Daisy Miller i inne opowiadaniaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Musimy wracać do hotelu.

– Niech mama wraca do hotelu, a ja pójdę na spacer – powiedziała Daisy.

– Pójdzie na spacer z panem Giovanellim! – wykrzyknął Randolph.

– Idę na Pincio. – Daisy się uśmiechnęła.

– Sama, moja droga… o tej porze? – zdumiała się pani Walker. Popołudnie miało się ku końcowi: była to godzina natłoku pojazdów oraz tłumu rozglądających się pieszych. – Moim zdaniem to niebezpieczne – dodała.

– Moim także – zawtórowała pani Miller. – Jeszcze złapiesz febrę. Pamiętaj, co mówił doktor Davis!

– Niech mama da jej lekarstwo, zanim pójdzie – poradził Randolph.

Wszyscy wstali; Daisy, wciąż pokazując śliczne ząbki, nachyliła się i ucałowała panią domu.

– Proszę się nie martwić, pani Walker. Nie pójdę sama, tylko z przyjacielem.

– Przyjaciel nie ustrzeże cię przed febrą – ostrzegła pani Miller.

– Mowa o panu Giovanellim? – spytała gospodyni.

Winter­bourne obserwował panienkę i słysząc to pytanie, zastrzygł uszami. Z uśmiechem poprawiła wstążki kapelusza i obrzuciła młodzieńca przelotnym spojrzeniem. Następnie, wśród spojrzeń i uśmiechów, odrzekła bez cienia wahania:

– Tak, o panu Giovanellim… pięknym Giovanellim!

– Moja najdroższa, młoda przyjaciółko – zaczęła pani Walker, błagalnie ujmując jej dłoń. – Nie idź o tej porze na Pincio na spotkanie z pięknym Włochem.

– Przecież on mówi po angielsku – wtrąciła pani Miller.

– O matko! – zawołała Daisy. – Nie chcę zachowywać się niestosownie. Łatwo temu zaradzić. – Wciąż zerkała na Winter­bourne’a. – Pincio jest niedaleko stąd: jeśli pan Winter­bourne jest tak grzeczny, jak udaje, mógłby mnie odprowadzić!

Winter­bourne pospieszył upewnić ją o swojej grzeczności, a panienka zgodziła się łaskawie, aby jej towarzyszył. Pierwsi zeszli na dół, gdzie stał już powóz pani Miller, z barwnym gońcem siedzącym w środku.

– Do widzenia, Eugenio! – krzyknęła Daisy. – Idę na spacer.

Odległość między Via Gregoriana a pięknymi ogrodami na drugim końcu wzgórza Pincio istotnie można szybko pokonać. Jednakże w ów słoneczny dzień, kiedy na ulicach roiło się od pojazdów i pieszych, droga wydłużyła się znacznie. Odpowiadało to Winter­bourne’owi, na przekór niezwykłości położenia, w jakim się znalazł. Śliczna cudzoziemka wsparta na jego ramieniu zwracała powszechną uwagę rozleniwionego, rzymskiego tłumu; Winter­bourne doprawdy nie wiedział, co też podkusiło Daisy, aby dobrowolnie się na to narażać. Zdawała się sądzić, iż jego misja sprowadza się do bezpiecznego przekazania jej w ręce pana Giovanellego, ale Winter­bourne – wściekły i wyróżniony zarazem – stwierdził, że ani mu się to śni.

– Dlaczego pan mnie nie odwiedził? – ponowiła pytanie Daisy. – Niechże pan się nie wykręca.

– Jak wspomniałem, dopiero co wysiadłem z pociągu.

– Mniemam, że długo zabawił pan na stacji! – Panienka się roześmiała. – Pewnie zasnął pan w przedziale. Na wizytę u pani Walker znalazł pan czas.

– Znam panią Walker… – zaczął.

– Wiem, skąd pan ją zna. Z Genewy. Powiedziała mi. No cóż, a mnie zna pan z Vevey. To warte tyle samo. Dlatego mam do pana żal. – Nie zadając mu więcej pytań, poczęła trajkotać o swoich sprawach. – Mamy przepiękne pokoje w hotelu; Eugenio twierdzi, że najlepsze w Rzymie. Zostaniemy całą zimę, o ile nie umrzemy na febrę… ale wówczas pewnie też zostaniemy. Nie spodziewałam się, że będzie tak miło, a tu proszę. Byłam pewna, że nie uwolnimy się od towarzystwa starców, którzy objaśniają obrazy i inne rzeczy. Ale trwało to tylko tydzień i teraz świetnie się bawię. Poznałam mnóstwo ludzi i wszyscy są czarujący. Towarzystwo jest bardzo wytworne. Są wszyscy, Anglicy, Niemcy i Włosi. Chyba najbardziej lubię Anglików. Odpowiada mi ich styl konwersacji. Ale nie brakuje też przemiłych Amerykanów. W życiu nie spotkałam się z taką gościnnością. Każdy dzień przynosi jakąś niespodziankę. Nie ma tutaj zbyt wielu okazji do tańca, ale muszę przyznać, że nigdy nie przywiązywałam do tego większej wagi. Za to zawsze przepadałam za rozmową. Przypuszczam, że u pani Walker nie zabraknie ku temu okazji: mieszka w takiej ciasnocie! – Gdy minęli bramę Ogrodów Pincio, panna Miller jęła zachodzić w głowę, gdzie też podziewa się pan Giovanelli. – Lepiej chodźmy od frontu – zaproponowała. – Tam jest lepszy widok.

