Bostończycy

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie sympatyzuję z czym? – spytał Basil Ransom tonem, który jej zdaniem nadal zdradzał brak należytej powagi. – Jeśli, jak pani mówi, odbędą się dyskusje, zdania będą podzielone i nie sposób sympatyzować ze wszystkimi.

– No tak, lecz każdy na swój sposób popiera ideały nowych prawd, więc jeżeli pan nie należy do tego grona, proszę sobie darować.

– Przecież pani mówię, że nie mam o nich bladego pojęcia! Znam tylko stare prawdy, tak stare jak Słońce i Księżyc. Skąd mam cokolwiek wiedzieć o nowych? Ale proszę mnie zabrać, to jedyna i niepowtarzalna okazja, bym zobaczył Boston.

– Nie Boston, tylko ludzkość! – Z tymi słowy panna Chancellor podniosła się z krzesła, jakby na znak zgody. Ale przed wyjściem pozwoliła sobie zauważyć, że kuzyn na pewno wie, o czym mowa, tylko udaje.

– No cóż, może mam pewien ogólny zarys – przyznał. – Ale czy pani zdaniem spotkanie pozwoli mi poszerzyć horyzonty?

Przystanęła na chwilę, z wyrazem niepewności na twarzy.

– Proszę zostawić to pani Farrinder! – rzekła i poszła się przebrać.

Niepewność leżała w naturze biedaczki: Olive prześcigała się w skrupułach i niezmiennie zakładała najgorszy scenariusz. Wróciła za dziesięć minut w kapeluszu, który miał zapewne stanowić hołd dla ascetyzmu panny Birdseye. Kiedy stanęła, wkładając rękawiczki – gość tymczasem wychylił kolejny kieliszek wina dla kurażu – przyznała, że ma sobie za złe, iż zachęciła go do pójścia; intuicja jej podpowiadała, że pozostanie „niedowiarkiem”.

– Czyżby chodziło o seans spirytystyczny? – spytał Basil Ransom.

– Cóż, odbywają się tam bardzo inspirujące wykłady. – Mówiąc to, Olive Chancellor patrzyła mu prosto w oczy, chciała ujrzeć jego reakcję.

– Ależ trudno o lepszą zachętę, panno Olive! – zawołał wesoło młody południowiec i klasnął w ręce. Pomyślała, że jest bardzo przystojny, lecz przystojni mężczyźni są niestety odporni na prawdę, zwłaszcza nowego rodzaju. Jak zawsze w trudnych sytuacjach czerpała jednak otuchę z faktu, że nienawidzi mężczyzn, przynajmniej jako klasy. – I bardzo chciałbym zobaczyć starą abolicjonistkę, nigdy nie miałem ku temu okazji – dorzucił Basil Ransom.

– Oczywiście na Południu było to wykluczone, baliście się je wpuścić! – Gorączkowo szukała w myślach kąśliwej uwagi, która wybije mu z głowy udział w spotkaniu – taka perspektywa nagle strasznie ją przeraziła. – Chyba nie przypadnie pan do gustu pannie Birdseye – dodała, kiedy czekali na powóz.

– Czy ja wiem? A może przypadnę – odparł dobrodusznie Basil Ransom, który najwyraźniej nie miał zamiaru zrezygnować.

Zza okna jadalni dobiegł turkot powozu. Panna Birdseye mieszkała w dzielnicy South End: dystans był znaczny i panna Chancellor zamówiła dorożkę, korzystając z bliskości stajni. Jej pobudki były niejasne, gdyż sama udałaby się na miejsce tramwajem, nie z oszczędności (szczęściem nie zmuszało jej do tego położenie) bądź upodobania do pieszych wycieczek po nocy (szczerze za nimi nie przepadała), lecz z powodu hołubionej teorii, która kazała jej odrzucać różnice klasowe i wmieszać się w tłum. Poszłaby pieszo na Boylston Street, skąd publicznym transportem (który ją mierził) pojechałaby na South End. Boston roił się od ubogich dziewcząt, zmuszonych spacerować po nocy i gnieść się w tramwajach, które urągały ich poczuciu godności, dlaczegóż więc miała być lepsza od nich? Olive Chancellor opierała swe działania na szumnych zasadach, dlatego też, mając dziś asystę w osobie dżentelmena, zakwestionowała ją wezwaniem powozu. Gdyby wyruszyli, jak miała to w zwyczaju, dałaby do zrozumienia, że zawdzięcza mu swe bezpieczeństwo, tymczasem należał on do płci, której nie życzyła sobie zawdzięczać nic. W końcu napisała do niego przed paru miesiącami z poczuciem, że dłużnikiem będzie on. Gdy toczyli się w stronę South End i podskakiwali na wybojach, wyglądając w milczeniu na rzędy czerwonych domów spłowiałych w blasku latarni, ich okazałe fronty u szczytu kamiennych schodów, panna Chancellor pierwsza zagaiła rozmowę.

