Święty Peregryn

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WSTĘP
PATRON DAJĄCY NADZIEJĘ

„W moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” – pisał św. Paweł Apostoł (Kol 1,24), ukazując nam wszystkim zbawczą wartość cierpienia.

Jednym z tych, którzy dopełniali w swym ciele Chrystusowych udręk, był św. Peregryn Laziosi (1265-1345). Znosił wielkie boleści, a dzięki żarliwej modlitwie został uzdrowiony i z tego właśnie powodu uważany jest za czułego wspomożyciela tych, którzy przeżywają fizyczne i psychiczne cierpienia. Święty Peregryn został patronem chorych na raka, osób cierpiących na AIDS, dolegliwości stóp lub na nieuleczalne choroby. We Włoszech niemal dorównuje popularnością św. Ricie z Cascii i św. Judzie Tadeuszowi. Zapoznaj się z jego niezwykłym życiem...

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20


ROZDZIAŁ I
WIELKI CUD!

Na większości obrazów i obrazków przedstawiających św. Peregryna Laziosiego widzimy otoczonego aniołami, odzianego w czarny habit zakonnika z obnażoną obandażowaną prawą nogą, półleżącego przed krucyfiksem, z którego schodzi doń Chrystus. Scena ta obrazuje wielki cud, jakiego doświadczył ten włoski święty.


PROBLEMY Z NOGĄ

Sześćdziesięcioletni Peregryn od pewnego już czasu cierpiał z powodu paskudnej rany, która utworzyła mu się na prawej nodze. Ponoć była ona tak straszna, że można było zobaczyć przez nią kość, a tym, którzy tę ranę widzieli, zbierało się na płacz. Kończyna, na której ta rana się pojawiła, była spuchnięta i pewnie czarna od zgangrenowanych tkanek. Wiele osób sądziło, że dni zakonnika są już policzone.

Według Nicolo Borghesego – autora napisanego około 1483 roku najważniejszego żywota św. Peregryna i, jak wszyscy zgodnie twierdzą, najbliższego prawdy o tym oddanym Bogu i ludziom człowieku – był to rak, ale nie możemy być tego w stu, a nawet w pięćdziesięciu procentach pewni. Podejrzewano jednak, że faktycznie mogły nastąpić już zmiany nowotworowe i wdała się gangrena. Czy tak było w istocie, tego do końca nie wiadomo. Diagnozy z XIV wieku różniły się bowiem dość znacznie od współczesnych.

Charakterystyczną cechą tej rany był towarzyszący jej potworny, nieznośny fetor, na skutek którego zakonnika unikali nawet jego współbracia, także ci, którzy musieli się nim opiekować. Ba! Sam Peregryn sobą się brzydził. Rana powodowała dotkliwy ból – nie tylko fizyczny, ale i psychiczny.

Z czasem Peregryna zaczęto nazywać drugim Hiobem. Cierpiał bardzo. Choroba była dla niego bardzo kłopotliwa i wyczerpała go do cna, ale nie lamentował, nie użalał się nad swym losem. Znosił tę chorobę jak każdą inną. Przyjmował ten „Boży dopust”, wyraz przedziwnej Bożej miłości z niezmienną, stałą pogodą ducha, z wiarą w słowa Pawła Apostoła, że cnota właśnie w słabościach się doskonali. Borghese pisał, że była to zesłana przez Boga próba, swoisty dowód i wyraz nadprzyrodzonej Bożej miłości. Peregryn z pewnością też tak na to patrzył.


TRZYDZIEŚCI LAT NA STOJĄCO!

Borghese podał możliwą przyczynę choroby, tej rany Peregryna. Miałyby nią być niezwykle surowe umartwienia, jakim oddawał się zakonnik, a zwłaszcza jedno z nich, wprost niewiarygodne, polegające na tym, że przez 30 lat – dzień w dzień i noc w noc – nigdy... nie siadał. Robił wszystko na stojąco. Na stojąco jadł, modlił się, lekko tylko przyklękając, a przegrywając ze zmęczeniem, na krótki czas opierał się o kamienną ścianę lub, przebywając na zakonnym chórze, o ławkę. Spać oczywiście co jakiś czas musiał, bo i największego ascetę morzy w końcu sen. Gdy tak się działo, nie korzystał z łóżka, lecz kładł się wprost na gołej ziemi.

Współcześni lekarze przychylają się do tezy, że taki tryb życia, taka praktyka ascetyczna mogły doprowadzić do zaostrzenia stanu chorobowego, którego główną przyczyną były żylaki. Peregryn musiał mieć do nich genetyczne predyspozycje, a styl życia, jaki prowadził, i umartwienia, którymi doświadczał swe ciało, pogorszyły stan – żylaki popękały i rozjątrzyły się.