– Na pewno nie pomogę pani go wypatrzyć – zapowiedział Winter­bourne.

– W takim razie znajdę go bez pana pomocy.

– Nigdzie pani sama nie pójdzie! – wykrzyknął.

Parsknęła śmiechem.

– Boi się, że się zgubi… lub zostanie przejechany? O, ale widzę Giovanellego; stoi oparty o drzewo. Przygląda się paniom w powozach: a to gagatek!

Winter­bourne ujrzał człowieczka z laską, stojącego z założonymi rękami. Miał ładną twarz, fantazyjnie włożony kapelusz, w oku monokl, a w butonierce bukiecik kwiatów. Przyglądał mu się przez chwilę.

– Zamierza pani rozmawiać z tym typem?

– Czy zamierzam z nim rozmawiać? Wszak nie będę porozumiewać się na migi!

– Wobec tego informuję, że zostanę z panią.

Daisy przystanęła i spojrzała na niego niewzruszona; widział tylko piękne oczy i dołeczki w jej twarzy. I kogo ona nazywa gagatkiem?, pomyślał.

– Nie podoba mi się sposób, w jaki pan to powiedział. Za wiele pan sobie pozwala.

– Przepraszam, jeżeli źle to sformułowałem. Najważniejsze, żeby pani zrozumiała, co miałem na myśli.

Popatrzyła na niego srogo, przez co jej oczy wydały mu się jeszcze ładniejsze.

– Żaden mężczyzna nie będzie mi mówił, co mam robić, ani wtrącał się w moje sprawy.

– Sądzę, że popełnia pani błąd – odparował Winter­bourne. – Winna pani czasem posłuchać mężczyzny… odpowiedniego.

Znowu się roześmiała.

– Ależ nic innego nie robię! Proszę mi powiedzieć, czy pan Giovanelli jest pana zdaniem odpowiedni.

Dżentelmen z bukiecikiem dostrzegł już naszych przyjaciół i ruszył ku młodej damie w wielce uniżony sposób. Skłonił się obojgu; miał promienny uśmiech i bystre oko, jednym słowem, prezentował się nieźle. Ale Winter­bourne powiedział do Daisy:

– Bynajmniej.

Daisy niewątpliwie miała wrodzony dar do prezentacji i przedstawiła panów sobie nawzajem. Ruszyła naprzód, mając ich po obu stronach. Pan Giovanelli, który płynnie władał angielskim – Winter­bourne dowiedział się później, że szlifował go na wielu amerykańskich dziedziczkach – zasypywał pannę Miller bzdurnymi uprzejmościami. Był niezwykle układny, i nasz młody Amerykanin, który nie odzywał się ani słowem, zadumał się nad sprytem Włochów, umożliwiającym im tym większą uprzejmość, im większe ich spotykało rozczarowanie. Giovanelli liczył oczywiście na większą zażyłość; nie spodziewał się, że pójdą we troje. Ale trzymał nerwy na wodzy w sposób, który zdradzał dalekosiężne plany. Winter­bourne pochlebiał sobie, że ocenił go jak trzeba. Żaden z niego dżentelmen, myślał. Jest tylko nędzną imitacją dżentelmena. To nauczyciel muzyki, gryzipiórek lub trzeciorzędny artysta. Niech diabli wezmą tę jego powierzchowność! Pan Giovanelli rzeczywiście był przystojny, ale Winter­bourne’em miotało pełne wyższości oburzenie na śliczną rodaczkę, że nie zna różnicy między prawdziwym dżentelmenem a falsyfikatem. Giovanelli dwoił się i troił w uprzejmościach, i w ogóle można go było jeść łyżkami. Trzeba przyznać, że jeśli udawał, szło mu wyśmienicie. I co z tego, pieklił się Winter­bourne bezdźwięcznie. Porządna dziewczyna winna się na nim poznać! I raz jeszcze zadał sobie pytanie, czy istotnie ma do czynienia z porządną dziewczyną. Czy porządna dziewczyna – nawet jeśli była małą amerykańską trzpiotką – spotykałaby się z cudzoziemcem wątpliwego formatu? I to w biały dzień, w najbardziej tłocznym zakątku włoskiej stolicy? I czy można wykluczyć, że podobne zachowanie to przejaw skrajnego cynizmu? Drażniło go jednak, że panna nie okazuje mu większej uwagi, i bardzo był sobą rozczarowany. Nie sposób było ją traktować jak dobrze wychowaną młodą damę; brakowało jej ku temu niezbędnej delikatności, więc o ileż uprościłoby to sprawę, gdyby potraktować ją jako przedmiot wrażeń zwanych przez pisarzy „rozpustną namiętnością”. Gdyby chciała go zbyć, mógłby nią wzgardzić, okazanie jej wzgardy zaś odarłoby ją z tajemnicy. Daisy jednakże wciąż prezentowała się jako nieodgadniona mieszanina cnoty i zuchwalstwa.

