Humoreski z teki WorszyłłyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Henryk Sienkiewicz

Humoreski z teki Worszyłły

Warszawa 2014

Spis treści

Nikt nie jest prorokiem między swymi

Dwie drogi

Rozdział pierwszy

Rozdział drugi

Rozdział trzeci

Rozdział czwarty

Rozdział piąty

Rozdział szósty

Rozdział siódmy

Rozdział ósmy

Rozdział dziewiąty

Rozdział dziesiąty

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Nikt nie jest prorokiem między swymi

– A – rzekł, usłyszawszy ten tytuł, mój przyjaciel – Nul n’est prophète en son pays. – Dlaczegóż nie dać francuskiego tytułu?

– Rad bym z dyszy, ale to jakoś nie wypada.

– Dlaczego nie ma wypadać? – odpowiedział. – Ty, cher Worszyłło, zaczynasz dopiero karierę literacką; twoje nazwisko jeszcze nic nie mówi. – Pardon! mój drogi, ale ono nic nie mówi. Ręczę ci, że połowa z tych, co będzie czytać twoją powiastkę – będzie czytać właśnie dlatego, że dasz jej tytuł francuski.

A ja myślę: poniekąd ma rację. Tytuł dla powieści to toż samo, co nazwisko dla człowieka. Tenże sam mój przyjaciel ma wiele dowcipu i doświadczenia – to on mnie nauczył, że nazwisko ma tyle znaczenia dla człowieka. Ja bo przez jakiś czas wahałem się w sądzie i o tej kwestii, i o wiele innych.

– Trzeba mieć punkt wyjścia – rzekł mi. – Czy ty, Worszyłło, masz punkt wyjścia?

– Co powiadasz?

– Nie pytaj nigdy w ten sposób: „Co powiadasz?” Ma to w sobie coś ze złego tonu. Zauważyłeś, że ludzie złego tonu powtarzają często wyraz: „powiada, powiada, pada”.

– Zauważyłem.

– Przepraszam, że ja ci mówię takie rzeczy, ale wprowadziłem cię do p. X., do naszego sławnego W., do hr. M., słowem, w najlepsze nasze towarzystwa, do których chciawszy wejść, trzeba się naginać koniecznie.

– Ale o co mnie pytałeś?

– Czy masz punkt wyjścia, zasady? Wczoraj widziałem, jak rozmawiając z księciem C., skrzywiłeś się jak nieszczęście i wytrząsałeś palcem ucho. To lekceważenie! – to dowodzi, że albo wcale nie masz zasad, albo co gorzej, masz je przewrotne.

Zaczerwieniłem się strasznie i wolałem wyznać, że wcale nie mam zasad.

Ale, o czytelniku! nie zrażaj się. Przyjaciel mój dał mi zasady, których dziś trzymam się ściśle i których, jeżeli nie okażę w ciągu tego opowiadania, wina to raczej będzie nieudolności pióra niż dobrych chęci.

Po czym mogę przystąpić do samego opowiadania. Pisze się wiele powieści, w których bohaterami są jacyś ludzie lub nawet sfery, o których mówiąc każdy dobrze wychowany człowiek zawsze dodaje wyraz: „za pozwoleniem”.

Ja sam słyszałem, jak senatorowa K., przedstawiając pani L. Znanego artystę W., rzekła:

– Pani pozwoli przedstawić sobie pana... Pardon! quel est votre nom?... a!! pana W. ... mais il a assez de talent, pour nous amuser – dodała ciszej.

Talent może zastąpić nazwisko i otworzyć podwoje zwykle dla „canaille” zamknięte. Trzeba się tylko umieć naginać. Nieszczęściem czy szczęściem, mój bohater nie był ani poetą, ani malarzem, ani muzykiem, ani rzeźbiarzem, ani w ogóle długowłosym kochankiem muz; nie miał majątku, brakło mu stanowiska, nie był dygnitarzem, nie miał nadzwyczajnego dowcipu, był zaledwie przystojny, nie miał nic z tego, o czym wyżej.

– Cóż miał?

– Dwadzieścia siedem lat.

– O, o! to niewiele.

W tym rzecz, że miał niewiele lat: był młody; ale miał jeszcze coś prócz tego: między miasteczkiem M. a Chłodnicą, własnością państwa Chłodno, miał Mżynek.

Qu’est-ce que c’est que ca?

To także niewiele było. Domek z ogródkiem obrosłym leszczyną i z rzeczką płynącą cienistym brzegiem, a prócz tego trzy, ba, nawet niecałe, włóki gruntu.

Ale to jeszcze nie koniec: miał i coś trzeciego, co gdyby o to dbał, nadawałoby mu pewną pozycję w świecie.

Nazywał się Wilk Garbowiecki.

