Bostończycy

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 12

Verena rozpoznała go, widzieli się u panny Birdseye.

– Naprawdę muszę już iść, masz kolejnego gościa! – rzekła do gospodyni. Uważała, że w wyższych sferach (podobnie jak pani Farrinder, zaliczała do nich pannę Chancellor – i sama, stojąc tu, czuła się ich częścią) nadejście kolejnego gościa wyznacza kres wizyty pierwszego. Nieraz odprawiano ją od drzwi pod pretekstem, że gospodyni ma gościa, co budziło w niej poczucie nabożnego szacunku raczej niż krzywdy. Nie były to zbyt eleganckie domy, pod tym jednakże względem stanowiły istne bastiony. Olive Chancellor przywitała się z Basilem Ransomem w sposób, który jej zdaniem nie uchybiał grzeczności; parę miesięcy później, przytaczając ów incydent pani Lunie, o której uczucia nie dbał (i vice versa), użył stwierdzenia, że Olive na niego łypnęła. Olive brała pod uwagę, że odwiedzi ją przed wyjazdem, przy czym dobrze pamiętała, iż w chwili pożegnania wcale go do tego nie zachęcała. Gdyby nie przyszedł, byłaby zła, gdyby jednak się zjawił, byłaby wściekła – o tym też wiedziała. Ale miała przeczucie, że los ześle na nią tylko jedną z przykrości – największą i tak było to, że odpisał na jej list – za co nie mogła mieć pretensji. W każdym razie przyszedłby tuż przed kolacją, o tej samej porze, co dnia poprzedniego. Ale zjawił się dużo wcześniej, i panna Chancellor poczuła się oszukana, jakby naruszył jej prywatność. Była wzburzona i poirytowana, ale – jak powiedziałem – nie straciła fasonu. Postanowiła za wszelką cenę nie dać wyprowadzić się z równowagi, jak przed wizytą u panny Birdseye. Miała szczerą nadzieję, że więcej nie zazna tamtego okropnego strachu. Nic jej nie groziło, wszak kuzyn nie zapobiegł jednej z najmilszych rzeczy, jakie ją ostatnio spotkały, czyli odwiedzinom Vereny Tarrant. Po prostu zjawił się nie w porę i Verena musiała już iść, toteż Olive opuściła dłoń, którą chciała ją zatrzymać.

Zachodzi obawa, że Ransom nie ukrył zadowolenia z ponownego spotkania czarującego stworzenia, z którym minionego wieczora wymienił niemy uśmiech na pożegnanie. Ucieszył się na jej widok bardziej, niż gdyby była starą znajomą, bo wydało mu się, że nagle stała się nową. „Zachwycająca dziewczyna”, pomyślał. „Uśmiecha się do mnie, jakby mnie lubiła!”. Nie wiedział, że to głupie z jego strony, bo uśmiechała się tak do wszystkich bez wyjątku: zawsze traktowała ludzi, jakby ich rozpoznawała. Poza tym nie usiadła, wciąż dawała do zrozumienia, że wychodzi. Stali we troje pośrodku długiego pokoju, i po raz pierwszy w życiu Olive Chancellor nie przedstawiła sobie dwojga ludzi, którzy spotkali się w jej domu. Nie znosiła Europy, lecz w razie potrzeby umiała zachować się po europejsku. Jej goście nie znali powodu, dla którego pozostawiła ich samych, ale Basil Ransom uznał, że mniejsza o konwenanse, jeśli środki warte są celu.

– Panny Tarrant nie zdziwi, jeżeli ją poznam i pozwolę sobie do niej odezwać. Jest osobą publiczną, musi ponieść konsekwencje swojej sławy. – Z galanterią zwrócił się do dziewczyny, dochodząc do wniosku, że za dnia jest jeszcze ładniejsza.

– Ach, odzywało się do mnie wielu panów – odrzekła Verena. – Na przykład w Topece… – Nagle umilkła, patrząc na Olive, jakby nie wyczuwała jej napięcia.

– Czyżby pani chciała wyjść? – podjął Ransom. – Czy pani wie, jakie to okrutne? Znam pani poglądy; wczoraj mówiła pani o nich tak pięknie, że dałem się przekonać. Wstydzę się, że jestem mężczyzną, lecz nie ma na to rady i jestem gotów to odpokutować. Naprawdę musi już iść? – zapytał kuzynkę. – Czy ucieka pani przed pojedynczym osobnikiem? – Ponownie zwrócił się do Vereny.

Wybuchnęła perlistym śmiechem.

