Sługa Boży o. Mateusz z Agnone

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dziękujemy ojcu Cyprianowi de Meo, jego sekretarzowi Janowi (Giovanniemu) Comodo oraz ojcu Jakubowi (Iacopo) Carliniemu z klasztoru kapucynów we Florencji za rozmowę, poświęcony nam czas oraz pomoc w zgromadzeniu materiałów potrzebnych do opracowania tej publikacji.

Autorzy


Wstęp

Ojciec Cyprian i jego niezwykły pomocnik


Dość wysoki mężczyzna o pociągłej twarzy z siwą, charakterystycznie przystrzyżoną bródką i kępką siwych włosów na głowie wygląda jak większość starszych kapucynów. W sandałach na nogach, w brązowym habicie nie odbiega zbytnio od zakonnych „standardów”.

A jednak jest coś, co zdecydowanie odróżnia go od innych zakonników. Od ponad 60 lat pełni posługę egzorcysty. Niestrudzenie toczy walkę z największym wrogiem Boga i człowieka – diabłem. Pomaga najnieszczęśliwszym z nieszczęśliwych – ludziom opętanym przez złego ducha.

Jako jeden z najbardziej doświadczonych egzorcystów świata przewodniczy również Międzynarodowemu Stowarzyszeniu Egzorcystów. Stawiany jest na równi z założycielem tego stowarzyszenia, najsłynniejszym z włoskich egzorcystów – ojcem Gabrielem Amorthem, znanym także w Polsce z wielu publikacji, między innymi z Wyznań egzorcysty.

Jest zresztą nie tylko kapłanem egzorcystą, lecz także pisarzem i poetą. Do jego najbardziej poczytnych książek należy Il divino e l’umano nel mio apostolato di esorcista (Boskie i ludzkie w mojej posłudze egzorcysty), a jako poeta był laureatem wielu prestiżowych nagród.

Spełnione marzenia

Ojciec Cyprian de Meo – bo to właśnie jego dotyczy powyższy opis – urodził się 5 stycznia 1924 roku w ­Serracaprioli koło Foggi, w bardzo religijnej rodzinie. Matka była gospodynią domową, prowadziła również rodzinny sklep spożywczy; ojciec pracował jako kierowca. Oboje liczyli tylko na siebie w utrzymaniu swej licznej rodziny: trzech chłopców i jednej (zmarłej w dzieciństwie) dziewczynki.

Ojciec Cyprian od małego pragnął zostać kapucynem i jego marzenia się spełniły. Studiował teologię w Campobasso i Avellino, gdzie wykładał później w tamtejszym seminarium. Równocześnie nauczał religii w jednym z liceów w San Severo. To właśnie w ­Avellino po raz pierwszy w życiu spotkał diabła.

U boku Ojca Pio

Dzień 2 lipca 1949 roku był jednym z przełomowych w jego życiu – pierwszym spędzonym w klasztorze kapucynów w San Giovanni Rotondo. Wtedy też miało miejsce pierwsze osobiste spotkanie z najbardziej niezwykłym zakonnikiem XX wieku – starszym od niego o 37 lat Franciszkiem (Francesco) Forgione, czyli św. Ojcem Pio. Przez pięć lat kapucyn z Serracaprioli zajmował się głównie porządkowaniem napływającej do klasztoru korespondencji. O tym, że nie była to łatwa praca, wiedzą ci, którzy na własne oczy widzieli ogromne stosy listów adresowanych do Ojca Pio. Ojciec Cyprian dobrze poznał św. Ojca Pio. Spędził z nim mnóstwo czasu, spożywał obok niego posiłki, brał udział w rozmowach i modlitwach, często prosił go o pomoc i poradę. Ojciec Pio zapewniał go również o swojej modlitwie i wsparciu. Do dziś ulubionym zdjęciem ojca Cypriana jest to, na którym stoi obok Ojca Pio1.

Właśnie tam, we wciśniętym w górską dolinę San Giovanni Rotondo, ojciec Cyprian odprawiał swoje pierwsze Msze Święte i wygłaszał swoje pierwsze kazania.

Ofiarna posługa

Rok 1952 to kolejna ważna data w życiu ojca Cypriana. Właśnie wtedy – za zgodą biskupa diecezji Avellino – zaczął pełnić posługę egzorcysty. Dziś ma na swoim koncie całkiem spory dorobek – około 30 duchowych uzdrowień, a właściwie uwolnień z sideł złego ducha. A trzeba wiedzieć, że walka z diabłem to nie przelewki. Często trzeba przecież wielu, nawet bardzo wielu spotkań z egzorcystą, zanim zły duch da za wygraną i opuści ciało swej ofiary. Większość z tych uwolnień następowała dopiero po sześciu czy nawet ośmiu latach uporczywych i niezwykle wyczerpujących zmagań.

