Złota czara

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Złota czara
Złota czara
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,99  51,19 
Złota czara
Złota czara
Audiobook
Czyta Iwona Karlicka
19,99  14,79 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Tytuł oryginału:

THE GOLDEN BOWL

First published 1904

Projekt okładki: Sylwia Tymkiewicz

Redakcja: Wiesława Karaczewska

Redaktor prowadzący: Katarzyna Rudzka

Korekta: Grażyna Nawrocka

Łamanie: Jacek Kucharski

ISBN 978-83-7839-349-8

Warszawa 2011

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-651 Warszawa, ul. Garażowa 7

www.proszynski.pl

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Spis treści

  PRZEDMOWA

  TOM PIERWSZY KSIĄŻĘ KSIĘGA PIERWSZA KSIĘGA DRUGA KSIĘGA TRZECIA

  TOM DRUGI KSIĘŻNA KSIĘGA CZWARTA KSIĘGA PIĄTA KSIĘGA SZÓSTA

  Przypisy

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

PRZEDMOWA

Pośród wielu spraw, na które zwracam szczególną uwagę podczas ponownej lektury „Złotej czary”, najbardziej rzuca się w oczy nadal wyraźnie w niej zakorzeniony pośredni, niemal ukradkowy ogląd zaprezentowanej akcji, o ile, oczywiście, nie zdecyduję się określić tego sposobu patrzenia na świat dokładnie na odwrót, niezależnie od pozorów, najbardziej bezpośrednim i bliskim rzeczywistości z możliwych. Już wcześniej niejednokrotnie dawałem wyraz swojej uważanej niekiedy wręcz za ekstrawagancką skłonności do traktowania materii tematu, postrzegania historii przez pryzmat możliwości i wrażliwości jakiegoś mniej czy bardziej obiektywnego, niezwiązanego z biegiem wypadków, ale mimo wszystko jak najbardziej nimi zainteresowanego inteligentnego świadka czy też sprawozdawcy, kogoś, czyj wkład w całą sprawę sprowadza się do obdarzonej pewną dozą krytycyzmu interpretacji zdarzeń. Interpretowane za każdym razem od nowa, zwłaszcza krótsze formy, które zebrałem w tej serii, stanowią nie tyle moją obiektywną relację z konkretnego zdarzenia, ile raczej zapis czyichś wrażeń dotyczących danej sytuacji – warunków, na jakich osoba ta zyskała ogląd wypadków, oraz jej oceny tychże, siłą jakiegoś nieokreślonego prawa pogłębiających jedynie jej zainteresowanie. Ów ktoś pozostaje często, w każdym razie w moich krótkich opowiastkach, w których przyznaję mu prawo głosu, pozbawionym imienia i właściwie nieuprawnionym (o ile wystarczającym uzasadnieniem nie okaże się tu wrodzona bystrość umysłu) uczestnikiem zdarzeń, przedstawicielem czy też porte-parole bezstronnego autora, wygodnym zastępstwem, apologetą twórczej siły, która poza tym pozostaje ukryta, pozbawiona jakiejś materialnej formy. Za każdym razem instynkt zdaje się podpowiadać mi, że dzięki relacjonowaniu konkretnych faktów i poczynań przedstawionych postaci za pośrednictwem jakiegoś świadomego, zdeklarowanego przedstawiciela, cała sprawa, czyli jak wspomniałem już wcześniej, sama jej istota, zostaje wzbogacona. Innymi słowy nieustannie skłaniam się ku pomysłowi analizy każdego odrębnego przypadku poprzez jego indywidualny ogląd, który zasadza się zwykle na bliskim, uczuciowym stosunku wypowiadającego się w powieści wyobrażonego obserwatora, oczarowanego malarza czy też poety, do owej sytuacji, nieważne za jak błahą uważanej. W skrócie rzecz ujmując, wszystko musiało mi się zawsze wydawać lepsze, teraz to rozumiem – lepsze, jeśli chodzi o sam proces i efekt odwzorowania, mój niedościgniony ideał – niż stłumiony majestat nieodpowiedzialnego „autorstwa”. Nieustannie dręczony poczuciem, że malarz tworzący obraz czy pieśniarz wykonujący balladę (jakkolwiek zechcemy ich określić) nigdy nie mogą być wystarczająco odpowiedzialni za każdy centymetr kwadratowy swojego płótna i każdą nutę śpiewanego utworu, już po fakcie śledzę swoje własne niezborne kroki, kiedy tak zdążam najlżejszymi ze stąpnięć, krążąc pośpiesznie w prawo i w lewo, ku punktowi widzenia, który w obrębie wskazań mojego wewnętrznego kompasu da mi nie najmniejszy, lecz największy zakres odpowiedzialności.

