Daisy Miller i inne opowiadania

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Tytuły oryginałów

DAISY MILLER

THE BEAST IN THE JUNGLE

THE LIAR

THE PUPIL

Projekt okładki: studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce:

© Ricardo Demurez /Trevillion Images

Redaktor prowadzący: Katarzyna Rudzka

Redakcja: Lucyna Łuczyńska

Korekta: Barbara Pigłowska-Stawowa

ISBN 978-83-7839-889-9

Warszawa 2013

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

DAISY MILLER

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

W miasteczku Vevey w Szwajcarii znajduje się niezwykle komfortowy hotel. Jest tam mnóstwo hoteli, turystyka bowiem to przeznaczenie tego uroczego miejsca, położonego – jak wielu turystów zapewne pamięta – nad skrajem wyjątkowo błękitnego jeziora, które skłania do odwiedzin każdego miłośnika podróży. Nabrzeże jest ciągiem przybytków tego rodzaju w każdej kategorii, począwszy od „grand” hotelu podług najnowszej mody, z bielonym frontem, setką balkonów oraz tuzinem flag powiewających na dachu, aż po staroświecki szwajcarski pension1 z minionej epoki, z nazwą wypisaną gotyckim pismem na żółtej bądź różowej ścianie i toporną altaną w kącie ogrodu. Jeden z hoteli w Vevey jednakże wyróżnia się na tle parweniuszowskich sąsiadów atmosferą luksusu, a zarazem dojrzałości. W czerwcu do miasteczka zjeżdżają tłumnie amerykańscy turyści; śmiało rzec można, że Vevey staje się wówczas czymś w rodzaju amerykańskiego kurortu. Zdarzają się widoki i dźwięki, które nasuwają obraz i echo Newport i Saratogi. Tu i tam przemykają młode „elegantki”, słychać szelest muślinu, od rana dźwięczy muzyka taneczna, a w powietrzu przez cały dzień aż do wieczora unosi się gwar podniesionych głosów. Człowiek chłonie te wrażenia w wyśmienitej oberży „Trois Couronnes” i przenosi się w wyobraźni do „Ocean House” albo „Congress Hall”. Ale w „Trois Couronnes”, trzeba dodać, są też zjawiska zgoła innego rodzaju: schludni niemieccy kelnerzy, którzy wyglądają jak sekretarze poselstwa, rosyjskie księżniczki przesiadujące w ogrodzie, mali spacerowicze – polscy chłopcy trzymani za rękę przez swoich guwernerów, a także widok zaśnieżonej grani Dents du Midi oraz malownicze wieże zamku Chillon.

1 pension (franc.) – pensjonat

Nie wiem doprawdy, czy to analogie, czy może różnice zaprzątały myśli młodego Amerykanina, gdy przed dwoma lub trzema laty siedział w ogrodzie „Trois Couronnes”, tocząc leniwie wzrokiem po niektórych rzeczach wymienionych przeze mnie. Był piękny, letni poranek i jakkolwiek młody Amerykanin postrzegał otoczenie, musiało mu się wydać czarujące. Dzień wcześniej przybył z Genewy małym parowcem, by odwiedzić ciotkę, która zatrzymała się w tym hotelu – od dawna mieszkał w Genewie na stałe. Ale ciotkę bolała głowa, co było permanentne, toteż zamknęła się w pokoju, wdychając kamforę, a on miał okazję się rozejrzeć. Liczył sobie jakieś dwadzieścia siedem lat; przyjaciele mawiali, że „studiuje” w Genewie. Z kolei wrogowie… Ale nie, bądź co bądź nie miał takowych: był niebywale sympatycznym i powszechnie lubianym młodzieńcem. Powiedzmy, że mówiono też, iż powodem jego bytności w Genewie jest zainteresowanie pewną damą, która tam mieszkała – cudzoziemką – osobą starszą od niego. Niewielu Amerykanów – gwoli ścisłości, chyba żaden – ową damę widziało, lecz krążyły na jej temat osobliwe historie. Winter­bourne jednakże miał głęboko zakorzenioną słabość do małej stolicy kalwinizmu: w dzieciństwie został oddany tam do szkoły, a potem wstąpił na uczelnię, co zaowocowało nawiązaniem niejednej młodzieńczej przyjaźni. Wiele przetrwało do tej pory i stanowiło dla niego źródło niemałej satysfakcji.