Ojciec Cyprian jest dziś jednym z 30 działających we Włoszech egzorcystów. Trzydzieści to duża liczba, ale chyba w obecnych czasach już niewystarczająca. Opętanych czy zniewolonych przez diabła Włochów jest coraz więcej, więc tym samym egzorcyści mają coraz więcej pracy.

Dzieje się tak zresztą nie tylko w tym kraju, lecz także na całym świecie, a mieszkańcy katolickich krajów są szczególnie narażeni na ataki złego ducha.

Spokój i dziecięca prostota

Jak w przypadku większości książek dwojga autorów, ktoś musi grać pierwsze skrzypce, ktoś musi to wszystko dopracować i ogarnąć. Wziąłem na siebie ten ciężar. Urszula wspomagała mnie z Florencji. Od lat tam mieszka, oprowadza polskich turystów i doskonale zna realia tego pięknego i tajemniczego kraju, w którym na porządku dziennym jest uciekanie się do „pomocy” magów odczyniających czy rzucających uroki. Ich „klientami” są zwykle osoby, które nie mogą się zwrócić do egzorcysty, a równocześnie nie potrafią sobie poradzić same z sobą. To właśnie we Florencji Urszula spotkała się z ojcem Cyprianem. Gościł tam w wiekowym klasztorze karmelitanek pod wezwaniem św. Marii Magdaleny dei Pazzi z jedną ze swoich grup modlitewnych, z którymi od lat odwiedza rozsiane po całych Włoszech kościoły, klasztory i sanktuaria. Wywarł na Urszuli duże wrażenie. Uczestniczyła w odprawianej przez niego Mszy Świętej, a późniejsza rozmowa z nim ukazała go jej jako człowieka niezwykle spokojnego, emanującego pozytywną energię i cechującego się swoiście dziecięcą prostotą.

Niezwykli pomocnicy

Ojciec Cyprian jest egzorcystą, ale oczywiście musimy jasno zdać sobie sprawę z tego, że to nie on uwalnia ludzi z mocy diabła, lecz czyni to sam Bóg, a kapłan jest tylko swoistym „transmiterem” Bożej mocy. W tej niezwykle trudnej posłudze ojca Cypriana wspierają duchowo osoby świeckie skupione w grupach modlitewnych. Jednak nie tylko oni. Od lat wiernymi sprzymierzeńcami są również jego współbrat św. Ojciec Pio, zmarła matka ojca Cypriana – Michalina, oraz ojciec Mateusz z Agnone. O tym, że są oni obecni obok niego w trakcie odprawiania egzorcyzmów, powiedział mu sam diabeł.

Walki i zwycięstwa odnoszone nad diabłem przez Ojca Pio zarówno za jego życia, jak i po śmierci, są już dziś powszechnie znane. To, że zmarła matka pomaga synowi – z zupełnie naturalnych powodów – też można zrozumieć. Najbardziej intrygującą postacią w tym gronie jest zatem ojciec Mateusz z Agnone. Kim był ów zakonnik? W jaki sposób pomaga ojcu Cyprianowi? Dlaczego diabeł drży przed nim? Zanim odpowiemy na te pytania, jeszcze jedna kwestia wymaga wyjaśnienia.

W jaki sposób zmarli pomagają żywym? Osoby wierzące bardzo dobrze wiedzą, że tajemnica świętych obcowania nie jest żadnym wymysłem, lecz najświętszą prawdą. Wiarę w nią potwierdzamy przecież podczas każdej Mszy Świętej, odmawiając Credo, czyli Wierzę w Boga. Święci i błogosławieni, którzy zostali oficjalnie kanonizowani i beatyfikowani przez Kościół, cała rzesza świętych niewyniesionych na ołtarze (bo przecież proces beatyfikacyjny nie jest inicjowany w stosunku do każdej zasługującej na niego osoby), czyli tak zwany Kościół triumfujący w niebie, połączony jest mistycznymi nićmi z Kościołem cierpiącym – zmarłymi oczyszczającymi się w czyśćcu, oraz z Kościołem wojującym na ziemi – nami wszystkimi, wciąż jeszcze żyjącymi na tym łez padole. Właśnie dzięki tym więziom święci i zmarli pomagają żywym, a żywi są w stanie wpływać na złagodzenie mąk czyśćcowych wszystkich wiernych zmarłych.