Kto zna choć trochę dawne dzieje, ten może słyszał o Garbowieckich, jako za tarnogrodzkiej bili się mężnie z Sasami. Jam wprawdzie nie wiedział, czy ciż samo nosili miano Wilków, ale przyjaciel, o którym wyżej, oświecił mnie. On w heraldyce wielce peritus, utrzymywał, że bohater mój miał z piętnastu senatorów w rodzie, a przydomek Wilk dostała ta rodzina z dawnych czasów za jakiś czyn bohaterski. Wszystko to być może, lubo sam Wilk Garbowiecki, którego znałem, nic o tym nie wiedział, a nawet nie uważał sobie za żaden zaszczyt, że się nazywał Wilk Garbowiecki. Czasem jednak grała w nim dobra krew; nieszczęściem, on utrzymywał, że to nie była dobra krew, tylko obrażona godność osobista. Raz np. bogaty fabrykant pończoch, u którego – wyznaję to znów ze wstydem – Wilk dawał lekcje, oprowadzał go po swoich apartamentach.

– Widzisz pan tę konsolę? – spytał.

– Widzę.

– Pan myślisz, że to co?

– Myślę, że to konsola.

– Pan myślisz, że to marmur? pan pewno myślisz, że to marmur? – to nie marmur, to alabaster. Widziałeś pan co podobnego?

Wilk zmarszczył się na ostatnie pytanie – fabrykant prowadził go dalej.

– Widzisz pan tę kasetkę.

– Widzę tę kasetkę.

– Pan myślisz, że ten cyzyl na niej – to co?

– Brąz.

– Pan myślisz, że to brąz? – Tu fabrykant cmoknął, chlipnął, mlasnął i dodał w cichej ekstazie:

– Zł-o-to! Widziałeś pan co podobnego?

Wilk zmierzył go oczyma od stóp do głów. Fabrykant nie zauważył tego i na dobitkę rzekł dobrodusznie:

– Kto takie rzeczy ma, ten wygrał.

A po chwili znów:

– Widzisz pan ten portret? (Tu wskazał na własny portret wiszący między dwoma zwierciadłami w salonie).

– Widzę – to zapewne złoty cielec?

– Co jest cielec, to cielec, to jest mój portret. A gdzie tu rogi? Co pan mówi?

– Że ten, kto cielca malował, trafił pana... a rogi są w pańskiej kasie.

– Ho! ho! Wilk wyszczerzył staroszlacheckie zęby – mówiono w Warszawie.

Ale Wilk utrzymywał, że wyraz „staroszlacheckie” był głupstwem i mimo moich przedstawień, że odejmuje faktowi koloryt, nie chciał cofnąć zdania.

– A niech mi nie dmie bogactwem! – Homo sum – powtarzał z pewną dumą.

Te błędne pojęcia zaszczepiło w nim życie. Musiał pracować i łamać się z ubóstwem. Ba! gdyby tak miał porządną fortunę, pewno by mu się rozjaśniło w głowie.

Tegoż zdania był i mój przyjaciel. Zresztą Wilk był dziwak. Pytam go pewnego razu, dlaczego tak pracuje, mając już grosz jakiś, i co myśli robić nadal?

– Rolę orać – odrzekł krótko.

Zdziwiłem się.

– Słuchaj, Worszyłło! – mówił dalej. – Pomijam, że osobiste upodobanie ciągnie mnie do roli, ale mam i inne cele. Rozszerzanie zdrowych i uczciwych zasad, mimo że stu głupców się z nich śmieje, jest obowiązkiem uczciwego człowieka. W mieście – ognisko myśli; wy tu macie literatów, gazety, książki, co chcesz! – na wsi trzeba przykładów – tam książek nie czytają. Otóż jadę na wieś dlatego, żeby być takim przykładem, i dlatego jeszcze, że mi się tak podoba.

Ach, czytelniku! Czułem wraz z tobą, że głupstwa mówił, ale nie śmiałem mu się sprzeciwiać, a mój przyjaciel, który jest wzorem dobrego tonu, nie śmiał także, choć nieraz obaj drwiliśmy z podobnych zasad. I teraz wyśmiewaliśmy je, ale dopiero wtedy, gdy Wilk wyszedł. On mówił tak śmiało i tak jakoś patrzył prosto w oczy, gdy mówił! Zresztą, jakkolwiek dobrze wychowany człowiek powinien być trochę blasé, są jednak zasady nieznośne, niepraktyczne, zgubne dla naszego spokoju – z których nie można głośno się wyśmiewać, choćby dlatego, żeby zbyt nie drażnić „canaille”.

