Bostończycy

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 10

Verena Tarrant przyjechała z Cambridge na Charles Street już następnego dnia. Miała bezpośrednie połączenie, choć biedaczka wcale tego nie odczuła w zatłoczonym tramwaju, który wysadził ją pod drzwiami panny Chancellor, gdyż przez całą drogę stała na wpół uwieszona skórzanej rączki u sufitu, niczym pęk rozkwitłych kwiatów w szklarni. Przywykła jednak do niewygód i choć – jak sami widzieliśmy – miała pewne zastrzeżenia co do panujących układów społecznych, nie przyszłoby jej do głowy krytykować wady rodzimego transportu publicznego. Niezwłoczność jej wizyty u Olive Chancellor wyszła od matki, i Verena słuchała z rozwartymi szeroko oczami jej rad, udzielonych w zaciszu domku w Cambridge, pod nieobecność ojca, zajętego pacjentami. Dziewczyna była zarazem uległa i oderwana od rzeczywistości, słuchała więc o ewentualnych korzyściach płynących z zażyłości z panną Chancellor tak, jak słuchałaby bajki. I wciąż czuła się jak w bajce, kiedy matka nałożyła jej kapelusz, zapięła guziki płaszcza (wielkie i złocone), a następnie wręczyła dwadzieścia centów na tramwaj.

Pani Tarrant była osobą nieobliczalną, i nawet Verena, która mimo swego daru publicznego krasomówstwa nie miała wiele do powiedzenia w domu, uważała ją za nieco dziwną. I słusznie – jej matka była słabą, niezdrową, kapryśną kobietą, która oplatała ofiarę jak ośmiornica swymi mackami. Jej konikiem była „socjeta” oraz pozycja w świecie: cichy głosik podpowiadał, że jej nigdy nie miała, a głośniejszy – że może ją utracić. Zachować ją, odzyskać i na powrót uświęcić stanowiło jej największą ambicję oraz jeden z wielu powodów, dla których Opatrzność obdarzyła ją tak wspaniałym dzieckiem. Verena urodziła się nie tylko po to, aby wyprowadzić z niedoli własną płeć, ale także skorygować matczyny kalendarz, który wybrzuszał się i kurczył gdzie nie trzeba, niczym łach spod igły kiepskiego krawca. Jako córka Abrahama Greenstreeta pani Tarrant dorastała w kręgu pierwszych abolicjonistów i doskonale zdawała sobie sprawę, że zniweczyła jakże obiecujące perspektywy związkiem z młodzieńcem, który zaczynał jako obwoźny handlarz ołówkami kopiowymi (zastukał kiedyś do ich drzwi), potem wstąpił do uznanej społeczności w Cayuga, gdzie nie było mężów, żon, czy coś w tym stylu (pani Tarrant nie pamiętała dokładnie), a jeszcze później (ale zanim odkrył w sobie dryg do uzdrawiania chorych) zaistniał w kręgach spirytystycznych. (Był rozchwytywanym medium, lecz musiał zakończyć karierę z przyczyn, co do których pani Tarrant stworzyła własną wersję). Nawet w towarzystwie tak mocno zaangażowanym w walkę z uprzedzeniami istniały pewne zastrzeżenia co do tak obrotnej jednostki, której nie brakowało uroku, ażeby wkraść się w łaski panny Greenstreet, skupionej (podobnie jak on) jedynie na przyszłości. Młodzi (był sporo starszy od niej) wspólnie utkwili w niej wzrok, by wreszcie odkryć, że przeszłość postawiła na nich krzyżyk, a teraźniejszość usuwa im się spod nóg. Pani Tarrant, innymi słowy, naraziła się na niechęć rodziny, która uświadomiła jej mężowi, że mimo nowatorskiej ideologii nie będzie tolerować pewnych zachowań. Do takich w jej mniemaniu doszło w Cayuga i nikogo nie obchodziły wyjaśnienia, iż gościł tam przejazdem. Z podobnym brakiem zrozumienia potraktowano pikniki spirytystyczne i wegetariańskie zebrania, w których niepocieszeni małżonkowie szukali osłody.