Serracapriola

Choć ojciec Cyprian dużo podróżuje po całych Włoszech, to jego „kwaterą główną” jest San Severo, a najważniejszym miejscem duszpasterskiej posługi – Serracapriola, miejsce jego urodzenia. Jest to niewielka mieścina w południowych Włoszech położona niedaleko słynnego San Giovanni Rotondo (wszystkie te miejscowości leżą w prowincji Foggii). W Serracaprioli znajduje się klasztor i kościół kapucynów pod wezwaniem Matki Bożej Łaskawej. Obydwa obiekty także wpisują się w całej pełni w zakonne standardy. Kto widział starą świątynię kapucynów w San Giovanni Rotondo, ma już wyobrażenie tego, jak wyglądają pozostałe. Ta w Serracapriola jest do niej bardzo podobna. Niewysoka, z charakterystyczną niewielką wieżyczką, w której umieszczony jest dzwon.

Na fasadzie nad wejściem widnieje wizerunek Świętej Rodziny, który flankują umieszczone w niszach wyrzeźbione w marmurze anioły. Wewnątrz kościoła znajdują się freski przedstawiające Zwiastowanie Pańskie oraz najważniejsze sceny z życia największych franciszkańskich świętych – św. Franciszka i św. Antoniego.

Warto nadmienić, że w klasztorze w Serracaprioli przez ponad rok (od października 1907 roku do listopada 1908 roku) przebywał młody Francesco Forgione, czyli św. Ojciec Pio – wówczas jeszcze brat. Bardzo często zakonnicy zastawali go modlącego się i płaczącego przed krucyfiksem w zakonnym chórze. W Serracaprioli bywał także zmarły w 1905 roku „święty mnich” – obdarowany przez Boga szczególnymi darami sługa Boży ojciec Rafael z Sant’Elia a Pianisi.

 

U grobu ojca Mateusza

Ale to wcale nie rodzinne sentymenty, nie pamięć o św. Ojcu Pio czy ojcu Rafaelu ciągną ojca Cypriana do Serracaprioli. Czynią to przechowywane w tamtejszym klasztornym kościele doczesne szczątki jego największego „sojusznika” w walce z szatanem – ojca Mateusza z Agnone. Ojciec de Meo wie o nim bardzo dużo, jest bowiem wicepostulatorem procesu mającego na celu wyniesienie tego kapucyna do chwały ołtarzy. Dogłębnie zbadał jego życie, działalność i dzieła, poświęcił mu również szereg napisanych przez siebie cennych publikacji.

Ojciec Cyprian bywa u grobu ojca Mateusza z ludźmi, którzy chcą podziękować za otrzymane łaski lub z tymi, którzy te łaski chcą u sługi Bożego wyjednać. Częstymi gośćmi są tam również opętani.

1 Kiedy poprosiliśmy ojca Cypriana o zdjęcie z autografem, spełnił nasze życzenie, przysyłając nam tę właśnie fotografię.


Rozdział I

Prosper Lolli, czyli... szczęśliwi ci, którzy płaczą


Po włosku – Fra Matteo d’Agnone; po polsku – ojciec Mateusz z Agnone. Jego „świeckie” imię i nazwisko były jednak zupełnie inne. Nazywał się Prosper (po włosku Prospero) Lolli. Nadane mu przez rodziców dość niecodziennie brzmiące dla nas, Polaków, imię, wywodziło się z łaciny i oznaczało mniej więcej to samo, co Feliks, czyli „pomyślny, szczęśliwy”. Otrzymał je dlatego, że po narodzinach trzech córek był dla rodziny długo oczekiwanym męskim potomkiem, mającym zapewnić ciągłość rodu Lollich. Istnieje w języku polskim określenie „prosperować”, czyli pomyślnie się rozwijać, działać, osiągając ze swojej działalności profity. Nomen omen! Starożytni Rzymianie uważali, że imię wyznacza i określa w jakimś stopniu dalsze życie osoby, która je nosi. Trąci to wprawdzie zabobonem, ale być może jakieś ziarno prawdy w tym jest, w każdym razie w przypadku Prospera było. Mimo negatywnych epizodów, jakie miały miejsce w jego życiu, ogólny bilans był „pomyślny” i „szczęśliwy”. Co więcej – jak dowiemy się z tej książki – szczęśliwi są ci, którzy nadal, nawet po jego śmierci z nim przestają!

