Bostończycy

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ 6

– Dziękuję – powiedziała panna Birdseye. – Nie chciałabym jej zgubić, to prezent od Mirandoli! – Był to jeden z jej dawnych uchodźców; niektórzy spośród znajomych żywili pewne podejrzenia co do sposobu, w jaki wszedł w posiadanie błyskotki.

Przywitawszy się z państwem Tarrant, ruszyła w stronę wysokiego, ciemnowłosego młodzieńca, którego przyprowadziła panna Chancellor. Jej uwagę zwróciła jego posępna postać, oparta o ścianę przy drzwiach; sterczał tam samotnie, jakby nieświadomy cennych możliwości, które zdaniem panny Birdseye wabiły ludzi do Bostonu. Nie przyszło jej do głowy zapytać, dlaczego nie rozmawia z nim panna Chancellor, z którą przyszedł; panna Birdseye nie zniżała się do refleksji tego rodzaju. Tak się składało, że Olive była dotkliwie świadoma jego alienacji – do chwili, gdy słowa pani Farrinder nie oderwały jej od rzeczywistości. Obserwowała go z drugiego końca pokoju przeświadczona, że jest znudzony – ale cóż ją to obchodziło: wszak go ostrzegała. Zresztą czekał tylko jak pozostali, że przed wyjściem przedstawi go pani Farrinder. Może najpierw uprzedzi ją co do jego osoby, w końcu nie wszyscy życzą sobie znajomości z konfederatą. Przyszło jej do głowy, iż nawiązanie kontaktu z dalekim krewnym sięga znacznie głębiej, niż podejrzewała. Wciąż czuła zmieszanie, które wzbudził w niej w dorożce, zelżało tylko nieco w obecności innych, zwłaszcza pani Farrinder, będącej niewyczerpanym źródłem siły. Tak czy inaczej, jeżeli się nudził, mógł z kimś nawiązać rozmowę; otaczała go sama śmietanka, reformatorów, ale zawsze. Mógł pomówić z tą ładną dziewczyną z rudymi włosami, która właśnie przyszła – południowcy są ponoć nader rycerscy!

Panna Birdseye nie poświęciła temu uwagi i nie przedstawiła go Verenie Tarrant, którą rodzice prezentowali właśnie grupie znajomych na drugim końcu pomieszczenia. W związku z tym przypomniało się pannie Birdseye, że istotnie Vereny nie było długi czas – blisko rok bawiła na Zachodzie u przyjaciół, toteż większość bostońskiego kręgu jej nie znała. Doktor Prance patrzyła na pannę Birdseye świdrującymi oczkami i zacna staruszka zatroskała się, czy lekarka przypadkiem nie jest zła, że ją przywołano. Wychodziła z założenia, że geniusz idzie w parze z krewkim usposobieniem, co sprawdzało się w przypadku doktor Prance. Chciała jej powiedzieć, aby sobie poszła, jeśli chce, ale nawet w nieskomplikowanym umyśle panny Birdseye nie były to słowa, które wypadało skierować do gościa. Próbowała ożywić południowca; zapewniła go, że niebawem spotkanie nabierze tempa – pani Farrinder umie być frapująca, kiedy się postara! Następnie wpadła na pomysł, by przedstawić go doktor Prance, pod pretekstem, że po to właśnie ją wezwała. Chwila oderwania od pracy dobrze jej zrobi, harowała bowiem do późnej nocy, panna Birdseye zaś, która cierpiała na bezsenność (Mary Prance chciała nawet ją na to leczyć), słyszała nad ranem przez uchylone okno (ceniła sobie świeże powietrze), jak ostrzy narzędzia (zdaje się, że coś kroiła) w małym laboratorium, które urządziła na tyłach domu. Gdyby nie była lekarką, pewnie zasługiwałoby na miano „groty czarnoksięskiej” – a może nawet nią było, kto wie? Przedstawiła sobie młodych, może nieco nieskładnie, a następnie ruszyła ponaglić panią Farrinder.

