Bostończycy

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Zdaje się, że pogląd mamy dość sprecyzowany, jak wyraził się doktor Tarrant. Proszę o ciszę – odezwała się panna Birdseye.

ROZDZIAŁ 8

Verena Tarrant wstała i podeszła do ojca, który stał na środku pokoju. Olive Chancellor ponownie zajęła miejsce obok pani Farrinder, a pozostali goście panny Birdseye rozsiedli się w skupieniu na krzesłach lub oparli o ściany. Verena ujęła dłonie ojca i przytrzymała je chwilę; stała przed nim, lecz na niego nie patrzyła, miała bowiem wzrok utkwiony w widowni; po chwili matka podniosła się z miejsca i z westchnieniem pchnęła krzesło w stronę córki. Zrobiono jej miejsce, Verena zaś, wypuściwszy z rąk dłonie ojca, opadła na siedzenie, które Tarrant jej podsunął. Siedziała z zamkniętymi oczami, a ojciec oparł na jej głowie swe podłużne, szczupłe ręce. Basil Ransom śledził owe poczynania z wielką uwagą, gdyż widok dziewczyny bawił go i sprawiał mu niekłamaną przyjemność. Była ciekawsza niż pozostali razem wzięci, jakby zgrzebne towarzystwo z salonu panny Birdseye wyrzekło się kolorytu na rzecz jej wdzięcznej, acz nieco zagadkowej postaci. Jej mentor za to nie miał w sobie nic zagadkowego: Ransom szczerze gardził mesmerystą, odkąd tamten się odezwał. Znał ten typ, człowieka znikąd, który próbował się wkręcić w towarzystwo. Był fałszywy, wulgarny i szczwany; wzgarda to jedyne, na co zasługiwał. Fakt, że był ojcem tak ślicznej, delikatnej dziewczyny, której raczej nie brakowało rozumu, bez względu na posiadany talent, irytował Ransoma ponad miarę. Blada, napuszona matka o wysokim czole bardziej wyglądała na damę; tym gorzej dla niej, skoro zadawała się z takim indywiduum, sarkał w duchu Ransom. Często widywał Tarranta lub jemu podobnych: nie zostawiał na nich suchej nitki na politycznych spotkaniach w czasie potwornego okresu rekonstrukcji. Jeżeli pani Farrinder spoglądała podejrzliwie na Verenę Tarrant, trudno było się temu dziwić, jeśli postrzegała ją tak jak Basil Ransom. W życiu nie widział równie osobliwej mieszanki: miała najsłodszą, nieziemską twarzyczkę, a zarazem – jakby żyła w blasku gazowej lampki – aurę kuglarki, widoczną nawet w detalach stroju, uszytego na staroświecką modłę. Brakowało jej tylko tamburynu lub kastanietów.

Mała doktor Prance, z jej trzeźwym spojrzeniem, zobaczyła w niej skłonność do anemii oraz pewnej mistyfikacji. Wartość jej popisu wciąż stała pod znakiem zapytania, istotnie była jednak blada, tak jak blade są rudowłose kobiety, jakby we włosy spłynęła im cała krew. Blada, ale wyrazista, jakby narysowano ją mocną kreską, nie żałując koloru na oczy i usta, włosy zaś, misternie upięte, jaśniały blaskiem jej natury. Miała żywe, intrygujące i przejrzyste oczy (ich uśmiech miał rozświetlającą moc niczym blask klejnotu), i choć była dość niskiego wzrostu, głowę nosiła wysoko, jak gdyby sięgała nią pod obłoki. Ransomowi błysnęła myśl, że gdyby nie bladość, wyglądałaby egzotycznie, gdyby zaś miała kozę, do złudzenia przypominałaby Esmeraldę, chociaż mgliście kojarzył, kto zacz. Nosiła jasnobrązową suknię o dość dziwacznym fasonie z żółtą halką pod spodem, z boku zawiązała szeroką, czerwoną szarfę, a na jej szyi wisiał podwójny sznur bursztynów, spływając aż na płaską pierś. Trzeba dodać, że bez względu na melodramatyczną aparycję jej występ nie zapowiadał się w podobnym stylu. Siedziała bez ruchu (złożyła duży wachlarz), a ojciec dalej ją uspokajał. Ransom wyraził w duchu obawę, czy jej przypadkiem nie uśpi, od dłuższej chwili bowiem nie otwierała oczu; siedząca nieopodal pani, chyba obeznana ze zjawiskiem tego rodzaju, szepnęła, że Verena zasypia. Spektakl nie miał w sobie nic ekscytującego, ale ładne dziewczę zastygłe w żywy posąg stanowiło widok miły dla oka. Doktor Tarrant dalej głaskał i dotykał córkę; błądził wzrokiem po pokoju i uśmiechał się do góry, jak do wyimaginowanej loży.