To właśnie naukowo stwierdzono podczas kanonicznej rekognicji ciała zakonnika dokonanej w 1958 roku. Potwierdziły się wtedy domniemania Borghesego sprzed ponad 500 lat! Uznano, że przyczyną cierpień Peregryna musiały być zaniedbane i zdegenerowane żylaki, do których powstawania miał wrodzoną predyspozycję, a do pogorszenia się ich stanu przyczyniło się w dużym stopniu podjęte przez niego surowe umartwienie polegające na ciągłym pozostawaniu w pozycji pionowej. Z uwagi na brak odpowiedniego leczenia i dołączające się zakażenia bakteryjne powstała w ten sposób rana znajdowała się w stanie ciągłego zaostrzenia i nieznośnie cuchnęła. Dokładnie zresztą ją umiejscowiono – wytworzyła się u dołu, po wewnętrznej części prawej nogi. Co więcej – na skutek chorobowych zmian ucierpiały także stopy. Przyglądając się im, badacze ustalili, że zakonnik zmuszony był chodzić, obciążając jedynie piętę prawej stopy, i że doznał z tego powodu dodatkowych zesztywnień. Cokolwiek jednak by to nie było – rak czy tylko zgangrenowana, trudno gojąca się rana – i jakakolwiek była tego schorzenia przyczyna, to rokowania nie były pomyślne. Ba! Wręcz fatalne. Peregrynowi groziła śmierć.


NOGĘ TRZEBA AMPUTOWAĆ!

Pewnego dnia (było to prawdopodobnie w 1325 roku) lekarz Paolo Salaghi (Salazio), współrodak Peregryna – który, tak jak wielu innych, ubolewał nad jego ciężką chorobą – przyszedł do celi, w której leżał zakonnik, aby go zbadać. Nie można mu nic zarzucić, swoje lekarskie obowiązki wypełnił w stu procentach. Obejrzał nogę, a potem przyjrzał się jej jeszcze bardziej dokładnie i doszedł do jedynego możliwego wniosku, postawił jedyną możliwą diagnozę i powziął jedyny możliwy w tamtych czasach sposób leczenia. Uznał, że kończyny nie da się już wyleczyć za pomocą dostępnych ówczesnej medycynie środków, a nieleczona rana może stopniowo zainfekować resztę ciała i zagrozić zdrowiu, a nawet życiu pacjenta. Jednym słowem chorą nogę trzeba natychmiast amputować. Zgodzili się z nim wszyscy – lepiej przecież poświęcić nogę niż pozwolić zginąć całemu ciału.

Wszyscy byli przekonani, że jeśli by tego nie uczyniono, choremu groziła pewna śmierć. I tak by pewnie było. Na przełomie XIII i XIV wieku nie znano przecież antybiotyków ani zaawansowanych terapii medycznych, a – swoją drogą – i w dzisiejszych czasach w niektórych przypadkach amputacja też bywa jedynym możliwym do zastosowania rozwiązaniem.


NIEZWYKŁA NOC

Co działo się później – po postawieniu tak niepokojącej diagnozy i powzięciu decyzji o zastosowaniu tak drastycznych środków zaradczych? W noc poprzedzającą zaplanowaną operację Peregryn długo się modlił. Rozmyślał o tym, co ma się zdarzyć, i z pewnością najzwyczajniej, po ludzku, bał się tego, co go czeka. Bądźmy szczerzy. Nie bałbyś się, gdyby chcieli ci obciąć nogę? Z pewnością tak. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Ja zresztą też! Zaprawiony w przeróżnych cierpieniach zakonnik również się bał, nie mogło być inaczej. I pewnie robił wszystko, by tej operacji uniknąć. Nie miał jednak za dużego pola manewru. Pozostał mu tylko – a właściwie aż – sam Bóg. Postanowił więc odwołać się do Zbawiciela.

Zatrwożony tym, co go czeka, Peregryn z trudem dowlókł się do klasztornego kapitularza, do miejsca, w którym znajdował się fresk przedstawiający ukrzyżowanego Jezusa – dzieło Juliana z Rimini. Zaczął się modlić – żarliwie i gorąco, z wielką wiarą. Przemawiał do Boga prostymi, z głębi serca płynącymi słowami. I – co niezwykłe – znamy słowa tej modlitwy. Oto one: „O, Odkupicielu człowieka, aby zmyć nasze grzechy, poddałeś się krzyżowej męce i gorzkiej śmierci. Gdy byłeś na ziemi wśród ludzi, wielu z nich uzdrowiłeś z różnorakich chorób: oczyściłeś trędowatego, przywróciłeś wzrok ślepemu, który powiedział: «Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną». Racz także, o Panie, Boże mój, uwolnić moją nogę od tego nieuleczalnego zła, bo jeśli tego nie uczynisz, trzeba będzie ją uciąć”.