Basil Ransom zdążył zwrócić uwagę na doktor Prance: wbrew pozorom wcale mu się nie nudziło i bacznie obserwował zebranych, dochodząc do całkiem pomysłowych wniosków. Małą lekarkę postrzegał jako typową „Jankeskę ” – twór (w nieskażonej wyobraźni dzieci z „bawełnianych stanów”) systemu szkolnictwa Nowej Anglii, kodeksu purytańskiego i bezlitosnego klimatu. Oschła, harda i kanciasta, rzeczowa i pozbawiona wdzięku, nie prosiła o fory w wyścigu przez życie i nie miała dla nikogo litości. Ale Ransom dostrzegł, że nie jest „entuzjastką”, co po konfrontacji z entuzjazmem kuzynki sprawiło, że odetchnął z ulgą. Wyglądała jak chłopiec, i to dość krnąbrny. Nie ulegało wątpliwości, że gdyby nim była, „urywałaby” się ze szkoły, prowadziła eksperymenty z mechaniki i badania z przyrody. Gdyby była chłopcem, znamionowałoby ją pewne podobieństwo do dziewczyny, tymczasem doktor Prance była go do cna pozbawiona. Innymi słowy, nie licząc bystrych oczu, brzydka była jak noc. Ransom zapytał ją, czy zna lwicę, a gdy zdziwiona spojrzała na niego w milczeniu, wyjaśnił, że ma na myśli słynną panią Farrinder.

– Nie powiedziałabym, że znam, ale słyszałam ją na mównicy. Kosztowało mnie to pół dolara – dodała z pewnym przekąsem.

– I co, przekonała panią? – spytał Ransom.

– Do czego, łaskawco?

– Że kobiety dzierżą palmę pierwszeństwa nad mężczyznami.

– Och, doprawdy! – odrzekła z westchnieniem zniecierpliwienia. – Śmiem twierdzić, że ja lepiej znam się na kobietach.

– I mam nadzieję, że jest pani innego zdania – uzupełnił Ransom ze śmiechem.

– Mężczyźni i kobiety są dla mnie tacy sami – oświadczyła doktor Prance. – Nie widzę między nimi różnicy. Jedni i drudzy nadają się do poprawki i daleko im do ideału. – Na pytanie Ransoma, na czym według niej polega ów ideał, odpowiedziała: – Powinni lepiej żyć, tak właśnie sądzę. – I dodała, że wszyscy za dużo mielą ozorem.

Ransom od dawna myślał podobnie, co nastroiło go przychylnie do jej osoby, czemu dał wyraz w sposób, który wyniósł z domu, a mianowicie szczodrym komplementem, ku jej widocznej podejrzliwości. Zaraz się zreflektował: jeszcze o zgrozo pomyśli, że sam nie potrafi utrzymać języka na wodzy, w przeciwieństwie do niej. Pospiesznie zmienił temat i wyraził przypuszczenie, że pani Farrinder da wykład – dziwił się, że jeszcze nie zaczęła.

– Tak – odparła doktor Prance tonem dość oschłym. – Zdaje się, że po to panna Birdseye mnie zawołała. Uznała pewnie, że nie zechcę, aby mnie ominął.

– Podczas gdy, jak mniemam, była pani skłonna go sobie darować – podsunął Ransom.

– Cóż, mam zajęcie. Nikt nie będzie mnie uczył, do czego jest zdolna kobieta – oznajmiła doktor Prance. – I tak raczej nie wie wszystkiego. Poza tym znam metody pani Farrinder, przejrzałam ją na wylot.

– W takim razie dlaczego jeszcze nie zabrała głosu?

– Rzecz sprowadza się tylko do tego, że kobiety chcą się lepiej bawić. Sama to wiem, bez jej wykładu.

– I nie pochwala pani tych aspiracji?

– Nie wiem, bo jestem tradycjonalistką – odrzekła. – Zresztą obejdą się bez mojej aprobaty. Normalnym jest, że chcą się lepiej bawić, mężczyźni tak samo. Ale żeby dążyć ku temu drogą poświęceń… Wątpię w słuszność takich zamysłów!

Nie bawiła się w subtelności i nie dbała o szczytne cele, czym bardzo zaciekawiła Ransoma, który – zachodzi obawa – miał w sobie pokłady cynizmu. Zapytał, czy zna jego kuzynkę, pannę Chancellor, która stała obok pani Farrinder. Dodał, że ona dla odmiany wierzy w lepsze czasy (wróży ich rychłe nadejście), wprost kipi entuzjazmem i nie stroni od poświęceń.

Doktor Prance lustrowała ją przez chwilę z daleka, po czym rzekła, że nie miały sposobności, ale zna jej podobne – składa im domowe wizyty.