– W takim razie nie wierzy pan w nadejście lepszych czasów… w możliwość działania dla dobra ludzkości? – rzuciła zaczepnym tonem, jakby karząc kuzyna za to, że wyprowadził ją z równowagi.

Biednego Ransoma zaczepka zbiła z pantałyku; zastanawiał się, w co się wpakował i jak z tego wybrnąć. Po co uczyniła pierwszy krok, skoro teraz go nękała? Jednakże podjął rękawicę, bo czuł, że czeka go coś, czemu od dawna chciał się przyjrzeć.

– Droga panno Olive – zaczął i ponownie włożył swój wielki kapelusz, który dotąd trzymał na kolanach. – Jestem zwolennikiem teorii, że ludzkość winna dźwigać swój krzyż.

– Właśnie tak do kobiet mówią mężczyźni, aby trwały cierpliwie w roli, którą im przypisali.

– Ach, rola kobiet! – wykrzyknął Basil Ransom. – Rolą kobiet jest robić głupców z mężczyzn. Chętnie zamieniłbym się z panią – dodał. – Pomyślałem to sobie w pani pięknym domu.

W półmroku nie zobaczył, że poczerwieniała, nie wiedział też, iż nie lubiła, kiedy jej przypominano o pewnych sprawach, które w jej mniemaniu zadawały kłam trudnej sytuacji kobiet. Ale drżenie głosu, z jakim mu po chwili odpowiedziała, uświadomiło Basilowi, że trafił w czuły punkt.

– Gani mnie pan, bo traf chciał, że mam pieniądze? Z całego serca pragnę zrobić z nich użytek dla innych… dla biednych.

Basil Ransom może przyjąłby jej słowa z aprobatą, na jaką zasługiwały, może pochwaliłby szlachetne aspiracje kuzynki, gdyby nie uderzył go ów nagły zwrot w rozmowie, która godzinę czy dwie temu rozpoczęła się całkiem niewinnie. Dlatego nie mógł powstrzymać śmiechu, co dolało oliwy do ognia.

– Nie obchodzi mnie, co pan sobie myśli – oświadczyła Olive.

– I słusznie… słusznie. Dlaczego miałoby panią obchodzić? To bez znaczenia.

Mógł sobie mówić, co chciał, ale Olive czuła, że istnieją powody, dla których powinno ją to interesować. Wpuściła go do swego życia i musiała za to zapłacić. Niemniej jednak z góry wolała wiedzieć najgorsze.

– Czy jest pan przeciwny emancypacji? – spytała, w przelotnym błysku latarni zwracając ku niemu bladą twarz.

– Ma pani na myśli głosowanie, przemowy publiczne i tym podobne? – Zadał to pytanie, lecz na widok jej poważnej miny prawie się przeraził i zawiesił ogień. – Odpowiem pani, gdy wysłucham pani Farrinder.

Dotarli pod adres, który panna Chancellor podała stangretowi, i dorożka zatrzymała się z szarpnięciem. Basil Ransom wyskoczył na chodnik i wyciągnął rękę, aby pomóc młodej damie wysiąść. Ale nie ruszyła się z miejsca, a twarz jej zastygła w upiorną maskę.

– Nienawidzi jej pan! – zawołała stłumionym głosem.