Szła tak od kwadransa w asyście dwóch wielbicieli, odpowiadając z dziecinną wesołością (jak wydało się Winter­bourne’owi) na piękne słówka pana Giovanellego, gdy z szeregu pojazdów oderwał się jeden powóz i stanął obok deptaka. W tej samej chwili Winter­bourne zobaczył, że siedzi w nim jego przyjaciółka pani Walker i daje mu jakieś znaki. Zostawiwszy pannę Miller, pospieszył na to wezwanie. Pani Walker była rozpłomieniona i zdradzała oznaki wzburzenia.

– Niepodobna! – oświadczyła. – Tej dziewczynie to nie wypada. Nie może spacerować z dwoma mężczyznami. Zauważyło ją z pięćdziesiąt osób.

Winter­bourne uniósł brwi.

– Myślę, że nie należy robić o to tyle hałasu.

– Nie należy dopuścić, żeby się pogrążyła!

– Jest bardzo niewinna.

– Jest niepoczytalna! – zawołała pani Walker. – Czy widział pan kiedyś kogoś tak durnego jak jej matka? Kiedy wyszliście, wprost nie mogłam usiedzieć w miejscu, rozmyślając o tym wszystkim. Niegodziwością zdawało mi się nie podjąć choćby próby jej ratowania. Wezwałam powóz, włożyłam kapelusz i przyjechałam, jak tylko mogłam najszybciej. Chwała Bogu, że was znalazłam!

– I cóż pani zamierza? – Winter­bourne się uśmiechnął.

– Zapakować ją do powozu i obwieźć po mieście, aby wszyscy zobaczyli, że nie biega samopas. Potem zabiorę ją do hotelu.

– Ten plan budzi moje wątpliwości – zawyrokował. – Ale proszę spróbować.

 

Pani Walker spróbowała. Młodzieniec ruszył w pościg za panną Miller, która wcześniej tylko skinęła głową i uśmiechnęła się do damy w powozie, a następnie poszła dalej swoją drogą, z dżentelmenem u boku. Słysząc, że pani Walker chce z nią zamienić słowo, skierowała się w jej stronę z nieodłącznym panem Giovanellim. Stwierdziła, że jest zachwycona możliwością przedstawienia go pani Walker. Niezwłocznie dokonała prezentacji, spiesząc z zapewnieniem, iż nigdy nie widziała czegoś równie ładnego jak kocyk w powozie.

– To miło, że ci się podoba – odpowiedziała pani Walker ze słodkim uśmiechem. – Wsiądź, to cię nim przykryję.

– O nie, dziękuję – wymówiła się Daisy. – O wiele bardziej podoba mi się na pani.

– Wsiądź, podwiozę cię – kusiła pani Walker.

– Byłoby to urocze, ale cudownie jest pospacerować! – I Daisy obdarzyła promiennym uśmiechem obu panów.

– Owszem, cudownie, ale tutaj panują inne zwyczaje. – Pani Walker załamała dłonie.

– Trudno! – ucięła Daisy. – Bez spacerów wyzionęłabym ducha.

– Powinnaś spacerować z matką, kochana. – Pani Walker nie wytrzymała.

– Z moją kochaną matką! – wykrzyknęła dziewczyna. Winter­bourne spostrzegł, że wyczuła podstęp. – Moja matka w życiu nie uszła dziesięciu kroków. A poza tym – dodała ze śmiechem – nie jestem już dzieckiem.

– Tym bardziej powinnaś mieć więcej rozsądku. Ludzie wezmą cię na języki, moja panno.

Daisy patrzyła na nią, wciąż się uśmiechając.

– Na języki? Jak to?

– Wsiądź, to ci powiem.