– Dostała wykład na własny użytek – zauważył Ransom, na co doktor Prance odpowiedziała: „Ręczę, że nie za darmo!”. Chyba żałowała wydanego pół dolara i ubolewała nad zachowaniem własnej płci. Ransom odczuł to tak wyraźnie, że taktownie odstąpił od kwestii kobiet i dla odmiany spróbował wyciągnąć od rozmówczyni informacje o obecnych panach. Na próżno dał jej szansę samodzielnego wybrania tematu: nie interesowało jej nic prócz badań, od których ją oderwano, i unikała pytań natury osobistej. Znała dwóch albo trzech dżentelmenów, widywała ich u panny Birdseye. Naturalnie znała głównie panie: jeszcze nie nadszedł czas, aby mężczyzna wzywał kobietę lekarza, i miała nadzieję, że nie nadejdzie nigdy, choć niektórzy zdawali się uważać, że ku temu właśnie dążą przedstawicielki owej profesji. Znała pana Pardona, to ten młodzieniec o siwych włosach, z bokobrodami; był kimś w rodzaju redaktora i pisał pod własnym nazwiskiem – może Basil czytał coś jego autorstwa; pomimo siwych włosów nie miał jeszcze trzydziestu lat. W prasowych kręgach bardzo go poważano. Uważała, że jest nad podziw mądry – sama jednak nie czytała nic pana Pardona. W ogóle rzadko czytała dla przyjemności, jedynie „Transcript”. Coś jej się zdawało, że pan Pardon pisywał dla „Transcriptu” – cóż, chyba faktycznie głowę miał nie od parady. Drugim, którego znała – a zarazem nie znała (przypuszczała, że Basil uzna to za osobliwość) – był wysoki, blady dżentelmenem z czarnymi włosami i monoklem. Poznała go w towarzystwie, ale go nie znała – bo nie miała na to ochoty. Jeżeli podejdzie i ją zaczepi – a na to się zanosiło – potraktuje go z wyniosłym chłodem. Trudno, jeśli uzna ją za nazbyt powściągliwą; jemu także przydałoby się więcej rezerwy. Co to za jeden? Och, myślała, że już o tym wspomniała: był mesmerystą, miał na swoim koncie cudowne uzdrowienia. Nie wierzyła w jego metodę, w zasadzie była jej obojętna, wiedziała tylko (wzywana do pań, które „kurował”), że czas, który mu poświęciły, okazywał się stracony. Rozmawiał z nimi, no cóż, jakby nie wiedział, co mówi. Domyślała się, że jest na bakier z fizjologią, i uważała, że nie powinien leczyć kogokolwiek. Nie chce bynajmniej wyjść na zacofaną, ale człowiek winien znać się na tym, za co bierze odpowiedzialność. Pewnie Basil uzna, że ona się wywyższa, lecz pozwoli sobie zauważyć, że sam ją spytał o zdanie. Grunt, aby znachor nie dostał w ręce nikogo z jej pacjentów, wszystko bowiem odbywało się za pomocą rąk, z chwilą gdy przestawał mielić językiem! Basil dostrzegł jej wzburzenie i dotarło do niego, że nieczęsto musi dawać upust takiej niechęci wobec bliźniego, zwłaszcza w kręgach, gdzie sporadyczny przejaw ostrej krytyki napotykał raczej mur dezaprobaty i milczenia. Ale w duchu zatarł ręce, gdyż wiele mógł się z tego dowiedzieć, toteż idąc za ciosem, spytał ją o rudowłosą pannę – ślicznotkę, którą zauważył nie dalej jak przed dziesięcioma minutami. To panna Tarrant, córka znachora; czy nie wspomniała jego nazwiska? Selah Tarrant, w razie gdyby Basil chciał po niego posłać. Doktor Prance jej nie znała, wiedziała tylko, że to jedynaczka mesmerysty, słyszała też co nieco o jej talencie – nie pamiętała, na czym polegał. Ach, jako córka takiego ojca na pewno miała jakiś talent – choćby tylko gadane… pan raczy wybaczyć, wybujałą elokwencję. Może potrafiła umrzeć i zmartwychwstać, może zademonstruje im ów dar, skoro nikt nie kwapi się kiwnąć palcem. Owszem, wygląda na ładną, zdradza jednak pewne objawy anemii, doktor Prance nie zdziwiłaby się też, gdyby jadła za dużo słodyczy. Basil uznał ją za wyjątkowo powabną; była to jego osobista refleksja, wzmocniona jeszcze faktem, że oto miał przed sobą najładniejszą dziewczynę, jaką widział od przybycia do miasta. Rozmawiała z jakimiś paniami, w ręku zaś trzymała duży, czerwony wachlarz, którym wachlowała się bezustannie. Siedziała jak na szpilkach, wierciła się w czasie rozmowy i roztaczała aurę osoby, która bez względu na wykonywaną czynność zawsze wolałaby robić coś innego. Odwzajemniała zwrócone na nią spojrzenia i parokrotnie napotkała wzrok Basila Ransoma. Ale oczami błądziła głównie za panią Farrinder i skupiała się na jej stoickiej osobie. Było widoczne, że dziewczyna podziwia ją ogromnie, a jej bliskość stanowi dla niej zaszczyt. Sprawiała wrażenie podekscytowanej towarzystwem, w którym się znalazła, co musiało wynikać z jej niedawnego pobytu na Zachodzie, o którym wspomnieliśmy, i stanowiło ucieczkę z intelektualnej próżni. Ransom w głębi serca żałował, że los przeznaczył mu kuzynkę tak dalece odmienną od niej.