– Sza, sza – mamrotał od czasu do czasu. – To przyjdzie, moje drogie dziecko, przyjdzie. Poddaj się mu, niechaj się wzmocni. Duch się pojawi wedle własnego uznania. – Chwilami unosił ręce, aby strząsnąć poły długiego prochowca, opadające mu na nadgarstki. Basil Ransom widział to wszystko, podobnie jak twarz swojej kuzynki i jej wzrok utkwiony w zaciśniętych powiekach młodej prorokini. W końcu się zniecierpliwił, ale nie spóźnieniem natchnionego głosu (chociaż minął już jakiś czas), tylko groteskowymi popisami Tarranta, które budziły w nim fizyczną odrazę i zdawały się godzić w cześć bezwolnej panny. Rozzłościły go tak strasznie, że dopiero po fakcie zadał sobie pytanie, czy nawet taki padalec nie ma prawa robić z córką tego, co zechce. Poczuł więc ulgę, kiedy Verena wstała, na co Tarrant się cofnął, jakby jego rola tym samym dobiegła końca. Stanęła wyciszona, z niewidzącym wzrokiem, i po krótkiej chwili przemówiła.

Rozpoczęła nieskładnie, prawie bezgłośnie, jakby mamrotała we śnie. Ransom nie mógł jej zrozumieć; uznał to za nader dziwne i był ciekaw, co powiedziałaby doktor Prance. „Porządkuje myśli, zaraz wyjdzie na prostą”, zabrzmiała wypowiedziana ściszonym tonem uwaga mesmerysty. Jego słowa się sprawdziły i po chwili w istocie wyszła, elektryzując publiczność. Posuwała się powoli i z rozmysłem, jakby nasłuchiwała podpowiedzi suflera, łapiąc po kolei zdania podsuwane jej z dużej odległości, której zmierzyć nie sposób. Potem wróciła jej pamięć, albo natchnienie, i znów weszła w rolę. Odgrywała ją z niezwykłą prostotą i wdziękiem; po upływie dziesięciu minut nie ulegało wątpliwości, że cała widownia – pani Farrinder, panna Chancellor i niedowiarek z Missisipi – znalazła się pod jej urokiem. Powiedziałem „dziesięć minut”, jednakże prawdą jest, że młodzieniec stracił poczucie czasu. Zastanawiał się potem, ile trwało wystąpienie; w końcu skonstatował, że jej dziwna, słodka, nieoszlifowana, absurdalna i urocza improwizacja zajęła pół godziny. Nie chodziło o to, co dziewczyna mówiła: nic go to nie obchodziło; ba, nie rozumiał ni w ząb, wiedział tylko, że dotyczy słodyczy i dobroci kobiet, od zarania stłamszonych pod żelazną podeszwą mężczyzny. Dotyczyło ich równości, a może nawet (był nie całkiem przytomny) wyższości kobiet. Mówiła, że wreszcie nadszedł ich dzień, o uniwersalnej więzi, obowiązku wobec siebie i sióstr. Takich spraw dotyczył jej wywód, ale Ransom odnotował z zadowoleniem, że nie popsuło mu to przyjemności. Efekt końcowy nie sprowadzał się do porywającej treści, ale do widoku dziwnie wystrojonej panienki (która znów bawiła się swoim wachlarzem), świeżości i czystości jej wysiłków. Nabrawszy pewności, otworzyła oczy, których błyszcząca miękkość wzmogła piorunujący efekt. Plotła od rzeczy, łącząc strzępy utrwalonych wypowiedzi z frazesami z książki i puszczając wodze wyobraźni, co w Topece pewnie zaskarbiło jej przychylność gawiedzi, Ransom jednak uznał, że nawet gorsze bujdy nie przyniosłyby jej ujmy, gdyż argument i doktryna nie miały tu nic do rzeczy. Gwóźdź programu stanowiła osoba twórcy, twórca zaś w tym przypadku okazał się niezwykle fascynujący. Może obraziłaby gust pewnych osób – Ransom wyobrażał sobie, iż część bostońskich kręgów postawiłaby na niej krzyżyk, ale na jego wygłodzone zmysły miała wręcz magiczny wpływ. Był zatwardziałym konserwatystą i nie przyjmował do wiadomości głoszonych przez nią teorii – o kobiecych prawach, równości płci, dostępie kobiet do władzy. Nie sprawiało mu to różnicy: nie mówiła z powagą i nie wiedziała, co plecie; ojciec ją karmił bzdurami i bredziła, co jej ślina na język przyniosła. Nie należało do niej nawracanie ludzi na rzecz głupiej krucjaty, tylko czarowanie głosem, potrząsanie bujnymi splotami niczym najada powstająca z fal, radowanie wszystkich wokół i osobiście czerpanie z tego radości. Nie wiem, czy Ransom był świadom wagi owej interpretacji, która odebrałaby pannie Tarrant jakiekolwiek głębsze walory. Zadowolił się stwierdzeniem, że jej niewinność szła w parze z urodą, i porównał do uzdolnionej śpiewaczki, skazanej na lichy dobór repertuaru. Ale za to jak brzmiała!