Zapukał do drzwi ciotki i dowiedziawszy się, że jest niedysponowana, odbył spacer po miasteczku, a następnie udał się na śniadanie. Skończył posiłek, ale pił jeszcze małą filiżankę kawy, którą przyniósł mu do stolika w ogrodzie kelner o wyglądzie attaché. Wreszcie dopił kawę i zapalił papierosa. Niebawem ścieżką nadszedł chłopiec, dziewięcio-, może dziesięcioletni, mały jak na swój wiek, o starczym wyrazie twarzy, bladej cerze i wyjątkowo ostrych rysach. Był w krótkich spodniach i czerwonych pończochach, eksponujących jego słabe, patykowate nogi; miał też jaskrawoczerwony fular. W ręku trzymał długą ciupagę, której ostrym końcem dźgał, co popadnie – klomby, ogrodowe ławki i powłóczyste treny dam. Stanął przed Winter­bourne’em, świdrując go parą roziskrzonych oczu.

– Da mi pan kostkę cukru? – spytał ostrym, przenikliwym głosikiem, dziecięcym, a zarazem niemłodym.

Winter­bourne zerknął na stolik i zobaczył, że zostało parę kostek.

– Tak, bardzo proszę – odparł. – Ale nie wydaje mi się, żeby cukier był dobry dla małych chłopców.

Dzieciak zbliżył się i skrupulatnie wybrał trzy spośród upragnionych kostek, z których dwie schował do kieszeni spodni, a trzecią wpakował do ust. Wbił ciupagę jak lancę w ławkę Winter­bourne’a, próbując zmiażdżyć cukier zębami.

– A niech to czort, ale twarrrrda! – Wymówił przymiotnik w sposób dość szczególny.

Winter­bourne natychmiast zorientował się, że ma zaszczyt obcować z rodakiem.

– Uważaj, żebyś nie połamał zębów – poradził tonem ojcowskiej troski.

– Nie mam już zębów do połamania. Wszystkie wypadły. Zostało mi tylko siedem. Matka policzyła je wczoraj, po czym wypadł jeszcze jeden. Zapowiedziała, że jeśli jeszcze któryś wyleci, porządnie oberwę. A co ja na to mogę poradzić? Jesteśmy na Starym Kontynencie, to sprawka klimatu. W Ameryce nie wypadały. To przez tutejsze hotele.

Winter­bourne nie krył rozbawienia.

– Jeżeli zjesz te trzy kostki, oberwiesz na pewno.

– Więc niech matka da mi cukierki – odparował młodociany rozmówca. – Tutaj nie ma amerykańskich cukierków. Amerykańskie cukierki są najlepsze.

– A amerykańscy mali chłopcy są najlepszymi małymi chłopcami? – żartował Winter­bourne.

– Skąd mogę wiedzieć? Sam jestem amerykańskim chłopcem.

– Widzę, że jednym z najlepszych! – Winter­bourne się zaśmiał.

– Pan jest Amerykaninem? – drążył jego energiczny towarzysz. A kiedy Winter­bourne potwierdził, dodał: – Amerykanie są najlepsi.

Młody człowiek podziękował mu za komplement, a chłopiec, który właśnie dosiadł okrakiem ciupagi i zaatakował drugą kostkę cukru, potoczył dokoła wzrokiem. Winter­bourne zastanawiał się, czy przypominał go w dzieciństwie, bo przywieziono go z Ameryki z grubsza w tym samym wieku.

– Idzie moja siostra! – wykrzyknął chłopiec po chwili. – Jest amerykańską dziewczyną.

Winter­bourne przeniósł wzrok na ścieżkę i zobaczył śliczne, młode dziewczę idące w ich stronę.

– Amerykańskie dziewczęta są najlepsze ze wszystkich – rzucił wesoło.

– O, nie moja siostra! Zawsze mnie beszta.

– Przypuszczam, że wina leży po twojej stronie – stwierdził Winter­bourne. Tymczasem młoda dama podeszła bliżej. Miała na sobie suknię z białego muślinu z mnóstwem falbanek i kokard z wstążki w bladym odcieniu. Bez kapelusza, ale pod dużą parasolką z haftowanym brzegiem była doprawdy uderzająco, niezwykle wprost urodziwa. A jakie są śliczne!, uzupełnił w duchu Winter­bourne, prostując się na ławce, jak gdyby chciał wstać z miejsca.

Młoda dama przystanęła na wprost nich, przy balustradzie z widokiem na jezioro. Chłopiec przeistoczył teraz ciupagę w tyczkę do skoku i skakał po ścieżce, wzbijając do góry niemało żwiru.

– Randolphie – zgromiła go dziewczyna – co ty wyczyniasz?

– Uprawiam wspinaczkę wysokogórską. Tak się to robi! – I znowu podskoczył, aż kamyki świsnęły Winter­bourne’owi koło ucha.

– Tak schodzi się w dół – zauważył Winter­bourne.

– On jest Amerykaninem! – wrzasnął Randolph swoim przenikliwym głosem.