 

Zapanowało lekkie poruszenie; kilka pań, zniecierpliwionych opóźnieniem, wstało z miejsc i osobiście zwróciło się do pani Farrinder, którą otoczył wianuszek protestujących. Panna Birdseye dała za wygraną, wymuszając (o ile mogła „wymusić” cokolwiek) jedynie deklarację, że przemówi tylko do częściowo niechętnej widowni, w pokoju zaś panowała atmosfera powszechnej aprobaty.

– Nie trzeba mi aprobaty – powiedziała z uśmiechem do Olive. – Jestem w swoim żywiole i staję na wysokości zadania jedynie w obliczu uprzedzeń, fanatyzmu i niesprawiedliwości oraz konserwatyzmu, zgromadzonych w szyku naprzeciw mnie na podobieństwo wojska. Wtedy czuję się tak, jak musiał czuć się Napoleon Bonaparte w przededniu wielkiego zwycięstwa. Wrogie elementy są mi niezbędne, lubię przeciągać je na swoją stronę.

Olive pomyślała o Basilu Ransomie; nie była pewna, czy zasługuje na miano wrogiego elementu. Wspomniała o nim pani Farrinder, która wyraziła żarliwą nadzieję, że jeśli młodzieniec sprzeciwia się zasadom jakże drogim im wszystkim, chciałaby wysłuchać jego argumentów.

– Chętnie mu odpowiem – uzupełniła słodko pani Farrinder. – Z wielką ochotą wymienię z nim poglądy.

Olive przeraziła wizja publicznej dysputy dwóch tak temperamentnych osób (czuła, że Ransom byłby bardzo zacięty), ale nie dlatego, że wątpiła w słuszność własnych ideałów, tylko nade wszystko obawiała się kompromitacji, kuzyn bowiem trafił tu za jej wstawiennictwem. Panna Birdseye nie była zdolna do urazy: zaprosiła czterdzieści osób, aby wysłuchały pani Farrinder, która jak na złość odmówiła wykładu. Ale jaki miała ku temu piękny powód! Jej pretekst krył w sobie coś męczeńskiego i heroicznego, a poza tym był tak oczywisty, że panna Birdseye nie oponowała, tylko odeszła, tocząc zamglonym wzrokiem po gościach, jakby ich nie rozpoznawała, i prezentując powód ich rozczarowania w nadziei na zrozumienie.

– Przecież nie będziemy udawać, że stoimy po przeciwnej stronie barykady, aby ją zachęcić, prawda? – zapytała pana Tarranta, który siedział obok żony w aurze dalekiego od samozadowolenia, ale świadomego odosobnienia od reszty.

– Trudno mi oceniać, lecz mniemam, że poglądy mamy wszyscy dość sprecyzowane – odpowiedział i rozejrzał się po zebranych, rozciągając wargi w szerokim, znaczącym uśmiechu, który wyrył mu po bokach ust zmarszczki długie jak skrzydła nietoperza i ujawnił dwa równe rzędy dużych, żeby nie powiedzieć, drapieżnych zębów.

– Selah – wtrąciła pani Tarrant, kładąc dłoń na rękawie jego prochowca. – Zastanawiam się, czy panna Birdseye zechciałaby posłuchać Vereny.

– Jeśli śpiewa, szkoda, że nie mam fortepianu – wyraziła ubolewanie panna Birdseye. Przypomniała sobie, że dziewczyna posiada jakiś talent.

– Nie potrzebuje fortepianu, nie potrzebuje niczego – zauważył Selah, ignorując małżonkę. Wyznawał w życiu zasadę, że sam przejmuje inicjatywę i nie daje się zaskoczyć.

– Hm, nie wiedziałam, że śpiewanie jest tak popularne – odrzekła panna Birdseye.

– Widzi pani, nie chodzi o śpiewanie – oznajmiła pani Tarrant.

– A o co zatem?

Pan Tarrant zaprezentował zmarszczki i odsłonił zęby trzonowe.

– O inspirację.

Panna Birdseye cicho się zaśmiała.

– Cóż, skoro jest pan skłonny ją zapewnić…

– Myślę, że się nada – zapewniła pani Tarrant, po czym poufałym gestem przysunęła bliżej pannę Birdseye i poczęła wraz z mężem wyłuszczać jej sprawę.