– O nie, pojedynczy mi nie wadzi!

Ransom był nią coraz bardziej zafascynowany i zachodził w głowę, czym wytłumaczyć tę niespodziewaną zażyłość z jego krewniaczką, którą wszak poznała dzień wcześniej. Ale to typowe dla kobiet. Ubłagał ją, żeby usiadła; wyraził przekonanie, że panna Chancellor nie chce się z nią rozstawać. Verena zerknęła na przyjaciółkę, jakby szukała aprobaty, po czym opadła z powrotem na krzesło, i Ransom odczekał, aż panna Chancellor zrobi to samo. Po chwili dała mu tę satysfakcję, gdyż nie mogła odmówić bez szwanku dla Vereny, lecz wiele ją to kosztowało i z trudem zachowała spokój. Nigdy jeszcze nie widziała, aby ktoś tak swobodnie poczynał sobie w jej własnym domu: hałaśliwy południowiec, z którym zbyt pochopnie zawarła znajomość, śmiał dyrygować gośćmi pod jej nosem. Uległość Vereny wobec niego przypisała brakowi „ogłady”, który zamierzała niezwłocznie naprawić. (Naturalnie była zdania, że ogłada idzie w parze z emancypacją). Panna Tarrant w dobrej wierze spełniła prośbę Basila Ransoma, jednak w lot odgadła, że przyjaciółka nie jest tym zachwycona. Nawet się nie domyślała, co ją tak wzburzyło, lecz incydent dał jej posmak przykrości (pozornie nieuzasadnionych, jak ta, i znacznie gorszych), w jakie miała obfitować bliska zażyłość z panną Chancellor.

– Proszę mi powiedzieć – Basil Ransom nachylił się w jej stronę z rękami na kolanach, kompletnie ignorując gospodynię – czy naprawdę wierzy pani w te urocze dyrdymały, o których mówiła wczoraj wieczorem? Mógłbym pani słuchać bez końca, ale w życiu nie słyszałem podobnych bredni. Muszę zaprotestować – muszę, w imieniu niesłusznie oczernionych, skrzywdzonych mężczyzn. Niechże pani przyzna, że to miała być reductio ad absurdum, satyra na panią Farrinder? – Mówił tonem żartobliwym, pełnym życzliwości.

Verena otworzyła szeroko oczy.

– Jak to, chce pan powiedzieć, że nie wierzy w naszą sprawę?

– W rzeczy samej! – Ransom się roześmiał. – Myślę, że wychodzi pani z błędnych założeń. Czy naprawdę jest pani zdania, że wasza płeć nie ma wpływu na nic? Na nic? Ba, wodzicie nas za nos! To wszystko wasza sprawka. Tkwicie u podstaw wszystkiego.

– No właśnie, a chcemy wspiąć się na szczyt – odpowiedziała Verena.

– Ejże, na dole jest lepiej, proszę mi wierzyć, stąd wszystko się zaczyna! Zresztą na szczycie też was pełno; jesteście wszędzie. Podzielam zdanie człowieka… czy nie był to przypadkiem król?… który uważał, że za wszystkim stoi kobieta. Wystarczy się rozejrzeć. I co? Wszędzie się na nią natykam. Bardzo mnie to cieszy, ale dowodzi faktu, że to ona jest głównym sprawcą zamieszania. Proszę nie zaprzeczać: jesteście siłą napędową mężczyzn. To przez was dochodzi do wojen.

– Jestem jak pani Farrinder, lubię się mierzyć na słowa! – zawołała wesoło Verena.

– Co dowodzi, że na przekór zapewnieniom walka to pani żywioł. Co pani powie o Helenie Trojańskiej i rzezi, do której doszło za jej przyczyną? Czyż nie od dawna wiadomo, że cesarzowa była sprawczynią ostatniej wojny we Francji? A nasze cztery lata krwawej jatki – wszak rola, którą odegrały kobiety, jest niepodważalna. Wszystkiemu zawinili abolicjoniści, a czyż nie było wśród nich głównie dam? O kim to wspomniała pani wczoraj wieczorem? Eliza P. Moseley. Uważam ją za winną najstraszliwszej zbrodni w dziejach ludzkości.

