle­je, ale żal wziął w niej gó­rę nad na­gło­ścią wie­ści i pła­kać po­czę­ła, a obaj ry­ce­rze za­wtó­ro­wa­li jej za­raz.

— Oleń­ka — rzekł wresz­cie Kmi­cic pra­gnąc myśl żo­ny w in­ną stro­nę skie­ro­wać — za­li ty nie my­ślisz, że ona w ra­ju?

— Nie nad nią ja, je­no za nią pła­czę i nad pa­na Mi­cha­ło­wym sie­roc­twem, bo co do jej szczę­śli­wo­ści wie­ku­istej, chcia­ła­bym mieć dla sie­bie ta­ką na­dzie­ję zba­wie­nia, ja­ką mam dla niej. Nie by­ło nad nią za­cniej­szej pa­nien­ki, lep­sze­go ser­ca, po­czciw­szej! Oj, mo­ja Anul­ka! Mo­ja Anul­ka ko­cha­na!...

— Wi­dzia­łem jej śmierć — rzekł Char­łamp — nie daj Bo­że ni­ko­mu mniej po­boż­nej.

Tu na­sta­ło mil­cze­nie, aż gdy im nie­co ża­lu łza­mi spły­nę­ło, ozwał się Kmi­cic:

— Po­wia­daj wasz­mość, ja­ko to by­ło, mio­dem w naj­ża­ło­śniej­szych miej­scach prze­pi­ja­jąc.

— Dzię­ku­ję — od­rzekł Char­łamp. — Od cza­su do cza­su prze­pi­ję, je­śli wasz­mość do mnie prze­pi­jesz, bo ból nie tyl­ko za ser­ce, ale i za gar­dziel ja­ko wilk chwy­ta, a gdy chwy­ci, to bez ja­ko­we­goś ra­tun­ku zgo­ła za­dła­wić mo­że. By­ło tak. Je­cha­łem z Czę­sto­cho­wy w ro­dzin­ne stro­ny, by spo­ko­ju na sta­re la­ta za­żyć i na dzier­ża­wie za­siąść. Dość mi już woj­ny, bom ją wy­rost­kiem14 prak­ty­ko­wać po­czął, a te­raz mam już wie­chy15 si­we. Chy­ba że­bym cał­kiem wy­sie­dzieć nie mógł, to jesz­cze pod ja­ką cho­rą­giew ru­szę; aleć owe związ­ki woj­sko­we z krzyw­dą oj­czy­zny, a na po­cie­chę nie­przy­ja­ciół ery­go­wa­ne16 i owe do­mo­we woj­ny do resz­ty mi Bel­lo­nę17 zbrzy­dzi­ły... Mi­ły Bo­że! Pe­li­kan krwią dzie­ci kar­mi, praw­da! Ale tej oj­czyź­nie już i krwi w pier­siach nie sta­je. Świ­der­ski był wiel­ki żoł­nierz... Niech go tam Bóg są­dzi!...

— Mo­ja Anu­lu naj­mil­sza! — prze­rwa­ła z pła­czem pa­ni Kmi­ci­co­wa — toć że­by nie ty, co by się ze mną i z na­mi wszyst­ki­mi sta­ło?... Uciecz­ką mi by­ła i obro­ną! Mo­ja Anu­lu ko­cha­na!

Sły­sząc to Char­łamp ryk­nął zno­wu, ale na krót­ko, bo mu Kmi­cic prze­rwał py­ta­niem:

— A Wo­ło­dy­jow­skie­go gdzieś waść spo­tkał?

