BostończycyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W SERII POLECAMY:

ZŁOTA CZARA

SKRZYDŁA GOŁĘBICY

W KLESZCZACH LĘKU

O CZYM WIEDZIAŁA MAISIE

DAISY MILLER I INNE OPOWIADANIA

AMBASADOROWIE


Tytuł oryginału:

THE BOSTONIANS

Copyright © 1886 by Henry James

Projekt okładki: www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce: © Lee Avison/Arcangel Images

Redaktor prowadzący: Katarzyna Rudzka

Redakcja: Joanna Habiera

Korekta: Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-7961-773-9

Warszawa 2014

Wydawca:

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

ROZDZIAŁ 1

– Olive zejdzie za mniej więcej dziesięć minut, mam to panu przekazać. Mniej więcej dziesięć, cała Olive. Nie za pięć i nie za piętnaście, a jednak niezupełnie dziesięć, tylko dziewięć lub jedenaście. Nie kazała mi powiedzieć, że cieszy się z pańskiego przyjazdu, bo jeszcze tego nie wie, więc za nic w świecie nie posunie się do kłamstwa. Olive Chancellor jest wcieleniem prawości. Nikt nie kłamie w Bostonie – widział ktoś coś podobnego? W każdym razie ja bardzo cieszę się z pana przyjazdu.

Słowa padały z ust pulchnej, jasnowłosej kobiety, która z uśmiechem weszła do salonu, gdzie gość, pozostawiony sam na parę minut, zaczytał się i zdążył zapomnieć o bożym świecie. Nie musiał nawet wstawać; sięgnął po tom leżący na stole i rozejrzawszy się przelotnie po pokoju, zatopił się w lekturze. Na dźwięk słów pani Luny zaraz odłożył książkę i ze śmiechem uścisnął jej dłoń.

– Sugeruje pani, że sama nie stroni od kłamstwa – odparł w odpowiedzi. – Czyżbym miał wnosić, że to jedno z nich?

– Ależ skąd! Pański widok bardzo mnie cieszy, wszak spędziłam w tym cnotliwym mieście już trzy tygodnie.

– Zabrzmiało niepochlebnie – zawyrokował młody człowiek. – Przyznam, że sam podążam raczej drogą cnoty.

– I jakiż tu pożytek z bycia południowcem? – spytała dama. – Olive wyraziła nadzieję, że zostanie pan na kolacji. Skoro tak powiedziała, może pan jej wierzyć na słowo. Jest na to przygotowana.

– Tak samo jak ja? – odrzekł, świadomy swego niezbyt wyjściowego ubioru.

Pani Luna otaksowała go spojrzeniem i westchnęła z lekkim rozbawieniem, jakby ten widok przekroczył jej wyobrażenia. Basil Ransom istotnie wyrósł ponad miarę, a do tego sprawiał nieco szorstkie i nieprzystępne wrażenie, niczym słupek liczb, na przekór miłej twarzy, którą zwrócił ku rozmówczyni i na której po obu stronach ust rysowały się przedwczesne zmarszczki. Był wysoki, chudy i od stóp do głów ubrany na czarno, kołnierzyk miał szeroki, lekko zmięty zaś trójkąt płótna, widoczny nad kamizelką, przystrojony szpilką z czerwonym kamieniem. Mimo to mężczyzna wyglądał biednie – o ile biednie mógł wyglądać ktoś o tak niezwykłych oczach i pięknej głowie. Ciemne, głęboko osadzone oczy Basila Ransoma zdawały się płonąć ogniem, głowa zaś stanowiła godne zwieńczenie postury: niezawodnie górowała nad tłumem i pasowała do ławy sędziowskiej, mównicy, a nawet na odlany z brązu medal. Czoło miał wysokie i dumne, a gęste, czarne włosy, proste i lśniące, spływały gładko do tyłu jak lwia grzywa. To wszystko, zwłaszcza oczy i bijący z nich żar, nadawało mu wygląd amerykańskiego męża stanu, przy czym równie dobrze mogło dowodzić, że pochodzi z Karoliny bądź Alabamy. Gwoli ścisłości pochodził z Missisipi i wysławiał się z charakterystycznym akcentem tamtych stron. Daruję sobie próby przelania go na papier, lecz wtajemniczony czytelnik bez trudu skojarzy ów odgłos, który w tym wypadku ma czysto pozytywny wydźwięk. Otóż ten chudy, blady, a jakże przy tym niezwykły młodzieniec w nędznym ubraniu i o pięknej głowie, zgarbiony, powściągliwy i pełen powagi, a zarazem tajonego zapału, o prowincjonalnej, a jednak dostojnej aparycji, to – jako przedstawiciel swojej płci – najważniejsza postać mojej opowieści, gdyż odegrał czynny udział w wydarzeniach, które tu przedstawię. Lecz uprasza się czytelnika, który potrzebuje pełnego obrazu i pragnie oddać się lekturze zmysłami na równi z rozumem, ażeby nie zapominał, iż Basil Ransom przeciągał spółgłoski i łykał samogłoski, że zdarzały mu się niespodziewane elizje i wstawki, jego wypowiedzi zaś miały w sobie coś rozległego i pełnego żaru, coś niemalże afrykańskiego, co przywoływało wizję bezmiaru pola bawełnianego. Pani Luna obejrzała to wszystko, lecz dostrzegła tylko mały fragment, w przeciwnym bowiem razie nie rzekłaby grubiańsko, w odpowiedzi na jego pytanie:

– A czy kiedykolwiek wygląda pan inaczej? – Była obcesowa aż do przesady.

Basil Ransom lekko poczerwieniał.

– O tak, na kolację zwykłem przynosić rewolwer i nóż myśliwski. – I mimochodem sięgnął po kapelusz, czarny i płytki, z prostym, szerokim rondem.

Pani Luna zatrzymała go w pół kroku. Kazała mu usiąść i zapewniła, że siostra wyczekiwała jego przyjazdu i byłaby niepocieszona, gdyby teraz wyszedł. Ona sama ma niestety inne plany: zaproszenie w Bostonie to rzecz na wagę złota. Olive też wybierała się gdzieś po kolacji, ale żeby Basil się tym nie przejmował, może miałby ochotę pójść wraz z nią. To nie było przyjęcie – Olive nimi gardziła – tylko jedno z dziwnych zebrań, w których tak gustuje.

– O jakich zebraniach mowa? Bo zabrzmiało tak, jakby chodziło o zlot czarownic.

– W pewnym sensie, owszem. Bywają tam wszelkiej maści czarownice i czarnoksiężnicy, media, spirytyści i ryczący radykaliści.

Basil Ransom utkwił w niej wzrok, a złoty blask w jego brązowych oczach zapłonął mocniej.

– Chce pani powiedzieć, że jej siostra to rycząca radykalistka?

– Radykalistka? To jakobinka w spódnicy, nihilistka. Wszystko jest złe, i tak dalej. Lepiej, żeby pan to wiedział, jeśli macie razem zasiąść do stołu.

– A niech to! – mruknął pod nosem i zapadł głębiej w fotel, krzyżując na piersi ramiona. Z niedowierzaniem spojrzał na panią Lunę. Była dość ładna; włosy miała skręcone w loki niczym kiście winogron, a jej żywotność zdawała się rozpierać gorset; spod sztywnych warstw spódnicy wystawała drobna, pulchna stopa wsparta na podwyższonym obcasie. Była powabna i zuchwała, zwłaszcza to drugie. Basil Ransom miał minę, jakby chciał wyrazić ubolewanie nad jej słowami, ale pogrążył się w zadumie i milczał czas jakiś, a jego wzrok błądził po jej postaci, jakby zadawał sobie pytanie, jaką doktrynę ona reprezentowała, skoro nie podzielała przekonań siostry. Wiele spraw stanowiło zagadkę dla Basila Ransoma, a zadziwiał go szczególnie Boston, którego ni w ząb nie potrafił zrozumieć. Pani Luna wciągała rękawiczki; Ransom w życiu nie widział tak długich. Przypominały mu pończochy i ciekaw był, jak radzi sobie bez podwiązek nad łokciami. – No cóż, mogłem się tego spodziewać – rzekł w końcu.

– Czego mianowicie?

– Że panna Chancellor odpowiada pani opisowi. Wychowała się w mieście reformatorskim.

– Ach, to nie miasto, tylko Olive Chancellor. Zreformowałaby Układ Słoneczny, gdyby dano jej ku temu sposobność. Zreformuje pana, proszę mieć się na baczności. Taką ją zastałam po powrocie z Europy.

– Była pani w Europie? – spytał Ransom.

– O tak! Pan nie?

– Nie, ja nigdzie nie byłem. A pani siostra?