– Naturalnie przemawiam tylko do kobiet – do moich najukochańszych sióstr; nie zwracam się do mężczyzn, gdyż moje słowa nie będą im w smak. Udają, że nas podziwiają, ale mogliby podziwiać trochę mniej, a bardziej doceniać. Nie wiem, co im zrobiłyśmy, że do niczego nas nie dopuszczają. Może ufałyśmy im za bardzo, więc pora ich ocenić i oznajmić, że trzymając nas z dala od wszystkiego, słabo się spisali. Kiedy się rozglądam po świecie i widzę, do czego oni go doprowadzili, wyznam, że mówię do siebie: „Ciekawe, co powiedzieliby, gdyby to była nasza wina!”. Kiedy patrzę na niedolę ludzkości i myślę o cierpieniu, które wypełnia świat w każdej minucie i godzinie, myślę, że skoro tylko na to ich stać, pora, byśmy zaprowadziły tu porządek. Trudno wyobrazić sobie gorszą sytuację, prawda? Gdyby to była nasza sprawka, ze wstydu zapadłybyśmy się pod ziemię. Bieda, ciemnota i gwałt, Zło, zaraza i wojny! Wojny, coraz to kolejne, którym nie widać końca. I krew, w której świat jest skąpany! Bo zabijanie, i wymyślanie na to sposobów coraz bardziej wymyślnych, jest największym osiągnięciem mężczyzn. Myślę, że trzeba położyć temu kres, pracować na coś lepszego. Okrucieństwo… pełno go wokół! Czemu nie zastąpić go czułością? Dlaczego ma się marnować w głębi kobiecych serc, podczas gdy przybywa armii, więzień oraz ludzkich nieszczęść? Jestem tylko dziewczyną, prostą Amerykanką, i oczywiście nie widziałam wiele i mało wiem o życiu. Ale odczuwam pewne rzeczy, jakby towarzyszyły mi od urodzenia: dźwięczą mi w uszach w nocnej ciszy i przelatują przed oczami w ciemnościach. Kobieca więź mogłaby wiele dokonać, gdybyśmy wszystkie splotły ręce i wzniosły nasze głosy ponad bestialski zgiełk świata, który zagłusza błaganie o łaskę i sprawiedliwość, wołania cierpiących. Połączmy siły, a dźwięk płynący z naszych ust stanie się głosem światowego pokoju! W tym celu musimy sobie zaufać, bo nasza dobroć i szczerość to klucze do sukcesu. Pamiętajmy, że świat należy też do nas – chociaż niewiele miałyśmy do powiedzenia – i jeszcze nie jest przesądzone, czy będzie padołem łez, czy przybytkiem miłości!