Daisy pospiesznie przeniosła wzrok z jednego dżentelmena na drugiego. Pan Giovanelli kołysał się na piętach, zacierał urękawiczone dłonie i chichotał pojednawczo. Winter­bourne nie krył niesmaku.

– Chyba nie chcę wiedzieć – odparła po chwili Daisy. – Nie sądzę, aby mi się to spodobało.

Winter­bourne wyraził w duchu życzenie, by pani Walker owinęła się kocem i dała spokój, ale ona nie znosiła, gdy stawiano jej opór, jak mu później powiedziała.

– Wolisz, aby zarzucono ci lekkomyślność? – spytała.

– Na Boga! – zawołała Daisy. Znów spojrzała na pana Giovanellego, a następnie na Winter­bourne’a. Lekko się zarumieniła; była urocza. – Czy pan Winter­bourne uważa – spytała z wolna, lustrując go od góry do dołu – iż w celu ratowania mojej reputacji powinnam wsiąść do powozu?

Winter­bourne poczerwieniał; wahał się, rozważając odpowiedź. Dziwnie było słuchać, jak dziewczyna mówi w ten sposób o swojej „reputacji”. Czuł, że musi jednak postąpić w myśl zasad grzeczności. A największa grzeczność w tym wypadku polegała na powiedzeniu prawdy, prawda zaś, dla Winter­bourne’a – jak zdążyłem już wyświetlić czytelnikowi – wyglądała tak, iż jego zdaniem Daisy Miller winna zastosować się do rady pani Walker. Ogarnął wzrokiem jej niezwykłą urodę i rzekł łagodnie:

– Myślę, że powinna pani wsiąść do powozu.

Dziewczyna wybuchnęła śmiechem.

– W życiu nie spotkałam się z takimi formalnościami! Jeśli to niestosowne, pani Walker – ciągnęła – w takim razie ja jestem niestosowna i lepiej, żeby pani dała sobie ze mną spokój. Do widzenia; życzę pani miłej przejażdżki! – I odeszła z panem Giovanellim, który skłonił się z triumfalną grzecznością.

Pani Walker siedziała jak skamieniała, odprowadzając ją wzrokiem, i miała łzy w oczach.

– Niech pan wsiada. – Skinęła na Winter­bourne’a, wskazując miejsce obok siebie w powozie. Odparł, iż czuje się zobowiązany towarzyszyć pannie Miller, na co pani Walker zagroziła, że więcej się do niego nie odezwie. Brzmiało to poważnie. Winter­bourne dogonił Daisy oraz jej towarzysza i podając dziewczynie rękę, oznajmił, iż pani Walker życzy sobie jego towarzystwa. Oczekiwał, że w odpowiedzi rzuci coś niezobowiązującego, co potwierdziłoby „lekkomyślność”, od której pani Walker tak łaskawie próbowała ją odwieść. Ale tylko uścisnęła jego dłoń, prawie na niego nie patrząc, a pan Giovanelli przesadnie machnął mu na pożegnanie kapeluszem, który z emfazą zdjął z głowy.

Winter­bourne skwaszony zasiadł w powozie.

– To nie było rozsądne z pani strony – powiedział w przypływie szczerości, kiedy włączyli się w ruch pojazdów.

– W takim jak ten przypadku – padła odpowiedź – nie chcę być rozsądna, a jedynie uczciwa!

– Cóż, pani uczciwość dotknęła ją i zniechęciła.

– I bardzo dobrze się stało – ucięła pani Walker. – Jeśli ta dziewczyna chce się pogrążyć, lepiej wiedzieć o tym z góry i podjąć właściwe kroki.

– Podejrzewam, że nie miała złych intencji.

– I ja tak myślałam miesiąc temu. Ale posunęła się za daleko.

– A cóż takiego robiła?

– Wszystko, czego się tutaj nie robi. Flirtowała z każdym napotkanym dżentelmenem, przesiadywała po kątach z tajemniczymi Włochami, cały wieczór tańczyła z jednym i tym samym mężczyzną i przyjmowała wizyty o jedenastej w nocy. Gdy zjawiają się goście, matka jej wychodzi z pokoju.

– Za to jej brat – Winter­bourne się zaśmiał – siedzi do północy.

– Co musi mieć na niego niszczący wpływ. Słyszałam, że w hotelu wszyscy o niej plotkują, a kiedy jakiś dżentelmen pyta o pannę Miller, służba śmieje mu się za plecami.

– Do diabła ze służbą! – burknął ze złością Winter­bourne. – Biedaczka zawiniła tylko brakiem ogłady – dodał po chwili.

– Cierpi na wrodzony brak taktu – stwierdziła pani Walker. – Sam pan widział dzisiaj rano. Jak długo znał pan ją w Vevey?

– Parę dni.