Nie zwróciwszy na te słowa najmniejszej uwagi, młoda dama wbiła spojrzenie w braciszka, mówiąc:

– Lepiej siedź cicho.

Winter­bourne uznał, że prezentacji w pewnym sensie stało się zadość. Wstał i powoli ruszył w stronę dziewczyny, wyrzucając papierosa.

– Ten chłopczyk i ja zawarliśmy znajomość – powiedział uprzejmym tonem. W Genewie, o czym wiedział doskonale, młodzieńcowi wypadało zagadnąć młodą, niezamężną damę tylko w wyjątkowych okolicznościach. Ale tutaj, w Vevey, czyż można wyobrazić sobie sytuację bardziej sprzyjającą niż wówczas, kiedy urodziwa Amerykanka staje człowiekowi przed nosem w ogrodzie? Urodziwa Amerykanka jednakże tylko zerknęła na niego i odwróciwszy głowę, wyjrzała przez balustradę na jezioro i góry leżące po drugiej stronie. Pomyślał, czy nie posunął się przypadkiem zbyt daleko, uznał jednak, że lepsze niż odwrót z pewnością będzie natarcie. Dumał, jak by tu jeszcze zagaić, kiedy młoda dama ponownie zwróciła się do chłopca.

– Chciałabym wiedzieć, skąd wziąłeś ten kijek.

– Kupiłem! – odparł śmiało Randolph.

– Nie chcesz powiedzieć, że zabierzesz go do Włoch!

– A jakże!

Dziewczyna popatrzyła po sobie i poprawiła jedną lub dwie kokardki. Następnie znów wbiła wzrok w ofiarę.

– Lepiej gdzieś go zostaw – poradziła.

 

– Wybiera się pani do Włoch? – wtrącił z szacunkiem Winter­bourne.

Młoda dama raz jeszcze omiotła go wzrokiem.

– Tak, proszę pana – ucięła i nie powiedziała nic więcej.

– Czy… eee… pojedzie pani przez Simplon? – brnął z lekkim zakłopotaniem Winter­bourne.

– Nie wiem. Przypuszczam, że to jakaś góra. Przez jaką górę jedziemy, Randolphie?

– Dokąd? – zainteresował się chłopiec.

– Do Włoch – podpowiedział Winter­bourne.

– Skąd mam wiedzieć? – Randolph wzruszył ramionami. – Nie chcę jechać do Włoch. Wolę jechać do Ameryki.

– Ach, Włochy są bardzo ładne! – zapewnił młodzieniec.

– Mają tam cukierki? – spytał głośno Randolph.

– Oby nie – rzekła jego siostra. – Najadłeś się dosyć cukierków, mama też tak uważa.

– Od dawna nie jadłem żadnego… od stu tygodni! – poskarżył się chłopiec, wciąż podskakując jak piłka.

Młoda dama dokonała przeglądu falbanek i znów poprawiła wstążki, a Winter­bourne po chwili odważył się zlustrować miły widok, który miał przed sobą. Porzucił skrupuły, bo dziewczyna nie była w najmniejszym stopniu skrępowana. Jej prześlicznej buzi nie okrasił rumieniec, nie zdradzała też oznak urazy bądź zakłopotania. Kiedy zwracał się do niej, kierowała wzrok w drugą stronę, lecz wynikało to po prostu z nawyku i usposobienia. Ale w toku rozmowy, gdy wskazał jej parę interesujących szczegółów krajobrazu, których dotąd nie dostrzegła, coraz częściej zaszczycała młodzieńca spojrzeniem, śmiałym i prosto w oczy. Nie było to jednak spojrzenie pozbawione skromności, jej prześliczne oczy miały bowiem czystość i świeżość porannej rosy; w rzeczy samej, Winter­bourne dawno nie widział nikogo, kto dorównywałby urodą jego nadobnej rodaczce: podziwiał idealną cerę, nos, uszy i ząbki. Do kobiecej urody miał wielką słabość: chętnie obserwował ją i rozkładał na części pierwsze, a co do urody tejże młodej damy, poczynił kilka trafnych obserwacji. Była dość charakterystyczna, a zarazem nie do końca pełna wyrazu, i choć cechowała ją niezwykła delikatność, Winter­bourne wspaniałomyślnie zarzucił jej w duchu brak szlifu. Wysnuł przypuszczenie, iż siostra Randolpha jest kokietką; nie wątpił, że natura obdarzyła ją temperamentem, ale jasna, słodka twarzyczka nie zdradzała śladu ironii ani szyderstwa. Niebawem dała się poznać jako miłośniczka konwersacji. Powiedziała, że na zimę jadą do Rzymu – ona wraz z matką i Randolphem. Zapytała go, czy jest „prawdziwym” Amerykaninem, gdyż wzięłaby go raczej za Niemca; stwierdziła tak, acz z pewnym wahaniem, po wsłuchaniu się w jego wymowę. Winter­bourne odparł ze śmiechem, że poznał Niemców, którzy mówili jak Amerykanie, ale w życiu, jak sięgał pamięcią, nie spotkał Amerykanina, który mówiłby jak Niemiec. Następnie zapytał, czy nie byłoby jej wygodniej na ławce, z której właśnie wstał. Odpowiedziała, że lubi stać i spacerować, po chwili jednak usiadła. Poinformowała go, że pochodzi ze stanu Nowy Jork – „jeśli orientuje się pan, gdzie to jest”. Winter­bourne dowiedział się o niej więcej, gdy złapał śliskiego jak piskorz brata i kazał mu przez chwilę postać przy ławce.