– Panna Birdseye mnie nawróci – rzucił pojednawczo Ransom, gdyż ogarnęła go ciekawość i przestraszył się, że panna Chancellor w ostatniej chwili nie pozwoli mu wejść. Wysiadła bez jego pomocy; wszedł za nią po wysokich schodach prowadzących do mieszkania panny Birdseye. Tak, bardzo był zaintrygowany, a nade wszystko pragnął wiedzieć, po co ta drażliwa stara panna nawiązała z nim kontakt.

ROZDZIAŁ 4

Uprzedziła go, że przyjadą przed czasem; chciała spotkać się z panną Birdseye sam na sam, przed nadejściem pozostałych. Rzadko miała ku temu okazję, a sprawiało jej to wielką radość. Panna Birdseye powitała pannę Chancellor w holu domu pod numerem 756, wymalowanym złotymi cyframi na szklanej lampie ponad wejściem. W jednym z okien sutereny wisiała blaszana tabliczka z nazwiskiem lekarki (Mary J. Prance), budynek zaś sprawiał wrażenie nowego, a zarazem sfatygowanego, niczym artykuł za pół ceny, sprzedawany jako „powystawowy”. Przedpokój był bardzo wąski, znaczną jego część zajmował spory wieszak, na którym wisiało już kilka szali i okryć; miejsca zostało w sam raz na manewry panny Birdseye. Najpierw przecisnęła się boczkiem obok gości, a następnie poszła naokoło celem otworzenia im drzwi, które okazały się zamknięte od środka. Była staruszką z wielką głową, co w pierwszej kolejności zauważył Ransom – najpierw rzucało się w oczy wypukłe czoło, pod którym błyszczały życzliwe, krótkowzroczne oczy, a potem uparcie zsuwający się czepek, za który właścicielka łapała znienacka w trakcie rozmowy, bez większego powodzenia zresztą. Miała smutną, miękką, bladą twarz, która (podobnie jak cała głowa) wyglądała, jakby sprano ją i rozmyto za pomocą rozpuszczalnika. Długotrwała praca na rzecz innych nie uwydatniła jej rysów; przeciwnie, jakby pozbawiła je charakteru i wyrazu. Przypływy współczucia i zapału ukształtowały je tak, jak czas kształtuje marmurowe popiersia, z wolna pozbawiając je ostrości i detali, a na dużej twarzy rzadko gościł uśmiech. Był to ledwie zarys, rodzaj zadatku, jakby dawała do zrozumienia, że uśmiechałaby się częściej, gdyby starczało jej na to czasu, ale i bez tego biła z niej łagodność i łatwowierność.

Zawsze ubierała się tak samo, w luźne, czarne palto z głębokimi kieszeniami, w których trzymała część swej rozległej korespondencji, spod płaszcza zaś wystawała przykrótka suknia z wełny. Ten zwięzły ubiór miał świadczyć o jej powadze i ciągłej gotowości do działania. Tak się składało, że należała do Ligi Krótkich Spódnic; należała zresztą do większości lig, jakie tylko wymyślono. Mimo to była roztargnioną, chaotyczną i niekonsekwentną kobietą, której domorosła dobroczynność wiodła donikąd wespół z wiarygodnością i która niewiele wiedziała o bliźnich, mimo pięćdziesięcioletniej krucjaty na ich rzecz. Basil Ransom słabe miał pojęcie o życiu, które prowadziła, lecz uosabiała dlań całą klasę oraz poczet socjalistycznych postaci, stając się symbolem dziejów i nazwisk. Wyglądała, jakby życie upłynęło jej na mównicach, konwencjach i seansach: na jej spłowiałej twarzy trwale odbiła się poświata lamp; twarzy wiecznie skierowanej ku górze, która zdawała się wzniesiona ku mówcy, nawykła do gęstej atmosfery skupisk, w jakich zwykle omawia się reformy społeczne. Mówiła bez przerwy, głosem, w którym jakby pękły sprężyny, a gdy panna Chancellor wyjaśniła, że przyprowadziła pana Ransoma, gdyż bardzo chciał poznać panią Farrinder, podała młodzieńcowi delikatną rączkę i przyjrzała mu się dobrotliwie, jakby miał się poczuć wyróżniony, w przeciwieństwie do innych, pokrzywdzonych przez los, którym nie dane tu z nimi być. Wywarła na nim wrażenie bardzo ubogiej, dopiero później powiedziano mu, że nigdy nie miała grosza przy duszy. Nikt nie wiedział, z czego żyje, bo ilekroć dostawała od kogoś pieniądze, oddawała je uchodźcy lub Murzynowi – gdyby miała kogoś wyróżnić, stanowczo preferowała tych dwóch przedstawicieli rodzaju ludzkiego. Od czasu zakończenia wojny ubyło jej zajęć i nie mogła już sobie wmawiać, że pomaga w ucieczce jakiemuś uciekinierowi z południowego stanu, więc niewykluczone, że w skrytości ducha czasem marzyła o przywróceniu niewolnictwa. Podobnie ucierpiała za sprawą rozluźnienia wielu europejskich reżimów, w przeszłości bowiem życie poświęcała na pocieszanie wypędzonych konspiratorów. Uchodźcy byli jej skarbem: wiecznie prowadziła zbiórkę datków na rzecz schorowanego Polaka albo szukała zajęcia dla głodującego Włocha. Krążyły pogłoski, że przed laty zakochała się w Węgrze, który ograbił ją ze wszystkiego i się ulotnił. Była to jednak plotka dość grubymi nićmi szyta, bo jej sakiewka zawsze świeciła pustkami i szczerze powątpiewano, by panna Birdseye kiedykolwiek uległa sentymentom natury tak osobistej. Nawet w młodości durzyła się tylko w Celu i wzdychała do Emancypacji. Wówczas jednak była najszczęśliwsza, Cele miały bowiem postaci cudzoziemców (bo czyż nie byli nimi Afrykanie?), co czyniło je bardziej pociągającymi.