Tymczasem Basil Ransom wyznał doktor Prance, że jest rozczarowany. Liczył na porządek spotkania, chciał poznać nowe prawdy. Pani Farrinder, powiedział, milczała jak zaklęta, on zaś miał nadzieję nie tylko zobaczyć autorytety, ale i wysłuchać ich zdania.

– Ja tam nie jestem rozczarowana – oznajmiła kategorycznie lekarka. – Gdyby rozpoczęto dyskusję, pewnie musiałabym zostać.

– Chyba nie chce pani już nas opuścić…

– Cóż, dla mnie liczy się przede wszystkim praca. Nie chcę, by panowie lekarze mnie wyprzedzili.

– Ależ nie ma takiego zagrożenia, jestem co do tego przekonany. Oho, ślicznotka podchodzi do pani Farrinder. Będzie błagać o wykład, temu pani Farrinder się nie oprze.

– Wymknę się zatem, nim zacznie. Dobranoc panu – rzekła doktor Prance. Wydała się Ransomowi bardziej niż zrazu oswojona, niczym leśne stworzenie, które da się pogłaskać, a nawet poda łapę na powitanie. Działała na rzecz zdrowia i dbała o siebie samą; gdyby Olive była do niej podobna, Basil czułby się wybrańcem losu.

– Dobranoc, pani doktor – powiedział. – W końcu nie poznałem pani zdania w kwestii zdolności niewiast.

– Zdolności do czego? – zapytała doktor Prance. – Jedyne, co potrafią, to marnować cudzy czas. Wiem tylko, że nikt nie będzie mi mówił, do czego zdolna jest kobieta! – Z tymi słowy odeszła lekkim krokiem, jakby lawirowała po szpitalnym oddziale, i niebawem dotarła do drzwi, które po przybyciu ostatnich gości pozostały otwarte. Na chwilę stanęła w progu i potoczyła wzrokiem po zebranych, jakby omiatała ich snopem blasku morskiej latarni. Po chwili zniknęła. Ransom widział, że kwestia emancypacji budzi zniecierpliwienie pani doktor; nie lubiła, kiedy jej przypominano, że jest kobietą, nawet dla dobra jej własnych praw – sama zapominała o tym często, mając do dyspozycji tyle praw, na ile starczało jej czasu. I cokolwiek da się wskórać dla mas, mała rewolucja doktor Prance zakończyła się sukcesem na całej linii.

ROZDZIAŁ 7

Zaraz po jej wyjściu podeszła do niego Olive Chancellor, z której oczu wyczytał, co następuje: „Nieważne, że pan przyszedł ze mną – nic mnie to nie obchodzi!”. Ale grzecznie zapytała kuzyna, czy zechce zostać przedstawionym pani Farrinder. Ransom przystał na propozycję z południową galanterią i po chwili dama podniosła się z kręgu osób, które ją obległy. Miała tym samym okazję do potwierdzenia opinii osoby dobrze wychowanej i należy bezstronnie przyznać, że Ransom był pod wrażeniem jej elokwencji i klasy, jakich nie powstydziłaby się córa – najbardziej wyrafinowana, dodajmy – jego rodzinnych stron. Zupełnie jakby wiedziała, że nie pali się do postulowanych przez nią zmian, i zamierzała pokazać jemu, południowcowi, który dostał za swoje, bezmiar kobiecej wielkoduszności. Świadomość jego utajonej herezji zdawała się też wypisana na twarzach pozostałych pań, których ostrożne spojrzenia (bo nie został oficjalnie przedstawiony) zdradzały raczej litość niż zgorszenie. Był świadomy ich niemłodych oczu i ściśniętych kapeluszami klapniętych loków, głów wychylonych naprzód jakby w oczekiwaniu oraz tego, iż żadna z nich nie grzeszy bystrością umysłu – a przynajmniej żadna prócz wspomnianej dziewczyny o płomiennych włosach, która stała na obrzeżach zgromadzenia. Ponownie napotkał jej wzrok, ona też go obserwowała. Przeszło mu przez myśl, że pani Farrinder, nastawiona przez Olive, zechce go sprowokować, i nie wiedział, czy zdoła owemu wyzwaniu sprostać (czuł się nader skrępowany). Jeśli poruszy kwestię abstynencji, gotów był ją podjąć, ponieważ doprowadzała go do szału. Sam lubił się napić i nie życzył sobie, aby jazgotliwe baby (przytaczam tylko jego zdanie) decydowały o prawie mężczyzny do kieliszka, zwiastowałoby to bowiem schyłek cywilizacji. Ale pani Farrinder nie musiała udowadniać mu swej wyższości i spytała, czy zechciałby się z nimi podzielić spostrzeżeniami o społecznej i politycznej sytuacji swoich stron rodzinnych. Wymówił się uprzejmie i dał wyraz wdzięczności za taki honor, po czym uśmiechnął się w duchu na myśl o swym improwizowanym wykładzie. Uśmiechnął się nawet, wyczytawszy w oczach Olive: „Patrzcie, jaki z niego chojrak!”. Rozmawiać z nimi o Południu? Gdybyż mieli pojęcie, ile sprawiłoby mu to przykrości! Kochał swoje strony bezgranicznie i czuł z nimi więź, którą splamiłyby zwierzenia na użytek tej bandy jankeskich fanatyków, jak gdyby odczytał publicznie list od matki lub kochanki. Milczeć o południowej ziemi, nie tykać jej brudnymi rękami, pozostawić w spokoju jej rany i wspomnienia i nie kupczyć jej zgryzotą i nadzieją, tylko czekać, jak na mężczyznę przystało, na zbawienny wpływ czasu – tylko na tym mu zależało, toteż nie mógł zadośćuczynić oczekiwaniom audytorium.