Zdaję sobie sprawę, że zdążyłem już nie raz spojrzeć w stronę owej niezręcznej prawdy – której nie odmawiam znaczenia, ale którą zaczynam uświadamiać sobie od nowa, zorientowawszy się już, iż sposób, w jaki się ona objawia, może stanowić jedno z najbardziej ożywczych źródeł rozrywki dla czytelników „Złotej czary”. Nie chodzi o to, że stłamszony majestat autorstwa nie rządzi tu na pozór, jednak po raz kolejny przyłapuję się na tym, że odsuwam go od siebie i wypieram się wszelkich do niego pretensji, kiedy wstępuję na scenę i ze wszystkich sił staram się żyć, oddychać, rozmawiać z tymi, którzy tak jak ja nie szczędzą starań, by zapewnić bliźnim przednią rozrywkę. Oczywiście, nie ma nikogo innego poza zanurzonymi w tym świecie uczestnikami owej walki, w mniejszym lub większym stopniu skrwawionymi, jednak nie przestaję się łudzić, że to właśnie ja utrzymuję cały ten świat silną, choć delikatną dłonią za pomocą metody, w której cała sytuacja pozostaje obiektem bacznej obserwacji zaledwie dwojga z bohaterów. W pierwszej części powieści patrzymy na świat oczyma księcia, to on objaśnia czytelnikom otaczającą go rzeczywistość – w znacznym stopniu przypominając w tym sprawozdawcę czy wręcz krytyka, choć nigdy przecież nie mówi w pierwszej osobie. Wyczulony na najdrobniejsze szczegóły, pokazuje interesujące nas sprawy niczym kryształowe zwierciadło, w którym odbija się każda z krótkich opowiastek z naszej długiej listy, choć nigdy nie zdradza się z choćby cieniem podejrzenia, że on również jest skazanym na zagładę, uwikłanym w bieg zdarzeń, zażenowanym uczestnikiem tej skomplikowanej sytuacji, aktorem w przedstawianej na kartach powieści sztuce. W drugiej części książki dokładnie tę samą funkcję pełni księżna, a zapis jej spostrzeżeń pozostaje równie szczegółowy jak w przypadku księcia – szczerze mówiąc, okazuje się wręcz tak dokładny jak w przypadku któregoś z inteligentnych, lecz nie do końca zindywidualizowanych świadków zniszczenia „Autografów Jeffreya Asperna” czy też spostrzegawczej bohaterki „The spoils of Ponton”, wysoce charakterystycznej, a przy tym niezwykle inteligentnej postaci, by przytoczyć zaledwie dwa przykłady. Ostatecznie księżna nie tylko znakomicie odgrywa wyznaczoną rolę, przeżywając wszystkie naturalne w jej sytuacji emocje, ale staje się też źródłem rozwiązań kompozycyjnych najwyższej próby, decydującym o wartości powieści. Tak więc to właśnie owa obdarzona godnymi podziwu przymiotami para, której losy śledzę, próbując jednocześnie usystematyzować własną metodę pisarską, ponownie wskazuje mi morał płynący z niekończącego się zainteresowania podobnymi rozwiązaniami kompozycyjnymi, nieskończonej wartości „rozrywki”. Ich dzieje stanowią, moim zdaniem, doskonały przykład, który winien przypominać nam nieustannie, że żaden najbardziej nawet wyszukany przejaw przemyślności czy zapobiegliwości nie zostanie zaprzepaszczony za sprawą odwołania się w najlepszej wierze do różnorodności, nieobliczalności, wyrafinowania, wręcz pełni literackiego efektu.