Mimo doskwierającego Peregrynowi od wielu dni nieznośnego bólu, modlił się on żarliwie. Ale po pewnym czasie, zmęczony walką duszy z ciałem zapadł w sen. I właśnie wtedy Go zobaczył. Ujrzał schodzącego z krzyża i pochylającego się nad nim Jezusa. Zbawiciel dotknął jego chorej kończyny, mówił do niego i... nagle, nieoczekiwanie, niespodziewanie wszelki ból ustąpił. Zakonnik obudził się i zauważył, że to chyba nie był wcale sen, że naprawdę nic go już nie boli, że jego noga znowu jest... zdrowa i tak krzepka, jak gdyby nigdy nic się nie wydarzyło, jakby nigdy nie była chora. Popatrzył na nią tak jak zawsze – z obrzydzeniem. Ale uczucie to zamieniło się niebawem w... zdziwienie – na kończynie nie było bowiem najmniejszego śladu po ranie. Czarna, zgangrenowana skóra znów była jasna i zdrowa. Nodze... nic nie dolegało.

 

Uradował się pewnie zakonnik niepomiernie i szczypał się dziesiątki razy, upewniając się, czy nie śni. Ale to nie był sen. On sam był jednak bardzo senny. Rozmyślanie o czekającej go operacji bardzo go pewnie utrudziło. Fizycznie i psychicznie „padał z nóg”. I nie wiedząc jeszcze nadal w stu procentach, czy to jawa, czy sen, dziękując miłosiernemu Bogu za ten niezwykły dar, powlókł się do celi i zasnął. Spał pewnie jak zabity, tak jak spać może ktoś, komu przez całe miesiące i lata, przez całe noce sen z powiek spędzał okropny ból. A gdy się wreszcie obudził, znów zapewne spojrzał na swoją nogę. Nie, to nie był sen! Szczypanie się nie miałoby już sensu. Kończyna była... zdrowa.


WIELKI CUD!

Rankiem – jak opisywał Borghese – do celi Peregryna wszedł lekarz, by dokonać amputacji. Przyniósł potrzebne narzędzia i mazidła. Zakonnik kazał mu jednak... wrócić do domu. Wyjaśnił, że był już u niego lekarz, który przywrócił mu zdrowie; lekarz, który powiedział mu, że jest jedynym, który obdarza ludzi dobrym lub słabym zdrowiem, który bierze w opiekę zarówno ich ciało, jak i duszę, jedynym, który przywraca wzrok niewidomym, oczyszcza trędowatych, uzdrawia paralityków i wskrzesza zmarłych; lekarz, który nie wie, co to zmęczenie, nie wie, co to hańba, który dla naszego zbawienia nie wahał się przyjąć najstraszliwszego rodzaju śmierci. „Właśnie Ten, który mi to powiedział, dokonał mojego uzdrowienia, doktorze” – stwierdził Peregryn.

Słysząc te słowa, lekarz pomyślał, że chory ze strachu przed amputacją bredzi, postradał zmysły albo że wybiegiem tym – słownymi, acz bardzo pobożnymi gierkami – za wszelką cenę chce uniknąć bolesnego zabiegu. Kazał mu pokazać nogę i zapewnił, że może go uwolnić od choroby, która zagraża całemu ciału. „Lekarzu, ulecz samego siebie! – odpowiedział mu zakonnik. – Nie potrzebuję już twego medycznego kunsztu; książę lekarzy i sprawca dzieła zbawienia człowieka oddalił swoją mocą wszystkie moje słabości”. I wtedy odsłonił nogę. „Spójrz i dowiedz się wreszcie, jakiego miałem lekarza”.

Salaghi nie krył pewnie zaskoczenia. Ba! Z całą pewnością oniemiał! Zobaczył chorą nogę, którą już przecież wcześniej oglądał. Spodziewał się, że ujrzy to, co już widział – paskudną ranę, podudzie czarne od gangreny. Nic z tych rzeczy! Noga, którą chciał uciąć, nie była wcale chora. Nie było na niej najmniejszego śladu rany, guza ani złośliwego raka. Nie było też żadnej oznaki jakiejkolwiek interwencji chirurgicznej. Lekarz nie miał najmniejszej wątpliwości, że ma do czynienia z cudem. Inaczej być nie mogło. „To coś wspaniałego!” – stwierdził, zwracając się do swoich asystentów. I tak w istocie było.

Wieść o wielkim cudzie, jaki uczynił Bóg swemu wiernemu słudze, lotem błyskawicy obiegła wkrótce całe miasto. Ludzie chwalili Boga i wielką czcią zaczęli otaczać również samego Peregryna. A uzdrowiony zakonnik z jeszcze większą energią podążał drogą Pana, tęskniąc za radościami przygotowanymi przez Boga tym, którzy przestrzegają Jego przykazań. Zarówno uzdrowiony, jak i ludzie, którzy byli świadkami tego niezwykłego wydarzenia, mieli pełną świadomość, że jego sprawcą był sam Chrystus – „lekarz duszy i ciała”, jak nazywano Go w Kościele za św. Ignacym z Antiochii.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?