Msze Święte gregoriańskie i wieczyste

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Mojemu kochanemu Tacie, Czesławowi,

który – opatrzony świętymi sakramentami –

zasnął w Panu 23 czerwca 2013 roku, w Dzień Ojca,

trzy dni przed datą ostatecznego ukończenia tej książki (!!!).

Błagam dobrego Boga, by okazał mu swe miłosierdzie

i przyjął go jak najwcześniej do grona mieszkańców nieba,

a wszystkich Czytelników serdecznie proszę o modlitwę w tej intencji.

* * *

Ofiary za zmarłych milsze są Bogu od ofiar za żyjących; ci pierwsi bowiem są w daleko większej potrzebie, nie mogąc pomóc samym sobie, co jest w mocy żyjących.

św. Tomasz z Akwinu

Święta Matka Kościół, wyrażając jak największą troskę o zmarłych (...) postanawia, że tymże zmarłym przychodzi się z pomocą w sposób najdoskonalszy przez każdą Ofiarę Mszy Świętej.

Ojciec Święty Paweł VI

Nie podlega żadnej wątpliwości, że zmarłym przez ofiarę Mszy Świętej pomoc przynieść można; ona sprawia, że Pan Bóg z nimi postępuje bardziej miłosiernie, aniżeli przez grzechy swoje zasłużyli.

św. Augustyn z Hippony

Wspomagać dusze czyśćcowe to urzeczywistniać najdoskonalsze z dzieł miłosierdzia, a raczej dawać wyraz, w sposób najdoskonalszy, wszystkim dziełom miłosierdzia razem wziętym; to odwiedzanie chorych; to pojenie spragnionych widoku Boga; to karmienie głodnych, uwalnianie więźniów, przyodziewanie nagich, zapewnianie nieszczęsnym wygnańcom miejsca w Niebieskim Jeruzalem; to pocieszanie strapionych i pouczanie nieświadomych – mówiąc krótko, łączenie w jedno wszystkich dzieł miłosierdzia.

św. Franciszek Salezy

GRZECH JUSTUSA

Rzym, VI wiek po Chrystusie. Jednym z najwybitniejszych Rzymian był w owym czasie Grzegorz, potomek możnych, co więcej, pobożnych rzymskich patrycjuszy – senatora Gordiana Anicjusza i jego żony Sylwii. Jego prapradziadkiem był papież Feliks III, a z rodem spokrewniony był także papież Agapit. Zdolny i bogaty młodzieniec zdobył wszechstronne wykształcenie. Piastując różne stanowiska cywilne, doszedł do funkcji prefekta, czyli namiestnika Rzymu. Zjednał sobie lud dobrocią, prawością i łagodnością. Nie taką jednak świecką ścieżkę kariery wyznaczył mu Bóg. Po czterech latach rządów w Wiecznym Mieście Grzegorz poczuł bowiem powołanie do życia zakonnego. W dniu śmierci swojego ojca porzucił świeckie honory i wstąpił do zakonu benedyktynów. Nikt się tego po nim nie spodziewał. Co więcej, Grzegorz nie tylko przekształcił własny rzymski dom na Mons Caelius w klasztor, ale korzystając z ogromnego majątku, w swoich dobrach na Sycylii założył sześć innych klasztorów. Resztę dóbr rozdał ubogim i udał się do swojego rzymskiego klasztoru, aby się modlić i pościć.

Wykształcony, pochodzący ze znamienitego rodu mnich szybko zwrócił na siebie uwagę papieży. Benedykt I mianował go jednym z siedmiu diakonów regionalnych, a jego następca, Pelagiusz II, wysłał go do Konstantynopola (będącego w owym czasie centrum życia politycznego ówczesnego świata) jako swojego apokryzjariusza – legata na dworze cesarza Tyberiusza I Konstantyna. W stolicy cesarstwa wschodniorzymskiego Grzegorz spędził siedem lat. Po powrocie do Rzymu Pelagiusz II uczynił go swoim doradcą i osobistym sekretarzem.

* * *

Od 583 roku 43-letni Grzegorz pełnił rolę opata klasztoru św. Andrzeja w Rzymie. Rządził mądrze i sprawiedliwie. Niestety, był jednak bardzo chorowity. Pielęgnował go wtedy i usługiwał mu biegły w sztuce lekarskiej mnich Justus. Tak się stało, że i on pewnego dnia zachorował. Z dnia na dzień stan jego zdrowia ulegał pogorszeniu, w oczy zajrzała mu śmierć. Zajmował się nim wówczas jego rodzony brat Kopiosus, który zarabiał na życie jako lekarz.