Mógłbym zwrócić tu również uwagę na jeszcze kilka spraw, nawet jeśli już wcześniej wystarczająco sugestywnie przedstawiłem owe ogólne powiązania, znacznie bardziej zaprzątają mnie teraz inne problemy, poświęcę więc tylko chwilę, aby odpowiedzieć na potencjalne zarzuty szczególnie dbałych czy po prostu uważnych czytelników wobec moich słów. To znaczy można, oczywiście, zauważyć, że w tomie, gdzie to książę pełni nominalnie funkcję przewodnią, jest on przedstawiony szerokiemu ogółowi jedynie w tych aspektach, w których funkcjonalnie nie góruje nad nim pani Assingham, nawet jeśli w istocie takie zachowanie z jej strony może niekiedy sprawiać wrażenie nieco zbyt gorliwego. Podobna rozbieżność w moich zamierzeniach jest jednak tylko powierzchowna, całość bowiem surowo trzyma się zasady, że najpierw zostaje przedstawiona Maggie Verver, zaprezentowana przez pryzmat otwarcie wyrażanych opinii konkurenta do jej ręki, a później męża, następnie zaś mamy okazję spojrzeć na księcia oczami jego małżonki z niemal równą intensywnością, przy czym owe przymioty doświadczenia pozwalają wyraziście zarysować postacie czujących bohaterów i zbliżyć się do pożądanego ideału. To właśnie książę uchyla przed nami drzwi, aby rzucić nieco światła na Maggie, ona zaś postępuje dokładnie tak samo w jego przypadku, podczas gdy reszta naszych odczuć co do owej dwójki to już efekt sposobu, w jaki to robią. W pierwszych scenach poznajemy również Charlotte oraz Adama Verdera, nie wspominając już o pani Assingham, jak również o całej galerii pozostałych postaci i ich spraw, patrzymy jednak na nich przez pryzmat korzyści księcia, jeśli wolno mi tak to ująć, a więc tego, jak on sam zostanie czytelnikowi zaprezentowany. Identycznie widzimy zresztą potem te same osoby i zdarzenia, tyle że już oczyma Maggie, z jej punktu widzenia. Przy czym czyniąc takie założenie, które w oczywisty sposób ogranicza listę wykorzystanych przeze mnie środków, muszę być również przygotowany na skromny zasób tychże, co w oczywisty sposób pociąga za sobą fakt stawiania przeze mnie tak wysokich wymagań grupce bohaterów, których można by policzyć na palcach jednej ręki. W „Złotej czarze” mamy do czynienia z zaledwie kilkoma postaciami, rekompensuje to jednak plan powieści, który zakłada zaprezentowanie owej skromnej trzódki tak dogłębnie, jak tylko pozwoli na to spójna literacka forma. To właśnie był mój problem, że się tak wyrażę, i moje gageure1 – jak najlepiej rozegrać ów ograniczony zasób atutów i jak pracować nad tym moim systemem, sposobem rozłożenia poszczególnych akcentów, wykorzystaniem budzących zainteresowanie czytelnika elementów, aby wydobyć cały kunszt owego zamysłu. Równie godny szacunku zamiar wymaga jednak szczególnej ostrożności przy wprowadzaniu go w życie, „rozrywka” zaś, jakiej dostarczają czytelnikowi dzieje bohaterów – przez co po raz kolejny rozumiem zbiór wszelkich możliwych rodzajów zainteresowania – oznaczała właśnie umiejętność dostrzeżenia, do czego prowadzi równie szczere podejście.

 

To tyle, jeśli chodzi o zaledwie część z sugestii nasuwających się autorowi po ponownej lekturze powieści – zwłaszcza że przez cały czas zdają się oczekiwać na moje zainteresowanie jeszcze dwie sprawy, znacznie pilniejsze od tych, o których dopiero co opowiedziałem, na początek zajmę się jednak tą mniej istotną, by tak to ująć. Zagłębiłem się w kwestie dotyczące poniższego tekstu tak mocno, że powinienem chyba uznać za jedynie drobne przeoczenie fakt, iż do tej pory nie wspomniałem nawet słowem o równie istotnym szczególe obecnej edycji powieści, jaki stanowi kilka dziesiątków zdobiących ją „ilustracji”. Zdaję sobie sprawę, że gdyby przepiękne fotografie Alvina Langdona Coburga, których reprodukcje zamieszczono tutaj, zostały odwzorowane z większą dokładnością, owa seria rycin stanowiłaby jeszcze wspanialszą ozdobę, jednak te z nich, które ucierpiały w tym procesie najmniej, nadal pozostają, moim zdaniem, wspaniałe, mam więc okazję cieszyć się świadomością, że ich dodanie do moich, już i tak obszernych, choć przecież mimo wszystko odważnych notatek, zapisze się jednak na kartach historii. Szczerze mówiąc, gdyby nie brak miejsca, chyba nie oparłbym się pokusie szerszego podejścia do tego tematu – kwestii powszechnej akceptacji ilustrowania tekstów, które w naszych czasach wcześniej czy później stanie się faktem dla autorów dążących do malowania obrazów słowem, sztuka ta bowiem coraz częściej jest spychana przez konkurencyjny dla niej proces na margines. Istotę wszelkiej sztuki figuratywnej stanowi, oczywiście, nawał bezpośrednich obrazów, ja zaś, ze wszystkich ludzi na świecie, powinienem przecież krzywo patrzeć na podobną propozycję ze strony moich współpracowników, by „zaszczepić” we własnej wizji, dodać do niej obraz namalowany cudzą ręką, co w mojej opinii niezmiennie stanowi nieuprawnione działanie. Oczywiście, uwaga ta kładzie się cieniem na owej „obrazkowości” prozy, z którą współcześni pisarze angielscy i amerykańscy coraz częściej są zmuszeni się godzić, choćby najbardziej nawet niechętnie, jednak taka chwila zadumy przypomina morał, jaki płynie dla nas z owego zagrożenia.