– Jak się nazywasz, mój chłopcze?

– Randolph C. Miller – oznajmił zdecydowanie chłopiec. – Powiem panu, jak ona się nazywa. – Wycelował ciupagą w siostrę.

– Należy czekać, aż cię zapytają – napomniała go młoda dama spokojnie.

– Bardzo chciałbym się dowiedzieć – zapewnił Winter­bourne.

– Nazywa się Daisy Miller! Ale to nie jest jej prawdziwe imię, na wizytówce ma inne.

– Szkoda, że nie masz żadnej! – stwierdziła panna Miller.

– Naprawdę nazywa się Annie P. Miller – wyjawił chłopiec.

– Spytaj, jak on się nazywa. – Siostra wskazała na Winter­bourne’a.

Ale Randolph nie zwrócił na to uwagi, pochłonięty uzupełnianiem informacji na temat swojej rodziny.

– Mój ojciec nazywa się Ezra B. Miller. Nie przebywa w Europie, tylko w lepszym miejscu.

Winter­bourne’owi przyszło do głowy, iż słowa chłopca miały świadczyć, że pan Miller przeniósł się już w zaświaty. Ale Randolph zaraz dodał:

– Ojciec jest w Schenectady. Prowadzi dużą firmę. Żeby pan wiedział, jest bardzo bogaty!

– Daj spokój! – wykrzyknęła panna Miller; opuściła parasolkę i patrzyła na jej haftowany szlaczek. Winter­bourne pozwolił chłopcu odejść i ten oddalił się, wlokąc za sobą ciupagę. – Nie lubi Europy – wyjaśniła. – Chciałby wrócić.

– Do Schenectady?

– Tak. Chciałby wrócić prosto do domu. Nie ma tutaj rówieśników. Jest jeden chłopiec, ale nauczyciel nie odstępuje go na krok. Nie pozwalają mu się bawić.

– Pani brat nie ma nauczyciela? – spytał Winter­bourne.

– Matka chciała jednego zatrudnić, by z nami podróżował. Pewna pani wspomniała jej o dobrym nauczycielu; Amerykanka (może pan ją zna), pani Sanders. Chyba przyjechała z Bostonu. Mówiła matce o tym nauczycielu, który mógłby z nami jeździć po Europie. Ale Randolph stwierdził, że nie ma na to ochoty. Nie ma zamiaru uczyć się w pociągu. Bądź co bądź spędzamy tam połowę czasu. Tam też poznaliśmy pewną Angielkę, chyba nazywała się panna Featherstone; może pan ją zna. Zapytała, dlaczego sama nie udzielam Randolphowi lekcji… czemu nie daję mu „wykładów”, jak to nazwała. Przypuszczam, że byłoby więcej pożytku z tego, gdyby on uczył mnie. Jest bardzo mądry.

– Owszem. – Winter­bourne pokiwał głową. – Tak też pomyślałem.

– Matka chce zatrudnić nauczyciela, gdy tylko przyjedziemy do Włoch. Czy we Włoszech są dobrzy nauczyciele?

– Bardzo dobrzy, jak sądzę – odparł Winter­bourne.

– W przeciwnym razie będzie zmuszona znaleźć dla niego szkołę. Przydałoby się wlać mu jeszcze oleju do głowy. Ma dopiero dziewięć lat. Pójdzie na studia. – I w tym duchu panna Miller rozprawiała o swojej rodzinie oraz innych sprawach. Siedziała ze złożonymi na podołku ślicznymi rączkami, na których połyskiwały pierścionki, wpatrzona ślicznymi oczętami to w Winter­bourne’a, to ogarniając nimi ogród, przechodniów i widok, który się przed nimi rozciągał. Rozmawiała z Winter­bourne’em, jakby znali się od wieków, co bardzo mu się spodobało. Minęło wiele lat, odkąd słyszał tak rozgadaną panienkę. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że młoda nieznajoma, która przyszła i usiadła obok niego na ławce, plotła trzy po trzy. Zachowywała się bardzo spokojnie i siedziała nieruchomo, lecz język jej i oczy były niestrudzone. Głos miała miły, o łagodnym brzmieniu, a ton zdecydowanie towarzyski. Zdała szczegółową relację ze swoich poczynań i planów, a także z planów i poczynań matki i brata, po czym skrupulatnie wyliczyła hotele, w których się zatrzymywali.