 

Zeszła do doktor Prance z pytaniem, czy może zechce do nich dołączyć, ale nie zastała jej w suterenie i domyślała się, że udała się na kolację; żywiła się w stołówce dwie przecznice dalej. Panna Birdseye zastanawiała się, czy panna Chancellor już jadła; czasu w razie potrzeby było dość, bo inni wciąż się nie zjawiali, nie wiedzieć czemu. Ransom zrozumiał, iż rzeczy na wieszaku nie dowodzą niczyjej obecności – wnikliwy przegląd domu uświadomiłby mu, że zawsze walają się tu tajemnicze przedmioty przez kogoś pozostawione. Goście panny Birdseye, doktor Prance i reszty lokatorów – numer 756 stanowił bowiem lokum kilku osób, które nie przywiązywały większej wagi do granic – zawsze szukali miejsca dla tego, co ze sobą przynieśli, i beztrosko rozsiewali swe drobiazgi. Charakteru wnętrza dopełniało mieszkanie panny Birdseye, do którego skierowali się goście i gdzie dołączyli do nich pozostali członkowie jej kręgu. Zaiste, dopełniało ono samą panią Birdseye, kobietę bezkształtną i nijaką jak stóg siana. Otóż pustka tej podłużnej, gołej bawialni (w kształcie salonu panny Chancellor) jasno dowodziła tego, że właścicielka nie ma żadnych potrzeb prócz moralnych, a jej dzieje sprowadzają się do dziejów jej misji. Zimny blask gazowej lampki spowijał wszystko białą, niekorzystną poświatą. Nawet Ransom aż się wzdrygnął i zaświtała mu myśl, że kuzynka musi mieć bzika, skoro chce przebywać w takim otoczeniu. Nie wiedział i nigdy nie miał się przekonać, że Olive szczerze nie lubi tego miejsca, a choć często była świadkiem rozdzierających i trudnych sytuacji, za największą torturę uważała pogwałcenie dobrego smaku. Próbowała zabić w sobie tę skłonność, wmówić, że gust to jedynie frywolność pod przykrywką finezji, ale jej wrażliwość była wciąż wystawiana na ciężką próbę i nasuwała pytanie, czy spartańskie warunki stanowią konieczny aspekt dobroczynnych zrywów. Panna Birdseye bez przerwy zabiegała o zatrudnienie ubogich cudzoziemskich artystów, szukała im zleceń i zamówień na portrety pełna niezachwianej wiary w ich talent, jednak w gruncie rzeczy zmysł estetyczny posiadała marny.