– Tak, ale zabawiła tylko godzinę lub dwie. Nienawidzi Europy, najchętniej by ją zlikwidowała. Nie wiedział pan, że byłam w Europie? – dodała pani Luna lekko urażonym tonem kobiety, której uświadomiono ograniczony zakres jej sławy.

Ransom już miał na końcu języka, że jeszcze pięć minut temu nie wiedział o jej istnieniu, ale przypomniał sobie, że dżentelmenowi z Południa nie wypada tak mówić do damy. Zadowolił się stwierdzeniem, iż musi mu wybaczyć haniebną ignorancję (cenił sobie wyszukane zwroty), pochodzi bowiem z tej części kraju, gdzie nikt nie myśli o Europie, i żył dotąd w przekonaniu, że pani Luna mieszka w Nowym Jorku. Z tym ostatnim rzecz jasna przeszarżował, gdyż wcale nie zaprzątał sobie głowy jej osobą. I kłamstwem tylko się pogrążył.

– Dlaczego zatem mnie pan nie odwiedził? – spytała z pretensją.

– Cóż, widzi pani, bywam tylko w sądach.

– W sądach? Tutaj każdy ma zawód! Czy jest pan bardzo ambitny? Na takiego pan wygląda.

– Tak, bardzo – przyznał z uśmiechem, miękkim tonem, jakim dżentelmeni z Południa wypowiadają to słowo.

Pani Luna pospieszyła z wyjaśnieniem, że kilka lat mieszkała w Europie – od śmierci małżonka – ale wróciła przed miesiącem, ze swoim synkiem (on jeden jej tylko został), i zatrzymała się u siostry (która na jej liście osób ważnych plasowała się tuż po nim).

– Ale to nie to samo – dodała. – Olive i ja nie potrafimy dojść do porozumienia.

– Z synem żyje pani w zgodzie – rzucił domyślnie młody człowiek.

– Jakże mogłabym się kłócić z Newtonem! – I dorzuciła, że nie wie, co ze sobą począć. To najgorszy aspekt powrotu: człowiek odradza się na nowo i musi zacząć od początku, choć nawet nie wie, co go tu przyniosło. Niektórzy chcieli ją zatrzymać na zimę w Bostonie, lecz nie zniosłaby tego, tu nie miała cienia wątpliwości. Może wynajmie dom w Waszyngtonie; słyszał o tym miasteczku? Powstało pod jej nieobecność. Zresztą Olive nie życzy sobie siostry w Bostonie i jasno dała to do zrozumienia. Tyle z niej pożytku, że nie bawi się w subtelności.

W chwili gdy czyniła ostatnią uwagę, Basil Ransom podniósł się z fotela, młoda dama weszła bowiem do salonu i przystanęła, słysząc słowa siostry. Wbiła w gościa przenikliwe spojrzenie i na jej ustach pojawił się cień uśmiechu, z lekka tylko mącąc chłodny wyraz twarzy, jakby wątły promyk księżyca spoczął na murze więziennym.

 

– Gdyby to była prawda – oznajmiła – nie poprosiłabym pana o wybaczenie za to, że kazałam mu czekać.

Głos miała niski i przyjemny – o ujmującym brzmieniu – i wyciągnęła rękę do gościa, który uroczyście zapewnił (czując się poniekąd współwinnym nietaktu pani Luny), iż niezmiernie miło mu ją poznać. Zauważył, że dłoń panny Chancellor jest zarazem zimna i wiotka; ledwie musnęła go palcami, nie wywierając żadnego nacisku. Pani Luna złożyła tę poufałość na karb łączącego ich pokrewieństwa, mimo iż niewiele o nich wiedział. Wyraziła przekonanie, że nie wiedział dotąd o jej, pani Luny, istnieniu, choć z właściwą sobie południową galanterią temu zaprzeczył. Ale na nią już czas, powóz nadjechał, a tymczasem niech Olive przedstawi własną wersję.