Wszystko, co zwalnia odpowiedzialną prozę z obowiązku bycia wystarczająco dobrą, interesującą oraz, jeśli już mowa o jej obrazowości, malarską w samej swej istocie, oddaje jej doprawdy niedźwiedzią przysługę, mogąc rodzić nawet wśród miłośników literatury spore wątpliwości co do zasadności jej istnienia. Jeśli autor ogranicza czytelnika o „artystycznych” skłonnościach do podobnego stanu ułudy za sprawą tworzonych przez siebie obrazów, zwykle nie dają one odbiorcy spokoju tak długo, dopóki nie zdecyduje się ich uwiecznić, odwzorować w jakimś innym medium, sztuce, którą sam się para, choć przyznaję, że nic nie byłoby w stanie lepiej od podobnego zabiegu współgrać z pragnieniem czy też ambicją roztaczania literackiego uroku. To wręcz czarujące dla pomysłodawcy, twórcy postaci i scen, które stają się właściwie niczym od momentu, gdy nie uda się im przybrać mniej lub bardziej widocznej formy, czarujące dla manipulatora żonglującego perspektywą, ujrzeć podobną potęgę, którą mógłby posiadać, dostrzeżoną, wręcz zaaprobowaną, za sprawą owoców wydanych przez posiane jego ręką ziarno. Jego własny ogródek to jednak zupełnie inna sprawa od ogrodu, którego pełen rozkwit pomógł zapewnić cudzymi rękami, co oznacza, że rama jakiegoś dzieła wcale nie musi zapewnić odpowiedniego miejsca do rozwinięcia fabuły, tak jak nie oczekujemy podania mięsiwa i ryby na jednym półmisku. Innymi słowy, prozaik przyjmuje ilustracje z dumą i radością, ale również z przekonaniem, że gdyby tylko udało mu się pohamować „literacką zazdrość”, mogłyby się one wyróżnić jako samodzielna, niezależna publikacja, stając się jeszcze wspanialszym hołdem dla jego dzieła, którego ducha odzwierciedlają, tak jak słowo pisane kryje w sobie malarski potencjał. Tak więc wygląda moje nieco obraźliwe rozróżnienie pomiędzy „ramą” pisarza a rysownika, jeśli jednak mimo wszystko nadal jestem w stanie przyjąć do wiadomości, że A.L. Coburn ma również pewien wkład w dodanie wartości każdemu z poniższych tomów – wkład zapewniony przez tak odmienne medium, jak to tylko możliwe – to wyłącznie dlatego, że zaproponowane fotografie miały stanowić odzwierciedlenie poszukiwań nowej drogi, którą zresztą, moim zdaniem, szczęśliwie udało się im odnaleźć, bez zbędnego udawania, że są w stanie dotrzymać kroku swojej ekscytującej treści. To oczywiście zdyskredytowałoby je całkowicie w moich oczach, bowiem podchodzę do tej kwestii wyjątkowo surowo, w tym wypadku okazały się one jednak „w porządku”, by użyć tu równie analitycznego zwrotu współczesnej krytyki, za sprawą owej dyskretnej rywalizacji. Szczerze mówiąc, nic nie mogłoby rozbawić autora bardziej niż możliwość poszukiwania zestawu dających się odtworzyć w innej materii tematów – zwłaszcza tych stanowiących wdzięczny temat dla fotografii – które nie powinny nawiązywać do powieści czy też opowiadania w sposób wręcz konkurencyjny i oczywisty, ale całkiem przeciwnie, bronić swojej sprawy z pewną nieśmiałością, typową dla obrazów stanowiących jedynie wizualny symbol czy też odbicie, wyraz odzwierciedlający nie jakiś konkretny element tekstu, lecz jedynie ogólną ideę tej czy owej rzeczy. W naszym przypadku miały one pozostać jedynie obrazkami przedstawiającymi „przygotowaną” przez nas scenę, na której zabrakło aktorów, co jednak najbardziej interesujące, to właśnie one powstały pierwsze.