– Ta Angielka z pociągu – dodała – panna Feath­erstone, pytała, czy w Ameryce wszyscy nie mieszkamy w hotelach. Powiedziałam jej, że w życiu nie spędziłam tyle czasu w hotelu, ile po przyjeździe do Europy. I nigdy nie widziałam ich aż tyle… nic, tylko hotele. – Nie zabrzmiało to jednak jak skarga, gdyż panna Miller usposobiona była do wszystkiego bardzo przyjaźnie. Stwierdziła, że hotele są wyśmienite, kiedy człowiek przywyknie do panujących tam zwyczajów, Europa zaś jest cudowna. Panna Miller nie była rozczarowana, ani trochę. Może dlatego, że zawczasu tyle słyszała o Starym Kontynencie. Bywało tutaj mnóstwo jej najbliższych przyjaciół. Na dodatek miała tyle sukien i drobiazgów z Paryża. Ilekroć wkładała paryską suknię, w myślach przenosiła się do Europy.

– Jak na latającym dywanie – wtrącił Winter­bourne.

– Właśnie – przytaknęła panna Miller, nie zagłębiając się w analogię. – I zawsze żałowałam, że tam nie jestem. Ale nie musiałam przyjeżdżać dla strojów. Jestem pewna, że najładniejsze posyłane są do Stanów Zjednoczonych; widywałam tutaj już istne straszydła. Nie podoba mi się tylko – ciągnęła – tutejsze towarzystwo. Nie ma właściwie żadnego, a jeśli jest, nie wiadomo, gdzie się podziewa. A pan? Pewnie gdzieś bywa, ale ja go nie widziałam. Bardzo lubię towarzystwo i zawsze miałam dużo znajomych. Nie tylko w Schenectady, również w Nowym Jorku. Dawniej każdej zimy jeździłam do Nowego Jorku. Tam to jest towarzystwo! Ubiegłej zimy byłam na siedemnastu kolacjach, w tym trzech wydanych przez dżentelmenów – dorzuciła Daisy Miller. – W Nowym Jorku mam więcej znajomych niż w Schenectady, więcej wśród panów… i dziewcząt także – uzupełniła po chwili. Na moment umilkła znowu i wbiła w Winter­bourne’a bystre spojrzenie ślicznych oczu, ze swoim lekkim, nieco monotonnym uśmiechem. – Zawsze znałam wielu panów.

Biedny Winter­bourne był rozbawiony, zbity z tropu i bezwzględnie oczarowany. Jeszcze nie słyszał, aby z ust młodej damy padły podobne słowa, wyjąwszy okazje, gdy dowodzić miały pewnej swobody obyczajów. Ale czyż mógł zarzucić pannie Daisy Miller faktyczne lub domniemane inconduite, złe prowadzenie się, jak mawiają w Genewie? Czuł, że przez długi pobyt w Genewie dużo stracił i odwykł zupełnie od amerykańskiego stylu. Nigdy doprawdy, odkąd dorósł na tyle, aby docenić pewne sprawy, nie spotkał młodej Amerykanki o tak wyrazistej osobowości. Z pewnością uroczej panny, ale i piekielnie towarzyskiej! Czy była po prostu ślicznotką ze stanu Nowy Jork i nie różniła się od innych ślicznotek, które spędzały dużo czasu w towarzystwie panów? Czy może miał do czynienia z wyrachowaną, zuchwałą i pozbawioną skrupułów młodą osóbką? Zatracił w tej kwestii instynkt i nie mógł polegać na zdrowym rozsądku. Panna Daisy Miller sprawiała wrażenie bardzo niewinnej. Niektórzy ludzie mówili mu, że amerykańskie dziewczęta są niewinne aż do przesady, inni z kolei, że wręcz przeciwnie. Skłaniał się ku teorii, że panna Daisy Miller to trzpiotka – ładna, amerykańska trzpiotka i nic ponadto. Nie miał jak dotąd do czynienia z młodymi damami tego rodzaju. Znał w Europie parę kobiet – starszych od panny Daisy Miller oraz (ze względów przyzwoitości) mężatek – będących wielkimi kokietkami; kobiet niebezpiecznych i strasznych, z którymi kontakty mogły przyjąć obrót nieoczekiwany. Jednakże to dziewczę nie wydawało się kokietką w tym sensie; pozbawione większej finezji, było jedynie amerykańską trzpiotką, i niczym więcej. Winter­bourne niemal odetchnął z ulgą, że znalazł formułkę, która do niej pasowała. Usiadł wygodniej i komplementując w duchu jej nos, zastanowił się nad warunkami i ograniczeniami, jakie mogą wyniknąć z rozmowy z amerykańską trzpiotką nieprzeciętnej urody. Niebawem się okazało, iż jest na najlepszej drodze, aby je poznać.