Prosper przyszedł na świat w Agnone, małej miejscowości w środkowych Włoszech, w regionie Molise, w prowincji Isernia. Od jego czasów to – nieduże, położone na wzgórzu, typowe dla Włoch miasteczko niewiele się zmieniło. Ograniczone przez ukształtowanie terenu nie ma jak się poszerzać. Zamieszkuje je obecnie niespełna 6 tysięcy osób.

Ojciec Prospera, Józef, był ponoć człowiekiem poważnym i dobrym. Więcej – zarówno o nim, jak i o matce Prospera, której nawet imienia nie znamy – nie wiemy.

Z czasów dzieciństwa Prospera też nie mamy zbyt dużo wiadomości. Ojciec de Meo pisze, że jako dziecko Prosper budował ołtarzyki, przed którymi się modlił; miał świetną pamięć, bardzo dobrze się uczył. „Spokojny, skromny i uzdolniony” – takim go zapamiętano. Wyróżnił się przede wszystkim tym, że niezwykle szybko i z łatwością nauczył się – trudnej dla wielu jego rówieśników – łaciny.

Błogosławiona wina

W 1674 roku miało miejsce wydarzenie, które wywarło kolosalny wpływ na całe dalsze życie Prospera. W drodze do szkoły jedenastoletni chłopiec spotkał się z kolegą Antoniem Cellillo z rodziny Cannatello ­Cellillich. Młody człowiek miał przy sobie pistolet. Zabrał go z domu bez wiedzy rodziców. Zaciekawiony Prosper chciał się przyjrzeć tej broni z bliska. Wziął ją w dłoń i nieopatrznie nacisnął spust. Pistolet... wystrzelił. Stojący obok kolega Prospera trafiony został w szyję. Przerażony Prosper struchlał, widząc, że jego zalany krwią kolega upada na ziemię. Nie chciał przecież zrobić mu krzywdy. To był tylko nieszczęśliwy wypadek. Nie wiedząc jednak, co robić, w panice uciekł do pobliskiego lasu.

Po chwili zbiegli się mieszkańcy miasteczka, którzy usłyszeli strzał. Podnieśli zranionego chłopca i ostrożnie przetransportowali do domu. Zrozpaczona matka wzięła go w ramiona, przytulając do piersi jego zakrwawioną głowę. Widząc, że z trudem oddycha, wybuchła spazmatycznym płaczem. Ze strzępów wypowiadanych przez syna słów wywnioskowała, że postrzelił go Prosper. Tego, że nie działał celowo, że był niewinny, już się nie dowiedziała. Po chwili jej syn skonał.

W tym czasie Prosper powrócił do domu i powiedział rodzicom o tym, co zaszło. Nagle i niespodziewanie młody chłopiec znalazł się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Czekało go sądowe dochodzenie, ale nie to było najstraszniejsze – zanosiło się na krwawy odwet ze strony rodziny Cellillo, bowiem zrozpaczeni krewni chłopca poprzysięgli zemstę na nim i na jego rodzinie. Wendeta – ślepa, bezmyślna zemsta – była niestety w tamtych czasach (i jest do dzisiaj, zwłaszcza na południu Włoch) normą załatwiania rodzinnych i honorowych porachunków. I nie zawsze dochodzono, czy człowiek, na którego się uwzięto, był winien, czy też nie zarzucanego mu czynu. Królowała zasada „oko za oko, ząb za ząb”. Przelał krew i musi zapłacić za to swoim życiem. Nie odpuszczano.

Józef Lolli zachował się tak jak zrobiłby każdy na jego miejscu. Wiedząc, że w tym, co się stało, nie było winy syna, chronił go jak tylko mógł. Ukrył go najpierw w skrytce pod podłogą domu, a potem czym prędzej wyprawił z miasteczka. Na pytania przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości odpowiadał wykrętami. Twierdził, że nie wie, gdzie jest jego dziecko. Prosperowi udało się uniknąć kary. Dręczyły go jednak przewijające się w jego wyobraźni obrazy umierającego kolegi, jego szlochającej matki. Nie potrafił zapomnieć o tym, co się stało. Pokutował za to przez całe życie.