– Powiedziałam mu, że wyznajesz radykalizm, a ty możesz mnie przedstawić jako skończoną Izebel1, jeśli taka twoja wola. Spróbuj go zreformować, przyjechał wszak z Missisipi, więc błądzi na pewno. Wrócę bardzo późno, idziemy do teatru i kolację zjemy dość wcześnie. Do widzenia, panie Ransom – ciągnęła i narzuciła biały szal z piór, który podkreślał jasną barwę jej włosów i porcelanowy odcień cery. – Liczę, że trochę pan tu zabawi, aby samemu nas ocenić. Musi pan poznać Newtona; to kochany brzdąc i chętnie zasięgnęłabym pańskiej rady na jego temat. Zostaje pan tylko do jutra? Niesłychane! Cóż, proszę mnie odwiedzić w Nowym Jorku, na pewno spędzę tam część zimy. Przyślę panu bilecik, nie wymiga się pan tak łatwo. Tym razem ustąpię pierwszeństwa siostrze. Olive, może weźmiesz go na swoje zebranie? – Nie darowała siostrze przytyku, że wygląda, jakby sposobiła się do rejsu. – Cieszę się, że nie wyznaję poglądów, które zabraniałyby się mi stroić! – rzuciła na odchodne. – Ci, którzy nie chcą uchodzić za frywolnych, przywiązują ogromną wagę do własnego ubioru!

1 Izebel, Jezabel – postać biblijna ze Starego Testamentu. Jest symbolem kobiety bez skrupułów, rozwiązłej, zdeprawowanej, niegodziwej, zuchwałej.

ROZDZIAŁ 2

Jakkolwiek było w istocie, wygląd panny Chancellor zdawał się zadawać kłam naganie. Ubrana była w prostą, ciemną suknię bez żadnych ozdób, a jej proste, bezbarwne włosy tkwiły na uwięzi, w przeciwieństwie do puszczonych samopas pukli siostry. Natychmiast usiadła i gdy pani Lunie usta się nie zamykały, zamarła ze wzrokiem wbitym w podłogę i nie patrzyła ani na siostrę, ani na Basila Ransoma. Młody człowiek mógł więc jej się przyjrzeć swobodnie i zaraz odkrył, że jest poruszona i stara się to ukryć. Głowił się nad przyczyną, nie wiedząc jeszcze tego, co miał odkryć niebawem, a mianowicie, że Olive przypomina w swej naturze czółno na wzburzonych falach oceanu. Nawet po wyjściu siostry siedziała ze spuszczonym wzrokiem, jakby czary jakieś nie pozwalały jej go podnieść. Wiedz, czytelniku, że panna Olive Chancellor, którą zaprezentuję bliżej w toku naszej opowieści, ulegała napadom chorobliwej nieśmiałości i stroniła wówczas nawet od własnego odbicia w lustrze. Jeden z owych napadów nastąpił teraz z przyczyn bliżej nieokreślonych, przy czym poufałość pani Luny dolała jeszcze oliwy do ognia. Na całym świecie ze świecą można było szukać osoby bardziej poufałej od niej i siostra mogłaby ją za to znienawidzić, gdyby nie odmówiła sobie prawa do nienawiści wobec bliźnich.

Basil Ransom był młodzieńcem nad wyraz inteligentnym, lecz świadomym braku doświadczenia. Wzbraniał się przed pochopnymi osądami, ale nie darował sobie dwóch lub trzech jakże cennych dla dżentelmena przyjętego ostatnimi czasy w poczet nowojorskiej palestry i poszukującego zatrudnienia. W myśl jednego z tych osądów ludzie z grubsza dzielą się na tych, którzy niczym się nie przejmują, i tych, którzy przejmują się wszystkim. Szybko spostrzegł, że panna Chancellor należy do drugiej kategorii. Miała to wypisane na delikatnej twarzy, a jemu zrobiło się jej żal, zanim jeszcze zamienili choć słowo. On z zasady niewiele brał sobie do serca, dopiero ostatnio zmusiły go do tego pewne okoliczności. Ale to blade dziewczę o jasnozielonych oczach, ostrych rysach i nerwowym usposobieniu przeżywało wszystko w dwójnasób, co było widać jak na dłoni. Biedny Ransom uzmysłowił to sobie, jakby dokonał wielkiego odkrycia, które w gruncie rzeczy zabiło mu ćwieka. Na czym polegała odmienność, którą w niej wyczuwał? To dopiero zagadka. Kobiety, z którymi dotąd miał do czynienia, wywodziły się z jego kręgów i nieczęsto przejawiały ciągoty, które w niej wzbudzały jego zaciekawienie (i niechęć). Takie mu odpowiadały: wolne od nadmiaru refleksji i poczucia odpowiedzialności za losy świata, którymi niewątpliwie zaprzątała sobie głowę panna Chancellor. Gdyby tylko pozostały ciche i bierne, pozostawiając rozmach płci obdarzonej grubszą skórą! Pasowałoby to Ransomowi; podkreślmy raz jeszcze, że był nader prowincjonalny.