Tak oto wyglądały ciasne horyzonty ludzi otwartych rzekomo na wszelkie nowości: skapitulowali w obliczu pierwszej próby ognia, tak przynajmniej uważała ich córka. Gust męża odcisnął piętno na podatnym gruncie jej moralności i młodzi żyli w atmosferze postępu, dzięki której młoda żona odkryła, co znaczy głód. Jej ojciec zmarł, pozostawiwszy niewiele pieniędzy: wydał cały swój skromny majątek na czarnych. Selah Tarrant i jego towarzyszka życia doświadczali najdziwniejszych przygód; świat samozwańczych znachorów pochłonął ją całkowicie. Z każdym dniem grzęzła coraz głębiej, nie bacząc, w jaką zapada czeluść. Dziś tkwiła w niej po uszy; zapewne można by stwierdzić, iż dosięgnęła dna. W wizycie u panny Birdseye upatrywała powrotu na łono socjety. Drzwi otwarto tylko dla wtajemniczonych (nigdy nie zapomni zadartego nosa pani Farrinder) i pozostawiono w nich szparę, odsłaniając wachlarz widoków na przyszłość. Mieszkała z długowłosymi mężczyznami i krótkowłosymi kobietami, pokładała wiarę i środki w szereg utopijnych pomysłów, czerpała otuchę z różnorakich wyznań, a seanse i wykłady były stałym punktem jej harmonogramu. Mąż zawsze miał na nie bilety; w chwilach rozdrażnienia okresami stagnacji wytykała mu, że nie ma niczego więcej. Zachowała gorzkie wspomnienie zimowych wieczorów, kiedy przedzierali się przez zaspy (biletów nie honorowano niestety w tramwaju) w drodze na wykład pani Ady T.P. Foat „O lecie”. Selah swego czasu zachwycał się panią Float i żona podejrzewała, że był z nią „związany” (jak sam nazywał podobne epizody) w Cayuga. Nie raz wystawiał żonę na ciężką próbę i tylko niezachwiana wiara w mężowski geniusz pozwalała jej chwilami przetrwać. Wiedziała, że jest niezwykle magnetyczny (właśnie na tym polegał jego geniusz), i czuła, że to ów magnetyzm przyciągnął ją do niego. Mąż popychał ją do rzeczy, o których doprawdy nie wiedziała, co sądzić, i czasami żywiła obawy, że zatraciła moralność, za którą zawsze podziwiano Greenstreetów.

Naturalnie kobietą, która zniżyła się do ślubu z Selahem Tarrantem, musiała kierować nieco rozchwiana ocena sytuacji, lecz nie ulega wątpliwości, że kręgosłup tej biednej damy charakteryzowało znaczne odchylenie od pionu. Czasem dopadały ją skrupuły, ale sama sobie mydliła oczy: wszak żonie wypadało pomagać mężowi, gdy stół nie chciał oderwać się od podłogi, sofa lewitować, a ręka zmarłego nawiedzić nieutuloną w żalu rodzinę. Bywało, że miękka dłoń pani Tarrant musiała ją zastąpić; w owych chwilach dama uciszała sumienie myślą, że podsyca wiarę w nieśmiertelność. Przez wzgląd na Verenę odetchnęła, że pozostawili już ten etap za sobą, dla córki bowiem wymarzyła sobie coś więcej, zachowała jednak najczulsze wspomnienie zaciemnionych pomieszczeń, wyczekującego kręgu, postukiwania w ścianę i stół, muśnięć w policzek lub stopę, dźwięków muzyki w powietrzu, deszczu kwiatów i poczucia czegoś tajemniczo ulotnego. Nienawidziła męża za to, że godziła się na pewne rzeczy, a nawet je robiła, i ze wstydu skręcało ją do dziś. Nienawidziła, gdyż pozbawił ją pozycji społecznej, a zarazem podziwiała go za tupet, który (w świetle upokorzeń, hańby i życia z dnia na dzień) wręcz ją hipnotyzował. Wiedziała, że jest szubrawcem, ale sam nie przyznał tego ani razu – chociaż okazji nie brakowało. Niezmiennie obstawał przy swej uczciwości: tak często odgrywali role kapłanów przy ołtarzu, że nigdy nie pozwolił sobie na gest, który mógłby ich zdradzić w oczach „kongregacji”. Nawet w cztery oczy nie nazywał rzeczy po imieniu: miał styl dostrojony, jak cała jego natura, do szerokiej gamy życia na widoku publicznym.