A tak i Wilk osiadł na wsi. On zawsze miał to, co nazywają silną wolą. Skończywszy uniwersytet, w dość krótkim czasie nazbierał trochę grosza do fundusiku, jaki był posiadał, i kupił Mżynek. W Warszawie mieli go za wariata, ale jemu było dobrze. Umiał sobie radzić na roli, ile że zajmował się poprzednio teorią gospodarstwa i naukami przyrodniczymi. Był wesół i szczęśliwy. Widziałem wszystkie jego listy do przyjaciela, z których pierwszy zaraz, jako dość charakterystyczny, przytaczam:

„Kochałem zawsze naturę, pisał Wilk. Dusza moja zachowała całą wrażliwość na jej działanie. Gdybym był poetą, opiewałbym piękności mego Mżynka, ale i nie będąc poetą, odczuwam je w całej pełni. Nie uwierzysz, jak jestem szczęśliwy! Opiszę ci moje: Erga kai hemerai. Pracuję jak chłop; rankiem wychodzę sam z pługiem w pole. Latem co za pyszne poranki: w powietrzu pełno blasku, szczera pogoda! Świeżo i rzeźwo w całej atmosferze; z łąk podnoszą się opary, a rzechotanie żab milknie powoli; teraz na ptastwo kolej uderzyć hejnał dzienny. Budzi się ziemia, budzi i wioska; tu i ówdzie skrzypnie żuraw u studni, tam woły zaryczą. Dusza się śmieje, Franku! Ano, pastuch wygrywa już na ligawie, ano, dziewczyna, ranna jaskółeczka, splatając warkocz, zawodzi; „dana, oj dana!”. Na kościółku ozwie się sygnaturka na jutrznię, to i ja mruczę pacierz, pokrzykując od czasu do czasu na woły. Potem już ruch, jak okiem zajrzysz; kręcą się ludzie i zabiegają wedle roli. Krótko mówiąc: szczęśliwy jestem. W południe kładę się w cieniu pod lipami i albo czytam coś, albo słucham kapeli pszczół nad głową. Wieczorami czytam znów lub rozmyślam, com dziś robił, a co jutro robić należy. Samotność nie nudzi mnie. Prócz starej gospodyni i kilku parobków nie znam nikogo w okolicy. Przez jakiś czas postanowiłem być milczącym przykładem; postanowiłem pierwej postawić Mżynek na wzorowej stopie: zaprowadzić ład, użyźnić glebę, wyciągnąć największe z niej korzyści – oto mój cel tymczasowy. Zauważyłem, że zdrowe a uczciwe idee dlatego trudno przyjmują się między ludźmi, dlatego uważane są za sentencje, że ci, którzy je głoszą, najmniej sprawdzają je w odpowiednim postępowaniu na zewnątrz. Iluż to promotorów, głoszących piękne zasady, powinno by parsknąć śmiechem, spojrzawszy sobie w oczy. Historia rzymskich augurów powtarza się z tą tylko różnicą, że nasi – to przy tym i głównie – niedołęgi. Tak jest, Franku! niedołęstwa więcej jest niż złej wiary. Ale w praktyce skutki stąd jednakowe. Zdaje mi się, że zrozumienie tego uczyni mnie silniejszym. Nie myślę zresztą i w przyszłości prawić słodko-kwaśnych kazań; wolę czyn niż dialektykę. Tymczasem uczę moich parobków czytać. Nie uwierzysz, jak opierali się temu z początku. Gdy namowy nie pomagały, porwałem jednego i drugiego za kark i obiecawszy kije zmusiłem; teraz już się przekonali i są mi wdzięczni. Dotąd ze wszystkiego jestem kontent. Idzie, Franku! idzie! Muszą już dość gadać o mnie w okolicy; ciekawy jestem, jak będzie z ludźmi. Wczoraj widziałem amazonkę przejeżdżającą wedle mojej chałupy. Ach! jednej rzeczy mi brak w chacie: kobiety! Po prostu tęsknię za kochaniem, ku niemu rwie się cała męska strona mojej natury. Potrzebuję kochać, potrzebuję mieć żonę i dzieci.

 

Ściskam cię

Wilk Garbowiecki”.

Te listy dostały mi się od owego Franka, do którego były pisane, dlatego znam tak dobrze szczegóły tyczące Wilka. Mawiano o nim nie tylko w okolicy, ale i w Warszawie. Paniom naszym postępowanie jego wydało się oryginalnym; mój przyjaciel przebaczył mu nawet, że siedział na kawałku roli i że pracował, ale... chodzić za pługiem... c’est affreux, c’est une honte!

Tymczasem płynęły miesiące, a w Mżynku z dniem każdym poprawiało się coś, ulepszało. Rola, dobrze zorana, na najbliższe zaraz żniwa wydała wcale obfite plony. Wilk miał nawet znaczne dochody; plantacje buraków przyniosły mu nad podziw wiele. Założył przy tym jedwabnictwo, trzymał dość znaczną liczbę inwentarza. Podziwiano jego energię, a wkrótce cała okolica nie mówiła o nikim, tylko o nim – Wilk tego chciał.