Studia

Ojciec wysłał nastolatka do Neapolu – do innego królestwa, gdzie ramię sprawiedliwości nie mogło go już dosięgnąć. Prosper zaczął studiować medycynę i filozofię. Utalentowany i dobrze przygotowany młody człowiek czynił wielkie postępy.

Już wtedy budował innych swoją pobożnością, przebywał w kaplicy znacznie dłużej niż inni i nie zwracał uwagi na pory posiłków. Nie interesowało go też, co będzie jadł – zadowalał się kawałkiem chleba i kubkiem wody. Był niezwykle pokorny – zamiatał podłogę, zmywał naczynia, imał się prac, do których inni niespecjalnie się garnęli.

Był zdolny, zawsze dobrze przygotowany, wytrwały, ale wciąż jeszcze niezdecydowany co do tego, jaką drogą chce podążać w dalszym życiu. Podczas trzech lat studiów w Neapolu utrzymywał stały kontakt z jezuitami, zastanawiał się nawet nad wstąpieniem do ich zakonu. Połączenie modlitwy ze studiami było tym, co go w owym zakonie pociągało, ale brakowało mu w tym rozpoznania rzeczy najważniejszej – woli Boga. Zastanawiał się długo, aż wreszcie zdał sobie sprawę z tego, że była ona inna niż jego własne plany.

W końcu wybrał – nie jezuitów, ale... kapucynów. Przekonał go do nich jego kolega ze studiów Tomasz z Trivento (obecnie sługa Boży). Surowe życie kapucynów, ich pokutne praktyki i ubóstwo, służba bliźnim bardzo ujęły Prospera. Poczuł, że w tym właśnie zakonie jest jego miejsce, że tego chce od niego Bóg. I choć jego własne plany były początkowo nieco inne, nie zastanawiał się zbyt długo. Udał się do przełożonego neapolitańskiej wspólnoty kapucynów pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny i poprosił o przyjęcie. Zakonnik nie trzymał go zbyt długo w niepewności. Z ochotą spełnił jego prośbę. Prosper został przyjęty. Jego rodzice nie byli z tego zbyt zadowoleni – wciąż pokładali w nim nadzieje, że zrobi wielką świecką karierę.

Nowicjat

Po wstąpieniu do kapucynów Prosper trafił do nowicjatu w Sessa Aurunca (dotarł tam z Neapolu, przemierzając na piechotę ponad 60 kilometrów). W kapucyńskim klasztorze ujęło go niezwykłe połączenie surowości i prostoty. Brązowy kapucyński habit, sznur, sandały oraz nowe imię Mateusz przyjął prawdopodobnie na przełomie lat 1579 i 1580. Wyzbył się tym samym własnej woli. Ślubując posłuszeństwo, złożył ją w ręce przełożonego. Niestety, podczas trwania nowicjatu do Mateusza dotarła niezwykle przykra wieść – zmarli jego rodzice. Pojawiły się wtedy nieoczekiwane kłopoty. Siostry Prospera, dla których bardziej liczyły się sprawy tego, niż tamtego świata, zapragnęły, by powrócił do domu, przejął schedę po ojcu i wziął je pod swoją opiekę. Powiadomiły o tym przełożonych Mateusza, którzy stanęli wówczas na wysokości zadania. Nie próbowali zatrzymywać go za wszelką cenę. Umożliwili nowicjuszowi wybór. Wiedząc już, jak ciężkie jest życie kapucyna, mógł sam zdecydować: albo opuścić klasztor i wrócić do domu, albo zostać w Agnone. Mateusz wytrwał. Pojechał do rodzinnej miejscowości, pomodlił się przy grobie rodziców, uporządkował sprawy majątkowe i bez wahania wrócił do nowicjatu w Sessa Aurunca. Wiedział, że na tym się skończy, gdyż od samego początku nie żywił cienia wątpliwości odnośnie powrotu do klasztoru. Znowu serdecznie go tam powitano. Po niedługim czasie Mateusz złożył śluby zakonne i trafił do klasztoru w Aversie niedaleko Neapolu (w Kampanii).

Niepłodne drzewko pomarańczy

Pewnego dnia bracia z owej wspólnoty postanowili ściąć nierodzące owoców drzewo pomarańczowe i – jako bezużyteczne – wrzucić je do ognia. Ojciec Mateusz śledził ich poczynania. Poszedł potem do kaplicy, upadł na twarz pod krzyżem i ze łzami w oczach wyznał: „O Najsłodszy Panie, to ja jestem tym nieprzynoszącym owoców drzewem, które zasługuje na wycięcie i usunięcie z ogrodu, jakim jest zakon, bo nie służę Ci tak jak powinienem. Nie zasługuję na nic innego, jak tylko na to, żebym się smażył w piekle”2.