Wnioski te nie nasunęły mu się w formie tak dosłownej, jak je tu opisałem: przybrały raczej postać współczucia bliżej nieokreślonego, wespół z niechętnym zaciekawieniem, z taką twarzą musiała bowiem być niezwykłą osóbką. Litował się nad nią, ale zaraz spostrzegł, że nie sposób tej litości zaradzić, co przydało Olive zgoła tragicznego wymiaru. Nie po to szukał szczęścia z dala od rodzinnych stron, aby się przejmować cudzą tragedią, a przynajmniej nie życzył jej sobie poza kancelarią na Pine Street. Ciszę, która nastąpiła po wyjściu pani Luny, przerwał jedną z tych kurtuazyjnych wypowiedzi, które miał zawsze na podorędziu, i niebawem rozmowa potoczyła się dość gładko. Zdołał rozproszyć jej nieśmiałość, Olive zaś, na szczęście dla niej samej (i obranej przez siebie drogi życiowej), miewała przebłyski odwagi. Utwierdziła się w przekonaniu, że ma przed sobą dziwaka, a sposób jego wypowiedzi jasno dowodził, że walczył po stronie konfederatów. Nigdy dotąd nie spotkała postaci równie egzotycznej, a dodajmy, że w obliczu osobliwych zjawisk zawsze czuła się swobodnie. Rzeczy zwykłe z kolei działały jej na nerwy; zwykłość, z niewielkimi wyjątkami, urastała w jej oczach do rangi grzechu śmiertelnego. Bez oporów spytała, czy zostanie na kolacji – miała nadzieję, że Adeline przekazała mu wiadomość. Było to (jak dla niej) nietypowe życzenie, gdyż nie zwykła podejmować samotnie panów, których pierwszy raz widziała na oczy.

W podobnym odruchu napisała do niego wiosną, gdy usłyszała wieść o jego przyjeździe na północ, do Nowego Jorku, z zamiarem podjęcia pracy w zawodzie. Zawsze wyszukiwała sobie obowiązki i skwapliwie przetrząsała sumienie w poszukiwaniu kolejnych misji. I sumienie jej podpowiedziało, że to syn przebrzydłej oligarchii, która pogrążyła kraj we krwi i chaosie, toteż niewart jest zachodu osoby, której obaj bracia – jedyni – oddali życie dla Północy. Z drugiej strony przypomniała sobie, że on też doznał wielkiej straty, a co więcej – walczył, położywszy na szali własne życie, nawet jeśli nie zostało mu odebrane. Mimowolnie wzbudzał jej podziw – nawet coś na kształt zawiści – że miał ku temu sposobność. Ona w głębi serca żywiła nadzieję, iż kiedyś również będzie jej to dane, że zostanie męczennicą i za coś polegnie. Basil Ransom przeżył, ale słono za to zapłacił. Jego rodzina popadła w ruinę: straciła niewolników, majątek, a także dom, koneksje i przyjaciół, jednym słowem, zaznała okrucieństwa klęski. Próbował sam prowadzić plantację, ale długi mu ciążyły kamieniem młyńskim i tęsknił za pracą z innymi ludźmi. W stanie Missisipi nie widział dla siebie perspektyw, więc przekazał resztę ojcowizny siostrom i matce, po czym w wieku blisko trzydziestu lat po raz pierwszy ruszył do Nowego Jorku, z balastem pochodzenia na karku, pięćdziesięcioma dolarami w kieszeni i dotkliwym głodem w sercu.

Krok ten utwierdził go w przekonaniu, jak niewielkie miał pojęcie o życiu – choć po chwili pierwszego zwątpienia zawziął się i postanowił wytrwać, dotrzeć na szczyt – jednak Olive Chancellor o tym nie wiedziała. Wystarczyła jej świadomość, że się otrząsnął, pogodził z rzeczywistością i potrafił przyznać, że Północ i Południe to jeden niepodzielny organizm polityczny. Chancellorów i Ransomów nie łączyło bliskie pokrewieństwo, więc nie mieli wobec siebie większych zobowiązań. Byli spokrewnieni „po kądzieli”, jak to ujął w kwiecistej odpowiedzi na jej list; pomyślałby kto, że chodzi o dwa królewskie rody. Jej matka chciała im pomóc, lecz powstrzymał ją lęk, aby nie uznali oferty za akt protekcjonalnej łaski. Chętnie posłałaby pani Ransom pieniądze, a nawet odzież, ale nie wiedziała, jak ów gest zostanie przyjęty. Zanim Basil przyjechał na Północ – w pewnym sensie przecierając szlak – pani Chancellor umarła, więc decyzja spoczęła na Olive, która została sama w domku przy Charles Street (Adeline bawiła w Europie).