Justus, mając świadomość, że już niedługo rozstanie się z tym światem, zdradził Kopiosusowi swój od dawna skrywany sekret. Miał bowiem schowane przed innymi trzy złote monety. Ukrył je w jednym z lekarstw. Swoją drogą, nawet gdyby Justus nikomu o tym nie powiedział, i tak nie byłby w stanie tego faktu ukryć. Bracia, starannie szukając, przejrzeli bowiem wszystkie leki chorego i znaleźli monety.

Posiadając i ukrywając monety, Justus dopuścił się wielkiego przewinienia. Pogwałcił ślub ubóstwa, naruszając regułę zakonną. Jej autor – św. Benedykt z Nursji – pisał w niej wyraźnie: „Tę zwłaszcza wadę należy w klasztorze wykorzenić: Niech się nikt nie ośmiela cokolwiek dawać lub przyjmować bez pozwolenia opata ani czegokolwiek posiadać na własność, choćby najmniejszej rzeczy ani książki, ani tabliczek do pisania, ani rylca, niczego w ogóle. Mnisi nie mają przecież prawa rozporządzać samodzielnie nawet własnym ciałem i własną wolą, a wszystkiego, co niezbędne, oczekują od ojca klasztoru. Każdemu tylko to posiadać wolno, co mu opat sam dał lub na co mu pozwolił. Wszystko dla wszystkich powinno być wspólne i niechaj nikt niczego nie nazywa swoim ani za swoje nie uważa. Gdyby się okazało, że ktoś przywiązał się do tej szkaradnej wady, należy takiego brata raz i drugi upomnieć. Jeśli się zaś nie poprawi, podlega karze”[1].

* * *

Wieść o naruszeniu reguły przez Justusa dotarła do Grzegorza. Bardzo się nią zasmucił. Nie mógł spokojnie znieść takiego zła u brata, który żył w ich wspólnocie. Musiał jakoś zareagować. Ale jak? Na upomnienie „raz i drugi” nie było już czasu. W uszach brzmiały mu też pewnie inne słowa: „Niech nie przemilcza grzechów błądzących, lecz w miarę swych możliwości wyrywa je z korzeniami, gdy tylko zaczną się pokazywać, pomny na śmierć Helego, kapłana z Silo”[2].

Ciążyła na nim wielka odpowiedzialność – miał „rządzić duszami i służyć wielu w dążeniu do naprawy obyczajów”. Benedykt pisał jasno, cytując słowa z Księgi Przysłów: „Uderz syna twego rózgą, a uwolnisz duszę jego od śmierci” (Prz 23,14). Jak wyrwać zło z korzeniami, jak „uderzyć” umierającego współbrata? Co powinienem zrobić, żeby nie tylko oczyścić go z grzechu, ale także dać przykład pozostałym? – dumał Grzegorz. Długo się nad tym zastanawiał i w końcu podjął decyzję. Wezwał Precjosa, przeora klasztoru, i powiedział mu: „Idź! Niech żaden z braci nie zbliża się do umierającego, niech on nie usłyszy od żadnego z nich słowa pociechy. Gdyby w chwili śmierci domagał się obecności braci, niech brat rodzony powie mu, że z powodu monet, które schował w tajemnicy, wszyscy bracia są mu niechętni. A to po to, aby przynajmniej w chwili śmierci dusza jego zaznała gorzkiej skruchy i została oczyszczona z popełnionego grzechu”[3].

* * *

Grzegorz skazał Justusa na umieranie w samotności. To była kara za to, że chcąc mieć coś na własność, naruszył dobro całej wspólnoty, odwrócił się od niej. Ale to nie było jeszcze wszystko. Konsekwencje swego czynu Justus musiał ponieść nawet po swej śmierci. Grzegorz zarządził bowiem: „Gdy już umrze, niech nie będzie pochowany na cmentarzu braci. Wykopcie gdziekolwiek otwór w gnojowisku, wrzućcie go tam, a na niego rzućcie te trzy złote monety, które zostawił. Wszyscy też zawołajcie: «Pieniądze twoje niech idą z tobą na zatracenie». Po czym przykryjcie go ziemią”[4].

Czym przy wydawaniu tego polecenia kierował się Grzegorz? Tak sam to wyjaśnił: „Chciałem jednocześnie osiągnąć dwa cele: pomóc umierającemu i żyjącym braciom. Jemu – żeby gorycz umierania ułatwiła mu odpuszczenie grzechów, im natomiast – żeby to surowe potępienie uchroniło ich przed podobnym upadkiem”[5].