Wiązało się to zresztą z dosyć zabawnymi poszukiwaniami, które z chęcią opiszę tu dokładniej, jako że wymagały one, dość zresztą nieoczekiwanie, zakrojonych na szeroką skalę i niezwykle pouczających, acz raczej przypadkowych studiów nad scenerią ulic Londynu, jak się okazało, niwą wydającą doprawdy wspaniały plon od chwili, gdy w towarzystwie jednego z moich kolegów artystów rzuciłem na nią światło naszego nieco naiwnego pomysłu – to znaczy przekonania, że wygląd rzeczy czy też ich powiązania mogą z racji swoich zalet stanowić dowód na istnienie ich związku z jakimś konkretnym elementem fabuły, jak również ich niezwykłej czy też po prostu interesującej wartości. Nietrudno zauważyć, że seria rycin, choć doskonale służy naszym celom, w znacznym stopniu zakłada jednak „odtworzenie” pewnych nieożywionych właściwości londyńskich ulic, toteż fakt, że okazała się wystarczająca do zbudowania przekonującej scenerii dla niniejszych tomów, stanowi niezmiennie źródło zarówno zdziwienia, jak i komfortu. Przyznaję, że nawet za cenę braku konsekwencji w moim nastawieniu do tak „zaszczepionego” w tkance tekstu obrazu byłem skłonny ulec czystej przyjemności odkrywania miasta, tak wielkiej od samego początku dzięki całej galerii interesujących osobliwości, dla których każdy miłośnik Londynu jest gotów postawić ostatniego pensa na to niesamowite miasto. Nie zawsze od razu znajdowaliśmy z moim towarzyszem wędrówek to, czego szukaliśmy, ale często już same poszukiwania rzucały dosyć światła na pytanie, czym ów „obiekt”, „postać” lub też ogólna idea mają być, czym zaś nie, ostatecznie jednak nasza misja zakończyła się całkowitym, nie waham się tu użyć podobnego określenia, sukcesem. Na przykład jeśli chodzi o odpowiedni wstęp do pierwszego tomu „Złotej czary”, od razu czuliśmy, że nic nie byłoby tu odpowiedniejsze niż widok małego sklepiku, w którym bohater po raz pierwszy ową czarę widzi.

Problem ten okazał się zresztą niezwykle ekscytujący, chociaż bowiem sklepik ów stanowił jedynie wytwór wyobraźni autora, element wyczarowanego przez niego świata, miejsce, w którym wszystkie elementy wystroju są ze sobą powiązane, a więc nie mogły zostać „zaczerpnięte” z jakiegoś konkretnego lokalu, obraz wydestylowany z kropli esencji dziesiątków takich sklepów, potrzebowaliśmy (ponieważ, jak już wcześniej wspomniałem, każda z ilustracji miała również pozostać całkowicie niezależnym dziełem) jakiegoś konkretu, przykładu, który urzekłby nas swoją przypadkową trafnością. Tak łatwo mógłby się przecież okazać niewłaściwy – przez sam fakt swojego istnienia. Przede wszystkim musiał być takim, jakim powinny go uczynić Londyn, przypadek i skrajne nieprawdopodobieństwo, następnie zaś winien dawać nam pełen obraz wizyt księcia, Charlotte oraz księżnej. Oczywiście, obraz spełniający wszystkie te wymogi długo się nam wymykał, nie miało to jednak wpływu na naszą naiwną pewność, że ta konkretna scenka gdzieś tam na nas czeka, skoro Londyn zawsze ofiarowuje człowiekowi to, czego ten akurat szuka. Nie myliliśmy się, choć w tym momencie muszę się ugryźć w język, nic bowiem nie skłoniłoby mnie teraz do zdradzenia, o jakie miejsce chodzi. Tak samo jak, by zakończyć temat, było równie oczywiste, że dla potrzeb drugiego tomu mej powieści nic nie wydawało się równie odpowiednie jak pewne uogólnione wyobrażenie Portland Place. Jednak zarówno nasze ograniczenia, jak również nasze możliwości zdawały się wynikać z faktu, że w przeciwieństwie do beztroskich rysowników mieliśmy nie „stworzyć”, lecz „odtworzyć” to miejsce z najwyższą finezją, chodziło bowiem o to, by wyczarować na kartach książki uogólnioną wizję owej ulicy. Tak właśnie owo cudowne miasto, jak określiłem je już wcześniej, idzie czasem na kompromis wobec tych postaci inteligencji zrodzonych w jego łonie, które ono samo uznaje. Wszystko to oznaczało wszakże, że na jedną niezwykłą nastrojową chwilę owa nijaka, filistyńska perspektywa musiała zamienić się w interesujący widok za sprawą jakiegoś cudu, do którego tylko Londyn jest zdolny, naszym zaś zadaniem było ogarnąć to rozumem. Chyba jednak posuwam się w swojej relacji za daleko.