Wiedziała, jak postąpiłaby na jej miejscu matka, i to przesądziło sprawę, gdyż matka zawsze obierała właściwy kurs. Olive wszystkiego się bała, najbardziej jednak bała się strachu. Za wszelką cenę pragnęła okazać wielkoduszność, ale jak to zrobić, nie podjąwszy ryzyka? Miała zasadę je podejmować, ilekroć się nasuwało, i często doznawała upokorzenia z racji tego, że jednak nie doznała szwanku. Podobnie rzecz się miała w przypadku listu do Basila Ransoma, któremu nie pozostawało przecież nic innego jak jej podziękować (okazał przy tym nadzwyczajną grzeczność) oraz zapewnić, że nie omieszka jej odwiedzić, gdy tylko sprawy zawodowe (które zaczynały się rozkręcać) sprowadzą go do Bostonu. I oto się zjawił, lecz nawet to nie dało jej poczucia, że igra z ogniem. Natychmiast zrozumiała, że nie będzie się z nią mierzył w kwestiach, które ona sama odruchowo i dla zasady zwykła demaskować i podważać. Był na to zbyt prosty – zbyt „południowy” – toteż spotkał ją gorzki zawód. Nie przypuszczała, aby posądzał ją o awanse (włos się jeżył na samą myśl), choć żywiła pewne obawy, że myśl taka mogła mu zaświtać w głowie. Olive najbardziej w świecie lubowała się w sporach (Bóg jeden wie, z jakich powodów, skoro okupywała je bólem głowy tudzież dwudniowym pobytem w łóżku), istniała jednak możliwość, że Basil Ransom nie zechce się z nią potykać, a nie ma nic gorszego niż obojętność ludzi o innych niż nasze poglądach. Ugody nie oczekiwała, wszak pochodził z Missisipi! Gdyby mieli zawrzeć rozejm, nie byłoby sensu do niego pisać.