Wyruszył wreszcie między ludzi. Najpierwej poznał urzędników powiatu, z którymi, volens nolens, musiał bywać w stosunkach. Robił ciągle głupstwa! Co mu to szkodziło, że urzędnicy po małych miasteczkach poza biurowymi wykałają zęby lub trzymają ręce w kieszeniach. W tym nie masz przecie nic niemoralnego. Oto kilka scen z tych stosunków, wedle własnych jego listów spisanych.

Raz u kasjera powiatowego, który miał dwie ładne córki, Wilk rzekł do jednego z urzędników:

– Panie Ludwiku, wejdźmy z sobą w spółkę handlową.

Pan Ludwik był to podpisarz sądowy, a zarazem największy w mieście elegant; chodził w kastorowym wysokim kapeluszu, nosił binokle na nosie, a na palcu ogromny pierścionek z herbem; pierścionek kupił wypadkiem od Golderywy, ale herb akceptował za swój rodowy, skutkiem czego był arystokratą. Kochał się, naturalna rzecz – któż w małym miasteczku się nie kocha, i na koniec wyraz twarzy miał zawsze groźny a uroczysty, co nadawało mu wiele godności i powagi.

– Mamy wejść w jaką spółkę? – mówisz pan dobrodziej.

– W handlową. Zakładam czytelnię.

– Co? co? – spytano ze wszystkich stron.

– Daję sto rubli na książki i w domu pana Ludwika je składam. Każdy, kto zapłaci dwa złote miesięcznie, ma prawo czytać, ile mu się podoba, czy to obywatel, czy urzędnik. Z tych pieniędzy złoty groszy dziesięć idzie dla mnie na zwrot kapitału, pięć dla pana Ludwika za mieszkanie – a piętnaście na coraz nowe książki. Zgoda?

– To się nie uda! to się nie uda! – zawołał burmistrz, wielki pesymista, przy tym powaga w mieście.

– To moja rzecz.

– Mówię to panu z doświadczenia.

– Z jakiego doświadczenia?

– Pan jesteś młody człowiek...

– Tym lepiej dla mnie.

– A chcesz być mądrym za wszystkich. Trzeba się było starszych poradzić.

– Toż zawiadamiam panów.

– E! żyliśmy dotąd spokojnie, choć i czytelni nie bywało.

– A! to pan nie przeszkadzaj, kiedy pomagać nie chcesz.

Urzędnik oderwał na chwilę oczy od kart (bo grał) i zmierzywszy Wilka od stóp do głów rzekł:

– Nie rozumiem, skąd się bierze w młodzieży dzisiejszej... Ej! pik zwyczajne!

– Wist! – odrzekł proboszcz. – Byle jakich zaraźliwości w tych książkach nie było!

– Wychodź pan. Ja tam wolę preferansa.

– A ja będę czytać – wołała panna kasjerówna. – Panie Wilk, jakie to książki będą? Ja lubię wzruszające – o!

– Cóż, panie Ludwiku? zgadzasz się? – spytał Wilk.

Pan Ludwik szurgnął nogami pod stołkiem, zarumienił się, poprawił krawat, chrząknął i odrzekł:

– Ambaras... ja nie mam czasu.

– Ja panom powiem! – zawołał Antoś Dziembowski, jeometra. – To są warszawskie wymysły, a my pokażmy, że także mamy swoją ambicję.

– Ma się rozumieć.

Wilk nie odznaczał się w ogóle cierpliwością, ruszył ramionami i poszedł do kobiet.

Tam udało mu się lepiej. Co więcej, namówił pannę Kamilę, kasjerównę, Beatryczę pana Ludwika, która to panna Kamila rozkazała po prostu panu Ludwikowi, żeby przyjął obowiązki bibliotekarza.

Garbowiecki wariował, jak widzicie czytelnicy, ale czytelnia stanęła koniec końcem.

„Wiem – pisał – że stracę swoje sto rubli, mimo to rzecz przywiodę do skutku”. Przywiódł i stracił. Nikt nie chciał czytać; kobiety spodziewały się lekkich książek – nie znalazły; zniechęcenie było ogólne. Szlachta wiadomość o czytelni przyjęła jak najgorzej. Słyszałem bardzo rozsądne dowodzenie jednego z tamtejszych obywateli: „Dajcie im (mówił o małomiasteczkowych urzędnikach) naukę, dajcie im wykształcenie, a ręczę, że zechcą stanąć na równi z nami, zechcą bywać u nas, zechcą być przyjmowani, będą się uważać za równych nam. Przez Bóg żywy! zastanówcie się, do czego to prowadzi! Nie przewracajcie im w głowach! Gdzież społeczeństwo bez klas niższych i wyższych? Pamiętajcie, że zbytnia nauka niweluje różnice między klasami. Ja ostrzegam was – idziecie do zamętu! Ja mówiłem! ja umywam ręce! ja robiłem, co mogłem” itd.