Przed dziewiątą syk lampy obwieścił przybycie pani Farrinder, której majestatyczna postać mogłaby udzielić przeczącej odpowiedzi na pytanie panny Chancellor. Była to rosła, przystojna niewiasta o kształtach nieco kanciastych, które schodziły jednak na dalszy plan, bo nosiła się iście po królewsku. Ubrana była w szeleszczącą suknię (nie ulegało wątpliwości, że ona wie, co to dobry smak), miała bujne, smoliste włosy, ręce splecione na piersi i minę, z której biła niestrudzona wola działania, a do tego cechowała ją straszliwa regularność rysów. Określam tę spokojną gładką maskę tym przymiotnikiem, gdyż zdawała się nasuwać pytanie o przesądzonej z góry odpowiedzi, a mianowicie – czy tak proporcjonalne oblicze mogło nie budzić zachwytu? Zarówno proporcje, jak i szlachetność nie miały sobie równych, pani Farrinder górowała więc nad otoczeniem i przytłaczała je swoją osobą. Była gładka jak na litografii i przywodziła na myśl skrzyżowanie amerykańskiej matrony oraz osoby publicznej, o czym świadczył zwłaszcza wyraz oczu, dużych i chłodnych, którymi zwykła obserwować zgromadzonych przy wtórze peanów na swoją cześć. Zapewne przywykła do zachwytów. Mówiła dobitnie, z wielką powolnością i poczuciem odpowiedzialności, wymawiała każdą sylabę każdego słowa i nie owijała w bawełnę. Jeśli w rozmowie z nią próbowałeś z góry coś założyć albo przeskoczyć dwa lub trzy schody naraz, milkła i patrzyła na ciebie z chłodnym pobłażaniem, jakby znała tę sztuczkę, i podejmowała wątek w swój wyważony sposób. Dawała wykłady o wstrzemięźliwości i prawach kobiet, zabiegała o prawo głosu wszystkich przedstawicielek własnej płci i odebranie prymatu rodowi męskiemu. Była wcieleniem domowych cnót i zasad dobrego wychowania, przykładem, że czynny udział w życiu publicznym nie przeszkadza być boginią domowego ogniska. Miała męża o imieniu Amariah.

Doktor Prance wróciła z kolacji i w odpowiedzi na natarczywe wołanie panny Birdseye stanęła w drzwiach. Była niepozorną, młodą osóbką z krótkimi włosami i monoklem; rozglądała się z czymś na kształt krótkowzrocznej dezaprobaty, jakby w nadziei, że nie zostanie zmuszona do wygłaszania ogólników, gdyż jej wizyta ma czysto niezobowiązujący charakter. Do dziewiątej zjawiło się jeszcze dwadzieścia osób, które usiadły pod ścianami tego długiego i łysego pomieszczenia niczym w tramwaju. W pokoju znajdowało się niewiele oprócz zbieraniny przypadkowych krzeseł, zniesionych zapewne z innych pomieszczeń, stolika lub dwóch z odbarwionym marmurowym blatem, paru książek oraz sterty gazet w kącie. Ransom wyczuł brak podniosłej atmosfery; goście nie przejawiali ochoty do pogawędki, jak gdyby nawet się nawzajem nie znali. Wyczekująco popatrywali w milczeniu na panią Farrinder z dość ponurymi minami. Panie, które miały zdecydowaną przewagę, siedziały w kapeluszach, jak panna Chancellor, mężczyźni przyszli w roboczych ubraniach i wielu miało na sobie znoszone płaszcze. Dwóch czy trzech nie zdjęło ochronnego obuwia i roztaczało wokół zapach gumy. Ale panna Birdseye nie zważała na podobne drobiazgi, miała tępe powonienie i ograniczony zmysł smaku. Większość jej znajomych wyglądała na wynędzniałych, chociaż zdarzały się wyjątki w postaci pół tuzina zdrowych, rumianych twarzy. Basil Ransom zastanawiał się, kim oni wszyscy są; mógł zgadywać, że to wegetarianie, media i komuniści. Panna Birdseye krążyła wśród nich z dobrym słowem i przy wielu przysiadała z roztargnionym „Tak, tak” w odpowiedzi na ich uwagi, macała się po kieszeniach, łapała za czepek i poprawiała okulary, jakby głowiła się nad pytaniem, po co ich tu ściągnęła. Następnie przypomniała sobie, że miało to jakiś związek z panią Farrinder, która to elokwentna kobieta obiecała zaszczycić towarzystwo wspomnieniami swej ostatniej kampanii, a może nawet przedstawić plany na nadchodzącą zimę. Tego zamierzała wysłuchać Olive Chancellor i będzie to atrakcją dla ciemnookiego młodzieńca (wyglądał na geniusza), którego ze sobą przyprowadziła. Panna Birdseye skierowała się z powrotem ku dostojnej damie, która łaskawie poświęciła uwagę pannie Chancellor, wciśniętej obok w nabożnym skupieniu, jakby dla kontrastu ze swobodną manierą pani Farrinder. Gospodynię zatrzymało jednak przybycie kolejnych pielgrzymów: nie miała pojęcia, że zaprosiła ich aż tylu – pamiętała jedynie tych, których zapomniała uprzedzić – co dowodziło zainteresowania działalnością pani Farrinder. Nowo przybyłymi okazali się doktor i pani Tarrant z córką Vereną; on był mesmerystą, ona zaś wywodziła się z grona dawnych abolicjonistów. Panna Birdseye wycelowała swój uśmieszek w Verenę, której nie znała, i zamajaczyła jej myśl, że dziewczyna dobrze rokuje; z takimi rodzicami miała ku temu zadatki. Panna Birdseye wszędzie dostrzegała zalążki geniuszu. Selah Tarrant był wybitnym uzdrowicielem, a ona znała wielu ludzi – gdyby tylko zechcieli się do niego udać. Jego żona była córką Abrahama Greenstreeta; przez miesiąc trzymała u siebie zbiegłego niewolnika. Miało to miejsce przed laty, gdy Verena była bardzo mała, ale czyż nie rzuciło tęczy na jej kołyskę, nie dało zadatku na niezwykłość? Była bardzo ładna, pomimo rudych włosów.