ROZDZIAŁ 3

Kiedy oznajmił, że z miłą chęcią zostanie na kolacji, Olive przeprosiła go na chwilę i poszła wydać polecenia kucharce. Rozejrzał się po salonie, utworzonym z dwóch wąskich, sąsiadujących pomieszczeń, a następnie podszedł do okna w głębi, z widokiem na wodę. Panna Chancellor miała szczęście zamieszkiwać tę stronę Charles Street, gdzie popołudniowe słońce złoci horyzont przetykany drewnianymi iglicami, masztami samotnych stateczków i kominami brudnych fabryk na tle anomalii zbyt rozległej, aby nazwać ją rzeką, i za małej na miano zatoki. Widok uznał za nader malowniczy, mimo iż w gęstniejącym mroku pozostała zeń jedynie żółta smuga na zachodzie, błysk brunatnej wody i odbicie świateł, które poczęły rozbłyskać w rzędzie nowoczesnych domów, wychodzących na lagunę z długiego pasma nadbrzeża, usypanego ze spiętrzonych niedbale kamieni. Zachwycił się tym, jak mu się zdawało, romantycznym pejzażem, po czym zwrócił się z powrotem do wnętrza pokoju (oświetlonego teraz lampą, którą pokojówka postawiła na stole, kiedy on patrzył przez okno) i przyjrzał mu z większą niż wcześniej uwagą. Zmysł estetyczny Basila Ransoma był słabo wykształcony, podobnie jak jego koncepcja dostatniego życia (choć dorastał jako syn bogatego człowieka), na którą składała się obfitość brandy, cygar oraz dzienników i fotel, na którym można swobodnie rozprostować kończyny. Niemniej jednak doszedł do wniosku, że nigdy jeszcze nie widział wnętrza tak uroczego jak ów dziwny, do korytarza podobny salon nowo poznanej krewniaczki, nigdy też nie stanął wobec tak uporządkowanej prywatności oraz tylu przedmiotów, które określały gust i nawyki właścicielki. Większość znanych mu osób nie mogła się poszczycić dobrym smakiem; owszem, miała pewne nawyki, lecz niezwiązane z umeblowaniem. Nie miał okazji do bywania w domach nowojorskich, nigdy też nie widział takiego nagromadzenia bibelotów. Dom wydał mu się bardzo bostoński, w pewnym sensie właśnie tak wyobrażał sobie to miasto. Zawsze słyszał, że Boston to przybytek kultury, ona też wyzierała z mebli panny Chancellor, z książek rozsianych wszędzie i poustawianych na półkach (jak porcelanowe figurki), z fotografii i akwarel pokrywających ściany, a także zasłon, zawieszonych dość sztywno we framugach. Rzucił okiem na parę tytułów i spostrzegł, że kuzynka czyta po niemiecku; wagi tego odkrycia (jako oznaki wyższości) nie umniejszyła bynajmniej jego własna znajomość tego języka (przydawał mu się w pracy), który opanował pewnego długiego, jałowego lata na plantacji. Poczynione obserwacje utwierdziły go w przekonaniu co do swego rodzaju naturalnej energii ludzi Północy, co dowodziło jego własnej dość siermiężnej pokory. Żywotność ta przykuwała jego uwagę i przykazał sobie w duchu traktować ją z respektem, dopiero szereg doświadczeń doprowadził go do odkrycia, iż niewielu ludzi Północy dorównuje mu energią. I nie był w swym odkryciu odosobniony. Mało wiedział o pannie Chancellor, sprowadził go tu jej list i nie przyszło mu do głowy o nią rozpytywać, zresztą w Nowym Jorku nie miałby kogo. Mógł domyślać się tylko jej zamożności: taki dom, zamieszkany tylko przez kobietę samotną, sugerował znaczny dochód. Ile, zapytywał się w duchu; pięć, dziesięć, piętnaście tysięcy rocznie? Nawet najmniejsza z tych kwot miała dla naszego młodzieńca wymiar fortuny. Nie był zachłanny, ale przyświecało mu przemożne pragnienie sukcesu i nieraz dochodził do wniosku, że skromny kapitał może być pomocny w drodze na szczyt. Przyszło mu oglądać jedną z największych klęsk w dziejach ludzkości, wielkie narodowe fiasko, które ugruntowało w nim głęboką odrazę do nieudolności. I gdy czekał na powrót Olive, dotarło do niego, że jest niezamężna i bogata, towarzyska (jej list to potwierdzał), a przy tym samotna, i na chwilę zaświtał mu pomysł zostania wspólnikiem w tej jakże sprawnie prosperującej firmie. Zazgrzytał zębami na myśl o niesprawiedliwości losu: w tym przytulnym, kobiecym gniazdku poczuł się niedożywiony i bez dachu nad głową. Ale zaraz mu przeszło, gdyż czuł, że ma nieposkromiony apetyt, którego nie zaspokoiłby ani dom przy Charles Street, ani jego właścicielka.

 

Później, gdy kuzynka wróciła do salonu i przeszli razem do jadalni, gdzie usiadł naprzeciw niej przy stoliku udekorowanym kwiatami i znowu mógł wyjrzeć przez okno, w którym nie zaciągnięto zasłony (na użytek Basila, czego Olive nie omieszkała zaznaczyć), na rzekę usianą cętkami świateł – doszedł do wniosku, iż żadną miarą nie mógłby się zakochać w kimś takim. Po paru miesiącach, w Nowym Jorku, w czasie rozmowy z panią Luną, którą miał widywać dość często, wspomniał o tamtej kolacji, o tym, jak go posadzono i jak panna Chancellor uświadomiła mu zalety owego miejsca.

– W Bostonie nazywają to „troskliwością” – odrzekła pani Luna. – Dają ci widok na zatokę, po czym zaliczają go w poczet własnych zasług.