Doszło do tego, że w swym zdemoralizowanym sumieniu, rozdarta między tym, czym gardziła w swoim życiu, i tym, nad czym przeszła do porządku dziennego, między znużeniem niezaradnością męża a odrazą wobec jego uporu (wyznawał bowiem teorię, że żyją jak pączki w maśle), miała mu do zarzucenia jedynie brak daru wymowy. Tu leżał pies pogrzebany, gdyż w tej dziedzinie Selah był kompletnym beztalenciem. Nie umiał zawładnąć uwagą widowni i nie nadawał się na mówcę. Myśli produkował na pęczki, ale nie potrafił ich ze sobą składnie połączyć. Przemówienia stanowiły tradycję Greenstreetów i gdyby panią Tarrant zapytano w młodości, czy wyjdzie za mesmerystę, odpowiedziałaby: „Nigdy nie poślubię dżentelmena, który zapomina języka w gębie!”. Była to jej największa bolączka, która przyćmiewała inne; elokwencję rąk (którą szczycił się jako znachor) uważała za marną namiastkę. Greenstreetowie nigdy nie przywiązywali wagi do czynności manualnych: dla nich wartość pierwszorzędną miała moc słów. Stąd łatwo sobie wyobrazić, z jakim uniesieniem w miarę upływu czasu pani Tarrant odkrywała w córce niewyczerpane źródło krasomówstwa. Tradycja Greenstreetów nie miała pójść na marne i zaświtała nadzieja, że susza, która dotkliwie dała się we znaki matce, dzięki córce pójdzie w zapomnienie. Trzeba dodać, że ostatnio pod tym względem trochę się poprawiło, gdyż odkąd Selah znalazł się pod wpływem mesmerystów, ich dom stał się nieco bardziej godny córy Greenstreetów. Tarrant miał „słuszną” liczbę pacjentów, brał około dwóch dolarów za posiedzenie i osiągał niebywałe efekty leczenia. Pewna dama z Cambridge była mu tak wdzięczna, że namówiła ich ostatnio, by zamieszkali w jej sąsiedztwie, żeby doktor Tarrant mógł ją odwiedzać w każdej chwili. Przystał na to – tak często zmieniali adres, iż rzecz nie miała większego znaczenia – i pani Tarrant poczuła, że coś „drgnęło”.

Nawet dla Vereny, jak wiemy, była zagadką: dziewczę nie zdołało jeszcze rozgryźć zasad, w myśl których w otępiałą zwykle matkę wstępowały niespożyte pokłady energii. Działo się to wówczas, gdy opary towarzyskich aspiracji docierały nagle do jej mózgownicy i odkurzała wygniecione kreacje w hołdzie nadarzającej się okazji. Następnie zadziwiała córkę przykazaniami co do obowiązku zawierania znajomości i pogłębioną wiedzą o tajnikach wielkiej socjety. Przywiązywała dużą wagę – strojąc przy tym najdziwniejsze miny – do interpretacji manier śmietanki towarzyskiej oraz zachowania w jej obecności, co nasuwało Verenie pytanie co do sekretnych źródeł matczynych informacji. Póki co ona sama brała życie w sposób nieskomplikowany i nie była świadoma aż tylu niuansów towarzyskiej natury. Wiedziała, że jedni są biedni, a drudzy bogaci, a skromna sytuacja rodziny nigdy nie nasunęła jej wątpliwości, czy wypada opływać w luksusy, skoro mnóstwo ludzi naokoło klepie biedę. Lecz nie licząc sytuacji, kiedy matka zadziwiała ją pretensją o wyimaginowany afront bądź żałowała okazji, która je ominęła (podczas gdy pani Tarrant szukała czegoś do ubrania), Vereny nie dręczyło poczucie, że odstaje od reszty, a reputacja mesmerystów była jej całkowicie obojętna. Reakcje pani Tarrant stały pod znakiem zapytania: czasem nic nie mogło jej poruszyć, a czasem obrażała się za samo tylko spojrzenie. Nie raz odnosiła się podejrzliwie do dam, które mesmeryzował Selah (wśród mężczyzn miał niewielu pacjentów), a czasem wyrzekłaby się wszystkiego na rzecz kapci i wieczornej gazety (z której czerpała wielką pociechę), i nawet przyjazd pani Float nie zburzyłby jej cynicznej niemal pogody ducha.