Basil Ransom brylował, gdyż Verena wyglądała na szczerze rozbawioną: widział to po jej minie, z jaką odpowiedziała mu na koniec: „No, mój panie, pora samemu stanąć na mównicy! Możemy występować jako trucizna i antidotum!”, i na chwilę poczuł, że ją przekonał. Ale trwało to zaledwie ułamek sekundy, a przynajmniej dopóty, dopóki nie spojrzała na Olive Chancellor, która siedziała ze wzrokiem wbitym w podłogę (Verena wkrótce się z tym oswoi), a na jej twarzy malował się dziwny wyraz. Dziewczyna powoli wstała; czuła, że przeciągnęła wizytę. Domyśliła się, że panna Chancellor nie lubi przystojnego żartownisia (za takiego uważała Basila Ransoma), i uznała, że widocznie nowa przyjaciółka traktuje temat ze śmiertelną powagą.

– Liczę na ponowne spotkanie – ciągnął Ransom. – Chętnie przedstawię pani własną wersję dziejów ludzkości.

– Cóż, w takim razie proszę mnie odwiedzić. – Ledwie słowa padły z ust Vereny (matka nauczyła ją tak mówić, aby nikt nie odniósł wrażenia, że sama będzie się narzucać), gdy poczuła na ramieniu dłoń Olive i ujrzała niemą prośbę w jej oczach.

– Jeszcze zdążysz na tramwaj – rzekła z wymuszonym spokojem panna Chancellor.

Verena zrozumiała tylko, że się zasiedziała, więc w odpowiedzi ucałowała pannę Chancellor. Basil Ransom rozumiał jeszcze mniej, więc ograniczył się do melancholijnego stwierdzenia w duchu, że chyba jednak posunął się za daleko i miast naprawić swoje gafy, popełnił o jedną więcej. Został zaproszony przez małą prorokinię, a zarazem nie został, bo jutro wyjeżdża, zresztą panna Chancellor dołożyłaby starań, aby tę wizytę udaremnić. Ale wyciągnął rękę do Vereny.

– Do widzenia, panno Tarrant. Czy usłyszymy panią w Nowym Jorku? Obawiam się, że jesteśmy tam strasznie zacofani.

– Z pewnością, chętnie wystąpiłabym w największym mieście – odpowiedziała dziewczyna.

– Proszę się postarać. Przyjdę posłuchać. Świat byłby bardzo głupi, gdybyśmy z góry wiedzieli, co kobiety mają do powiedzenia.

Verena zdawała sobie sprawę z bliskości tramwaju i męczarni panny Chancellor, lecz nie darowała sobie riposty, że Ransom w myśl starej szkoły uważa kobiety za igraszkę mężczyzn.

– Ależ nic z tych rzeczy! – zawołał. – Powiem pani jedno: lubię was tak, jak wy lubicie siebie nawzajem!

– Cóż pan może o tym wiedzieć! – odparła Verena, patrząc z porozumiewawczym uśmiechem na Olive Chancellor.

Olive w duchu aż się rozpłynęła, wszakże nie dała nic po sobie poznać, tylko oschle zwróciła się do kuzyna:

– Mniejsza o to, czym kobiety są dla siebie lub nie są, ale o tym, czym prawda jest dla duszy człowieka, nawet my miewamy niejakie pojęcie!

– Prawda? Droga kuzynko, wasza prawda jest gołosłowna!

– Na niebiosa! – zawołała Verena Tarrant i nie dodała nic więcej, gdyż panna Chancellor wywlokła ją z pokoju, pozostawiając młodzieńca z poczuciem mglistej satysfakcji wobec owego „nawet my”. Należało przypuszczać, że kuzynka jeszcze się zjawi, choć jej spojrzenie tego nie zapowiadało. Postał chwilę w zadumie, po czym zatopił się w lekturze książki, po którą sięgnął odruchowo, jak to miał w zwyczaju, i zapomniał o bożym świecie. Czytał pięć minut, nie bacząc na przedłużającą się samotność. Ocknął się wraz z nadejściem pani Luny, ubranej jak do wyjścia – znów naciągała rękawiczki, podobnie jak ostatnim razem. Zapytała, czemu na miłość boską siedzi sam jak palec i czy siostra została powiadomiona o jego wizycie.

 

– O tak – potwierdził Ransom. – Przed chwilą tu była, ale poszła odprowadzić pannę Tarrant.

– A cóż to znowu za jedna?

Ransom zdziwił się, że pani Luna nie wie o zażyłości młodych dam, ale panna Olive najwidoczniej nie uznała za stosowne wspomnieć o tym siostrze.

– To natchniona wizjonerka, urocze stworzenie!

Pani Luna zastygła, rzuciła mu rozbawione spojrzenie i powietrze aż zadrżało od jej śmiechu.

– Niech pan nie mówi, że dał się nawrócić… tak szybko?

– Nawróciłem się na pannę Tarrant, zdecydowanie.