To tyle, jeśli chodzi o zaledwie poniektóre wnioski, płynące z ponownej lektury powieści oraz rozważań nad jej odpowiednim zobrazowaniem, ponieważ cały czas mam wrażenie, że na moje zainteresowanie czeka jeszcze sytuacja znacznie bardziej paląca od wspomnianych powyżej kwestii. Przeczytanie w porządku chronologicznym moich najnowszych tekstów oznaczało dla mnie tak naprawdę uświadomienie sobie, że w przypadku ostatnich publikacji (choć można to również powiedzieć o wcześniejszych elementach serii) przeprowadziłem cały ten proces zgodnie ze współczesnymi, całkiem oczywistymi, realnymi warunkami, musiałem więc przyjąć do wiadomości, że moja obecna uwaga pokrywa się wystarczająco z pierwotną linią ekspresji, że moje rozumienie tekstu, wyartykułowane już konkretnie, wpasowuje się praktycznie bez problemu, bez owej udręki niepewności, w niezliczone zawczasu przygotowane dla niego miejsca. Tak jak kronikarz stara się poznać temat, by móc o nim mówić, tak moje, jako czytelnika, pojmowanie owej treści wychodzi mu naprzeciw, tak bierne, chłonne, pełne uznania, a często wręcz wdzięczne; tkwiąc w błogiej nieświadomości co do istnienia jakiejkolwiek przeszkody we wzajemnych relacjach, jakiejkolwiek rozbieżności rozumowania między nami. Jako uległy, choć obdarzony wyobraźnią czytelnik potulnie podążam jego śladem, jego wizja bowiem zdawała się idealnie współgrać w każdym aspekcie z moimi wyobrażeniami, tak jak wycięty z papieru kształt narzuca swą formę ostremu cieniowi na ścianie, bez jakiegokolwiek nadmiaru czy niedostatku. To uświadomiło mi, z jak odmiennymi problemami będę się musiał zmierzyć, biorąc do ręki któryś z moich wcześniejszych tekstów, z tego zaś powrotu miał się zrodzić zupełnie nowy rodzaj świadomości. Przy czym nic w moim ożywionym na nowo zainteresowaniu tymi sprawami, właściwie każdym z powstałych na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat tekstów, nie było bardziej oczywiste niż owa prawda, iż żaden równie ożywczy, pełen uznania proces nie mógłby mieć miejsca jedynie w oparciu o ewidentne wyznaczniki ekspresji – dzięki tak częstemu rozdźwiękowi pomiędzy moją obecną metodą działania a tą z przeszłości, której następstwo stanowiły owe istniejące już ślady. Zupełnie jakby, całkiem zresztą rozsądnie, czysta materia nadal się przede mną rozciągała, nieskazitelna niczym lśniąca warstwa śniegu, pokrywająca równinę, mój badawczy krok zaś znaczył się na jego gładkiej bieli kompletnie nowym tropem, mniej lub bardziej zgodnym z pierwotnym śladem, zazwyczaj jednak naruszającym powierzchnię śnieżnego puchu w odmiennych miejscach. Szczególnie interesujące wydało mi się dostrzeżenie ogromnej dozy spontaniczności owych odstępstw i odmienności, które tym sposobem stały się nie tyle kwestią wyboru, ile bezpośredniej, doskonałej konieczności: konieczności zajęcia się w ogóle całą tą obfitością.

 

I odpowiednio żadna eskapada, jak błyskawicznie się zorientowałem, nie mogłaby się okazać bardziej pewna i swobodna niż ów nieskończenie interesujący i zabawny akt ponownego zagarnięcia sensu; to wyzbycie się wszelkich ograniczeń teorii, wyzwolenie od upokarzającej niepewności – tak jak miało się wkrótce okazać – sytuacja równie ożywcza, czy przynajmniej doniosła, jak nieoczekiwane ogarnięcie absolutu przez filozoficznie nastawiony umysł. W istocie cóż mogłoby być bardziej zachwycającego niż rozkoszowanie się prawdą ostateczną w równie sprzyjających okolicznościach? Odstępstwa i różnice oczywiście mogły w ogóle nie ujrzeć światła dziennego, jednak od chwili, gdy zaczęły w sposób tak naturalny się mnożyć, przeistoczyły się, jak ja to nazywam, w moją metodę poznawczą. Kwestia „sprawdzenia” istniejących już tekstów budziła mój niepokój, a momentami wydawała mi się nawet najeżona trudnościami nie do pokonania, lecz ów etap niepewności, jak ku swojej niepomiernej radości miałem się wkrótce przekonać, spowodowany był niemal wyłącznie przez stan odłożonego w czasie doświadczenia lub też przedłużającej się, fatalistycznej wręcz obojętności. Ponieważ zaś stworzenie dzieła, którego nie trzeba by już uzupełniać czy wyjaśniać, przez całe lata stanowiło dla mnie jedyne prawo, podczas owego nudnego bezkrólewia, gdzie jedyną regułę, jak powinniśmy to chyba jasno zaznaczyć, stanowiła właśnie ignorancja, zdradzieckie wątpliwości co do tego, z czym tak naprawdę się mierzymy, miały dość czasu, by wychynąć na światło dzienne i rozkwitnąć. Na dodatek wcale niemałą rolę odegrał w tym naiwny lęk, że wszelkie próby zaprowadzenia porządku pośród płodów swojego umysłu, choćby chodziło jedynie o zdmuchnięcie nagromadzonego przez lata kurzu czy wyszorowanie pomarszczonych twarzy, przygładzenie posiwiałych pukli lub poprawienie niemodnego stroju, mogą stanowić wstęp do niezwykle kosztownych poprawek. Skorzystałem tutaj z porównania do wieku i zniedołężnienia, choć w zasadzie postrzegałem ponowne narodziny mojego pierworodnego dziecka – która to sytuacja byłaby pewnie nie do pomyślenia, gdyby nie dziedzictwo w postaci znacznie bardziej obiecującego, spójnego materiału czy zbieranych przez lata rozmaitości w zakresie formy, kształtu, rozmiarów, pełnych godności i właściwego nastawienia, niż zwykle roiło się w ludzkich głowach w oczekiwaniu na to, by przybrać właściwą postać – raczej jako pojawienie się trzódki niezdarnych pociech w bawialni na wyraźną prośbę ciekawskich, choć w sumie życzliwych, a może nawet faktycznie zainteresowanych gości. Dlatego właśnie przyjąłem za pewnik powszechne w takiej sytuacji nakazy przyzwoitości – odpowiedzialne spojrzenie jakiegoś autorytetu, przesuwane od jednego oseska do drugiego, nerwowy błysk igły, niemożliwe do przeoczenia efekty działania wody z mydłem, a wszystko to zastosowane ze względu na światło salonowych lamp, tak bezlitosne w porównaniu z przyćmionym blaskiem świec w dziecinnym pokoju. Przez cały ten czas zdawałem sobie jednak sprawę, że od momentu, kiedy uznałem za niezbędne szybkie przesunięcie szczotką po włosach czy zacerowanie drobnego rozdarcia, naczelną zasadą miała się dla mnie stać konieczność uczynienia mojej progenitury godną zaprezentowania w znacznie szlachetniejszym świetle, tu zaś czyhało na mnie prawdziwe niebezpieczeństwo.