ROZDZIAŁ 5

Tymczasem pani Farrinder nie kwapiła się przemówić do zgromadzonych. Wyznała to Olive Chancellor z uśmiechem, który skrywał pytanie, czy ta opieszałość nie zostanie aby zbyt surowo osądzona. Przemawiała tyle razy i wolałaby oddać głos innym. Sama panna Chancellor wiele rozmyślała na wiadomy temat, może zechciałaby się podzielić swymi doświadczeniami i refleksjami? Jakie zdanie o tajnym głosowaniu miały panie z Ballot Street? Czy przemówiłaby w ich imieniu? Możliwe, że przywództwo ma niepełne informacje: chętnie zapełniłoby braki, więc może zechciałaby je uzupełnić? Pani Farrinder mówiła tonem osoby o tak rozległych horyzontach, że w pierwszym z nią kontakcie jej rozmach wydawał się niemal bezwstydny i nie mieścił się w przeciętnej wyobraźni. Teraz namawiała pannę Chancellor, aby spróbowała swych sił w świecie wyższych sfer, nawiązywała do swoich z nim powiązań i zapytywała, czy można by zachęcić jej znajomych z Mill-dam.

Olive słuchała tej tyrady z mieszanymi uczuciami, gdyż na przekór swej niezmordowanej aprobacie dla reform miewała pewne zastrzeżenia do tych, którzy je wprowadzali. Pani Farrinder miała w sobie coś wielkiego i jej obecność nobilitowała pannę Chancellor, lecz gdy rozmawiała z młodą przyjaciółką o damach z Beacon Street, w jej głosie pobrzmiewało coś fałszywego. Olive nie mogła ścierpieć, gdy mówiła o tym miejscu z nabożeństwem, jakby sam fakt mieszkania pod owym adresem dawał człowiekowi nadrzędne miejsce w świecie. W istocie mieszkała tam cała masa ludzi poślednich, i kobieta tak rozumna jak pani Farrinder, mieszkająca w Roxbury, winna mieć świadomość takiego stanu rzeczy. Oczywiście nie było powodu się tym dręczyć, ale panna Chancellor wielokrotnie się przekonała, że delikatne nerwy nie zawsze idą w parze z nowoczesnym myśleniem. Znała swoje miejsce w bostońskiej hierarchii i nie pokrywało się ono z założeniami pani Farrinder, która – traktując Olive jak arystokratkę – wykazywała daleko posuniętą ignorancję. Nadużywanie tego zwrotu w sensie dosłownym świadczyło (w Stanach Zjednoczonych) o pewnej słabości, poza tym Chancellorowie przynależeli raczej do burżuazji – najstarszej i najprzedniejszego rodzaju. Mogli dbać o tę pozycję lub nie (traf chciał, że szczycili się nią bardzo), lecz sytuacja malowała się inaczej, niż postrzegała ją pani Farrinder (w jej fryzurze w sumie też było coś prowincjonalnego). Kiedy panna Birdseye mówiła o kimś jako o „przywódcy społecznym”, Olive wybaczała jej gafę, kładąc ją na karb oderwania od rzeczywistości. Była heroiczna i wysublimowana, a w jej przekrzywionych okularach odbijały się moralne dzieje miasta, ale była też na wskroś oryginalna, a prowincjonalność stanowiła