– No właśnie! A miała czelność robić panu wyrzuty z powodu wyjazdu!

Milczał parę minut, a potem odpowiedział:

– Przypuszczam, pani Walker, że oboje zbyt długo mieszkaliśmy w Genewie! – I zapytał, w jakim celu kazała mu wsiąść do powozu.

– Chciałam poprosić pana o zerwanie znajomości z panną Miller. Żeby pan z nią nie flirtował… nie dawał jej okazji, aby się ośmieszała… innymi słowy, dał sobie z nią spokój.

– Obawiam się, że nie mogę spełnić tej prośby. Zbyt wielką darzę ją sympatią.

– Tym bardziej nie powinien pan dopuścić do skandalu z jej udziałem.

– Względy, jakimi ją darzę, są jak najzupełniej poprawne.

– Ona zdaje się o tym nie wiedzieć. Ale powiedziałam już, co miałam do powiedzenia – dodała pani Walker. – Jeśli chce pan do niej wrócić, wysadzę pana. O, tutaj na przykład.

Powóz wjechał w część Ogrodów Pincio, która biegła ponad murem rzymskim i wychodziła na piękną Villa Borghese. Przy balustradzie stało kilka ławek. Na jednej z nich, w oddali, ­siedzieli mężczyzna i kobieta – pani Walker wskazała ich ruchem głowy. W tej samej chwili osoby te wstały i podeszły do balustrady. Winter­bourne poprosił stangreta, żeby stanął. Wysiadł z powozu. Jego towarzyszka chwilę spoglądała na niego w milczeniu, a gdy uchylił kapelusza, odjechała majestatycznie. Stał przez chwilę, po czym zwrócił oczy na Daisy i jej kawalera, którzy nikogo nie widzieli, bez reszty sobą pochłonięci. Postali przy ogrodzeniu, patrząc na duże kępy sosen o spłaszczonych wierzchołkach na Villa Borghese, po czym Giovanelli usiadł swobodnie na szerokim gzymsie. Zachodzące słońce wysłało snop promieni zza chmur, na co towarzysz Daisy wyjął z jej rąk parasolkę i otworzył. Dziewczyna przysunęła się bliżej, on zaś, nie wypuszczając parasolki z rąk, oparł ją o ramię panny Miller, toteż Winter­bourne stracił z oczu ich głowy. Postał jeszcze trochę, a potem ruszył naprzód. Ale nie skierował się ku parze z parasolką, tylko w stronę mieszkania ciotki, pani Costello.

4

Następnego dnia pochlebiał sobie, że przynajmniej on nie naraził się na drwinę służby, zapytując w hotelu o panią Miller. Nie zastał jednak damy ani jej córki; następnego dnia, kiedy ponowił próbę, znów czekało go rozczarowanie. Przyjęcie pani Walker przypadło wieczorem dnia trzeciego; pomimo ich ostatniej niemiłej rozmowy Winter­bourne znalazł się na liście gości. Pani Walker zaliczała się do grona tych amerykańskich dam, które bawiąc za granicą, stawiają sobie za cel – wedle ich własnego określenia – badanie europejskiej socjety. Przy tej okazji zgromadziła spośród innych śmiertelników parę okazów o różnym zapleczu społecznym, służących jej za podręczniki. Kiedy Winter­bourne przybył na miejsce, nie było jeszcze Daisy, ale nie minęło parę chwil, jak niepewnym krokiem weszła jej matka. Włosy pani Miller ponad wyłysiałą skronią były jeszcze bardziej niż zwykle skręcone. Gdy podchodziła do pani Walker, Winter­bourne też przybliżył się mimochodem.

– Przyszłam sama, jak pani widzi – oznajmiła biedna pani Miller. – Jestem przerażona i nie wiem, co począć. Po raz pierwszy znajduję się sama na przyjęciu, zwłaszcza w tym kraju. Chciałam przyprowadzić choćby Randolpha albo Eugenia, ale Daisy wręcz wypchnęła mnie z domu. Nie jestem do tego przyzwyczajona.

– A czy pani córka nie zamierza zaszczycić nas swoim towarzystwem? – zapytała pani Walker wstrząśnięta.

– No cóż, ubrała się do wyjścia – rzekła pani Miller beznamiętnym, żeby nie powiedzieć filozoficznym tonem kronikarza, jakim niezmiennie relacjonowała bieżące poczynania dziewczęcia. – Specjalnie ubrała się przed kolacją. Ale jest u niej ten znajomy dżentelmen… Włoch… którego chciała przyprowadzić. Zasiedli do fortepianu i wygląda, że do niego przyrośli. Pan Giovanelli ma wspaniały głos. Lecz spodziewam się, że niedługo się zjawią – uzupełniła z nadzieją.