– Był pan w starym zamku? – zapytała, wskazując parasolką na połyskujące w oddali mury Châ­teau de Chillon.

– Tak, kiedyś. Parę razy. Zapewne pani też go widziała?

– Nie, jeszcze się nie wybraliśmy. Bardzo bym chciała. Oczywiście mam zamiar tam pojechać. Nie wyjadę stąd, nie odwiedziwszy uprzednio starego zamku.

– To przyjemna wyprawa – przyznał Winter­bourne. – I łatwo tam się dostać. Można pojechać albo popłynąć statkiem parowym.

– Można pojechać powozem – uzupełniła panna Miller.

– Owszem.

– Nasz goniec mówi, że dowożą aż pod samą bramę. Wybieraliśmy się w zeszłym tygodniu, ale matka zrezygnowała. Cierpi na potworną niestrawność i stwierdziła, że nie może jechać. Randolph też nie chciał; nie przepada za starymi zamkami. Ale chyba pojedziemy w tym tygodniu, jeśli namówię Randolpha.

– Brat pani nie interesuje się zabytkami?

– Nie lubi starych zamków. Ma dopiero dziewięć lat, woli przesiadywać w hotelu. Matka boi się go zostawiać, a goniec nie chce brać za niego odpowiedzialności, więc ominęło nas wiele wycieczek. Ale będę niepocieszona, jeśli tam nie pojedziemy. – I panna Miller ponownie wskazała na Château de Chillon.

– To się chyba da załatwić – stwierdził Winter­bourne. – Czy nie ma pani nikogo, kto mógłby zostać z Randolphem?

Wpatrywała się w niego przez moment, po czym rzekła jak gdyby nigdy nic:

– Chciałabym, żeby został z panem!

– Wolałbym raczej jechać z panią do Chillon – odparł po krótkim wahaniu.

– Ze mną? – zapytała ze spokojem.

Nie zerwała się z oburzeniem, jak uczyniłaby to dziewczyna w Genewie, ale Winter­bourne – świadom, że się zagalopował – nie wykluczył, że jest urażona.

– I z pani matką – dopowiedział z szacunkiem.

Lecz zarówno jego śmiałość, jak i szacunek umknęły uwadze panny Daisy.

– Matka raczej nie wyrazi ochoty – skwitowała. – Nie lubi wyjeżdżać po południu. Ale czy mówił pan poważnie? Naprawdę chciałby pan pojechać?

– Jak najbardziej – zapewnił.

– W takim razie może się uda. Jeśli matka zostanie z Randolphem, Eugenio pewnie też nie będzie oponował.

– Eugenio?

– To nasz goniec. Nie lubi zostawać z Randolphem; to największy maruda, jakiego znam. Ale jest świetnym gońcem. Myślę, że zostanie z Randolphem, jeśli matka również, a my pojedziemy do zamku.

 

Winter­bourne nie wierzył własnym uszom – jeżeli „my” oznaczało pannę Daisy Miller i jego skromną osobę, było to niemalże zbyt piękne, aż miał ochotę ucałować dłoń panienki. Uczyniłby to zapewne – i wszystko zaprzepaścił – gdyby nie pojawienie się kolejnej osoby, najprawdopodobniej Eugenia. Do panny Miller zbliżył się wysoki, przystojny mężczyzna o bujnych bokobrodach, w aksamitnym żakiecie i ze lśniącym łańcuszkiem od zegarka. Obrzucił Winter­bourne’a przenikliwym spojrzeniem.

– O, Eugenio! – powiedziała panna Miller przyjaźnie.

Obejrzawszy starannie Winter­bourne’a, Eugenio skłonił się z powagą panience.

– Mam zaszczyt powiadomić panią, że podano lunch.

Panna Miller podniosła się z wolna.

– Jednak pojadę do starego zamku, Eugenio – oznajmiła.

– Do Château de Chillon, mademoiselle? – upewnił się goniec. – Mademoiselle się umówiła? – dodał, a Winter­bourne’owi wydało się, iż zabrzmiało to impertynencko.