jeden z tego aspektów. Olive Chancellor wychodziła z założenia, że wystarczy jej przywilejów; ba, oddychała z ulgą, że nie musi dźwigać ich nadmiaru na sumieniu. Damy, które miała na myśli pani Farrinder (należało przypuszczać, że ma na myśli konkretne osoby), nie wymagały wstawiennictwa. Ona marzyła dla siebie o czymś innym, od dawna ciągnęło ją w stronę ubogich, pragnęła zażyłości z dziewczyną bardzo biedną. Wydawałoby się, że nic prostszego, jednak Olive była innego zdania. Zabiegała o względy dwóch lub trzech bladych panien sklepowych, lecz sprawiały one wrażenie przestraszonych i jej próby spełzły na niczym. Litowała się nad nimi bardziej niż one nad sobą: nie miały pojęcia, o co jej chodzi, a koniec końców najbardziej fascynował je Charlie. Charlie nosił biały kitel z papierowym kołnierzykiem i to on był obiektem największego zainteresowania panien, w stopniu większym aniżeli tajne głosowanie. Olive Chancellor była ciekawa, co miałaby o tym do powiedzenia pani Farrinder. W swych poszukiwaniach panien w potrzebie zawsze wpadała na tego młokosa, aż wreszcie zaczął wzbudzać w niej niechęć. Nie mogła się pogodzić, że to właśnie on zdaje się być gwarancją szczęścia biednych owieczek (odkryła, że cokolwiek mówiły na jej temat, o nim rozprawiały najchętniej), toteż jednym z zasadniczych powodów, dla których marzyła o założeniu klubu wieczorowego dla uciśnionych sióstr, było skryte marzenie o detronizacji Charliego – równie silne jak przeczucie, że niechybnie sterczałby w drzwiach i rozpraszał ich uwagę. I nie wiedziała, co odpowiedzieć, kiedy pani Farrinder, wciąż zaabsorbowana Mill-dam, z uporem podjęła temat.

 

– Szukamy ochotniczek, chociaż dwie lub trzy urocze panie z kręgów w dużej mierze zamkniętych dla sprawy dokładają starań, ażeby nam pomóc w walce. Pewnie zaskoczyłoby panią kilka nazwisk, doskonale znanych na State Street. Lecz rekrutów nigdy za wiele, zwłaszcza spośród tych, którzy cieszą się powszechnym szacunkiem. W razie konieczności jesteśmy gotowi do podjęcia kroków celem przekonania niezdecydowanych. Nasz ruch jest przeznaczony dla wszystkich, doceniają go największe damy. Niech pani je uświadomi i przyniesie mi tysiąc nazwisk. Jest kilka, na których zależy mi w sposób szczególny. Przywiązuję wagę do detali – dodała tonem wyjaśnienia, z uśmiechem, który przejął dreszczem jej słuchaczkę.

– Nie mogę rozmawiać z tymi ludźmi, nie jestem w stanie! – oznajmiła Olive Chancellor z miną, która wyrażała błaganie. – Chcę poświęcać się dla innych, szukać prawdy i wydobywać ją na światło dzienne, nie rozumie pani? Brać udział w życiu kobiet samotnych i w potrzebie. Chcę być blisko nich i pomagać. Pragnę coś robić, pragnę działać!