– Może niepotrzebnie zadaje sobie trud – zauważyła pani Walker.

– Powiedziałam jej, że nie ma sensu ubierać się przed kolacją, jeśli chce czekać aż trzy godziny – odpowiedziała matka Daisy. – Dla pana Giovanellego nie musiała tak się stroić.

– Ależ to okropne! – zwróciła się pani Walker do Winter­bourne’a. – Elle s’affiche4, co wygląda na zemstę za to, że miałam czelność ją upomnieć. Gdy przyjdzie, nie odezwę się do niej ani słowem.

4 Elle s’affiche (franc.) – ona się obnosi, popisuje

Daisy zjawiła się po jedenastej, ale nie czekała, aż ktoś zrobi jej łaskę i podejmie rozmowę. Śmiało ruszyła naprzód, szeleszcząc halkami, trajkotała i rozdawała uśmiechy, z dużym bukietem w ręku i w asyście pana Giovanellego. Wszyscy umilkli i wlepili w nią spojrzenia. Podeszła prosto do pani Walker.

– Pewnie myślała pani, że nie przyjdę, więc posłałam naprzód matkę. Chciałam, żeby pan Giovanelli przećwiczył kilka pieśni; ma piękny głos, musi pani go poprosić, by zaśpiewał. Oto i on, już go pani przedstawiałam. Zna najcudowniejsze pieśni. Specjalnie przećwiczyliśmy je w hotelu, doprawdy świetnie się bawiliśmy. – Wypowiedziała to pełnym głosem, zerkając to na gospodynię, to na zgromadzonych i poprawiając mocno wyciętą suknię. – Czy ja tutaj kogoś znam? – spytała.

– Wszyscy znają panią! – powiedziała pani Walker znacząco i prześliznęła się wzrokiem po panu Giovanellim, który prezentował się bardzo wytwornie. Giął się w ukłonach, błyskał w uśmiechach białymi zębami, kręcił wąsa i przewracał oczami, czyli robił to wszystko, co przystojny Włoch na przyjęciu robić powinien. Zaśpiewał bardzo ładnie pół tuzina piosenek, chociaż pani Walker nie mogła dociec, kto go o to poprosił. Na pewno nie była to Daisy, która wydawała mu rozkazy. Siedziała w pewnej odległości od fortepianu i gdy pan Giovanelli (była ponoć jego zagorzałą wielbicielką) się produkował, w najlepsze trajkotała.

– Szkoda, że pokoje są takie ciasne, zatańczyłabym z panem – zwróciła się do Winter­bourne’a, jakby widzieli się pięć minut temu.

– Nie żałuję, iż odebrano nam tę szansę – odpowiedział. – Ja nie tańczę.

– Naturalnie, sztywniak z pana. Mam nadzieję, że podobała się panu przejażdżka z panią Walker.

– Nie bardzo, wolałbym spacerować z panią.

– Nie ma tego złego… – odparła. – Ale czy słyszał pan coś równie paradnego, jak propozycja pani Walker, bym wsiadła do powozu i zostawiła biednego pana Giovanellego, bo tak wypada? Ludzie mają pomysły! Byłoby to bardzo nieuprzejme; mówił o tym spacerze od dziesięciu dni.

– Co było absolutnie zbyteczne – skwitował Winter­bourne. – Nigdy nie zaproponowałby żadnej ze swoich młodych rodaczek, by spacerowała wraz z nim ulicami.

– Ulicami? – Piękne oczy Daisy wyrażały najszczersze zdziwienie. – A gdzie miałby jej proponować spacer? Zresztą Pincio to nie ulice, a ja, chwała Bogu, nie jestem jego młodą rodaczką. O ile mi wiadomo, jego młode rodaczki nudzą się tutaj jak mopsy; nie widzę powodu, ażeby postępować w myśl ich zwyczajów.

– Obawiam się, że pani ma zwyczaje trzpiotki – upomniał ją surowo.

– Naturalnie! – Znów omiotła go roześmianym spojrzeniem. – Jestem straszną, niepoprawną trzpiotką! Czy słyszał pan kiedy o miłej dziewczynie, która nie lubi sobie poflirtować? Pewnie zaraz mi pan powie, że nie jestem miłą dziewczyną.

 

– Wręcz przeciwnie, lecz życzyłbym sobie, aby flirtowała pani tylko i wyłącznie ze mną – oświadczył Winter­bourne.

– O, bardzo panu dziękuję, ale jest pan ostatnim mężczyzną, z którym przyszłoby mi do głowy flirtować. Jak już powiedziałam, jest pan strasznym sztywniakiem.

– Zbyt często pani to powtarza – zauważył.

Roześmiała się z zachwytem.

– Powtórzyłabym to jeszcze raz, byle tylko pana rozzłościć.