Z woli przełożonych ojciec Mateusz trafił następnie do prowincji Sant’Angelo i klasztoru w Serracapriola. Zlecono mu tam prowadzenie wykładów z logiki dla kleryków. Koniecznym stało się jednak, by dokończył studia wymagane od kandydatów do kapłaństwa. W konsekwencji wysłano go zatem około 500 kilometrów na północ, do Bolonii, gdzie mieściło się teologiczne studium franciszkańskie. Według historycznych ustaleń przebywał tam przez około sześć lat (mniej więcej w latach 1583-1589).

Czego ode mnie chce ten brat Mateusz?

Jeszcze jako kleryk ojciec Mateusz zasłynął jako pogromca demonów. To był prawdziwy i niespodziewany kamień milowy w jego zakonnej karierze. Jak to się stało, że w Mateuszu rozpoznano tak niezwykły charyzmat? Otóż do klasztoru w Castel Bolognese, gdzie Mateusz przebywał jako kleryk, przybyła pewnego dnia opętana przez złego ducha – znękana trwającą 13 lat udręką – nieszczęśliwa kobieta. Zakonnicy stawali na głowie, by jej pomóc, odprawiali egzorcyzmy, podejmowali posty i modlitwy. Na próżno. Diabeł – a w zasadzie kilka demonów naraz – miał to za nic. „Pewnego dnia, w wyniku długotrwałych nacisków, szatan ujawnił wreszcie sekret, w jaki sposób można go wypędzić. Powiedział: «Cokolwiek byście robili, my i tak stąd nie wyjdziemy, chyba że przyjdzie tu brat ­Matteo z Agnone, którego pokora przeraża nas bardziej niż wszystko inne, to ona nas krzyżuje i biczuje»”3.

Zakonnicy bardzo się zdziwili, bowiem – jak pisał ojciec de Meo – „znali wprawdzie dobroć tego kleryka, ale nie przypuszczali, że to on może budzić przerażenie wśród demonów. Pobiegli po Matteo, który początkowo wzbraniał się, mówiąc, że słowa złego ducha nie są prawdą. Poskutkował dopiero argument posłuszeństwa. Lolli zszedł do kościoła, położył się twarzą przed wystawionym Najświętszym Sakramentem i trwał tak przez pewien czas. Jego pokora jeszcze bardziej rozsierdziła złego ducha, który zaczął wykręcać ciało opętanej kobiety. Ta zgrzytała zębami, a z jej ust leciała piana. Szatan na wszelkie sposoby chciał przestraszyć młodego zakonnika. Lecz on, pogrążony w gorliwej modlitwie, pozostawał niewzruszony. Jego nieugięta postawa zmusiła w końcu diabła do wykrzyknięcia: «A jednak przyszedł. Czego ode mnie chce ten brat Matteo? Nie mogę już dłużej znieść jego widoku». Po tych słowach zły duch opuścił kobietę, która po tylu latach cierpienia odzyskała wolność. Brat Matteo był wprawdzie zaskoczony tym, co się stało, ale zaraz odszedł do swej celi, żeby zająć się studiowaniem”4.

 

Ojciec Cyprian de Meo w swojej biografii przytacza również dwie inne łaski wypędzenia szatana, do których przyczynił się ojciec Mateusz z Agnone, gdy był jeszcze zwykłym klerykiem: „W Aversie (...) pewna kobieta z Frattamaggiore została przyprowadzona do tamtejszego kościoła kapucynów na egzorcyzmy. Wezwano na nie również brata Matteo. Gdy tylko zakonnik wszedł do świątyni, szatan zaczął strasznie dręczyć kobietę, krzycząc przy tym: «O jakże mi przykro, że ten młody klecha będzie mi tak dokuczał przez całe swoje życie» Wyrzuciwszy to z siebie, demon opuścił kobietę”5.

Innym razem „kapłan odprawiający egzorcyzm zwrócił się w pewnym momencie do złego ducha: «Zaklinam cię, przez pokorę Ojca Matteo z Agnone, kapucyna...». Gdy tylko demon usłyszał to imię, wzburzył się i wrzasnął: «Milcz, milcz! Nie wymieniaj więcej przy mnie imienia tego człowieka, nie mogę tego dłużej słuchać»”6.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?