Nie przytaczałbym tego dowodzenia, gdyby nie to, że człowiek, który tak mówił, jest znakomitością w swoim powiecie.

Miał rację. Ileż to niepotrzebnych rzeczy te niewinne głowy dowiedzieć by się mogły z książek. Prawdziwie wolę nawet kosterę, gracza, pijaka niż człowieka z przewróconą głową. Niepotrzebnie także nauczał ich Wilk, że przyjmowanie śniadań od obywateli jest rzeczą naganną. Naprzód miło jest i obywatelowi pokazać się czasem popularnym, a po wtóre do tego nie zmusza się nikogo, to jest przyjęte. Wilk narobił prawdziwego zgorszenia. „Panowie, nie udawajcie głuchych, gdy kto do was przychodzi z interesem – rzekł im – nie nos dla tabakiery, ale tabakiera dla nosa”.

Ostatnie słowa proboszcz i podsędek wzięli za przymówkę do siebie, bo obaj zażywali tabakę. Pytałem pewnego razu jednego z urzędników, co by o nim, to jest o Wilku, myśleli:

– Bo ja wiem, panie (powiada). Ni to był chłop, ni ksiądz, ni szlachcic, ni urzędnik – ot! ja nawet myślałem, czy to nie przebrany...

– Kto?

– Ba, właśnie tego nie mogłem się domyśleć.

Z chłopami bywał Wilk stosunkowo lepiej. Pozyskał przywiązanie swych parobków, których później miał sześciu. „Ja, pisał, nie romansuję ze swoimi ludźmi; każdy z nich musi pełnić swoją powinność, czy chce, czy nie chce. Nie uwierzysz, jak mnie gniewa sentymentalno-ckliwa literatura przeznaczona dla ludu. Sprowadziłem kilka takich książek z Warszawy. W jednej, na przykład, znalazłem wiece tkliwe opowiadanie, jak beatus Kukufin miał mowę do ludu, i...

«każąc bardzo rzewnie

Wzniósł się nad ziemię na dwa łokcie pewnie»,

czym i «poczciwych kmiotków» tak rozrzewnił, że wszyscy, którzy byli złodziejami, przestali kraść, a pijący wypędzili arendarza. Morał kończy się tym, że daleko lepiej być dobrym niż złym, bo dobrego «dziedzic» kocha, a złego nie kocha. Książki te rzuciłem w piec. Rady dawane panom tyleż warte: «Uściśnijcie czasem, powiada jeden z autorów, spracowane dłonie sędziwych kmiotków; dzielcie ich zabawy: niechaj panienka ze dworu sunie się czasem w tan posuwisty z raźnym parobczakiem, niech panicz poda delikatną rękę wiejskiej dziewoi, niechaj poprosi ją o piosenkę... itd.» Ja tam nie suwam się z nimi w tan posuwisty, nie umizgam się do dziewoi ani nie upijam z nimi w karczmie. Wolę od czasu do czasu powiedzieć: «Bartek! czas by pomyśleć o pszenicy! Ignac! przyprowadź swego wołu – puszczę mu krew. Franciszkowa, uprzątnijcie len, bo się wysypie» itd. Książki powinni pisać znający potrzeby tych, dla których piszą, a nie – to lepiej wróble strzelać. Dotychczas jestem kontent z moich ludzi, a z innymi żyję dobrze” itd.

Nie zawsze jednak bywało dobrze. Mżynek, własność Wilka, sąsiadował z Chłodnicą, własnością państwa Chłodno, ludzi niezmiernie dystyngowanych, de la plus haute société, z którymi zapoznał mnie mój przyjaciel. Otóż ludzie chłodniccy robili nocami, jak to zwykle między sąsiedztwem, szkody Wilkowi w zbożu i pastewnikach. Wilk w takich razach był nieubłaganie surowy. Nie dość, że zebrawszy swoich ludzi przepędził chłodnickich, przy czym i po skórze niejednemu podobno dobrze się dostało, ale pozajmował im bydło i na koniec wytoczył sprawę przed wójta: „Nie chodziło mi (pisał) o szkody, ale chciałem oduczyć od szkód”. Wypadły stąd rozmaite zatargi. Charakterystyczną odpowiedź dał jeden z obwinionych, kiedy na pytanie, dlaczego wypasał zboże pana Garbowieckiego, odrzekł:

– Taki to on i pan, kiedy sam za pługiem chodzi; takiego nie grzech poszkodować.

Mój przyjaciel uważał tę odpowiedź za znakomitą: „C’est magnifique! magnifique!” – powtarzał. Dowodzi to jednak (mówił), że i w ludzie prostym jest pewne... pewne... comment cela s’appelle-t-il?... pewne poczucie tej myśli, którą Francuzi wyrażają: „noblesse oblige”.

Z powodu tej sprawy wszedł Wilk w bliższe stosunki z państwem Chłodno i bywał tam następnie dość często.