– Tylko nie to. Obawiam się, że w złości jestem jeszcze gorszy. Ale jeśli nie chce pani flirtować ze mną, proszę przynajmniej nie flirtować ze swoim przyjacielem, który siedzi przy fortepianie. Nie znają się tutaj na takich sprawach.

– A ja myślałam, że znają się tylko na tym!

– Nie w przypadku młodych panien.

– Zdaje się, iż bardziej przystoi to młodym pannom aniżeli starszym mężatkom – zaznaczyła Daisy.

– Cóż, jak się wejdzie między wrony… Flirt jest wynalazkiem czysto amerykańskim, tutaj bywa niedoceniany. A zatem jeżeli pani pokazuje się publicznie z panem Giovanellim, bez matki…

– Ojej! Biedna mama! – wtrąciła Daisy.

– Pani może flirtuje, ale pan Giovanelli bynajmniej. Ma inny zamysł.

– W każdym razie nie prawi mi kazań – odparła z naciskiem Daisy. – Skoro pan musi wiedzieć, my wcale nie flirtujemy. Pan Giovanelli to mój bliski przyjaciel.

– Ach. Jeśli się kochacie, to całkiem inna sprawa.

Rozmawiali dotąd tak szczerze, iż nie spodziewał się takiej reakcji: zarumieniona zerwała się z miejsca, nasuwając mu myśl, że amerykańskie trzpiotki to najdziwniejsze stworzenia pod słońcem.

– Pan Giovanelli przynajmniej – obdarzyła go przelotnym spojrzeniem – nigdy nie mówi mi tak przykrych rzeczy.

Winter­bourne oniemiał z wrażenia i tylko patrzył na nią bez słowa. Pan Giovanelli skończył śpiewać, wstał od fortepianu i podszedł do Daisy.

– Może przejdziemy do drugiego pokoju i napijemy się herbaty? – zaproponował, kłaniając się z galanterią.

Daisy rozpromieniona popatrzyła na Winter­bourne’a. Niezobowiązujący uśmiech zbił go z tropu; niczego nie wyjaśniał, a przy tym zdawał się dowodzić słodkiego i łagodnego usposobienia, które rozgrzeszało ją z każdej winy.

– Panu Winterbourne’owi nie przyszło do głowy poczęstować mnie herbatą – przygadała, by go pognębić.

– Za to udzieliłem pani rady – odparował.

– Wolę słabą herbatę – zawołała i wyszła z pięknym Giovanellim. Usiadła z nim we wnęce okiennej w drugim pokoju i spędzili tam resztę wieczoru. Ktoś dawał popis przy fortepianie, ale żadne z nich nie zaszczyciło go swoją uwagą. Kiedy Daisy przyszła się pożegnać z panią Walker, dama ostentacyjnie odbiła sobie słabość, jaką wykazała w momencie przybycia dziewczyny. Odwróciła się plecami do panny Miller i pozwoliła jej odejść z resztką godności, jaka jej pozostała. Winter­bourne stał przy drzwiach i widział to na własne oczy. Daisy zbladła i spojrzała na matkę, ale pani Miller nie uświadomiła sobie pogwałcenia zwykłych form grzeczności. Ba, dała do zrozumienia, że sama przywiązuje do nich wielką wagę.

– Dobranoc, pani Walker – rzekła. – Spędziłyśmy uroczy wieczór. – Widzi pani, nawet jeśli pozwalam córce samej chodzić na przyjęcia, nie chcę, żeby wychodziła z nich beze mnie.

Daisy odwróciła się i potoczyła zmartwiałym wzrokiem po osobach stojących przy drzwiach. Winter­bourne zobaczył, że w pierwszej chwili była tak wstrząśnięta i zdziwiona, iż nawet nie okazała urazy. On sam nie krył poruszenia.

– To było bardzo okrutne – powiedział do pani Walker.

– Jej noga nie postanie więcej w moim salonie – zabrzmiała twarda odpowiedź.