– Żadna panna Tarrant nie ma do pana prawa, z nikim nie będę się panem dzielić – oznajmiła pani Luna; dużo o nim rozmyślała przez ostatnią dobę i doszła do wniosku, że taka znajomość to gratka dla samotnej kobiety. I dodała: – Przyszedł pan się z nią spotkać?

– Nie, przyszedłem pożegnać się z pani siostrą.

– Naprawdę wyjeżdża pan? Nie zdążyłam wymusić na panu połowy obietnic, które zaplanowałam. Ale omówimy to w Nowym Jorku. Jak się panu widzi Olive Chancellor? – ciągnęła na pozór niewinnym tonem. Miała w zwyczaju mówić o siostrze imieniem i nazwiskiem, ponadto jej ton sugerował, że Olive jest dużo starsza, a nie młodsza od Adeline o dziesięć lat. Chętnie podkreślała dzielącą je przepaść, tym razem jednak przerzuciła nad nią most, dodając: – Czyż nie jest kochaną staruszką?

Ransom spostrzegł, że most nie udźwignie jego ciężaru, a zresztą pytanie kryło więcej złośliwości niż sensu. Dlaczego była taka nieszczera? Przecież wiedziała, że nikt nie da się na to nabrać. Panna Chancellor nie była staruszką i nic nie wskazywało na to, aby stała się czyjąś „kochaną” – mimo pocałunku, którego przed chwilą był świadkiem.

– To niezwykła kobieta – wymamrotał po chwili wahania.

– Proszę uważać… niech pan stąpa rozważnie! – zawołała pani Luna. – Czy uważa pan, że jest wstrętna?

– Proszę tak nie mówić o mojej kuzynce – zaoponował Basil; w tej samej chwili w progu stanęła panna Chancellor. Wymamrotała przeprosiny, ale siostra wpadła jej w słowo, zapytując o pannę Tarrant.

– Pan Ransom uważa, że jest czarująca. Czyżbyś ukrywała ją przede mną? Chcesz zachować ją dla siebie?

Olive bez słowa utkwiła wzrok w siostrze.

– Masz przekrzywioną woalkę, Adeline – rzekła w końcu.

– Wyglądam jak potwór, to chciałaś powiedzieć! – wykrzyknęła Adeline i podeszła do lustra.

Panna Chancellor nie poprosiła Ransoma, żeby usiadł; uznała widocznie, że zaraz się pożegna. Lecz on wrócił do tematu Vereny i zapytał, czy jej zdaniem pójdzie w ślady pani Farrinder i też będzie występować.

– Występować! – powtórzyła Olive. – Występować? A co, uważa pan, że powinna zamilknąć?

– Ależ skąd! Jej głos to muzyka dla ucha. Ale niech nie wrzeszczy i nie ochrypnie. Niech nie upodobni się do pozostałych. Winna pozostać na uboczu.

– Na uboczu… na uboczu? – powtórzyła panna Chancellor. – Kiedy powinniśmy na nią patrzeć, gromadzić się wokół niej i za nią modlić? – W jej głosie zadrżała pogarda. – Dostanie pole do popisu, już moja w tym głowa!

– Raczej pole do wyzysku, droga panno Olive! – wyrwało mu się, chociaż przysiągł nie mówić już nic, co mogłoby ją bardziej zdenerwować. Ale spuścił z tonu i uśmiechem złagodził obraźliwe słowo.

Cofnęła się, jakby ją popchnął.

– Ostrzegałam pana – wtrąciła pani Luna, zawiązując wstążki przed lustrem.

– Nie wtrącałby się pan, zdając sobie sprawę z ogromu swej niewiedzy na nasz temat – oznajmiła panna Chancellor.

– „Nasz”? Czyżby miała pani na myśli całą swoją wspaniałą płeć? To pani jest dla mnie zagadką, panno Olive.

– Proszę iść ze mną, objaśnię panu po drodze. – Pani Luna uporała się z toaletą.

Ransom wyciągnął rękę na pożegnanie, lecz Olive nie czuła się na siłach jej uścisnąć. Nie zniosłaby jego dotyku.

– Cóż, jeśli pani musi wysłać ją w świat, niech przyjedzie do Nowego Jorku – dodał, siląc się na lekki ton.

– W Nowym Jorku będzie pan miał mnie – nikt więcej nie jest panu potrzebny! – zawołała kokieteryjnie pani Luna. – Postanowiłam spędzić tam całą zimę.