 

Ale źródłem największych rozterek Vereny były salonowe gierki rodzicielki, i dopiero widok ludzi, którzy zabiegali o koneksje, dał dziewczynie do zrozumienia, że drogę ma przed sobą jeszcze długą i krętą. Nauka stanowiła jej główny cel, a należy dodać, iż w dobrej wierze widziała w matce wspaniałą nauczycielkę. Czasem dziwiła się jej światowości, gdyż nie pasowała do wyższych ideałów, które w takim domu jak ich musiały przecież grać pierwsze skrzypce; kłóciła się też z ideałem równości, który to miał zdusić w zarodku wszelkie przejawy snobizmu. Ojciec z kolei zdawał się Verenie bardziej wysublimowany, przy czym jego obojętność wobec staroświeckich standardów oraz niesłabnąca nadzieja na nadejście lepszych czasów nie nasunęły jej jak dotąd pytania, czy mężczyźni nie są jednak bardziej bezinteresowni od kobiet. Czyżby to interesowność kazała matce tak wylewnie odpowiedzieć pannie Chancellor i znacząco przykazać córce, że natychmiast ma ją odwiedzić? Żadne podkreślenie nie oddałoby tego nacisku. Dlaczegóż to nie powiedziała, jak zwykła czynić przy wcześniejszych okazjach, że jeśli ktoś chce się z nimi spotkać, niech pofatyguje się osobiście, a przynajmniej raczy zostawić bilecik? Argumentów miałaby na pęczki, ale tym razem machnęła ręką i obstawała przy wersji, że panna Chancellor była bardzo miła, że taka przyjaciółka to skarb, że mowa Vereny bardzo ją wzruszyła i wprowadzi je na najlepsze bostońskie salony, że kiedy powiedziała „Proszę odwiedzić mnie niebawem”, właśnie tak należało to rozumieć (i działać z rozwagą, ale zdecydowanie), i że – krótko mówiąc – ona, pani Tarrant, świetnie się na tym zna.

Verena przystała na wszystko, bo lubiła jazdę tramwajem i była ciekawa świata; zdziwiła się tylko, skąd matka tyle wie o pannie Chancellor na podstawie jednego zaledwie spotkania. Ona sama zauważyła jedynie, że młoda dama miała na sobie burą suknię, wyglądała, jakby płakała (Verena znała ten wyraz twarzy, często go widywała), i spieszyła do wyjścia. Czy była tak niezwykła, jak twierdziła matka, to się wkrótce okaże, a tymczasem ani duma, ani poczucie własnej wartości nie przeszkodziło Verenie do niej pojechać. Póki co siebie przesuwała na plan dalszy, dbała wyłącznie o zewnętrzne sprawy. Nawet „dar” nie kazał jej przypisać sobie większego niż dotąd znaczenia: wierzyła we własne siły i nie było w niej cienia próżności. Mogło wydawać się naturalne, że córka Selaha Tarranta i jego żony musiała być kimś natchnionym, lecz przy bliższym poznaniu człowiek nie mógł wyjść z podziwu, jakim cudem urodziła się z takiej pary. Ceniła sobie proste przyjemności: chętnie włożyła nowy kapelusz, a dwadzieścia centów zdało jej się bez mała majątkiem.

ROZDZIAŁ 11

– Byłam pewna, że pani przyjdzie… Od rana to czułam… Coś mi podpowiadało! – Tymi słowy Olive Chancellor powitała Verenę, podchodząc szybko od okna, jakby wyczekiwała jej przybycia. Po paru tygodniach opowie, iż owe przeczucia były niezwykle silne, że wypełniły jej cały dzień nerwowym podnieceniem tak gwałtownym, że aż bolesnym. Opowie, że przeczucia często jej towarzyszą, że nie wie, co o nich sądzić, i nie ma innego wyjścia, tylko się z nimi pogodzić; jako inny przykład przytoczy nagły strach, który obezwładnił ją dzień wcześniej w dorożce, kiedy zaproponowała panu Ransomowi wizytę u panny Birdseye. Było to dziwne, a zarazem instynktowne, i ta dziwność uderzyła chyba też Ransoma, gdyż choć pomysł wyszedł od niej, próbowała się z niego wycofać. Było to silniejsze od niej: w jej sercu wezbrała pewność, że jeśli on przestąpi próg tego domu, ona tego pożałuje. Nie przeszkodziła mu, lecz nie dbała o to: liczyła się tylko Verena, więc wszystkie zagrożenia oraz pospolite przyjemności zeszły na dalszy plan. Verena zyska pojęcie o złożonym charakterze przyjaciółki, o tym, jak jest poważna i wrażliwa, jak bierze wszystko do siebie, jaką ma siłę woli i poczucie celu. Olive weźmie ją pod swoje skrzydła i razem wzbiją się w górę, na niebotyczną wysokość. Podopiecznej raczej się to spodobało: lubiła szybować bez własnego wysiłku i patrzeć na świat z lotu ptaka. Od początku poddała się temu bez protestów, lekko tylko przymykając oczy, jak wówczas gdy ktoś, do kogo mamy pełne zaufanie, chce nas poddać jakiemuś doznaniu.