– Prawdziwie – mówił do mnie pan Chłodno – kiedy wszedł pierwszy raz, patrzyliśmy na niego, prawdziwie jak na wilka... nous l’avons regardé tout-à-fait comme un vrai loup.

W ich domu rozegrała się najważniejsza część jego historii, dlatego stosunki te będę opisywał szczegółowo. Dom państwa Chłodnów składał się z samego, z samej i dwóch córek: panny Lucy i Boguni, małej jeszcze, może trzynastoletniej dziewczynki. Oczywiście w domu tak zamożnym była jeszcze nauczycielka Francuzka (Polek tam nie trzymano). Nauczycielka zwała się mademoiselle Gilbert, co zresztą dla nas jest wszystko jedno.

Kiedy Wilk wszedł do salonu państwa Chłodno, madame Chłodno trzy razy kierowała nań binokle; chciała wiedzieć, co by to był za człowiek. Szczęściem, wiedziano o jego urodzeniu. Wilk przy tym miał rysy szlachetne, obejście łatwe, dlatego dość podobał się od razu. Panna Lucy spojrzała nań ciekawie, mała Bogunia, dziecko nieśmiałe i smętne, wytrzeszczyła nań chmurne oczy. Pan Chłodno przedstawił go w ten sposób:

– Ma chère, to jest pan Wilk Garbowiecki, którego podobno byłaś ciekawa.

Po czym zakręcił się na pięcie i wyszedł z pokoju. Dama, która już wprzód była go obejrzała, nie spojrzawszy nań teraz, odrzekła:

– Słyszałam, że on sąsiaduje z nami?

– Tak jest, gospodaruję w Mżynku.

– Dlaczegóż dotąd nie mieliśmy szczęścia widzieć go?

– Miałem pilniejsze zajęcie w domu.

Ta odpowiedź, zarówno niegrzeczna, jak zuchwała, wywarła jednak niespodziewany skutek. Dama podniosła oczy od robótki i zmierzyła Wilka od stóp do głów. Odpowiedź podobała jej się, istotnie, żeby tak odpowiedzieć, trzeba było albo być impertynentem, albo mieć jakie prawo obrażania się o zbyt chłodne przyjęcie. Dama przypomniała sobie, że jej interlokutor zwie się Wilk Garbowiecki, skutkiem czego rzekła bez porównania słodziej:

 

– Tak, zresztą my niedawno przyjechałyśmy z Warszawy.

– Teraz latem panie bawiły w mieście?

– Oh oui! dla edukacji córek moich.

Tu panna Lucy postąpiła krok naprzód, mała Bogunia postąpiła krok w tył.

– Pan zna Warszawę? – spytała znów pani Chłodno.

– Od trzech lat dopiero bawię na wsi.

– My bo tam mamy kuzynów... Hrabiego W. ... Pan go nie zna?

– Znam.

– Jak to go pan zna?

– Bywałem u niego na wtorkach.

– U hrabiego W.? Jest to jeden z najbogatszych naszych magnatów.

– Podobno.

– I bywał pan u niego na wtorkach?

– Razem z innymi.

– A c’est très bien, c’est très bien, że pan bywał u niego na wtorkach. Jakże jego migreny?

– Nie wiem.

– On bo pisuje do nas często. Skarżył się na migreny, ale w ostatnim liście donosił, że mu już lepiej.

– Bardzo się cieszę.

I w tej chwili wszedł pan Chłodno.

– Imaginez! – zawołała pani. – M. Wilk Garbowiecki connait notrè cousin, le comte W. ... a co więcej, bywał u niego na wtorkach.

Pan Chłodno uśmiechnął się pobłażliwie.

– Poczciwy, poczciwy ten nasz kuzyn hr. W.! Czyś pan nie uważał, jaki on podobny do lorda...

– Nie uważałem.

– Doskonały, doskonały! Powiadam mu kiedyś w resursie: Hrabio! wyglądasz jak Palmerston. „You are block-head, mój drogi. Ty jesteś kiep”, powiada mi. Jak on to przednio wymawia: ...You are block-head!

Wilk uśmiechnął się.

– Pan rozumiesz po angielsku? – spytała skwapliwie pani Chłodno.

– Znam ten język.

– I mówisz pan nim?

– Tak.

– Ach! to taki niezbędny język teraz – wtrąciła panna Lucy.

– Dlaczego teraz? – spytał Wilk.

– Niezmiernie, niezmiernie modny. We wszystkich wyższych domach panienki uczą się po angielsku.

– Na jaki cel?

– Taka moda.

– Czyżby nie lepiej poznać niemiecki?

– Gdyby była moda...

– Fi donc! panie Wilk. Kto dobrze wychowany mówi po niemiecku? Sami Niemcy lepiej wychowani nie używają tego języka.

– A literatura niemiecka?