— Wo­ło­dy­jow­skie­go spo­tka­łem ta­koż w Czę­sto­cho­wie, gdzie obo­je spo­czy­nek umy­śli­li, bo się tam po dro­dze ofia­ro­wa­li. Za­raz mi po­wie­dział, ja­ko z na­rze­czo­ną z wa­szych stron do Kra­ko­wa je­dzie, do księż­nej Gry­zel­dy Wi­śnio­wiec­kiej, bez któ­rej po­zwo­le­nia i bło­go­sła­wień­stwa pan­na żad­ną mia­rą ślu­bu wziąść18 nie chcia­ła. Dziew­czy­na by­ła jesz­cze won­czas zdro­wa, a on we­sół jak ptak. „Ot — po­wia­da — dał mi Pan Bóg za mo­ją pra­cę na­gro­dę!” Cheł­pił się też Wo­ło­dy­jow­ski (Bo­że go po­ciesz) nie­ma­ło i dwo­ro­wał ze mnie, że to­śmy się, wi­dzi­cie wasz­mość pań­stwo, o tę pan­nę cza­su swe­go wa­dzi­li i mie­li­śmy się sie­kać. Gdzie ona te­raz, nie­bo­ga?

Tu ryk­nął zno­wu pan Char­łamp, ale na krót­ko, bo Kmi­cic znów mu prze­rwał:

— Mó­wisz wasz­mość, że ona by­ła zdro­wa? Skąd jej tak na­gle przy­szło?

— Że na­gle, to na­gle. Miesz­ka­ła u pa­ni Mar­ci­no­wej Za­moy­skiej, któ­ra na­on­czas z mę­żem w Czę­sto­cho­wie ba­wi­ła. Wo­ło­dy­jow­ski ca­ły dzień u niej prze­sia­dy­wał, tro­chę na mi­trę­gę na­rze­kał i mó­wił, że chy­ba za rok do Kra­ko­wa do­ja­dą, bo ich wszy­scy po dro­dze za­trzy­mu­ją. I nie dzi­wo­ta! Ta­kie­go żoł­nie­rza jak pan Wo­ło­dy­jow­ski każ­dy rad ugo­ścić, a kto zła­pie, to trzy­ma. Mnie też do pan­ny pro­wa­dzał i gro­ził śmie­jąc się, że usie­cze, gdy­bym ją ro­za­mo­ro­wał... Ale ona za nim świa­ta nie wi­dzia­ła. Mnie też istot­nie ckli­wo się cza­sem czy­ni­ło, że to człek na sta­rość ja­ko ćwiek w ścia­nie. Nic to! Aż pew­nej no­cy wpa­da do mnie Wo­ło­dy­jow­ski w kon­fu­zji19 wiel­kiej. „Na Bo­ga! Nie wiesz gdzie ja­kie­go me­dy­ka?” — „Co się sta­ło?” — „Cho­ra świa­ta nie po­zna­je!” Py­tam, kie­dy za­cho­ro­wa­ła, po­wia­da, że do­pie­ro co da­li mu znać od pa­ni Za­moy­skiej. A tu noc! Gdzie szu­kać me­dy­ka, kie­dy tam je­no klasz­tor ca­ły, a w mie­ście wię­cej jesz­cze zglisz­czów20 niż lu­dzi. Wy­na­la­złem wresz­cie fel­cze­ra, a i to nie chciał iść! Mu­sia­łem go obusz­kiem przy­gnać na sa­mo miej­sce. Ale tam już był ksiądz po­trzeb­niej­szy niż fel­czer; ja­koż za­sta­li­śmy god­ne­go pau­li­na, któ­ren mo­dli­twą ją do przy­tom­no­ści przy­pro­wa­dził, tak że mo­gła sa­kra­men­ta przy­jąć i z pa­nem Mi­cha­łem czu­le się po­że­gnać. Na dru­gi dzień z po­łu­dnia już by­ło po niej! Fel­czer mó­wił, że jej kto mu­siał coś za­dać, lu­boć to nie­po­dob­na, bo w Czę­sto­cho­wie cza­ry się nie chwy­ta­ją. Ale co się z pa­nem Wo­ło­dy­jow­skim dzia­ło, co wy­ga­dy­wał, te­go ufam, że mu Pan Je­zus nie za­kar­bu­je21, bo człek się ze sło­wa­mi nie li­czy, gdy go bo­leść tar­ga... Ot, mó­wię wasz­mo­ści — tu pan Char­łamp zni­żył głos — bluź­nił w za­pa­mię­ta­niu!