– Bardzo niewiele wiemy o kobietach Południa, są pozbawione głosu – zauważyła pani Farrinder. – Czy możemy na nie liczyć? Czy nas poprą? Odradzano mi wykłady w południowych stanach.

– Wiele przez to straciliśmy, łaskawa pani – odparł z galanterią Ransom.

– Ubiegłej wiosny w St. Louis ja miałam wielu słuchaczy – zadźwięczał młody głos ponad głowami zebranych, a kiedy wszyscy, łącznie z Basilem, zwrócili się tam, skąd pochodził, okazał się należeć do rudowłosej dziewczyny. Poczerwieniała lekko, zakłopotana tym wyznaniem, i uśmiechnęła się do zgromadzonych.

Pani Farrinder zwróciła się ku niej łaskawie, mimo zdumienia.

– Och, doprawdy, a jakiż jest twój temat, młoda damo?

– Dzieje, obecna sytuacja i przyszłość naszej płci.

– St. Louis trudno nazwać Południem – wtrąciła jedna z pań.

– Jestem pewien, że młoda dama odniosłaby również sukces w Charlestonie i Nowym Orleanie – oznajmił Basil Ransom.

– Chcieliśmy jechać dalej – zapewniła dziewczyna. – Nie mam tam jednakże żadnych przyjaciół. A w St. Louis owszem.

– Nigdzie nie powinno ich pani brakować – rzekła wielkodusznie pani Farrinder. – A o lojalności St. Louis słyszałam.

– Pani pozwoli, że przedstawię pannę Tarrant. Nie mogła się doczekać spotkania. – Słowa padły z ust siwowłosego młodzieńca, którego doktor Prance określiła jako uznanego dziennikarza. On także trzymał się dotąd na uboczu, ale teraz podszedł bliżej (kilka pań zrobiło mu przejście), prowadząc córkę mesmerysty.

Dziewczyna śmiała się i zarumieniła na bladoróżowy kolor. Pani Farrinder wskazała jej miejsce na sofie, zwolnione przez Olive Chancellor.

– Od dawna marzyłam o tej chwili, bardzo panią podziwiam i liczę, że wysłuchamy dziś jej wykładu. Cudownie panią widzieć, pani Farrinder – paplała nieskładnie, a wszyscy z ciekawością śledzili rozwój sytuacji. – Oczywiście nie zna mnie pani, jestem tylko dziewczyną, która pragnie podziękować za wszystko, co pani dla nas zrobiła. Zabrała pani głos w imieniu nas, dziewcząt, a także… a także… – Z wahaniem potoczyła wzrokiem po pokoju i raz jeszcze napotkała spojrzenie Basila Ransoma.

– A także kobiet dojrzałych – uzupełniła wspaniałomyślnie pani Farrinder. – Wygląda na to, że świetnie pani sobie radzi sama.

– Mówi nader pięknie… sami się przekonajcie – wtrącił znowu młodzieniec, który ją przedstawił. – To nowy styl, bardzo oryginalny – dodał. Stał z założonymi rękami i patrzył z zadowoleniem na damy; wspomniawszy słowa panny Prance, Ransom natychmiast uległ przeświadczeniu, że tamten dostrzega w nich materiał do gazety.

– Drogie dziecko, jeżeli zechcesz wyświadczyć nam tę uprzejmość… – zaczęła pani Farrinder.

Dziewczyna odpowiedziała jej śmiałym, otwartym spojrzeniem.

– Pani pierwsza… żeby wprowadzić mnie w nastrój.

– Nastrój to nie moja specjalność, liczą się fakty, suche fakty i nic poza tym – oznajmiła pani Farrinder. – Czy miałaś okazję mnie słyszeć? Jeśli tak, znasz moją dosadność.