Obawiam się, że w wolnych chwilach marnowałem czas na zastanawianie się, jakim cudem ograniczenia w swobodnym używaniu igły i gąbki można by określić inaczej niż jako arbitralne. Przyznanie się do podobnej niedoskonałości oznaczałoby w tym wypadku uznanie tychże ograniczeń za doprawdy obmierzłe.

„Żadnych ingerencji ze strony piastunki!”, tak mogło brzmieć najzupełniej prawdopodobne, choć jakże barbarzyńskie napomnienie, ale jedynie w świetle prawdy, że nigdy nie poskutkowało ono w żadnym sprawiedliwym i majestatycznym, acz pozbawionym wulgarnej lekkomyślności wznowieniu tekstu. Tak więc nietrudno dostrzec, że jakiekolwiek odstępstwo od tej reguły, użycie choć odrobiny mydła, pozostawiło drzwi otwarte na oścież. Wszelkie prośby, by pobłażliwy przeciwnik rygoru bawialni, a więc oczyszczania niewinnego dziecięctwa ze wszystkiego, co brudne, zechciał łaskawie odmierzyć stosowną ilość dezynfekującego płynu, bez wątpienia wprawiłyby owego arbitra w zdumienie. Jednakowoż sam, powtarzam to po raz kolejny, w momentach największego chaosu na niego się właśnie powoływałem, niezdolny przewidzieć, jak cudowną odpowiedź na moje wątpliwości szykuje tymczasem dla mnie przyszłość. Tak otwarcie wystawić tekst na próbę – innymi słowy, rozpocząć jego ponowną lekturę – oznaczało przyjrzeć się poszczególnym jego elementom i tym samym kolejnym szczęśliwym zrządzeniem losu uwolnić go od wszelkich wątpliwości. To właśnie owo nerwowe odwlekanie równie pełnego szacunku podejścia określiłem przed chwilą mianem marnowania czasu. Podobna niezręczność płynęła, jak miałem się przekonać we właściwym momencie, z mojej aż nazbyt uniżonej zgody na wyniosłość cechującą sam termin „adiustacja” oraz z mojej nieumiejętności przeanalizowania znaczenia tego słowa. Nanoszenie poprawek oznacza konieczność ponownego przejrzenia, sprawdzenia wszystkiego, co w wypadku słowa pisanego równa się ni mniej, ni więcej, tylko jego ponownej lekturze. Niestety, oznaczało to w moim ponurym stanie ducha konieczność napisania wszystkiego od nowa, co przecież nie powinno mieć miejsca, jak podsuwała mi świadoma część umysłu. Podobne zadanie jawiło mi się jako trudne, niedorzeczne, wręcz niemożliwe – skoro zaś o tym mowa, to w podobnym duchu postrzegałem też ponowną lekturę własnych dzieł. Jednak szczęśliwym zrządzeniem losu w trakcie owego przedsięwzięcia okazało się, że tam, gdzie ponuro zakładałem konieczność zdwojenia wysiłków, potrzeba było tylko jednego podejścia – na dodatek sprawiającego wrażenie trudnego jedynie na pierwszy rzut oka. Czym mogłoby się okazać ponowne pisanie tekstu, już na zawsze miało dla mnie pozostać zagadką. Z drugiej strony, nanoszenie poprawek we własnych dziełach, akt patrzenia na dany tekst świeżym okiem sprawiały, że wszystko rozkwitało teraz przede mną w jedynych godnych to wyrazić słowach, każdy zaś „poprawiony” element niniejszej edycji to ten, który za sprawą owych rygorystycznych założeń ponownej lektury zwrócił moją uwagę, cała masa drobnych zapisków, dotyczących konkretnego sposobu wyrażenia tematu, który doświadczenie ostatecznie uczyniło jedynym możliwym do zaakceptowania.