— Dla Bo­ga! Bluź­nił? — po­wtó­rzył ci­cho Kmi­cic.

— Wy­padł od jej cia­ła na sień, z sie­ni na po­dwó­rzec i ta­czał się jak pi­ja­ny. Tam pię­ści do gó­ry pod­nió­sł­szy po­czął okrop­nym gło­sem wo­łać: „Ta­każ mi na­gro­da za mo­je ra­ny, za mo­je tru­dy, za mo­ję22 krew, za mo­ję dla oj­czy­zny przy­chyl­ność?!...” „Jed­no ja­gnię (po­wia­da) mia­łem, i to mi, Pa­nie, za­bra­łeś. Zbroj­ne­go mę­ża (po­wia­da) po­wa­lić, któ­ren w har­do­ści po zie­mi stą­pa, god­na (po­wia­da) bo­skiej rę­ki spra­wa, ale go­łę­bia nie­win­ne­go po­tra­fi za­du­sić i kot, i ja­strząb, i ka­nia!... i...”

— Na ra­ny bo­skie! — za­krzyk­nę­ła pa­ni An­drze­jo­wa — nie po­wta­rzaj waść, bo nie­szczę­ście na dom ścią­gniesz!

Char­łamp prze­że­gnał się i da­lej mó­wił:

— My­śla­ło żoł­nie­rzy­sko, że się do­słu­ży­ło, a ot mu na­gro­da! Ha! Bóg naj­le­piej wie, co ro­bi, choć te­go ni ro­zu­mem ludz­kim po­jąć, ni spra­wie­dli­wo­ścią ludz­ką od­mie­rzyć! Za­raz te­dy po onych bluź­nier­stwach stę­żał i na zie­mię upadł, a ksiądz nad nim eg­zor­cy­zma od­pra­wo­wał, że­by spro­śne du­chy w nie­go nie wstą­pi­ły, któ­re mo­gły na bluź­nier­stwa się zwa­bić.

— Pręd­ko­że przy­szedł do sie­bie?

— Z go­dzi­nę le­żał jak nie­ży­wy, po­tem za­sie się ock­nął i wró­ciw­szy do swo­jej kwa­te­ry ni­ko­go wi­dzieć nie chciał. W cza­sie po­grze­bu prze­mó­wi­łem do nie­go: „Pa­nie Mi­cha­le (po­wia­dam) miej Bo­ga w ser­cu!” On nic! Trzy dni sie­dzia­łem jesz­cze w Czę­sto­cho­wie, bo mi go żal by­ło od­jeż­dżać, alem na próż­no we drzwi ko­ła­tał. Nie chciał mnie! Bi­łem się z my­śla­mi, co czy­nić, czy ten­to­wać23 dłu­żej u drzwi, czy je­chać?... Jak­że tak człe­ka bez ni­ja­kiej po­cie­chy zo­sta­wić? Wsze­la­ko po­znaw­szy, że nic nie wskó­ram, po­sta­no­wi­łem je­chać do Skrze­tu­skie­go. On prze­cie naj­lep­szy je­go przy­ja­ciel, a pan Za­gło­ba dru­gi; mo­że mu ja­ko do ser­ca tra­fią, a zwłasz­cza pan Za­gło­ba, któ­ren jest czło­wiek by­stry i wie, jak do ko­go prze­mó­wić.

— I by­łeś waść u Skrze­tu­skich?

— By­łem, ale i tu Bóg nie po­for­tu­nił24, bo obo­je z pa­nem Za­gło­bą wy­je­cha­li w Ka­li­skie, do pa­na Sta­ni­sła­wa, rot­mi­strza. Nie umiał nikt po­wie­dzieć, kie­dy wró­cą. Wów­czas ja so­bie po­my­śla­łem: i tak mi dro­ga na Żmudź, wstą­pię do wać­pań­stwa do­bro­dziej­stwa i opo­wiem, co się sta­ło.