Jego ton rzucił najwidoczniej, nawet w mniemaniu panny Miller, nieco ironiczne światło na jej położenie. Zwróciła się do Winter­bourne’a, rumieniąc się lekko – bardzo lekko.

– Nie wycofa się pan?

– Ależ nigdy w życiu!

– Mieszka pan w tym hotelu? – ciągnęła. – I naprawdę jest pan Amerykaninem?

Goniec stał, mierząc Winter­bourne’a obraźliwym spojrzeniem. W każdym razie młodzieniec uznał je za afront wobec panny Miller, gdyż zdawało się sugerować, iż jej znajomości bywają dość „przypadkowe”.

– Poznam panią z osobą, która wszystko pani o mnie opowie – zapewnił z uśmiechem, mając na myśli swoją ciotkę.

– Któregoś dnia się wybierzemy. – Panna Miller też odpowiedziała z uśmiechem i zawróciła na ścieżce. Otworzywszy parasolkę, ruszyła wraz z Eugeniem w stronę oberży. Winter­bourne odprowadził ją wzrokiem, i gdy sunęła, a muślinowe falbanki w ślad za nią, doszedł do wniosku, że nosi się jak, nie przymierzając, księżniczka z bajki.

2

Zobowiązał się jednak zrobić więcej niż okazało się wykonalne, jego ciotka bowiem, pani Costello, poznać panny Daisy Miller nie miała zamiaru. Z chwilą gdy poczuła się lepiej, przyjęła go w swoich pokojach. Zaczął od paru zwyczajowych pytań o zdrowie, po czym zagadnął, czy widziała w hotelu amerykańską rodzinę: matkę z córką i małym chłopcem.

– I gońcem? – upewniła się. – O tak, w rzeczy samej. Widziałam ich… słyszałam… i omijam szerokim łukiem.

Pani Costello była bogatą wdową i osobą bardzo dystyngowaną, która często zaznaczała, że gdyby nie skłonność do strasznych migren, zapewne pokazałaby światu, na co ją stać. Miała pociągłą i bladą twarz, wydatny nos i burzę śnieżnobiałych włosów, które kręciła w obfite loki i upinała na czubku głowy. Miała dwóch żonatych synów w Nowym Jorku i jednego, który mieszkał w Europie. Młodzieniec bawił obecnie w Hamburgu i choć nie stronił od wojaży, z matką widywał się nadzwyczaj rzadko. Siostrzeniec jej, który przyjechał do Vevey specjalnie dla niej, darzył ją większymi względami od tych, którzy – jak mawiała – byli jej bliżsi. W Genewie nasiąknął przekonaniem, iż warto być miłym dla ciotki. Pani Costello nie widziała go wiele lat i traktowała z atencją, wtajemniczając w sekrety towarzyskich wpływów, które – jak dawała mu do zrozumienia – wywierała w amerykańskiej stolicy. Przyznawała, że jest bardzo wybredna, gdyby jednak znał Nowy Jork, doszedłby do wniosku, że innego wyjścia nie miała. A malowany przez nią w różnym świetle obraz drobiazgowo hierarchicznego towarzystwa napawał Winter­bourne’a czystą zgrozą.

Natychmiast wniósł z jej tonu, że panna Daisy Miller zajmuje niski szczebel drabiny.

– Mam obawy, że ciocia nie pochwala ich zachowania.

– Są bardzo pospolici – oświadczyła. – Należą do grona Amerykanów, którym wyświadcza się przysługę, nie przyjmując ich do wiadomości.

– Ach, ciocia nie przyjmuje ich do wiadomości?

– Nie mogę, drogi Fredericku. Przyjmowałabym, gdybym mogła, ale nie mogę.

– Jest bardzo ładna – rzucił po chwili Winter­bourne.

– Naturalnie. Ale pospolita.

– Oczywiście rozumiem, co ciocia ma na myśli – odparł, znowu po krótkim milczeniu.

– Jest czarująca, jak one wszystkie – podjęła ciotka. – Pojęcia nie mam, skąd biorą ten czar. I ubiera się bez zarzutu; uwierz mi, wiem coś na ten temat. Skąd one mają taki gust?

– Ależ kochana ciociu, wszak nie mówimy o dzikusce.

– Jest młodą damą, która spoufala się z gońcem.

– Spoufala się z gońcem?

– O, matka jest nie lepsza! Traktują gońca jak przyjaciela rodziny, jak… jak dżentelmena. Nie zdziwiłabym się, gdyby z nimi jadł. Przypuszczalnie nigdy nie widziały tak dobrze wychowanego człowieka, tak eleganckiego, jak dżentelmen. Pewnie myślą, że to jakiś hrabia. Przesiaduje z nimi wieczorami w ogrodzie. Zdaje mi się, że pali.