* * *

Kara była niezwykle surowa. Czy proporcjonalna do winy? Raczej tak, choć dzisiaj być może nieco łagodniej potraktowano by Justusa. Żaden z mnichów, a nawet jego rodzony brat, nie oponował jednak, nie stanął w jego obronie i nie prosił o litość dla umierającego, kwestionując tym samym niezwykle surową karę nałożoną przez Grzegorza. Dlaczego? Czyniąc tak, każdy zakonnik sam naruszyłby bowiem regułę zakonną. Święty Benedykt pisał jasno i zrozumiale, bez cienia wątpliwości: „Trzeba się bardzo wystrzegać, aby w klasztorze z żadnego powodu jeden mnich nie ośmielał się bronić drugiego ani też występować w roli jego opiekuna, nawet wówczas, gdyby łączyło ich jakieś bliskie pokrewieństwo. Niechaj nikt nie waży się robić tego w jakikolwiek sposób, bo takie postępowanie łatwo może stać się przyczyną poważnego zgorszenia. Gdyby więc ktoś przekroczył ten zakaz, powinien być surowo ukarany”[6].

Nie chcąc stać się przyczyną zgorszenia ani zostać surowo ukaranymi, mnisi bez szemrania i z całą skrupulatnością spełnili polecenie Grzegorza: „Gdy ten brat był bliski śmierci i z niepokojem chciał się polecić braciom, nikt nie raczył zbliżyć się do niego ani z nim rozmawiać. Jego rodzony brat wytłumaczył mu, dlaczego wszyscy mieli go w nienawiści”[7].

Justusa musiało to zaboleć. Każdy umierający chciałby mieć przy swoim łożu bliskich sobie ludzi, chciałby odchodzić trzymany za rękę, czuć duchową łączność z osobami, którym na nim zależy. Nie ma się zatem co dziwić, że Justus zaczął gwałtownie rozpaczać i żałować popełnionego grzechu. Czarę goryczy musiał wypić jednak do dna. Nie było dlań zmiłowania. Pogrążony w smutku i żalu wyzionął ducha. Oczywiście po jego śmierci bez szemrania wykonano również drugą część zalecenia Grzegorza – ciało zmarłego, wraz ze znalezionymi monetami, zakopano w gnojowisku.

* * *

Bracia ciężko to przeżyli. Dla nich też była to niezła próba i nauka. Zmarły był przecież jednym z nich. Zżyli się z nim i traktowali go jako „swojego”. A tymczasem za coś takiego – za trzy głupie monety – zamiast pochować go z należnymi zakonnikowi honorami, musieli obejść się z nim jak z jakimś nikomu niepotrzebnym śmieciem. Nic dziwnego, że wielu z nich zaczęło się bać, że mogliby mieć w swojej celi coś, za co spotkałby ich taki sam los jak Justusa. Zaczęli znosić do Grzegorza różne rzeczy. Wszystkie okazały się bezwartościowe. Nie było wśród nich pieniędzy, drogocennych w owym czasie książek, rylców ani tabliczek do pisania. Reguła zakonna nie zabraniała posiadania rzeczy całkowicie bezwartościowych, ale mnisi woleli dmuchać na zimne.

 

* * *

Co się stało ze zmarłym? Grzegorz i pozostali benedyktyni z jego wspólnoty nie mieli najmniejszych wątpliwości: trafił do czyśćca.

[1] Św. Benedykt z Nursji, Reguła. Żywot. Komentarz, nakładem opactwa benedyktynów tynieckich, Tyniec 1979, str. 43-44.

[2] Tamże, str. 17.

[3] Św. Grzegorz I Wielki, Dialogi, Wydawnictwo oo. Benedyktynów „Tyniec”, Kraków-Tyniec 2007, str. 370.

[4] Tamże.

[5] Tamże, str. 369-370.

[6] Św. Benedykt z Nursji, dz. cyt., str. 72.

[7] Św. Grzegorz Wielki, dz. cyt., str. 370.

JUSTUS W CZYŚĆCU

Dla nas, chrześcijan, jedno jest pewne: śmierć nie jest kresem istnienia. Zmarli w Chrystusie żyją i zawsze już żyć będą. Dusza ludzka jest nieśmiertelna i po naszej śmierci nadal istnieje obdarzona świadomością i wolą. Nasze życie ulega zmianie, ale nie zniszczeniu. Z chwilą śmierci zmienia się tylko jego forma.

Katechizm Kościoła Katolickiego jeszcze bardziej poszerza naszą wiedzę o losie wszystkich zmarłych. Czytamy w nim: „Każdy człowiek w swojej nieśmiertelnej duszy otrzymuje zaraz po śmierci wieczną zapłatę na sądzie szczegółowym, który polega na odniesieniu jego życia do Chrystusa i albo dokonuje się przez oczyszczenie, albo otwiera bezpośrednio wejście do szczęścia nieba, albo stanowi bezpośrednio potępienie na wieki”[8]. W świetle nauki Kościoła zmarli trafić mogą zatem w trzy miejsca: do nieba, piekła lub czyśćca.