 

– Czy słyszałam panią? Wychowała mnie pani! To spotkanie wiele dla mnie znaczy. Proszę spytać matkę. – Jej niezachwiana pewność siebie stwarzała wrażenie lekcji wyćwiczonej na pamięć, a zarazem ujmowała naturalnością, szczerym entuzjazmem i nie nasuwała podejrzeń co do intencji. Jeśli była teatralna, nie było w tym krzty fałszu. Jej oczy wyrażały czyste uwielbienie. Pani Farrinder stanowiła bohaterkę wielu owacji, wiedziała też, iż zbiorowe serce kobiet bije dla niej, ale zaskoczyły ją wylewność i wybuch wdzięczności. Toteż przyglądała się dziewczynie z pewną rezerwą, pochłonięta pytaniem, czy panna Tarrant to wcielony anioł, czy raczej chodzący tupet, ale nie znalazła jednoznacznej odpowiedzi.

– Trzeba nam młodych – powiedziała więc tylko. – Trzeba nam młodych!

– Kim jest to urocze stworzenie? – usłyszał wypowiedziane szeptem słowa kuzynki do Matthiasa Pardona, który przedstawił pannę Tarrant gościom. Ransom nie wiedział, czy Olive go zna, czy też zaciekawienie dodało jej śmiałości. Stał blisko, więc usłyszał odpowiedź.

– To córka doktora Tarranta, mesmerysty, panna Verena. Umie pięknie przemawiać.

– Doprawdy? – spytała Olive. – Czyżby występowała publicznie?

– O tak, na Zachodzie cieszy się wielkim uznaniem. Słyszałem ją wiosną w Topece. Mówią, że jest natchniona. Nie wiem, co to znaczy, ale przepięknie dobiera słowa, a ileż w nich świeżości i poezji. Ojciec pomaga jej zacząć. Jakby w nią spływa. – I pan Pardon wykonał gest mający to obrazować.

Olive Chancellor westchnęła tylko cicho, jakby ze zniecierpliwieniem, po czym przeniosła uwagę na dziewczynę, która oburącz ściskała teraz dłoń pani Farrinder i błagała o małe preludium.

– Niechże pani da mi natchnienie… Żebym zyskała punkt oparcia – prosiła. – Tylko dwie lub trzy pani wielkie sentencje.

Basil przysunął się do kuzynki i szepnął, że panna Verena jest bardzo ładna. Odwróciła się natychmiast i zerknęła na niego.

– Tak pan uważa? – spytała, dodając po chwili: – Ależ musi się panu tu nie podobać!

– Bynajmniej, zaraz będzie wesoło – odparł żartobliwie, acz nie bez złośliwości. I miał słuszność, gdyż oto zjawiła się ponownie panna Birdseye, w asyście mesmerysty i jego żony.

– Oho, widzę, że ją pani natchnęła – powiedziała do pani Farrinder, na co Basil parsknął śmiechem ku widocznemu oburzeniu panny Chancellor, tak go ta myśl rozbawiła, panna Verena wyglądała bowiem na natchnioną bez niczyjego udziału. – Oto jej ojciec, doktor Tarrant… niezwykle utalentowany… oraz matka, córka Abrahama Greenstreeta – dokonała prezentacji panna Birdseye, przekonana co do zainteresowania słuchaczki; musiała skorzystać z okazji, nawet kosztem usunięcia się na drugi plan. Następnie panna Birdseye zwróciła się do pozostałych, tak aby nikogo nie pominąć, ucieszona z rozwoju sytuacji, skoro bowiem gwiazda odmówiła współpracy, panna Tarrant i jej bliżej nieokreślony dar spadły im jak z nieba. Gwiazda jednak – pewnie czytelnik z trudem nadąża za jej kaprysami – wyraziła chęć zabrania głosu, tak aby – zgodnie z życzeniem gospodyni wieczoru – słuchacze mogli porównać walory starej i nowej szkoły.

– Może Verena wam się nie spodoba – rzekła tonem bolesnej rezygnacji pani Tarrant i zasiadła na brzeżku krzesła w dowód swej gotowości do słuchania.