Winter­bourne z zainteresowaniem słuchał tych wynurzeń, pomogły mu wyrobić sobie zdanie o pannie Daisy. Jak widać, brakowało jej ogłady.

– No cóż, ja nie jestem gońcem, a wobec mnie była bardzo miła.

– Należało zacząć od tego – rzekła pani Costello z godnością – że zawarliście znajomość.

– Spotkaliśmy się w ogrodzie i rozmawialiśmy trochę.

– Tout bonnement! Po prostu! O czym, na miłość boską, gawędziliście?

– Powiedziałem, że pozwolę sobie przedstawić ją swojej przemiłej ciotce.

– Bardzo jestem ci zobowiązana.

– Miało to jej zagwarantować moją przyzwoitość.

– A kto zagwarantuje jej przyzwoitość?

– Ciocia nie ma litości! To przemiła dziewczyna.

– Sam nie wierzysz we własne słowa.

– Nieobyta, owszem, ale jest prześliczna i budzi sympatię. Na dowód, iż tak właśnie sądzę, zabiorę ją do Château de Chillon.

– Pojedziecie tam we dwoje? Rzekłabym, że to dowodzi czegoś wręcz przeciwnego. Jak długo ją znałeś, pytam, kiedy się umówiliście? Przyjechałeś zaledwie wczoraj!

– Znałem ją dwa kwadranse! – Frederick się uśmiechnął.

– Trzymajcie mnie! Co za wstrętna dziewczyna!

Siostrzeniec pogrążył się w zamyśleniu.

– Naprawdę ciocia uważa… – Zaczął w dobrej wierze, chcąc uzyskać wiarygodne informacje. – Czy ciocia naprawdę myśli, że… – Znowu urwał.

– Czy co myślę, łaskawco?

– Że to jedna z tych młodych dam, które oczekują, że mężczyzna prędzej czy później je… porwie?

– Nie mam zielonego pojęcia, na czym polegają oczekiwania tych młodych dam. Ale szczerze wolałabym, żebyś nie zadawał się z młodymi Amerykankami, które są, jak mówisz, „nieobyte”. Zbyt długo przebywałeś z dala od ojczyzny. Uważaj, bo noga ci się powinie. Mało wiesz o świecie.

– Ależ ciociu, wiem co nieco – Winter­bourne uśmiechnął się, podkręcając wąsa.

– Chcesz powiedzieć, że masz coś na sumieniu?

Dalej w zamyśleniu maltretował swój zarost.

– Zatem ciocia sobie nie życzy, bym przedstawił jej tę biedaczkę? – spytał.

– Naprawdę chcesz powiedzieć, że ona ma zamiar jechać z tobą do Château de Chillon?

– Tak właśnie sądzę.

– W takim razie, drogi Fredericku – oświadczyła pani Costello – zmuszona jestem darować sobie ten zaszczyt. Mam swoje lata, lecz chwała Bogu nie jestem za stara na zgorszenie!

– Ale czy wszystkie amerykańskie dziewczęta nie postępują w ten sposób? – zapytał.

Pani Costello zaniemówiła na chwilę.

– Moje wnuczki niech lepiej nie próbują! – Jej ton nie wróżył nic dobrego.

Rzuciło to na sprawę pewne światło, Winter­bourne przypomniał sobie bowiem, że słyszał, jak nazywano jego nowojorskie kuzynki strasznymi trzpiotkami. Jeśli zatem postępowanie panny Miller wykraczało poza to, co wolno było owym panienkom, musiała być nieobliczalna. Niecierpliwie wyczekiwał kolejnego z nią spotkania, wyrzucając sobie, że instynktownie nie ocenił jej tak, jak na to zasługiwała.

Niecierpliwie wyczekiwał spotkania, ale nie wiedział, jak wybrnąć z obietnicy przedstawienia jej ciotce. Niebawem odkrył jednakże, że panna Daisy Miller nie lubiła owijania w bawełnę. Zastał ją wieczorem w ogrodzie, spacerującą w świetle gwiazd na podobieństwo rozleniwionej rusałki i uzbrojoną w największy wachlarz, jaki w życiu widział. Była godzina dziesiąta; zjadł z ciotką kolację i spędziwszy z nią trochę czasu, pożegnał się do jutra. Panna Daisy Miller sprawiała wrażenie ucieszonej jego widokiem i oznajmiła, iż był to najdłuższy wieczór, jaki kiedykolwiek przypadł jej w udziale.

– Była pani sama?

– Spacerowałam z matką. Ale matka męczy się spacerami.