– Les romans allemands sont insupportables!

– Może. Ale nauka, ale poezja?

– Rzeczy poważne to nie dla nas kobiet, a poezja...

– Tylko w głowach przewraca – przerwał pan Chłodno. – Ja to powiadam: tylko w głowach przewraca. Ja sam w młodości miałem przewróconą głowę. Marszałek Onowrócki powiada raz do mnie...

W tej chwili weszła mamsel Gilbert. Była to młoda panna z twarzą poważną i sympatyczną. Wejście jej byłoby bez znaczenia, gdyby nie to, że od tej chwili rozmowa zawrzała po francusku, przy czym Wilk zyskał w oczach pań niezmiernie wiele.

– To zdumiewające! – mówiła po jego odejściu pani Chłodno. – Ten człowiek mówi wybornym akcentem!

– Ja mamie powiem, że nawet grasejuje. Jak mamę kocham, grasejuje!

– Luca ma rację. Parole d’honneur grasejuje... ehr... ehr... Tak, tak!

Wilk w ogóle podobał się państwu Chłodno, a Lubo polecono Lucy, żeby postępowała z nim „z całą ostrożnością”, jednakże przyjmowano go i nadal dość uprzejmie. Pani miała w tym swój cel; chodziło jej o angielski, który Wilk posiadał istotnie bardzo dobrze, a którym rada by była widzieć mówiące równie dobrze swoje córki. Proponowano mu następnie, by uczył panny po angielsku, na co po niejakim wahaniu zgodził się: „Daję u Chłodnów lekcje, pisał do swego przyjaciela; przyjąłem je dlatego, by mieć wpływ na młodsze pokolenie. Ci ludzie gniewają mnie i śmieszą zarazem. Głupota ich, jak miłosierdzie Boże – jest bez granic. A jednak ciągnie mnie coś do nich! Ty zburczysz mnie, dzielny chłopaku, gdy wyznam ci, że owo coś jest panna Lucy. Wiem, wiem, przewiduję twoje przestrogi, masz rację. Ale wpływ męskiego serca na kobietę może być także potężny. Ona zepsuta jest wychowaniem; zresztą, nie kocham jej jeszcze, a jeśli mnie przyciąga, to dlatego, że ma trochę zalotności, i dlatego, że ja sam czuję niepokonaną potrzebę kochać nareszcie kogokolwiek. Przyznaję, że kiedy parę dni temu, schyliwszy się nad książką, dotknęła lokami mojej skroni, przeszedł mnie płomień od stóp do głów. Pamiętaj, że ma dwadzieścia siedem lat. Miłość rozbita na cały ogół nie wystarcza człowiekowi. W najgorszym razie, nie stanę się przecie niedołęgą” itd.

Wilk, jak widzimy, wpływał na morze pełne pokus; miał się spotkać z tą siła, wobec której najdzielniejszy męski opór nie zdał się na nic. Niebezpieczniejsza jeszcze ta siła dla takich, którzy uczucia nie wydają po groszu.

Przyznać bo i należy, że Wilk trafił na silną pokusę. Lucy nie uchodziła za piękną, ale było w niej coś idealnego; miała ciemne, wyraziste oczy, przepyszne loki i ten jakiś urok, który najsłuszniej można by nazwać ponętą niewieścią. Ostatniej zimy robiła w Warszawie furorę.

Niebezpieczny to był tedy stosunek. Pewnego razu Wilk, przyszedłszy do Chłodnów, zastał gości. Byli to dwaj bracia Hoszyńscy, którym powszechnie zarzucają, że nadto dmą z urodzenia i majątku – choć ojciec ich, jak mówią złe języki, był handlarzem wołów. Ale to dawne czasy. Oto jak Wilk opisywał tę wizytę.

„Poznałem dziś dwóch Hoszyńskich – Władysława i Jana. Władysława musisz znać – chodziliśmy razem do szkół. Z tym wszystkim nie poznał mnie. Zdaje mi się, że przysiada się do Lucy. Obaj zimni, eleganccy, modni, przy czym dość ograniczeni”.

Wilk uprzedzał się – a bogdaj, czy nie dlatego, że Władzio istotnie czas jakiś był zajęty panną Lucy – obaj zresztą byli ludzie przyzwoici.

Tegoż wieczora Wilk miał zrobić jeszcze jedną znajomość. Wkrótce za Hoszyńskimi przyjechał pan Strączek, nieodstępny ich towarzysz: „attaché”, jak mawiał mój przyjaciel. Hoszyńscy drwili z niego ustawicznie, bo kłamał jak najęty i bawił ich, za co często zasiadał u ich stołu. Był to człowiek lat pięćdziesięciu, niski, okrągły, czerwony, z błonką na jednym oku. Lubił dobrze zjeść, stracił majątek, grywał w karty, dopuszczał się nawet podobno malwersacji przy grze, zwłaszcza wtedy, gdy był pijany, co zdarzało się dość często. Zarzucano mu bezczelność, ale przyjmowano go wszędzie, bo był dobrze urodzony i, jak już wspomniałem, bawił.