Większość z nas nie jest pewnie aż tak dobra, żeby bezpośrednio po zgonie – wzorem wszystkich świętych – trafić do nieba, ani tak zła i zdeprawowana, żeby znaleźć się w piekle. Miejscem, w którym większości z nas przyjdzie przez pewien czas przebywać, będzie zatem czyściec. Tam też według przekonania Grzegorza i podlegających mu benedyktynów znalazł się Justus. Dlaczego jego dusza musiała tam trafić? „Gdy dusza, oddzielona od ciała, nie widzi w sobie pierwotnej czystości, lecz przeszkody złączenia się z Bogiem, których inaczej nie można usunąć, jak tylko przez ogień czyśćcowy, to rzuca się weń wprost i dobrowolnie”[9] – pisała św. Katarzyna z Genui. A w innym miejscu Rozprawy o czyśćcu stwierdzała: „Istota Boża jest zarazem zupełnie czysta, nieskończenie bardziej, niż rozum to pojąć może; dusza więc, znajdując na sobie choćby najmniejszą odrobinkę niedoskonałości, wolałaby raczej rzucić się do tysiąca Piekieł, niż stanąć przed Majestatem Boga z jakąś zmazą na sobie. Widząc zatem, że czyściec przeznaczony jest na to, by zetrzeć plamy duszy, dobrowolnie do niego się rzuca i znajduje tam wielkie miłosierdzie, uwalniające ją od owej przeszkody”[10]. „Jeśliby dusza, mająca na sobie choćby maleńką zmazę, miała zbliżyć się do Boga w widzeniu uszczęśliwiającym, odczułaby to jako krzywdę dla siebie i mękę wielekroć straszniejszą od cierpień czyśćcowych”[11].

Czystość duszy zabrudzić mogą nawet najlżejsze grzechy. W najbłahszym grzechu kryje się bowiem zło, a winy, które w naszym odczuciu są nic nieznaczące, w oczach Boga budzą obrzydzenie i obrażają Jego nieskończoną świętość.

Justus trafił do czyśćca za złamanie zakonnej reguły i ślubu ubóstwa, ale większość ludzi – jak twierdzi bł. Anna Katarzyna Emmerich – „znalazła się tam w wyniku własnej lekkomyślności, przejawiającej się w lekceważeniu tak zwanych grzechów lekkich, polegających na zaniedbywaniu drobnych uprzejmości, dobrych czynów i pokonywaniu pokus różnych zachcianek”[12].

* * *

W czyśćcu przyjdzie nam odcierpieć każdy grzech, wszelkie grzechowe plamy, odpuszczone i wybaczone winy, chyba że te grzechy i grzeszki należycie odpokutowaliśmy już na ziemi. Pokutę przyrównać można bowiem do gumki wymazującej z księgi ludzkiego żywota zapisane tam winy (choć odciśnięty ślad ołówka oczywiście pozostanie!). Jeśli grzech został odpowiednio odpokutowany za życiu, w czyśćcu nie poniesiemy żadnej kary, nie będziemy musieli zań jeszcze raz pokutować. Jeśli nie został odpokutowany lub nastąpiło to w sposób niepełny, w czyśćcu pokutę tę przyjdzie nam dopełnić.

Justus w opinii swoich współbraci takiej pokuty nie dopełnił. Po prostu nie zdążył. Na pewno – choć św. Grzegorz Wielki nic o tym nie pisał – odbył pełną i ważną spowiedź. To jednak nie wystarczyło.

„Są ludzie, którzy wierzą, że jeżeli ktoś odbył dobrą spowiedź, zaraz po śmierci wchodzi do królestwa niebieskiego. Mylą się jednak”[13] – twierdziła Fulla Horak. Dobra spowiedź nie wystarczy. Choć sprawiedliwość Bożą łagodzi Jego bezgraniczne miłosierdzie, a nasz Pan jest „łagodny i miłosierny, nieskory do gniewu i bardzo łaskawy”, człowiek musi za swe czyny należycie odpokutować. Musi w pełni naprawić to, co zepsuł. „Wiedz też dobrze, że z należności, jaką dusza ma spłacić, nie będzie darowany ani grosz – tak postanowił Bóg, aby zadość się stało sprawiedliwości odwiecznej”[14] – napominała św. Katarzyna z Genui.