Ponieważ nie mieli okazji widywać się u pani Walker, ilekroć nadarzyła się sposobność, zaglądał do hotelu pani Miller. Panie rzadko bywały w domu, ale kiedy je zastawał, towarzyszył im nieodłączny Giovanelli. Bardzo często wyelegantowany rzymianin przebywał w salonie sam na sam z Daisy, gdyż pani Miller widocznie wciąż była zdania, że dyskrecja to istotny aspekt nadzoru. Winter­bourne dostrzegł, zrazu ze zdziwieniem, że Daisy nie krępuje się i nie złości jego wejściem, lecz niebawem ogarnęło go poczucie, że dziewczyna nie kryje już w zanadrzu żadnych zagadek, a jej nieprzewidywalne zachowanie jest na porządku dziennym. Nie okazywała niezadowolenia, kiedy przerywano jej tête-à-tête z Giovanellim; tak samo chętnie gawędziła z dwoma panami, jak z jednym, i niezmiennie przejawiała w rozmowie tę samą dziwną mieszankę bezwstydu i niewinności. Winter­bourne doszedł do wniosku, iż gdyby poważnie interesowała się Włochem, dążyłaby do większej intymności, tym bardziej więc polubił Daisy za jej z pozoru niewinną obojętność i niezmordowanie szampański humor. Nie umiał tego wytłumaczyć, lecz sprawiała na nim wrażenie niezdolnej do zazdrości. Nie chcę go narażać na śmieszność w oczach czytelnika, lecz w stosunku do kobiet, które dotąd go interesowały, bywał bardzo nieśmiały – wręcz się ich bał. Miał miłe poczucie, że panny Daisy Miller nie musi się bać. Należy zaznaczyć, że to poczucie nie przynosiło tej pannie chluby: dowodziło raczej jego przekonania, a właściwie obawy, iż nie sposób traktować Daisy poważnie.

Ale jak widać, była Giovanellim bardzo zainteresowana. Śledziła każde jego słowo, rozstawiała go po kątach i droczyła się z nim nieustannie. Wyglądało na to, że zupełnie zapomniała o obraźliwej uwadze Winter­bourne’a. Pewnego niedzielnego popołudnia, zwiedzając z ciotką Bazylikę Świętego Piotra, zauważył Daisy – spacerowała z nieodłącznym towarzyszem. Wskazał pannę i jej kawalera pani Costello. Dama przyglądała im się chwilę przez monokl, by następnie oświadczyć:

– Ach, to dlatego chodzisz taki zamyślony, co?

– W żadnym razie – odparł.

– Jesteś roztargniony, bo coś nie daje ci spokoju.

– A o czym tak rozmyślam, cioci zdaniem?

– O tej młodej damie, pannie Baker… Chandler… jak jej tam? Pannie Miller i jej romansie z tym fircykiem.

– Nazywa ciocia romansem coś, z czym tak się obnoszą?

– Rzekłabym, że nie mają się czym chwalić – zaznaczyła pani Costello.

– Nie – odrzekł Winter­bourne jakby w zamyśleniu, które zarzuciła mu ciotka. – Nie nazwałbym tego romansem.

– Słyszałam o tym z ust wielu osób; ponoć jest nim zauroczona.

– Z pewnością łączy ich wielka zażyłość – przyznał.

Pani Costello raz jeszcze przyjrzała im się przez monokl.

– Bardzo przystojny. Wiadomo, jak to jest: ona uważa go za najwytworniejszego mężczyznę pod słońcem, za dżentelmena w każdym calu. Nigdy nie spotkała drugiego takiego jak on; przerasta nawet gońca. Pewnie goniec ich sobie przedstawił, a jeśli panna wyjdzie za Włocha, goniec ma w kieszeni sutą prowizję.

– Nie wydaje mi się, żeby ona myślała o ślubie z nim – stwierdził Winter­bourne. – I nie wierzę, aby on miał na to nadzieję.

– Możesz być pewny, że w jej głowie nie plącze się żadna myśl. Ona żyje z dnia na dzień, z godziny na godzinę, jak żyli ludzie w złotym wieku. Nie wyobrażam sobie nic bardziej wulgarnego. A przy tym – dorzuciła – niebawem dowiesz się, że jest „zaręczona”. Wspomnisz moje słowa.

– Nie wydaje mi się, żeby Giovanelli miał takie oczekiwania – obstawał przy swoim.

– Kto to jest Giovanelli?

– Ten mały Włoch. Rozpytywałem o niego i dowiedziałem się, że to szanowany jegomość. Zdaje się, że jest cavaliere avvocato na małą skalę. Ale nie obraca się w tak zwanych najlepszych kręgach. Nie wykluczam, że przedstawił ich sobie goniec. Nie ulega wątpliwości, że jest panną Miller oczarowany. Jeśli ona uważa go za najwytworniejszego dżentelmena, on ze swej strony nigdy nie spotkał się z takim splendorem, bogactwem i rozmachem jak w przypadku tej młodej damy. Pewnie uważa ją za intrygującą ślicznotkę. Wątpię, żeby myślał o jej poślubieniu; byłby to dla niego szczyt aspiracji. On ma do zaoferowania tylko miłą powierzchowność, tymczasem gdzieś istnieje bogaty pan Miller w tajemniczej krainie dolarów. Giovanelli wie, że nie ma atutów w zanadrzu. Gdyby tylko był hrabią albo markizem! Pewno nie może uwierzyć własnemu szczęściu, że w ogóle go zauważyli.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?