– Ho! o Wilku mowa, a Wilk tuż – zawołał. – Cała okolica mówi o panu. W młodości znałem Garbowieckich – ona była Jazłowiecka.

– To moja matka.

– Patrzajcie!! nigdy bym się tego nie domyślił. Jazłowieccy byli spokrewnieni z Radziwiłłami.

Władzio Hoszyński, którego specjalnością było, kto kogo rodzi, ozwał się oburzony:

– Ale mylisz się, drogi Strączek.

– Ale pozwól...

– Ale mylisz się, powtarzam.

– Może. Czy prawda, panie Wilk, że uczysz swoich chłopców po łacinie? – po łacinie?... ha! ha!

Wilkowi zbierało się na ostrą odpowiedź, szczęściem pani Chłodno pośpieszyła z interwencją.

– Pan Garbowiecki uczy po angielsku – i to nie chłopów, ale moje córki. To wcale co innego – niech pan Strączek o tym nie zapomina.

– Pardon! nie moja wina. Pułkownikowa z Przestanku mówiła mi, że po łacinie. Ale! czy wiecie państwo, co miała za wypadek?

– Strączek! radzę być ostrożnym – wtrącił drugi Hoszyński.

– Nic złego, nic złego! to po ludziach chodzi; zresztą milczę. Pan masz humor melancholiczny, panie Wilk, dlaczego pan nic nie mówisz?

– Wobec pańskiej elokwencji nie masz dla mnie miejsca.

Spojrzeli sobie w oczy – Strączek zrejterował.

Rozmowa urwała się na chwilę. Zagaiła ją na nowo pani Chłodno.

– Panowie niedawno z miasta? cóż tam nowego w nasze Warszawie?

Hoszyńscy poczęli opowiadać jeden przez drugiego nowinki warszawskie. Pani Chłodno rozpytywała o mody, czego i panna Lucy słuchała z ciekawością. Obie panie dowiedziały się, że suknie w kliny zarzucono już w Warszawie, że pani N. u pp. L. oburzyła na siebie opinię publiczną, bo jadła „beaucoup de pain” przy kolacji, czego, jak wiadomo, przyzwoite osoby nigdy nie robią. Dalej mówiono, jak ten „charmant mauvais sujet le prince Michel” przyszedł pijany na wieczór, co by komu innemu nie uszło, a jemu uszło; nareszcie, jak sam opowiadał to Hoszyński, wziąwszy mnie (mówił Władzio)...

– Nie, Władziu! nie ciebie, ale mnie pod rękę.

Na szczęście Wilk ze swych warszawskich czasów nadto był przyzwyczajony do podobnych rozmów, inaczej przy swoim charakterze byłby popełnił jaką niedorzeczność.

Ale był przyzwyczajony, bo chez nous, w salonach o niczym innym się nie mówi. Hoszyńskim trzeba przyznać, że tego rodzaju rozmowę umieli podtrzymywać z wdziękiem i lekkością.

Obaj udawali, że Wilka nie widzą; nazywa się to ignorancją. Jest to straszliwa broń, właściwa ludziom wyższego stanu – patrzeć na osoby jak na rzeczy. Wierzcie mi, czytelnicy, kto posiada tę sztukę, posuniętą do najwyższego stopnia, staje się niezwyciężonym. Największy głupiec parmi neus potrafi przywieść do rozpaczliwego gniewu najmędrszego spomiędzy ludzi innego obozu. Hoszyńscy potrafili skorzystać z tej przewagi jaką nadawała im nad Wilkiem pozycja. Kiedy Wilk ozwał się z czymkolwiek, obaj popatrzywszy nań tak, jak się patrzy na guzik od surduta sąsiada, i nie odpowiadając, zwracali się gdzie indziej. Między nimi a Wilkiem od razu powstała niechęć, a lubo począł i on traktować ich jak nieletnich, przewaga jednak o tyle pozostała po ich stronie, że Wilk, lubo mógł im przeciwstawić swe urodzenie – nie uczynił tego, jego zasady nie pozwalały na to. Zresztą okazywał mniej od nich cierpliwości. Hoszyńscy mieli nadzwyczaj wiele zimnej krwi. W Warszawie zwano ich z tego powodu dyplomatami. Wysocy, bladzi, ubrani zawsze najstaranniej, istotnie wyglądali na sekretarzy poselstw zagranicznych, jeśli nie na ambasadorów. Władysław był lepiej ułożony od Jana: „Władzio ma swój szyk”, mówiono o nim w rodzinie. Szczególniej między Władziem a Wilkiem powstała niechęć, której przyczyna była zresztą prosta – odgadli się.