Olive Chancellor patrzyła to na jedno, to na drugie, jedno blisko z nią spokrewnione, drugie daleko, lecz oboje tak naprawdę jej obcy, i przyszło jej do głowy, że ich komitywa może być dla niej zbawieniem. Nie wpadła wcześniej na taki pomysł, toteż fakt, że kurczowo uczepiła się tej myśli, świadczy o jej wielkim wzburzeniu.

– Jeśli zabiorę Verenę do Nowego Jorku, pojedzie z ojcem – odrzekła w nadziei, że zabiła im ćwieka.

– Mówisz o „zabraniu”, jakbyś była jej agentką. Masz zamiar nią zostać? – spytała pani Luna.

Ransom odnotował, rzecz jasna, że panna Chancellor nie podała mu ręki, i poczuł się nieco urażony. Przystanął na chwilę w drzwiach.

– Proszę mi zdradzić, panno Olive, po co napisała pani do mnie z prośbą o przyjazd do Bostonu? – Nadał twarzy przyjazny wyraz, ale w jego oczach pojawił się dziwny błysk. Pani Luna szła po schodach i tamci stanęli twarzą w twarz.

– Proszę spytać moją siostrę… sądzę, że ona panu wyjaśni – rzekła Olive, po czym odwróciła się i podeszła do okna. Wyjrzała na zewnątrz; usłyszała szczęk zamykanych na dole drzwi i zobaczyła, jak tamci przechodzą razem ulicę. Kiedy znikli jej z oczu, zastukała lekko palcami o szybę. Czuła się jak we śnie.

Tymczasem Basil Ransom zrobił, jak mu radziła.

– Jeśli wiedziała, że się nie polubimy, po cóż, na litość boską, wysłała do mnie list?

– Ponieważ chciała, żeby pan poznał mnie… uznała, że ja pana polubię! – I chyba miała rację, bo gdy dotarli na Beacon Street, pani Luna nie chciała go puścić i nie przyjęła do wiadomości jego tłumaczeń, że w Bostonie została mu godzina lub dwie (dla oszczędności miał płynąć statkiem), które powinien przeznaczyć na załatwienie spraw służbowych. Odwołała się do jego południowej galanterii i odniosła pożądany skutek: musiał skapitulować wobec praw kobiet, przynajmniej w praktyce.

ROZDZIAŁ 13

Jak łatwo się domyślić, pani Tarrant była zachwycona opisem salonu panny Chancellor oraz ciepłym przyjęciem, jakie spotkało jej córkę. Verena zaś przez najbliższy miesiąc często bywała na Charles Street. „Masz być dla niej miła, jak tylko potrafisz” – pouczała córkę pani Tarrant, po czym stwierdzała nie bez zadowolenia, że owszem, Verena ma ogładę w małym palcu. Nie odebrała pod tym względem formalnego wykształcenia, gdyż przedmiot o nazwie „savoir vivre” nie figurował w jej harmonogramie. Naturalnie uczono ją, że nie wolno kłamać i kraść, o dobrych manierach jednak wiedziała mało i na ogół brała tylko przykład z rodziców. Ale matka lubiła uważać ją za rozgarniętą i pełną wdzięku, toteż do znudzenia wypytywała o postępy w nadziei, iż nowa, frapująca znajomość stanie się dla Vereny stałym „punktem zaczepienia”. Ambicją pani Tarrant nie było dobrze wydać córkę za mąż; wszelkie próby złowienia bogatego kawalera uważałaby za niemoralne. Miała mgliste pojęcie o przeznaczeniu; wszyscy bogaci mężczyźni byli żonaci, nieżonaci zaś, na ogół bardzo młodzi, różnili się od siebie nie tyle wysokością dochodu, ile stopniem zainteresowania teoriami o odrodzeniu duchowym. Przypuszczała, że Verena kiedyś wyjdzie za mąż, i żywiła nadzieję, że za kogoś o powiązaniach z życiem publicznym – co w tym przypadku oznaczało, że jego nazwisko zawiśnie na kolorowym afiszu u wejścia do Tremont Temple3. Jednak wizja ta budziła w niej umiarkowany entuzjazm, gdyż małżeństwo jawiło się w cokolwiek spłowiałych barwach i kojarzyło z przemęczoną kobietą z dzieckiem na rękach, pochyloną nad przygasłym piecykiem. Przyjaźń z młodą i – jak mawiała pani Tarrant – „majętną” osóbką stanowiłaby miły przerywnik: w razie potrzeby Verena miałaby się do kogo zwrócić, a kto wie, może zamieszka z czasem na dwa domy. Pani Tarrant, podobnie jak większość Amerykanek jej formatu, stawiała dom na pierwszym miejscu i szczyciła się tym, iż na przekór zawirowaniom ostatnich dwudziestu lat uchroniła go przed rozpadem. Gdyby Verena miała dwa domy, byłaby istną szczęściarą.