* * *

Po śmierci poniesiemy karę również za grzechy zaniedbania, nie tylko za to, co zrobiliśmy, ale także za to, czego nie zrobiliśmy – za dobro, które uczynić mogliśmy, ale nie uczyniliśmy, za otrzymane przez Boga talenty, które zmarnowaliśmy. „Podstawą rozrachunku po «tamtej stronie» nie będzie to tylko, co człowiek zrobił złego lub dobrego, ale i to także, czy spełnił wszystko dobre, które mógł spełnić za życia – twierdzi Fulla Horak. – Wszystko więc, co brakować będzie do maksimum Bożych wymagań – wedle uposażeń duszy – i wszystko, co przekraczać będzie maksimum Bożej wyrozumiałości – wedle ułomności ciała – musi dusza w czyśćcu odrobić lub nadrobić męką”[15].

* * *

W czyśćcu wypalać się będzie nasza pycha i egoizm. Nawet najmniejszy ślad pychy będzie musiał zostać usunięty. Co więcej, odpokutować przyjdzie nam również brak woli znoszenia cierpień. Czyśćcowi wizjonerzy zapewniają, że do czyśćca trafią także ci, którzy nie przyjmą cierpienia, dusze ludzi, którzy się przed nim wzdragali – nie chcieli cierpieć na ziemi i naśladować w tym samego Chrystusa. Dlaczego tak się stanie? Bo sprzeciw wobec ponoszonego cierpienia jest wyrazem sprzeciwu przeciwko woli Bożej.

W czyśćcu zapłacić będziemy musieli za nepotyzm i kumoterstwo, za zły przykład i zgorszenie dawane innym… Wymieniać można by bez końca, bowiem lista grzechów, za które przyjdzie nam pokutować w czyśćcu, jest przeogromna – tak jak przeogromna jest ludzka inwencja zamieniania dobra w zło, wypaczania i niszczenia, zmieniania każdego złota w błoto.

Warto nadmienić, że wielu wizjonerów, którzy wędrowali po czyśćcu i kontaktowali się z duszami czyśćcowymi, przestrzegało, że szczególnie gniewa Boga wszelkie zobojętnienie w czasie praktyk religijnych (lekceważenie Mszy Świętej, Komunii Świętej, sakramentów, zbyt rzadkie przystępowanie do Komunii Świętej, a także czynienie tego z obojętnością i nieuszanowaniem). W sposób szczególny na baczności muszą się mieć osoby duchowne. Będą musiały one odkupić najdrobniejsze swoje przewinienia – naruszenia zakonnej reguły (przypadek Justusa), niedbałość w służbie Bożej, nadmierną surowość lub łagodność w stosunku do podwładnych, złamanie ślubu posłuszeństwa itp.

Żeby mogła wypełnić człowieka radość wieczna, żeby mógł zjednoczyć się z Bogiem, musi on najpierw stać się naczyniem bez skazy, musi wytopić się jak złoto w tyglu, musi stać się godny oglądania Bożego oblicza. Nic nieczystego nie wejdzie bowiem do królestwa niebieskiego.

* * *

Dobrze – powiecie – wiemy już, że większość ludzi trafi po śmierci do czyśćca, wiemy też, za co można się tam znaleźć, ale wciąż nie wiemy, czym tak naprawdę on jest i jak wygląda.

Wiele na ten temat napisano. Próbując wyobrazić sobie czyściec, możemy posiłkować się czyśćcowymi wizjami, których doznało wielu świętych i ludzi Kościoła.

Błogosławionej Annie Katarzynie Emmerich czyściec jawił się jako swoiste więzienie, rozległe, posępne pomieszczenie, niezmiernie zróżnicowane – złożone z miejsc ciemniejszych i jaśniejszych, głębokich czeluści i wyżyn, „królestwo smutku i udręki”. Wędrując po nim, trafiała czasem na bezkresne pustkowia i w miejsca, gdzie dusze były mniej lub bardziej zanurzone w ciemności – niektóre tylko w połowie, inne po samą szyję. Wprowadzana była do głębokich otchłani, odwiedzała dusze, do których prowadziła łatwiejsza lub trudniejsza droga.

Święta Brygida Szwedzka widziała ciemne i straszne miejsce, i ognistą przepaść, a tuż nad nią duszę jakby przyobleczoną ciałem. Ogromne płomienie wznosiły się ku niej z tej głębiny i paliły ją z wielką mocą.

Święta s. Faustyna – prowadzona przez anioła – znalazła się w miejscu mglistym, napełnionym ogniem, w którym znajdowało się całe mnóstwo dusz cierpiących: „Te dusze modlą się bardzo gorąco, ale bez skutku dla siebie, my tylko możemy im przyjść z pomocą. Płomienie, które paliły je, nie dotykały się mnie. Mój Anioł Stróż nie odstępował mnie ani na chwilę. I zapytałam się tych dusz, jakie ich jest największe cierpienie? I odpowiedziały mi jednozgodnie, że największe dla nich cierpienie to jest tęsknota za Bogiem. Widziałam Matkę Bożą odwiedzającą dusze w czyśćcu. Dusze nazywają Maryję «Gwiazdą Morza». Ona im przynosi ochłodę. Chciałam więcej z nimi porozmawiać, ale mój Anioł Stróż dał mi znak do wyjścia. Wyszliśmy za drzwi tego więzienia cierpiącego. [Usłyszałam głos wewnętrzny], który powiedział: «Miłosierdzie moje nie chce tego, ale sprawiedliwość każe». Od tej chwili ściśle obcuję z duszami cierpiącymi”[16].