– Pragnę panią poznać – oznajmiła wówczas Olive. – Poczułam to wczoraj, kiedy usłyszałam, jak pani mówi. Wydała mi się pani cudowna. Nie wiem, co sądzić o pani. Myślę, że powinnyśmy zostać przyjaciółkami, dlatego zaprosiłam panią tak bezceremonialnie i wierzyłam, że pani przyjdzie. Słusznie pani postąpiła i dowodzi to mojej słuszności. – Zdania te wypływały z ust panny Chancellor jedno za drugim, z przerwą na oddech i drżeniem, które nie ustępowało z jej głosu nawet w chwilach spokoju. Posadziła Verenę na kanapie i obdarzyła takim spojrzeniem, że dziewczyna powinszowała sobie w duchu włożenia płaszcza ze złoconymi guziczkami. To spojrzenie wyznaczyło początek, nim bowiem Olive przejęła Verenę na własność. – Jest pani niezwykłą osobą; ciekawe, czy zdaje pani sobie z tego sprawę! – mamrotała dalej, jakby zatracała się w podziwie.

Verena siedziała z uśmiechem, ani trochę niezarumieniona, ale bijąca z jej oczu niewinność czyniła wszelki protest zbytecznym.

– Ach, nie ja, to coś z zewnątrz! – rzuciła lekko, jakby z przyzwyczajenia, i Olive nie była pewna, czy to szczere słowa, czy tylko wyuczony frazes, którego nie wzięłaby jej za złe i który nie wzbudziłby jej niechęci, nawet gdyby stanowił tylko jeden z wielu, które Verena kryła w zanadrzu. Polubiła ją taką, jaka była, a była osobliwa i dalece się różniła od napotykanych zwykle dziewcząt, jakby należała do taboru Cyganów bądź transcendentalnej cyganerii. W swym krzykliwym, pospolitym ubraniu i z tak niezwykłą twarzą mogła być tancerką na linie albo wróżką przepowiadającą przyszłość ze szklanej kuli, co w oczach panny Chancellor czyniło ją częścią „ludu”, tajemniczej demokracji, o której klasy uprzywilejowane niewiele wiedziały i z którą (być może w bliskiej przyszłości) będą się musiały liczyć. Co więcej, dziewczyna poruszyła ją jak nikt i nic dotąd, co – bez względu na źródło – samo w sobie zasługiwało na podziw. Nadal targały nią emocje, wbrew na pozór neutralnej rozmowie, i przyświecało jej poczucie, że oto znalazła coś, czego od dawna poszukiwała – przyjaciółkę własnej płci, z którą połączy ją braterstwo dusz. Przyjaźń wymagała obopólnej zgody, ale zakrawało na niemożliwość, że dziewczyna jej odmówi: Olive w swej przenikliwości odkryła, że Verena obdarzona jest bezgraniczną wspaniałomyślnością. Nie wypowiem się co do słuszności pozostałych przeczuć panny Chancellor, ale tu trafiła w dziesiątkę. Na tym jej zależało i reszta nie miała znaczenia: bez względu na złocone guziki panna Tarrant miała duszę czystą jak łza.

– Matka powiedziała, że powinnam niezwłocznie do pani przyjść – oznajmiła Verena i rozejrzała się po pokoju z zadowoleniem, że znalazła się w równie miłym miejscu. Zauważyła wiele rzeczy, którym najchętniej przyjrzałaby się z bliska.

– Pani matka dostrzegła moje szczere intencje, na ogół mam mniej szczęścia. Widziała, jaka jestem roztrzęsiona. Mogłam wymówić tylko trzy słowa… nie więcej! Co za siła, panno Tarrant. Co za siła!

– Też tak uważam. W przeciwnym razie wiele by ze mną nie zdziałała!