3 Tremont Temple – sala wykładowo-koncertowa na Tremont Street między School Street i Bromfield Street w centrum Bostonu.

Ale to wszystko było niczym w świetle faktu, że panna Chancellor naprawdę uważała natchnienie przyjaciółki za dar niebios, a przynajmniej – jak mawiał Selah – jedyny w swoim rodzaju. Z opowiadań Vereny nie wynikało jednoznacznie, co sobie myślała, ale jeśli jej zachowanie nie dowodziło wiary w moc poruszania ludzi, to pani Tarrant nie wiedziała, cóż mogłoby jej dowodzić. Cieszyła się, że córka tak lgnie do przyjaciółki, i nie troszczyła o pieniądze wydawane na bilety, zwłaszcza że panna Chancellor sama zaoferowała się za nie płacić. Verena początkowo jeździła tam ze względu na matkę, ale dziś pani Tarrant widziała, że coś ją tam ciągnęło. O przyjaciółce wyrażała się z największym uznaniem; twierdziła, że musiała się do niej przekonać, ale z chwilą gdy to nastąpiło, dostrzegała w niej same zalety. Często zatracała się w podziwie i aż miło było patrzeć, jak przepada za młodą damą z Charles Street. Świata poza sobą nie widziały, to było jasne, i prześcigały się w okazywaniu sobie sympatii. Krótko mówiąc, zachwyciły się sobą nawzajem i pani Tarrant wierzyła, że razem poruszą ludzi. Verena potrzebowała kogoś, kto ją poprowadzi (jej ojciec nie prowadził z powodzeniem nic oprócz kuracji), i niewykluczone, że panna Chancellor idealnie nadawała się do tego zadania.

– Jej przenikliwość nie ma sobie równych – opowiadała matce Verena. – W czasie pierwszej wizyty czułam się jak na Sądzie Ostatecznym. A zarazem ma serce na dłoni i od razu widać, jakie jest dobre. To uosobienie czystości; zobaczysz, kiedy ją poznasz. Aż chce się jej dorównać. Nie dba o nic oprócz emancypacji, pragnie tylko działać na jej rzecz. Ona mnie uskrzydla, matko, naprawdę. Nie przejmuje się ubiorem, chce mieć tylko elegancką bawialnię; powiem ci, że czuję się tam jak w niebie. W przyszłym tygodniu zamierza wstawić choinkę; mówi, że chce mnie pod nią zobaczyć. To chyba jakiś zagraniczny zwyczaj, ponoć niedawno wprowadzono go w Paryżu. Ona nie lubi francuskich wymysłów, ale powiada, że ten jest lepszy od pozostałych. Ma mnóstwo własnych pomysłów, nie musi ich od nikogo zapożyczać. Siedziałabym w lesie na gołej ziemi, byle móc o nich słuchać – ciągnęła z wrodzoną egzaltacją. – Kiedy opowiada o przejściach kobiet, cała aż dygocze. Jakbym słyszała samą siebie. Gdyby się nie bała stanąć przed ludźmi, mogłabym się przy niej schować. Ale sama nie chce przemawiać, tylko mnie do tego skłania. Matko, jeśli ona nie załatwi mi publiczności, nikt nie zdoła tego osiągnąć. Twierdzi, że mam siłę ekspresji – nieważne, skąd pochodzi. I że młoda, bystra osoba to dla ruchu prawdziwy skarb. Cóż, naturalnie jestem młoda i czuję się bystra, kiedy już zacznę. Mówi, że mój spokój w obliczu audytorium to wielka zaleta; uważa go za dar od Boga. Sama nie posiada tego opanowania; jest najbardziej rozedrganą kobietą, jaką znam. Chciałaby wiedzieć, czy można przemawiać jak ja, nie mówiąc prosto z serca, na co jej odpowiedziałam, że stamtąd przemawiam. Ona wszystko zgłębia, robi to bez wytchnienia. Uważa, że powinnam dokonać czegoś wielkiego, a mnie się to udziela. Mówi, że jeśli zdobędę uwagę ogółu, zyskam wielkie wpływy. Jeżeli tak się stanie, będzie to jej zasługą.