Błogosławiona Anna Katarzyna Emmerich opowiadała też o czyśćcu jako o miejscu pod ziemią, do którego wejście znajduje się… na ziemi. Według niej czyściec znajdował się gdzieś w okolicach bieguna północnego. „Nie mogę właściwie powiedzieć, w jakiej okolicy znajduje się czyściec – wyznała. Najczęściej szła w kierunku północnym, po pewnym czasie tracę jednak orientację, gdyż muszę zanurzyć się w ciemności i pokonywać wiele trudności związanych na przykład z wodą, śniegiem, cierniami, bagnem itp. (...) Zdarza się też często, że potem schodzę pod ziemię ciemnymi drogami nie do przebycia i docieram do obszarów, w których panują ciemności, mgła, zimno i niesamowita atmosfera”[17].

Podczas kolejnej podróży podążała na północ i wydawało jej się, że czyściec znajduje się tam, gdzie jest „wierzchołek ziemi”. Wznosiły się tam nad nią góry lodowe, a stając na lodzie, widziała „miejsce czyśćca wyglądające jak słońce lub księżyc wiszący nisko nad ziemią”.

Ta czyśćcowa rzeczywistość wyglądała często dosyć swojsko i przyziemnie – niemiecka augustianka opowiadała kiedyś, że z lewej strony odwiedzanego przez nią czyśćca znajdował się... młyn, z prawej widziała rozmaite... „prace i szańce”.

„Dusze nie odbywają należnych im kar w tym samym miejscu” – twierdziła wizjonerka. Miejsca bytowania dusz różnią się od siebie, „stosownie do ich stanu” (to jest stopnia oczyszczenia). „Istnieją więc rozmaite miejsca przebywania dusz, wyglądające jak ogrody, pomieszczenia i światy niełaski, braku, niedostatku, udręk, potrzeb, nędzy, trwogi itd.”. Są w nim miejsca bezbarwne, głębsze i ciemniejsze, wyżej położone i jaśniejsze, pomieszczenia o przeróżnym kształcie itd. Wizjonerka opowiadała też o „ogromnym obszarze nad czyśćcem, zamkniętym ze wszystkich stron kolczastym ogrodzeniem”, w którym gromadziły się dusze już z czyśćca uwolnione. „Istnieją też miejsca, w których przebywające tam dusze wykonują różne prace. Widziałam na przykład dusze biegnące do ataku albo kopiące szańce; widziałam wyspy, na których kobiety uprawiały drzewa owocowe, lub pływały na czółnach. Są to dusze, które mogą coś robić (nie wyjednując jednak zasług!) dla innych, niżej stojących dusz”[18].

Wydaje się też, że w czyśćcowym „interesie” panuje wieczny ruch. Dusze wędrują w kierunku nieba, przechodząc – jak twierdziła bł. Anna Katarzyna Emmerich – od kar cięższych do lżejszych, na przykład „z zamknięcia w więzieniu do przebywania razem z innymi duszami”; z ciemności do miejsc jaśniejszych; z miejsc bezbarwnych, mglistych i nieprzejrzystych do coraz bardziej słonecznych; z kręgów położonych w pobliżu piekła do kręgów znajdujących się coraz bliżej nieba.

Nawiedzana przez dusze czyśćcowe słynna Austriaczka Maria Simma twierdziła, że istnieje tyle stanów czyśćcowych, ile jest pokutujących dusz.

 

Święta Franciszka Rzymianka – wielka włoska wizjonerka – opisywała trzy „wielkie prowincje” czyśćca, „królestwa cierpienia”.

„Umieszczone są one jedna nad drugą, a zajmują je dusze obarczone różnym ciężarem. To, jak głęboko pogrążone są owe dusze, zależy od tego, na ile są nieczyste i jak długi czas dzieli je od chwili wyzwolenia.

Najniższy region wypełniony jest zaciekłym ogniem, jednakże nie tak ciemnym, jak płomienie piekielne; to coś w rodzaju ogromnego, płonącego morza, z którego nieustannie wyzwalają się gigantyczne języki ognia. W tych odmętach toną całe rzesze dusz: to ci, którzy, będąc winnymi grzechu śmiertelnego, należycie się wyspowiadali, ale za życia nie odkupili wszystkich swoich win. (...) I mimo, iż wszystkie dusze toną w tych samych płomieniach, nie oznacza to jednakowej udręki; cierpienia te zależą od liczby i charakteru dawniejszych grzechów.