— Wie­dzia­łem to daw­no, że god­ny z wa­ści ka­wa­ler — rzekł Kmi­cic.

— Nie o mnie tu cho­dzi, je­no o Wo­ło­dy­jow­skie­go — od­parł Char­łamp — i przy­znam się wać­pań­stwu, że się wiel­ce o nie­go oba­wiam, aby umysł mu się nie po­mie­szał...

— Bóg go od te­go ochro­ni — rze­kła pa­ni An­drze­jo­wa.

— Je­śli go uchro­ni, to pew­ni­kiem ha­bit wdzie­je, bo po­wia­dam wać­pań­stwu, że ta­kiej ża­ło­ści, ja­kom żyw, nie wi­dzia­łem... A szko­da żoł­nie­rza! Szko­da!

— Jak to szko­da? To chwa­ły bo­żej przy­bę­dzie! — ozwa­ła się znów Kmi­ci­co­wa.

Char­łamp po­czął wą­sa­mi ru­szać i trzeć czo­ło.

— Owóż, mo­ścia do­bro­dzi­ko... al­bo przy­bę­dzie, al­bo i nie przy­bę­dzie. Po­licz­cie no wać­pań­stwo, ilu to on po­gan i he­re­ty­ków w ży­ciu zgła­dził, czym pew­nie wię­cej Zba­wi­cie­la na­sze­go i je­go Naj­święt­szą Mat­kę ude­lek­to­wał25 niż nie­je­den ksiądz ka­za­nia­mi. Hm! Rzecz na­my­słu god­na! Każ­dy niech słu­ży chwa­le bo­żej, jak naj­le­piej umie... Owóż, wi­dzi­cie pań­stwo, mię­dzy je­zu­ita­mi znaj­dzie się za­wsze si­ła od nie­go mą­drzej­szych, a ta­kiej dru­giej sza­bli w Rze­czy­po­spo­li­tej nie masz...

— Praw­da jest, jak mi Bóg mi­ły! — ozwał się Kmi­cic. — Nie wiesz wasz­mość, czy­li on zo­stał w Czę­sto­cho­wie, czy po­je­chał?

— Był do chwi­li me­go wy­jaz­du. Co po­tem uczy­nił, nie wiem. Wiem je­no, że broń Bo­że za­pa­mię­ta­nia, broń Bo­że cho­ro­by, któ­ra czę­sto z de­spe­ra­cją idzie w pa­rze, sam on tam bę­dzie, bez po­mo­cy, bez krew­ne­go, bez przy­ja­cie­la, bez po­cie­chy.

— Niech­że cię Naj­święt­sza Pan­na w cu­dow­nym miej­scu ra­tu­je, wier­ny przy­ja­cie­lu! — za­wo­łał na­gle Kmi­cic — któ­ryś mi ty­le wy­świad­czył, że i brat nie uczy­nił­by wię­cej!

 

Pa­ni An­drze­jo­wa za­my­śli­ła się głę­bo­ko i dłu­gi czas trwa­ło mil­cze­nie, na ko­niec pod­nio­sła swą ja­sną gło­wę i rze­kła:

— Ję­drek, czy ty pa­mię­tasz, ile­śmy mu win­ni?

— Je­śli za­po­mnę, to od psa oczu po­ży­czę, bo swo­imi nie bę­dę śmiał na uczci­we­go człe­ka spoj­rzeć!

— Ję­drek, ty go nie mo­żesz tak osta­wić.

— Jak­że to?

— Jedź do nie­go.

— Oto za­cne bia­ło­głow­skie ser­ce, oto za­cna pa­ni! — za­wo­łał Char­łamp chwy­ta­jąc rę­ce Kmi­ci­co­wej i po­kry­wa­jąc je po­ca­łun­ka­mi.