Selah Tarrant patrzył na to wszystko z innej, nieco bardziej wysublimowanej perspektywy niż żona, tak przynajmniej należało wnosić z jego dystyngowanej postawy. Nie dał się ponieść pochopnej euforii płynącej z faktu, że córka trafiła pod skrzydła bogatej patronki, gdyż Verena jawiła mu się tylko przez pryzmat swego pożytku dla ludzkości. On – uduchowiony konsyliarz – miał za zadanie wskazywać jej drogę i czuwać nad życiem moralnym, a korzyści płynące z koneksji znajdowały się na drugim planie. Poza tym tak często „wybywał”, że jej wyjścia i powroty niewiele go interesowały, i temat panny Chancellor, tak bliski małżonce, mówił mu w zasadzie niewiele. Debiut Vereny w Bostonie, jak nazywał jej występ u panny Birdseye, zakończył się wielkim sukcesem, co jedynie wzmogło jego duszpasterskie zapędy. Wyglądał niczym kapłan religii, która przechodzi etap cudów: niósł to brzemię w ramach przedłużenia własnej osoby, manifestował je w gestach (chodził z rękami wzniesionymi ku górze, jakby pozował do zdjęć), słowach i zdaniach, a także uśmiechu, bezgłośnym niczym patentowany zawias, i fałdach nieodłącznego prochowca. Nie potrafił wypowiedzieć się w najprostszej kwestii, a im bardziej była błaha, tym dłużej nad nią deliberował. Jeśli żona pytała go przy obiedzie, czy mu smakują ziemniaki, odpowiadał, że są „wyborne” (o gazecie mówił tak samo – używał tego zwrotu na określenie rzeczy kompletnie ze sobą niezwiązanych), silił się na paralelę godną Plutarcha i porównywał te warzywa z innymi przedstawicielami psiankowatych. Stwarzał, a przynajmniej chciał stwarzać wrażenie człowieka ponadto, obojętnego na sprawy przyziemne, o wzniosłych ideałach. W istocie marzenie miał tylko jedno: chciał trafić na łamy gazet, a przynajmniej ujrzeć tam jedynaczkę. Gazety były jego światem, najdoskonalszym wyrazem życia ludzkiego; gdyby zobaczył w nich swe ogłoszenie, świat nabrałby dla niego jaśniejszych barw. Z tęsknotą wyczekiwał chwili, gdy Verena doczeka się wzmianki w „kronice”; w jego mniemaniu najszczęśliwsi byli ci (a było ich wielu), którzy mogli czytać o sobie co dnia. Nic innego nie zadowoliłoby Selaha Tarranta: pragnął stać się nieodłącznym elementem gazety jak tytuł i data, lista pożarów i kolumna dowcipów o Zachodzie. Wizja takiego rozgłosu nawiedzała go w snach; dla sławy wyrzekłby się świętych obowiązków patriarchy rodu. Rozgłos stanowił dla niego istotę egzystencji; sęk w tym, że czasami bywał mało skuteczny. Owszem, pisywano kiedyś o nim w gazecie dla spirytualistów, lecz nie przysporzyło mu to wielu zwolenników, a tytuł tak czy siak przestał istnieć. Sukces nie był sukcesem, dopóki physique córki bądź plotki o jej zaręczynach nie trafią do rubryki towarzyskiej i nie zostaną podchwycone przez innych.

 

Wieść o jej dokonaniach na Zachodzie nie dotarła na wybrzeże z szybkością, na jaką liczył, zapewne dlatego, że jej występy nie były wykładami, które wcześniej zapowiedziano i na które sprzedano bilety, a serią spontanicznych incydentów z udziałem mówców darzonych już pewną estymą. Nie dały żadnych profitów, służyły jedynie dobru sprawy. Gdyby rozgłoszono, że przemawia za nic, może oddźwięk byłby większy, ale cóż z tego, jeśli marzył o tym, że Verena pomoże mu się odbić od dna? Poza tym co to za sztuka przemawiać za darmo? Większość ludzi wręcz się do tego paliła, toteż gra nie była warta świeczki na dłuższą metę. Selah Tarrant marzył o czekach; wyczekiwał dnia, gdy spłyną kaskadą. Łatwo wyobrazić sobie gest, jakim – zatopiony w marzeniach – witał ów obraz.