W owym najniższym czyśćcu święta ujrzała zarówno osoby świeckie, jak i te, które poświęciły się Bogu. Do tej pierwszej kategorii należeli ludzie, których spotkało to szczęście, iż po grzesznym życiu zdążyli się jeszcze żarliwie zwrócić ku Bogu; drugą zaś stanowili ci, którzy naruszali wymogi świętości wynikającej z ich pozycji. (...)

Potem zaprowadzono świętą do środkowego czyśćca, przeznaczonego duszom zasługującym na mniej surowe kary. Na ten region składały się trzy odrębne przedziały: jeden z nich przypominał przestronny lodowy loch, a panował w nim ziąb nie do opisania; drugi, dla odmiany, zdawał się wielkim kotłem, wypełnionym wrzącym olejem i smołą; trzeci zaś sprawiał wrażenie stawu pełnego płynnego metalu, jakby roztopionego złota, czy może srebra.

Górny czyściec, którego święta nie opisała, to tymczasowa siedziba dusz cierpiących głównie z powodu braku spełnienia i oczekujących na radosną chwilę wybawienia”[19].

Święta Maria Magdalena de Pazzi widziała w czyśćcu miejsca mroczne i mniej mroczne – więzienia ciężkie oraz wypełnione lodem i ogniem, więzienia lżejsze dla prostych dusz i dla dzieci, których winy popełnione były z niewiedzy i nierozumności.

* * *

Podczas wielu wizji wizjonerom wydawało się, że schodzą pod ziemię, a miejsce oczyszczenia znajduje się w głębokiej otchłani nieopodal piekła. Dlaczego właśnie tam? Bo dusze w nim umieszczone doznają ponoć bardzo podobnych cierpień. Czyściec jawi się jako swoiste „piekło o złagodzonym rygorze”, a dusze w nim przebywające są jak więźniowie z długoletnimi wyrokami (lecz bez kary śmierci i dożywocia!). Wyraźnie pobrzmiewają tu echa Chrystusowego zstąpienia do piekieł, czyli do miejsca, gdzie przed Jego przyjściem oczekiwały na wyzwolenie dusze sprawiedliwych zmarłych.

Niektórzy z wizjonerów widzieli też, że ulatujące do nieba, uwalniane z czyśćca dusze wychodzą właśnie „z głębin ziemi”.

* * *

Współcześni teologowie myślą o czyśćcu i opisują go już w zupełnie inny, mniej namacalny sposób. Nie sytuują go w ziemskiej konkretnej rzeczywistości, a nawet w przestrzeni świata przyszłego. Ich zdaniem czyściec znajduje się poza naszą czasoprzestrzenią, co więcej, nie jest on miejscem, lecz stanem duchowego cierpienia, sytuacją duszy, procesem, momentem spotkania z miłującym Bogiem lub „momentem przejścia na spotkanie z Miłością”.

Dla niektórych stanowi on stan pośredni pomiędzy niebem a piekłem. Można o nim mówić również jako o specyficznej sytuacji dusz znajdujących się w stanie pokuty i odkupienia. O takim właśnie czyśćcu, jako o „formie życia”, mówił Ojciec Święty Jan Paweł II.

Czyściec „nie jest (...) – jak sądzi Tertulian – jakimś obozem karnym w zaświatach, w którym człowiek musi odcierpieć kary wymierzone mu w mniej lub bardziej pozytywistyczny sposób. Czyściec jest procesem przemiany, wewnętrzną koniecznością, procesem, w którym człowiek staje się zdolny do jedności z Chrystusem, z Bogiem, a przez to i z całą wspólnotą świętych”[20] – około 150 lat po śmierci bł. Anny Katarzyny Emmerich i ponad 500 lat od chwili przejścia do domu Ojca Niebieskiego św. Franciszki Rzymianki pisał ks. kard. Józef Ratzinger.

Współcześnie coraz częściej patrzy się na czyściec bardziej optymistycznie – nie jako na część piekła, ale jako przedsionek nieba. Co więcej, upatruje się w nim wielką szkołę lub szpital, a nie ciemne i straszne więzienie.