– Jaka pani prostolinijna, niczym dziecko – powiedziała Olive Chancellor. Tak właśnie pomyślała i chciała wypowiedzieć to na głos, jasno i wprost. Była niecierpliwa, więc od razu przeszła do sedna i spytała prosto z mostu: – Czy zostanie pani moją najlepszą przyjaciółką, na wieki wieków? – Z jej twarzy biła czułość i nadzieja.

Verena roześmiała się ze szczerym rozbawieniem, bez cienia zakłopotania i wstydu.

– Może za bardzo mnie pani lubi.

– Ależ naturalnie! Kiedy lubię, zawsze lubię aż nadto. Pytanie tylko, czy pani lubi mnie – dodała Olive Chancellor. – Musimy zaczekać… tu potrzeba czasu. Jestem cierpliwa, gdy mi na czymś zależy. – Wyciągnęła rękę do Vereny i był to tak stanowczy, a zarazem błagalny gest, że dziewczyna odruchowo ją uścisnęła. I siedziały, bez słowa wpatrzone w siebie. – Mam do ciebie tyle pytań – powiedziała Olive.

– Nie mówię sama z siebie, tylko z pomocą ojca – rzekła Verena z naiwnością, przy której pokora zrobiłaby pretensjonalne wrażenie.

– Twój ojciec jest mi obojętny – odpowiedziała z powagą Olive. Musiała ugryźć się w język.

– To dobry człowiek – zapewniła Verena z prostotą. – I cudownie magnetyczny.

– Twój ojciec i matka nie odgrywają tu żadnej roli. Nie zaprzątam sobie nimi głowy i nie zależy mi na nich. Tylko na tobie – takiej, jaką jesteś.

Verena opuściła wzrok na fałdy sukienki. „Taką, jaka jesteś” bardzo jej się spodobało.

– Mam się wyrzec…? – zaczęła z uśmiechem.

Olive Chancellor na chwilę wstrzymała oddech, jakby z bólu, po czym głosem drżącym z niepokoju odrzekła:

– Ach, jakże mogłabym cię o to prosić? To ja, ja wyrzeknę się wszystkiego!

Zachwycona wystrojem domu i pomna matczynych opowieści o bogactwie i pozycji panny Chancellor w bostońskiej socjecie, Verena raz jeszcze potoczyła wzrokiem dokoła i zadała sobie w duchu pytanie, czy to aby na pewno konieczne. O nie, doprawdy, miała nadzieję, że Olive się nie wyrzeknie – przynajmniej dopóty, dopóki ona, Verena, z bliska wszystkiego nie obejrzy. Uznała jednak, że póki co lepiej zachować milczenie, zwłaszcza że Olive wykrzyknęła z uniesieniem, jakby w przypływie nerwowego oczekiwania: – Ale musimy zaczekać! Dlaczego o tym rozmawiamy? Musimy zaczekać! Wszystko będzie dobrze – dodała spokojniej, z wielką słodyczą.

Verena zastanawiała się później, czemu bardziej się nie przestraszyła – ba, dlaczego się nie odwróciła i nie ratowała ucieczką. Lecz nieśmiałość i przesadna ostrożność nie leżały w jej naturze, a ze strachem nie była za pan brat. Za mało wiedziała o świecie, aby nie ufać nagłym wybuchom entuzjazmu, co najwyżej mogła żywić obawy, iż zapał okaże się słomiany. Ale w tym wypadku się nie obawiała, z twarzy Olive bowiem wynikało, że uczucie może pochłonąć swój obiekt i samą pannę Chancellor, ale nigdy się nie wypali. Póki co nie parzyło, dając tylko przyjemne ciepło. Przyjaźń była dla Vereny cenna, choć nie stała na pierwszym miejscu, ale może właśnie tę los trzymał dla niej w zanadrzu. Była otwarta na wszystko.

– Mieszkasz tutaj sama? – zapytała pannę Chancellor.

– Nie mieszkałabym, gdybyś zamieszkała ze mną!

Nawet ten żarliwy wykrzyknik nie wzbudził zaniepokojenia Vereny; uznała, że wśród bogaczy takie propozycje to codzienność. Był to aspekt romansu, luksusu i zamożności; należał do świata zaproszeń, do którego jak dotąd nie miała wstępu. Lecz zakrawał na szyderstwo, kiedy pomyślała o rozklekotanej podłodze domku w Cambridge.

– Muszę zostać z matką i ojcem – powiedziała. – Poza tym mam swoją pracę. Tego powinnam się trzymać.