Wydawało mu się, że ów dzień jest bliski, a przybliżył się jeszcze bardziej po wieczorze u panny Birdseye. Gdyby pani Farrinder dała się skłonić do napisania „listu otwartego” o Verenie, byłby to krok milowy. Selah nie grzeszył zbytnią wnikliwością, ale dość wiedział o świecie, aby zdawać sobie sprawę, że pani Farrinder może stanąć okoniem, jak mawiano w Pensylwanii, gdzie mieszkał, nim zaczął sprzedawać ołówki kopiowe. Jej reakcja była nie do przewidzenia: jeśli list pochwalny nie będzie jej w smak, nie pomoże tu nawet przedsiębiorczość Tarranta. Jeżeli była to kwestia przysługi ze strony pani Farrinder, należało czekać jak na zmianę pogody. Wyłuszczył swe nadzieje pannie Birdseye, która wnosząc z reakcji znakomitej przyjaciółki, mniemała, że publiczny przejaw aprobaty wobec Vereny to jedynie kwestia czasu. Teraz wyjechała, ale panna Birdseye wpadła na pomysł, że po jej powrocie do Roxbury pośle po Verenę i udzieli jej paru rad. Tymczasem Selah zacierał ręce i już węszył pieniądze. Czeki zaczęły napływać z Charles Street: ta bogata, młoda dziwaczka nie liczyła się z wydatkami. Udawał, jak wspomniałem, że tego nie zauważa, ale nigdy nie widział tyle co wówczas, gdy miał oczy wzniesione do sufitu. Czuł, że gdyby postanowił nająć salę wykładową, Olive zaoferowałaby się pokryć koszty. Zastanawiał się, czy zrobić to teraz i utorować córce drogę do sławy, czy odczekać, aż da kilka prywatnych występów i podsyci powszechną ciekawość.

Snuł powyższe rozważania w czasie licznych wędrówek ulicami i przedmieściami stolicy Nowej Anglii. Wspomniałem też, że w domu nieobecny był godzinami – podczas których pani Tarrant, posilając się pączkiem i jajkiem na twardo, zachodziła w głowę, co mąż jada. Po powrocie domagał się tylko kawałka pasztetu i zaznaczał, aby go podano na ciepło; była to jego jedyna zachcianka. Żona miała ciche podejrzenia, że jada u pacjentek drugie śniadania: mianem tym określała wszystkie przekąski, bez względu na porę dnia. Zaznaczmy, że gdy wyjawiła swoje podejrzenia przed Selahem, w odpowiedzi odparł, że jedynym jego pokrzepieniem jest poczucie spełnienia dobrego uczynku. Czynność ta przybierała dlań różną postać, między innymi nieustannych przechadzek ulicami, przejażdżek tramwajem oraz częstych wizyt na stacjach i w sklepach, w których odbywały się „wyprzedaże”. Ale najlepiej znano go w redakcjach gazet i westybulach hoteli – wielkich, wykładanych marmurami salach nieformalnych zebrań, które przez wysokie witryny dają ulicom widok amerykańskiego obywatela w podróży. Tam, wśród spiętrzonych bagaży, spluwaczek w dogodnych miejscach, bywalców rozpychających się łokciami, strapionych „gości” hotelowych, zadzierzystych irlandzkich portierów, rzędów obszarpańców w dziwnych kapeluszach, piszących listy przy stole usłanym ogłoszeniami, koczował Selah Tarrant. Nie umiałby wytłumaczyć, co robi, ale przyświecała mu myśl, że tego rodzaju miejsca to narodowe ośrodki nerwowe, w których wypadało zaznaczać swoją obecność. Penetralia dzienników były jednak bardziej fascynujące, a ich ograniczona dostępność i kłody, które rzucano mu pod nogi, dodawały smaczku próbom sforsowania wrót. Prześcigał się w pretekstach, czasem przynosił nawet artykuły: jego upór w dążeniu do celu zaskarbił mu przydomek Niezmordowanego Tarranta. Kręcił się w pobliżu, nadużywał uprzejmości, zabierał czas zajętym ludziom, a gdy go wyrzucano z redakcji, wkręcał się do drukarni i rozmawiał z zecerami, aż przez pomyłkę cytowali jego wypowiedzi, a gdy oni odwracali się do niego plecami, zagadywał gazeciarza. Chciał dowiedzieć się, co „w trawie piszczy”, i najchętniej stałby się tematem dnia, a przynajmniej zamieściłby za darmo ogłoszenie. Marzył, by przeprowadzono z nim wywiad, więc nękał dziennikarzy. Kiedyś wydawało mu się, że dopiął swego, i żył nadzieją parę dni, ale wywiad nigdy nie ujrzał światła dziennego. Niebawem mu za to zapłacą, niech tylko Verena nabierze rozgłosu: już on im pokaże, kiedy do niej przyjdą.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?