 

Tymi słowy zakończyła orację, po której nie opadła bez sił na krzesło i nie dała po sobie poznać znużenia. Odwróciła się powoli w stronę matki, uśmiechając się przez ramię do widowni, jakby siedziała tam jedna osoba, nie zarumieniła się przy tym ani nie łapała z trudem oddechu. Występ niewątpliwie przyszedł jej łatwo, co zakrawało na bezczelność, gdyż pozostali wyglądali jak rażeni piorunem. Ransom parsknął śmiechem, który stanął mu w gardle, tak groteskowa wydała mu się wizja dziewiczej postaci snującej wykład o „miłości” na użytek osób w wieku zaawansowanym. Był to najbardziej uroczy akcent spektaklu i niezbity dowód jej niewinności. Odniosła spektakularny sukces, i pani Tarrant, która wzięła ją w ramiona i ucałowała, musiała wyczuć, że publiczność nie jest zawiedziona. Przeciwnie, sprawiała wrażenie zauroczonej, i zewsząd płynęły pełne podziwu pomruki i owacje. Selah Tarrant ostentacyjnie podjął rozmowę z sąsiadami, z wolna kręcąc młynka długimi kciukami i popatrując na sufit, niby obojętny wobec geniuszu córki, który miał wszak bezosobowy charakter. Panna Birdseye obrzuciła gości zamglonym wzrokiem; jej policzki lśniły od łez. Młody Pardon zauważył, że pewne osoby zapłaciłyby fortunę, gdyby panna Verena uświetniła ich zebrania. I dodał ciszej: „Ta dziewczyna to istny skarb. Zobaczycie, że będzie rozchwytywana!”. Co do Basila, nie podzielił się z nikim wrażeniami, zastanawiając się tylko, czy nie poprosić panny Birdseye o przedstawienie mu bohaterki wieczoru. Oczywiście nie natychmiast, gdyż był nie tylko dumny, ale i nieśmiały, toteż znał swoje miejsce w szeregu. Czuł, że jest obcy w tym domu, więc ustąpił pierwszeństwa innym, którzy cisnęli się z gratulacjami milszymi pannie Tarrant niż jakiekolwiek słowa z jego strony. Incydent jakby tchnął życie w publiczność i ożywienie w postaci wzmożonego szmeru rozmów popłynęło w rozgrzanym powietrzu. Ludzie zaczęli się przemieszczać i Verena Tarrant wkrótce znikła Ransomowi z oczu w zwartych szeregach nowych przyjaciół. „Nie wiedziałam, że można to ująć w taki sposób!”, usłyszał Ransom okrzyk jednej z dam, na co zabrzmiała odpowiedź drugiej, iż dziwi się, że nie wpadła na to jeszcze żadna z przywódczyń. „Cóż, to prawdziwy dar, bez dwóch zdań” i „Jakkolwiek to nazwać, miło się słucha” – takie pochwały padły z ust dwóch zamyślonych dżentelmenów. Mówiono, że jeszcze kilka takich jak ona, a sprawa wkrótce się rozwiąże; inni zachwalali jej styl, tak nietypowy, że ze świecą szukać podobnego. Bo nietypowa była sama panna Tarrant, i w tym tkwiła tajemnica jej sukcesu.

ROZDZIAŁ 9

Ransom raz jeszcze podszedł do pani Farrinder, która siedziała na sofie obok Olive Chancellor; kiedy zwróciła ku niemu twarz, zobaczył, że podziela ogólną euforię. Z jej bystrych oczu bił blask, rumieniec okrasił dostojny policzek, i chyba zmieniła zdanie w kwestii swojego stanowiska. Olive Chancellor tkwiła bez ruchu ze wzrokiem utkwionym w podłodze, a jej twarz stężała w wyrazie nerwowego osłupienia; nie dała po sobie poznać, że zauważyła nadejście kuzyna. Powiedział coś do pani Farrinder, coś, co nie oddawało jego podziwu dla Vereny, na co dama odrzekła z godnością, iż nic dziwnego, że dziewczyna mówi tak dobrze – przemawia bowiem w szczytnym celu. „Ma dużo wdzięku i jest bardzo elokwentna; według jej ojca to wrodzony dar”. Ransom spostrzegł, że prawdziwego zdania pani Farrinder nie będzie mu dane poznać, a jej wykręty utwierdziły go w przekonaniu, że jest kobietą obdarzoną wielkim sprytem. Nie powinno go obchodzić, czy uważa Verenę za papugę, czy objawienie, ale nie ulegało wątpliwości, że dostrzega jej wartość dla sprawy. Ransom stanął jak ogłuszony, przerażony wizją, że dama weźmie ją pod swoje skrzydła i wyciśnie jak cytrynę. Zaraz jednak odsunął tę myśl i machinalnie zwrócił się do kuzynki z pytaniem, czy podobała jej się panna Verena. Nie otrzymał odpowiedzi; Olive nadal siedziała z odwróconą głową, ze wzrokiem wbitym w dywan. Pani Farrinder zerknęła na nią z ukosa i pogodnie rzekła do Ransoma:

– Chwali pan wdzięki południowych dam, ale musiał pan przyjechać aż na Północ, aby zobaczyć gazelę. Panna Tarrant to duma Nowej Anglii – najlepsza z najlepszych!

– Wdzięk bostońskich dam istotnie jest niezrównany – przytaknął Ransom i popatrzył z uśmiechem na kuzynkę.

– Zrobiła na niej ogromne wrażenie – wyjaśniła pani Farrinder, zniżając głos, gdyż Olive jakby straciła słuch.

Podeszła panna Birdseye z pytaniem, czy pani Farrinder zechciałaby podziękować w imieniu zebranych za iskrę, którą wznieciła w nich panna Tarrant. Pani Farrinder odrzekła, że tak, teraz przemówi z rozkoszą, ale najpierw pragnie napić się wody. Panna Birdseye odpowiedziała, że woda zostanie dostarczona: poprosiła o nią jedną z dam i pan Pardon zaoferował się ją przynieść. Basil skorzystał z okazji i zapytał pannę Birdseye, czy sprawi mu ten zaszczyt i przedstawi go pannie Verenie.

– Pani Farrinder podziękuje jej w imieniu gości – dodał żartobliwie. – Ale nie w moim.

Panna Birdseye chętnie na to przystała i wyraziła wielkie zadowolenie, że mu się podobało. I już miała poprowadzić go do panny Tarrant, kiedy Olive Chancellor gwałtownie zerwała się z miejsca i położyła jej dłoń na ramieniu. Wyjaśniła, że musi wyjść, że źle się czuje i że powóz czeka na nią przed domem; miała też nadzieję, jeśli nie sprawi tym kłopotu, że panna Birdseye odprowadzi ją do drzwi.

– Hm, widzę, że pani także jest pod wrażeniem. – Panna Birdseye spojrzała na nią filozoficznie. – Zdaje się, że nikogo to nie ominęło.

Ransom nie krył zawodu. Widział, że zmuszają go do wyjścia, i wykrzyknął, niewiele myśląc, byle tylko zatrzymać kuzynkę:

– Ach, panno Olive, ominie panią wykład pani Farrinder!

Panna Olive zwróciła ku niemu twarz, której wyrazu nie zrozumiał. Była śmiertelnie poważna, oczy miała wytrzeszczone, a na policzkach czerwone plamy, jakby chciała odpowiedzieć mu w ostrych słowach. Oniemiały odwzajemnił spojrzenie i znowu przyszło mu na myśl, czym też jeszcze zaskoczy go tajemnicza kuzynka. Czy jest pod wrażeniem? No chyba! Pani Farrinder jak zawsze stanęła na wysokości zadania i idąc w sukurs jemu lub pannie Olive, wyraziła nadzieję, że panna Chancellor nie zostanie – za bardzo wszystko przeżywa.

– Jeśli pani zostanie, nie przemówię – powiedziała. – Zbytnio to panią zdenerwuje. – I podjęła czule jak na osobę o inteligencji tej miary: – Kiedy kobiety czują to co pani, czyż wszystko nie ułoży się po naszej myśli?

– Ułoży, ułoży – mruknęła panna Birdseye.

– Ale proszę pamiętać o Beacon Street – uzupełniła pani Farrinder. – Musi pani wykorzystać swoją pozycję… musi pani obudzić Back Bay!