– Pracę? – powtórzyła Olive, nie rozumiejąc.

– Mój dar – wyjaśniła z uśmiechem Verena.

– Ach tak, musisz robić z niego użytek. Właśnie tak: niechaj świat na nim korzysta, to dar z nieba.

W nocy nie mogła spać, myśląc o tym, i doszła do wniosku, że jeśli tylko ocali dziewczynę przed ordynarnym wyzyskiem, jeśli stanie się jej powiernicą i patronką, we dwie osiągną wiele. Geniusz Vereny był tajemnicą i mógł nią pozostać; nie sposób było stwierdzić, skąd ta urocza, prosta i kwitnąca dziewczyna, uosobienie wdzięku i niewinności, czerpała tak nieprzebrane pokłady natchnienia. Gdy jej dar był w uśpieniu, nie sprawiała wrażenia przesadnie refleksyjnej; gdy tak teraz siedziała na przykład, nikt nie posądziłby jej o głębokie wizje. Olive musiała tymczasem zadowolić się stwierdzeniem, że ów dar spłynął wespół z urodą i klasą (zdaniem Olive Verena posiadała jej pod dostatkiem): prosto z nieba i bez udziału rodziców, za którymi panna Chancellor stanowczo nie przepadała. Wśród reformatorów także miała swoje typy: twierdziła, że wszyscy mądrzy ludzie łakną wielkich zmian, ale nie wszyscy rzecznicy zmian grzeszą rozumem. Chwilę milczała po ostatnich słowach, a następnie powtórzyła niczym zaklęcie: „Musimy czekać, musimy czekać!”. Verena nie miała nic przeciwko temu, chociaż nie wiedziała, na co właściwie czekają, a szczerość intencji biła jej z twarzy i łagodziła napięcie. Olive zasypała ją pytaniami, wszystkiego chciała się dowiedzieć. Była to jedna z rozmów, które na zawsze zapadają w pamięć, kiedy każde słowo nabiera znaczenia i rodzi się coś nowego. Im więcej Olive dowiadywała się o życiu gościa, tym bardziej pragnęła stać się częścią tego życia i więcej dawała z siebie. Zawsze wiedziała, że Ameryka to kraj dziwnych życiorysów, ale ten przechodził wszelkie pojęcie, a najdziwniejsze w nim było to, że dziewczyna uważała go za najzwyklejszy pod słońcem. Dorastała w ciemnych pokojach i wśród zgiełku demonstracji; zaczęła „chodzić na wykłady” – jak to ujęła – jeszcze jako niemowlę, gdyż matka nie miała jej z kim zostawić. Siadała na kolanach somnambulików, a transcendentaliści nosili ją na rękach, znała wszystkie typy „eliksirów”, głosicielki nowych wyznań oraz przeciwników instytucji małżeństwa. O tej ostatniej mówiła jak o najnowszej powieści – jakby często poruszano przy niej ów temat; czasem, słuchając jej odpowiedzi, Olive Chancellor przymykała oczy, jakby traciła równowagę. Rewelacje przyjaciółki naprawdę przyprawiały o zawrót głowy i Olive jak na dłoni zobaczyła wszystko, przed czym powinna ją chronić. Verena była nieskażona i zło nigdy nie miało jej dosięgnąć, choć Olive – i nie uwzględniała w tej kwestii żadnej zmiany – żywiła pewne zastrzeżenia co do „atmosfery” kręgów, w których podważano zasadność owej instytucji. Absolutnie nie zamierzała wdawać się w rozważania na jej temat, niemniej jednak dla pewności zapytała Verenę, co o niej sądzi.

 

– No cóż, muszę przyznać – odrzekła panna Tarrant – że wolę wolne związki.