Naprawdę interesujące i, odważę się zauważyć, również zachwycająco trudne byłoby jednak zagłębienie się w historię podobnego doświadczenia, innymi słowy, historię rozwoju wspaniałego zestawu pojęć, percepcyjnych i ekspresywnych, które w każdym zdaniu czy akapicie, na każdej wręcz stronie, zwyczajnie wykraczały w sposób opisany przeze mnie powyżej poza ustalone już określenia – choć może raczej przypominały w tym wypadku czujne skrzydlate stworzenia, które przysiadły na tych najniższych szczytach tylko po to, by stamtąd wzbić się wyżej, ku przejrzystszemu powietrzu. Tak naprawdę wszystko sprowadza się do jednego – w każdym razie dla dojrzalszego umysłu, o ile, oczywiście, założymy, iż umysł ów wciąż pozostaje otwarty na tego rodzaju wątpliwości – równie intensywnego zainteresowania tematem, czy też, by ująć to bardziej prozaicznie, podobnej intelektualnej „zabawy”: skąd wzięło się owo światło doświadczenia i czemu nadal uparcie lśni. W ten sposób postawione pytanie jest szczególnie ważne, jak wspomniałem, ponieważ tak naprawdę stanowi istotę życia artysty – w każdym razie, by ująć to bardziej klarownie, jego życia intelektualnego. „Dawna” materia wciąż tam jest, na nowo zbadana, zaakceptowana, zasymilowana, doceniona – w którą, mówiąc krótko, nadal wierzę z tym samym wdzięcznym przekonaniem (jako że za każdym razem, kiedy owa wiara podsuwała mi pewne wątpliwości, zwyczajnie traktowałem to jako argument przeciwko konkretnej tematyce i po prostu ją zarzucałem), choć na potrzeby nowego świadectwa, ponownego ugruntowania wartości odkrywa ona jakby za sprawą działania jakiejś niesamowitej, może skromnej i uśpionej, a przecież skoncentrowanej siły dziesiątki odpowiedniejszych sposobów wyrażania. To właśnie nad owym fenomenem, nad jego bogatą historią pochylam się ze szczególną troską – co z powodów, o których wspominałem już wcześniej, oznacza niejako prześledzenie od samego początku całej drogi rozwoju czyjegoś „gustu”, jak zwykło się mawiać w dawnych czasach: cudowne, wszechstronne określenie na tyle rozmaitych rzeczy, które tkwią głęboko w każdym z nas. „Gust” poety jest tym, co nadaje sens jego życiu, o ile poezja bierze w nim górę nad całą resztą, kiedy więc już zdołamy tenże gust uchwycić, zdobędziemy srebrny klucz do labiryntu świadomości artysty. On sam też to przeczuwa, dostrzega, jakie to ważne, za każdym razem, kiedy w jego głowie aż roi się od uwag poczynionych podczas owej ponownej lektury, wedle moich własnych słów, co przytrafiało się mu w ostatnich czasach już niejeden raz w sposób jakże budujący dla nas, czytelników. A przytrafia mu się to, jak widzę, najczęściej, kiedy to poezja stanowi jego główną formę wyrazu; co jednak w żadnym razie nie czyni jego sytuacji wyjątkową, bowiem nawet dla najbardziej ograniczonej inteligencji musi być oczywiste, że miano, jakie mu nadajemy, stanowi jedynie dogodne określenie dla tych, którzy z pasją pielęgnują taki obraz życia i odzwierciedlającej je sztuki, w ogólnym rozrachunku tak przecież korzystny. „Poeta” to człowiek przemawiający pod wpływem boskich wizji, niezależnie od tego, kim tak naprawdę jest, tracący prawo do tego miana jedynie wtedy, gdy jego postać, nieważne, jak powierzchowna czy prostacka, staje się bogów niegodna, w którym to jednak wypadku, śpieszę natychmiast dodać, w ogóle nie jest wart wysłuchania. Bóstwo przygarnia go jednak pod swoje skrzydła, potwierdzając tym samym jego wyjątkową rolę i prawo do miana artysty, gdy każdy z jego natchnionych porywów, każda z namiętności okazują się wszechogarniające i absolutne – zastrzeżenie w zakresie definicji, które mówi tak wiele o równie drobnej różnicy jak ta pomiędzy poezją i prozą.