– Chętnie pani wysłuchamy – oświadczyła pani Farrinder z naciskiem, który zdradzał moc autorytetu.

– Ależ skąd, w życiu, wykluczone, nie umiałabym. Brakuje mi opanowania i elokwencji, nie potrafię sklecić dwóch zdań. Ale chcę mieć swój wkład.

– A co pani ma? – zapytała pani Farrinder i zmierzyła rozmówczynię rzeczowym spojrzeniem, z którego bił pewien chłód. – Ma pani pieniądze?

Winna spytać o przymioty innego rodzaju, lecz Olive to nie stropiło, do tego stopnia łaknęła aprobaty. Przyznała, że posiada pewien kapitał, na co pani Farrinder odparła głosem kojącym jak balsam: „A więc niech to będzie pani wkład!”. I rozsnuła wizję hojnego udziału panny Chancellor w fundacji na rzecz uświadamiania amerykańskich kobiet w kwestii ich prywatnych i publicznych praw – fundacji założonej niedawno przez jej doradcę – i ów śmiały obraz dawał posmak jej krasomówczych talentów. Olive słuchała oczarowana, słowa prawie natchnęły ją do działania. Jeżeli inni dostrzegają w niej taki potencjał – zwłaszcza kobieta o horyzontach pani Farrinder – na pewno zdoła coś zdziałać. Do tego sama nie musiała wybierać, drogę wskazała jej wielka propagatorka wyzwolenia kobiet (z niewoli wszelkiej).

Pokój dookoła niej jakby rozbłysnął; zdawał się poszerzać, otwierać na świat. Poważni, zmęczeni ludzie w kapeluszach i paltach poczęli jaśnieć niczym zastęp bohaterów. Tak, stanie na wysokości zadania, poprzysięgła sobie Olive Chancellor, rozświetli ponury mrok, który zawsze roztaczał się przed nią i z którym, jak czasami sądziła, urodziła się walczyć – żyła, by ulżyć kobietom w niedoli. Niedola kobiet! Dźwięczał jej w uszach głos ich niemych męczarni, a morze łez, które wylały od zarania dziejów, sączyło się jej oczami. Miały za sobą wieki ucisku, dręczono i krzyżowano ich nieprzeliczone miliony. Były jej siostrami, jej własnymi, ale dzień ich wyzwolenia wkrótce nastanie. Oto jedyny uświęcony cel, oto wspaniała, sprawiedliwa rewolucja. Musi zatriumfować, wywrócić świat do góry nogami, rozdzielić je z tamtą brutalną, splamioną krwią rasą, zerwać ostatnie krępujące więzy! Obwieści największą zmianę, jaką widział świat, i zapoczątkuje nową epokę w dziejach ludzkiej rodziny, a nazwiska tych, którzy przetarli szlak, chlubnie zapiszą się w dziejach. Znajdą się wśród nich kobiety słabe, znieważane i prześladowane, ale bez reszty oddane sprawie i gotowe za nią umrzeć. Olive nie była pewna, na jakich zasadach przyjdzie jej ponieść ofiarę, ale postrzegała ją przez pryzmat emocji, które nadawały zagrożeniu słodki posmak sukcesu, panna Birdseye zaś ze śmiesznej staruszki stała się bez mała świętą. Olive Chancellor popatrzyła na nią z uczuciem i przypomniała sobie, że w ciągu całego długiego, męczącego życia w jej głowie nie zagościła ani jedna samolubna myśl. Bezinteresowność pochłonęła ją całą i zmięła w dziesiątki fałd niczym starą, wyświechtaną rękawiczkę. Wyśmiewano ją, ale nie zdawała sobie z tego sprawy, uważano za nudziarę, lecz nie dbała o to w najmniejszym stopniu. Nie miała nic oprócz koszuli na grzbiecie, a po śmierci pozostawi po sobie jedynie groteskowe, mało znaczące nazwisko. Ale nadal pokutował pogląd, że kobiety są niedyskretne, próżne i interesowne! I gdy panna Birdseye stanęła przed nimi z prośbą, aby pani Farrinder zechciała zabrać głos, Olive Chancellor poprawiła jej broszkę, która rozpięła się na kołnierzu.