– Ja jestem bez znaczenia, matko – odparła z powagą Verena; przestała wpatrywać się w panią Farrinder i utkwiła zamyślony wzrok w podłodze. Przez wzgląd na panią Tarrant zaszła konieczność małego wprowadzenia, gwoli bliższego zaprezentowania córki. I popłynęła opowieść panny Birdseye, która ze swą wrodzoną życzliwością dla świata i bliźnich opisywała Abrahama Greenstreeta i osiągnięcia doktora Tarranta bez zagłębiania się w szczegóły oraz większego poszanowania dla faktów, i przedstawiła zachodnie triumfy Vereny jako cuda oczywiste w epoce postępu. Usłyszała to w postaci drobiazgowej relacji nie dalej jak przed dziesięcioma minutami, potrzebowała jednak dłuższej chwili, ażeby wszystko przyswoić i uporządkować informacje. Jeśli wprowadzenie wyszło nieco zagmatwane, niechaj usprawiedliwieniem będzie fakt, iż nie dało się pojąć Vereny Tarrant, nie wysłuchawszy jej uprzednio – a co dopiero komuś o niej opowiedzieć. Pani Farrinder sprawiała wrażenie poirytowanej; chyba jednak doszła do wniosku, po początkowym wahaniu, że Tarrantowie to trupa cyrkowców, więc zerkała na Selaha i jego żonę z niechęcią i podejrzliwością.

– Wstań i powiedz nam, co masz do powiedzenia – rzekła z pewną surowością do Vereny, która odpowiedziała jej łagodnym spojrzeniem, po czym utkwiła wzrok w ojcu, który jakby w odzewie na niemą prośbę rozejrzał się po zgromadzonych z zębatym uśmiechem i rzekł, iż jest skłonny przełknąć peany na swoją i córki cześć, albowiem ich działania mają charakter czysto bezosobowy; podkreślił ostatnie słowo. Wszyscy słyszeli odpowiedź Vereny: „Ja jestem bez znaczenia, matko”, on zaś i pani Tarrant doskonale o tym wiedzieli. Tu działała siła z zewnątrz, przepływała przez nią; nie wiedział, dlaczego padło właśnie na jego córkę, na nikogo innego. Pojawiała się za sprawą jego dotyku, który koił Verenę i zdawał się przynosić spokój, co na Zachodzie przybierało postać niebywałej elokwencji, każąc jej przemawiać do światowej i wyedukowanej widowni. Verena od dawna śledzi z zainteresowaniem działania na rzecz wyzwolenia kobiet, od dziecka ją fascynowały (warto wspomnieć, że jako dziewięciolatka nazwała ulubioną lalkę Elizą P. Moseley, w hołdzie wielkiej prekursorce sprawy, którą wszyscy tutaj mieli na uwadze), dziś zaś inspiracja – jeśli może tak to nazwać – wypływa z niej właśnie. Jakby głos wydobywający się z jej ust pragnął przyjąć taką formę – wręcz zdawało się, że innej nie mógł. Pozwalała mu płynąć, nie udawała, że ma nad nim kontrolę. Niechaj sami ocenią, czy nie jest to coś nadzwyczajnego. Dlatego chciał zaznaczyć przed wszystkimi, że to zasługa nie ich, a jedynie siły z zewnątrz. Jeśli Verena czuje, że ten wieczór zaowocuje natchnieniem, na pewno wzbudzi to ich zainteresowanie. Prosiłby tylko o chwilę ciszy, kiedy będzie nasłuchiwać głosu.

Kilka pań zapewniło o swoim zachwycie – wyraziły nadzieję, że panna Tarrant jest w formie, na co pozostałe przypomniały im, że tu nie chodzi o nią. Ona nie miała tu nic do rzeczy, więc jej forma stanowiła sprawę drugorzędną, a jakiś dżentelmen dodał, że wielu spośród zebranych rozmawiało osobiście z Elizą P. Moseley. Tymczasem Verena, coraz bardziej wyciszona, a zarazem głucha na rozmowę o jej niezwykłych zdolnościach, ponownie zwróciła się z wdziękiem do pani Farrinder i poprosiła o wstęp – aby jej dodać odwagi. Oczy pani Farrinder ciskały gromy i przyjęła niewinną prośbę marsem Junony. Przemówienie doktora Tarranta wzbudziło jej bezwzględną dezaprobatę i miała coraz mniejszą ochotę na znajomość z tym cudotwórcą dla ubogich. Abraham Greenstreet jeszcze uszedłby w tłoku, ale traf chciał, że leżał w grobie, a Eliza P. Moseley nie miała na swym koncie wymiernych osiągnięć. Basil Ransom zachodził w głowę, czy to niewinność, czy może raczej tupet pozwalały pannie Tarrant znosić po stoicku chłód starszej kobiety. W tej samej chwili usłyszał w okolicy swego łokcia drżący z podniecenia okrzyk Olive Chancellor: „Proszę zacząć, proszę zacząć! Głosu nam trzeba, ludzkiego głosu!”.

– Zabiorę głos po pani, a jeśli mam do czynienia z oszustką, powiem to głośno! – zaznaczyła pani Farrinder. Chyba nie miała ochoty do żartów.