Katolicki filozof i pisarz Peter Kreeft porównał go do... inkubatora: „Czyściec jest jak inkubator. Wcześniaka wkłada się do inkubatora, żeby poza macicą skończył dorastanie, które powinno dokonać się w łonie. Nasze embrionalne dusze w godzinie śmierci rodzą się także dla nieba w stanie niedojrzałym. Zanim staną się wystarczająco silne, aby wytrzymać niebiańskie światło, muszą stać się prawdziwe. Teraz mamy niemowlęcego ducha w dorosłym ciele; duchowa dojrzałość, która jest tak opóźniona w stosunku do naszej dojrzałości fizycznej, potrzebuje lekarstwa, witaminy, szybkiego kursu duchowości, zanim będzie mogła dostąpić zmartwychwstania ciała, jak dziecko na lekcjach jeździectwa używa najpierw kucyków, zanim dosiądzie wielkiego i silnego ogiera”[21].

W podobnym duchu pisała o tym Fulla Horak:

„Czyściec jest «miejscem» nie tylko oczyszczania, ale i dojrzewania dla tych, którzy za życia przez zaniedbania czy lekceważenia wewnętrznych świateł nie rozwinęli się duchowo.

Tacy muszą w czyśćcu zacząć swój dalszy rozwój i cierpią tak długo, póki cierpieniem nie wypracują sobie zdolności ogarnięcia – a więc przeżywania – szczytowego punktu szczęśliwości, od wieków wyznaczonego im przez Boga. Nie chcieli dojrzewać za życia, muszą więc nieraz przez wieki całe trwać w męce – dojrzewać dopiero po śmierci.

Z tego też powodu ludzie dobrzy, ofiarni, etyczni działacze, szlachetni ideowcy itp., jeśli motywem ich działania nie była przede wszystkim miłość Boga – mimo licznych nawet i wielkich, ale z innych pobudek wypływających uczynków – najpierw będą musieli w czyśćcu nauczyć się kochać Boga, a potem dopiero dane im będzie Go oglądać”[22].

Ale jakby nie patrzeć na czyściec – czy będzie on szkołą, więzieniem czy też inkubatorem – pamiętajmy, że to tylko i wyłącznie mniej lub bardziej udane porównania, i nie okłamujmy się, dawni teologowie mieli zupełną rację: dojrzewanie w miłości i „chirurgiczne oczyszczanie” nagromadzonych w ciągu życia „grzechowych zmaz” nie będzie wcale procesem łatwym i przyjemnym. Ba! Z pewnością solidnie tam pocierpimy.

* * *

Czego doświadcza przebywająca w czyśćcu dusza? Czego mógł doświadczać zmarły Justus? Odpowiedź jest prosta: przede wszystkim cierpienia.

W czyśćcu można już tylko cierpieć. Dusze tam zamknięte nie mogą zdobywać żadnych zasług, które mogłyby wpłynąć na złagodzenie odbywanej przez nie pokuty; mogą jedynie oczyszczać się ze „śladów rdzy i skazy grzechu, jakiej nie odpokutowały w życiu doczesnym” . Mówiąc bardziej teologicznym językiem, „kary czasowe są odpuszczane w czyśćcu nie przez zadośćuczynienie, lecz zadośćcierpienie – satispassio. Dusze ponoszą chętnie cierpienia nałożone przez Boga i w ten sposób wyrównują dług wobec Bożej sprawiedliwości”[23].

Jeśli wierzyć temu, co o czyśćcu przez wieki pisano (a dlaczego właściwie mielibyśmy temu nie wierzyć?), doznawane w nim cierpienia są ponoć tak straszne, a najłagodniejsze z mąk tak bardzo przewyższają wszelkie doczesne udręki (twierdzono, że są dużo bardziej bolesne od cierpień męczenników), że nie sposób wręcz o nich opowiedzieć. Spróbujmy jednak.

* * *

Główną karą jest czyśćcowy ogień, który – jak twierdzi św. Katarzyna z Genui – jest natury duchowej. Wszelkie zmazy i nienależycie odpokutowane grzechy oraz niedoskonałości duszy wypalają się w płomieniach Bożej miłości. Czyśćcowy ogień, dotykając duszy, spala w niej to, co nieczyste, i sprawia, że staje się ona zdolna stanąć przed Bogiem i spojrzeć w Jego oblicze.

„Święty Augustyn mówi o tym ogniu, że pali w sposób dziwny, ale prawdziwy (miris, sed modis); że jest to ogień roztropny, który wyświetla każdy zakątek serca, wyśledza nawet najmniejsze i najtajniejsze wady, chwyta i wypala wszelką plamę, i dręczy każdą duszę w miarę jej uchybień i długów, a najbardziej te jej siły i zdolności, które miały najwięcej udziału w grzechu. O, straszny to płomień, jakby mądrością Boga natchniony, który w cudowny sposób dosięga najskrytszych zakątków duszy. Któż z ludzi potrafi sobie wyobrazić ten nadprzyrodzony, duchowy i wszystko przenikający ogień, w którym przez mękę oczyszcza się dusza”[24].

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?