Olive na chwilę wstrzymała oddech ze zgrozy, po czym wyszeptała bezsilnie: „Proszę, pozwól sobie pomóc!”. Jednak zdawało się przy tym, że pomoc jest niepotrzebna, nie ulegało bowiem wątpliwości, iż elokwencja Vereny wobec pełnej widowni naprawdę płynie z natchnienia. Udzielała odpowiedzi z naiwną prostotą i bez większej troski o wiarygodność oraz samopoczucie odbiorcy, lecz niewiele miała do powiedzenia na swój temat. Było to widoczne, kiedy Olive zapytała ją, gdzie uświadomiła sobie niedolę kobiet, z jej mowy u panny Birdseye wynikało bowiem, że (podobnie jak Olive) dostąpiła wizji w czasie bezsennej nocy. Verena chwilę się zastanowiła, jakby nie wiedziała, o co chodzi, po czym odrzekła z uśmiechem, że tam, gdzie Joannę d’Arc naszła myśl o niedoli Francji. Tak pięknie to ujęła, że Olive mało jej nie ucałowała; wyglądała przez chwilę, jakby – tak jak Joanna – słyszała głosy świętych. Olive naturalnie przypomniała sobie później, iż nie była to odpowiedź dosłowna, i wzięła pod uwagę coś, co czyniło ją jeszcze bardziej skomplikowaną – a mianowicie, że dziewczyna dorastała wśród kobiet – lekarek, znachorek, kaznodziei, mediów i redaktorek – które wyrwawszy się z jarzma pasywnej egzystencji, częściowo tylko symbolizowały niedolę własnej płci. Faktem jest, że mogły mówić o tym, co „przeszły”, i opowiedzieć młodszej siostrze, wszakże Olive zyskała pewność, że natchnienie Vereny nie płynęło z paplaniny kobiet (panna Chancellor dobrze znała ten dźwięk), tylko z ich milczenia. Powiedziała do gościa, iż bez względu na to, czy nawiedzają ją anioły w lśniących zbrojach, czy też nie, jest jedyną spośród znanych Olive osób, która podziela w pełni jej odczucia wobec kobiet. Panna Birdseye podzielała je częściowo, ale brakowało jej pasji i wigoru, a do tego była skłonna do największych ustępstw. Pani Farrinder, rzecz jasna, nie należała do osób ustępliwych i wnosiła do sprawy wielką inteligencję, jednak brak indywidualizmu czynił ją zbyt abstrakcyjną. W przeciwieństwie do Vereny, która jakby trwała w wyobraźni poprzez stulecia. Verena odparła, że owszem, chyba ma wyobraźnię, gdyż bez niej nie umiałaby porwać słuchaczy. Olive ponownie ujęła jej rękę z prośbą o zapewnienie, że o to jedno tylko dba: o dobro kobiet, i temu pragnie z całego serca poświęcić życie. Verena poczerwieniała lekko na te słowa, a w jej oczach zapłonął blask będący pierwszą oznaką głębokiego wzruszenia.

– O tak, chcę poświęcić życie! – zawołała dźwięcznym głosem, po czym dodała z powagą: – Pragnę dokonać rzeczy wielkich!

– Dokonasz, dokonasz, obie dokonamy! – wykrzyknęła w uniesieniu Olive Chancellor. Ale dorzuciła po chwili: – Zastanawiam się, czy ty, taka piękna i młoda, wiesz, co znaczy poświęcić życie!

Verena z namysłem spuściła wzrok.

– Hm – odrzekła – być może jestem bardziej myśląca, niż się zdaje.

– Mówisz po niemiecku? Czy znasz Fausta? – spytała Olive. – Entsagen sollst du, sollst entsagen!

– Nie znam niemieckiego, chciałabym się nauczyć. Chciałabym nauczyć się wszystkiego.

– Zostaw to mnie… będziemy się uczyć – szepnęła wzruszona Olive i przed oczami stanęła jej wizja sielskich zimowych wieczorów pod lampą, ze śniegiem prószącym na zewnątrz i herbatą na stole, nad tłumaczeniem Goethego, chyba jedynego cenionego przez nią cudzoziemskiego autora, bo nie znosiła Francuzów, mimo znaczenia, które przypisywali kobietom. Był to najsłodszy obrazek, który aplikowała sobie w rozsądnych dawkach. Wydawało się, że Verena też go dostrzegła, bo jej twarz zapłonęła jeszcze bardziej. Powiedziała, że o niczym innym nie marzy, i zapytała o znaczenie niemieckiego zwrotu.

– „Winieneś obyć się! Tak, obyć!”2 – odpowiedziała Olive.

2 J.W. Goethe, Faust, w przekładzie Władysława Kościelskiego.

– Nie ma sprawy! – zawołała ze śmiechem Verena. I szybko podniosła się z miejsca, jakby chciała wyjść na dowód szczerości swej deklaracji. Olive wyciągnęła ręce, żeby ją powstrzymać; w tej samej chwili otwarto drzwi i pokojówka wprowadziła do salonu dżentelmena.