– Mam dosyć Back Bay! – odrzekła z zawziętością Olive, po czym ruszyła do drzwi z panną Birdseye, z nikim się nie pożegnawszy. Nie panowała nad sobą ze wzburzenia i Ransomowi nie pozostawało nic innego, jak ruszyć za nią. Ale w drzwiach obie panie nagle się zatrzymały, gdyż Olive przystanęła z wahaniem. Rozejrzawszy się po pokoju, wypatrzyła Verenę, która siedziała z matką, otoczona wianuszkiem wielbicieli. Olive zadarła głowę i z nagłym postanowieniem ruszyła w jej stronę. Ransom, węsząc okazję, pospieszył za nią. Grupka reformatorek utkwiła wzrok w pannie Chancellor: ich twarze wyrażały podejrzliwość co do jej rangi społecznej oraz pewien namysł, czy nie należałoby przypadkiem okazać jej specjalnych względów. Verena Tarrant wyczuła na sobie spojrzenie damy i wstała, żeby ją powitać. Ransom dostrzegł jednak, lub tak mu się zdawało, że status panny Chancellor budzi jej obojętność. Ale rozjaśniła się w uśmiechu, spoglądając raz na nią, raz na niego, ponieważ lubiła się uśmiechać i dogadzać ludziom – a może była świetną aktorką i tak została wytresowana? Ujęła dłoń, którą podała jej Olive, a pozostali spoglądali na tę scenę z powagą.

– Nie zna mnie pani, lecz ja chciałabym poznać panią – oznajmiła Olive. – Pragnę pani podziękować. Czy odwiedziłaby mnie pani?

– Z wielką chęcią, a gdzie pani mieszka? – odrzekła Verena tonem dziewczyny, dla której każde zaproszenie to gratka (wiele ich nie otrzymywała).

Panna Chancellor podała jej adres. Podeszła do nich pani Tarrant.

– Słyszałam o pani, panno Chancellor. Zdaje się, że ojciec pani znał mego ojca, pana Greenstreeta. Verena z przyjemnością panią odwiedzi. I chętnie ugościłybyśmy panią u nas.

Basil Ransom chciał tymczasem powiedzieć coś do córki, która stała tuż obok, ale nic odpowiedniego nie przychodziło mu do głowy, powiedzonka z Missisipi zaś zdawały się protekcjonalne i nieporadne. Poza tym nie chciał przyklasnąć temu, co mówiła, a tylko okazać zachwyt jej osobą, toteż zaznaczenie owej różnicy sprawiało mu pewną trudność. Dlatego uśmiechał się bez słowa, a ona odpowiedziała mu tym samym – i był to uśmiech przeznaczony wyłącznie dla niego.

– Gdzie mieszkacie? – zapytała Olive, i pani Tarrant odpowiedziała, że w Cambridge i że tramwaj przejeżdża tuż pod ich domem. Na pytanie Olive: „Czy przyjdzie pani niedługo?”, Verena odpowiedziała, że oczywiście, przyjdzie niebawem, i sumiennie powtórzyła numer domu przy Charles Street na dowód, że zanotowała go w pamięci. Ransom pojął, że odwiedziłaby każdego, kto by ją zaprosił, i przez chwilę pożałował, że nie jest bostońską damą, której wypadałoby wystosować zaproszenie. Olive Chancellor przytrzymała dłużej jej dłoń i popatrzyła na pożegnanie w oczy, po czym ze słowami: „Chodźmy, panie Ransom”, skierowała się w stronę drzwi. W korytarzu spotkali pana Pardona, który nadciągał z kubkiem i dzbankiem wody. Dorożka panny Chancellor już czekała i gdy Basil pomógł kuzynce wejść do środka, ta oznajmiła, że nie będzie go dłużej kłopotać – jego hotel nie znajdował się w pobliżu Charles Street. I tak nie miałby ochoty z nią jechać – chciało mu się palić – ale chłód kuzynki go zaintrygował, więc po jej odjeździe zadał sobie pytanie, po jakie licho zmusiła go do wyjścia. Doprawdy dziwna z niej istota. Stał chwilę, wpatrzony w światła okien panny Birdseye, i rozważył myśl, czy nie wrócić do środka i porozmawiać z dziewczyną. Ale zadowolił się wspomnieniem jej uśmiechu i odszedł z ulgą, że – mimo wszystko – uciekł przed tak osobliwą zgrają, oraz (w odwrotnej kolejności) z dosyć przyziemnym poczuciem, iż strasznie zaschło mu w gardle.