Ale Kmi­ci­co­wi nie w smak by­ła ra­da, więc po­czął gło­wą krę­cić i rzekł:

— Ja bym dla nie­go na ko­niec świa­ta po­je­chał, ale... sa­ma wiesz... że­byś to by­ła zdro­wa, nie mó­wię... ale sa­ma wiesz! Broń Bo­że stra­chu ja­kie­go, ja­kiej przy­go­dy... Use­chł­bym z nie­spo­koj­no­ści... Żo­na pierw­sza niż naj­lep­szy przy­ja­ciel... Pa­na Mi­cha­ła mi żal ale... sa­ma wiesz!...

— Ja się pod opie­ką lau­dań­skich oj­ców zo­sta­nę. Te­raz tu spo­koj­nie, nie by­le cze­go też się ulęk­nę. Bez wo­li bo­żej włos mi nie spad­nie... A tam pan Mi­chał ra­tun­ku mo­że po­trze­bu­je...

— Oj, po­trze­bu­je! — wtrą­cił Char­łamp.

— Sły­szysz, Ję­drek. Ja zdro­wa. Krzyw­da mnie od ni­ko­go nie spo­tka... Wiem ja, że ci nie­spo­ro od­jeż­dżać...

— Wo­lał­bym na ar­ma­ty z ko­ciu­bą iść! — prze­rwał Kmi­cic.

— Za­li to my­ślisz, że jak osta­niesz, nie bę­dzie ci gorz­ko, ile­kroć po­my­ślisz: przy­ja­cie­lam za­nie­chał! A jesz­cze i Pan Bóg w gnie­wie słusz­nym ła­two bło­go­sła­wień­stwa mo­że umknąć!

— Sęk mi w gło­wę wbi­jasz. Po­wia­dasz, że mo­że bło­go­sła­wień­stwa umknąć? Te­go się bo­ję!

— Ta­ki przy­ja­ciel jak pan Mi­chał, toż to świę­ty obo­wią­zek go ra­to­wać!

— Jać Mi­cha­ła ko­cham ca­łym ser­cem. Trud­no!... Kie­dy trze­ba, to ry­chło trze­ba, bo tu każ­da go­dzi­na zna­czy! Za­raz do sta­jen idę... Przez Bóg ży­wy, czy już nie ma in­nej ra­dy? Li­cho tam­tych nada­ło w Ka­li­skie je­chać! Toć mi nie o sie­bie cho­dzi, ale o cie­bie, kro­ciu naj­mil­szy! Wo­lał­bym ma­jęt­no­ści stra­cić niż bez cie­bie je­den dzień dy­chać. Kto by mi po­wie­dział, że nie dla służ­by pu­blicz­nej cie­bie od­ja­dę, to bym mu rę­ko­jeść po krzy­żyk w gę­bę wsa­dził. Obo­wią­zek — mó­wisz? Niech­że bę­dzie! Kiep, kto się oglą­da! Że­by dla ko­go in­ne­go, nie dla Mi­cha­ła, ni­g­dy bym te­go nie uczy­nił!

Tu zwró­cił się do Char­łam­pa:

— Mo­ści pa­nie, pro­szę ze mną do sta­jen, ko­nie opa­trzym. A ty, Oleń­ka, każ mi łu­by26 pa­ko­wać. Niech tam któ­ry z lau­dań­skich omło­tu pil­nu­je... Pa­nie Char­łamp, choć ze dwie nie­dzie­le mu­sisz wać­pan u nas po­sie­dzieć, żo­ny mi do­pil­nu­jesz. Mo­że też się tu w oko­li­cy ja­ka dzier­ża­wa znaj­dzie. Bierz Lu­bicz! Co? Chodź wać­pan do staj­ni! Za go­dzi­nę ru­szam! Kie­dy trze­ba, to trze­ba!...