Ale to miało dopiero nastąpić, a tymczasem Basil Ransom uznał pannę Chancellor za urodzoną starą pannę. Była to jej cecha, przeznaczenie; ba, miała to wyryte na twarzy. Są kobiety niezamężne z przypadku i niezamężne z wyboru, jednak Olive Chancellor było to po prostu pisane. Była starą panną, tak jak Shelley był poetą, a sierpień upalny. Do tego stopnia zrosła się z tym stanem, że Ransom z miejsca uznał ją za starą, chociaż wkrótce okazało się, że jest od niego młodsza. Nie darzył jej niechęcią, okazała mu wiele życzliwości, ale czuł się przy niej nieswojo – no bo jak czuć się swobodnie z osobą, która bierze wszystko śmiertelnie poważnie? Olśniło go, że właśnie to pchnęło ją do napisania listu, nie kierowała nią dobrotliwość, tylko zawziętość; biła jej z oczu – cóż to były za oczy! – nie przyjemność, ale poczucie obowiązku. W zamian oczekiwała tego samego, ale on nie chciał być zawzięty: co miało go do tego skłonić? Przyjrzał się jej i doszedł do wniosku, że jest ładniejsza, niż zrazu uznał; nawet on, „nieokrzesany” południowiec, nie mógł odmówić jej uroku. Blada twarz uderzała chudością, ale delikatność ostrych, nieregularnych rysów wskazywała na przynależność do wyższych sfer. Miała dyskusyjną, ale ciekawą urodę; kolor oczu zdawał się mienić, a gdy zwracała je ku rozmówcy, nasuwały skojarzenie z zielonym lodem. Figurę miała nieładną i emanowała chłodem. To wszystko tworzyło bardzo nowoczesną całość, a jej zachowanie dowodziło nieco rozchwianej osobowości. Uśmiech nie schodził jej z ust, ale od początku aż do samego końca kolacji, mimo paru dowcipnych (jak mu się zdawało) uwag gościa, nie zaśmiała się ani razu. Później spostrzegł, że nigdy się nie śmiała, wesołość zaś, nieczęste zjawisko w jej przypadku, okazywała bezgłośnie. W ciągu całej ich znajomości dała jej upust tylko raz i ów dźwięk zapadł Ransomowi w pamięć jako nader dziwny.

Zadawała mu wiele pytań i nie komentowała odpowiedzi, które służyły tylko jako punkt wyjścia do dalszego indagowania. Nieśmiałość opuściła ją bezpowrotnie; w przypływie odwagi nawet wyznała, że jest nim bardzo zainteresowana. Był ciekawy powodu. Nie sądził, że należy do jej kręgów, bo żywot prowadził swawolny – pił piwo w piwnicach Nowego Jorku, nie znał żadnych dam i zadawał się z aktorką rewiową. Naturalnie gdy go lepiej pozna, wyrazi dezaprobatę dla zachowania Basila, choć ten ani słowem nie zająknie się o aktorce ani nawet o piwie. Grzech miał dla niego rangę serii przypadków, które łatwo dałoby się wytłumaczyć. Jednakowoż nie spędzał mu snu z powiek, a jeśli w Bostonie zostanie wzięty na spytki, kurtuazyjnie udzieli odpowiedzi. Opowie jej o Missisipi, jeśli wyrazi takie życzenie; zapewni ją, że dawne ideały na Południu przebrzmiały i nie pozostał po nich żaden ślad. Niewiele z tego wniesie na temat jego własnej osoby, niewiele dowie się o jego prywatnych poglądach. To, jak podsumowała ją siostra – że lubi „reformować” – zostawiło mu w ustach niemiły posmak; w każdym razie czuł, że jeśli jest pozytywistką – Basil Ransom czytał Comte’a, czytał wszystko – Olive nie zrozumie go nigdy. On też miał swoją wizję reformatorstwa, lecz jej pierwszą zasadą było reformować reformatorów. Gdy zbliżali się do końca posiłku, który na przekór dzielącym ich różnicom okazał się nad wyraz udany, oznajmiła, że musi opuścić gościa po kolacji, chyba że on zechce pójść wraz z nią. Wybierała się do znajomej, która zaprosiła parę osób, „zainteresowanych nowymi koncepcjami”, na spotkanie z panią Farrinder.

– Och, dziękuję – odpowiedział Basil Ransom. – Czy to przyjęcie? Nie byłem na przyjęciu od czasu secesji Missisipi.

– Nie, panna Birdseye nie wydaje przyjęć. Jest ascetką.

– Na szczęście już jedliśmy – skwitował Ransom ze śmiechem.

Gospodyni milczała przez chwilę ze wzrokiem wbitym w podłogę, jakby wahała się, co odpowiedzieć, mając do wyboru rzeczy równie ważne.

– Sądzę, że mogłoby to pana zainteresować – odrzekła po namyśle. – Jeżeli lubi pan dyskusje. Może nie do końca zgodzi się pan z argumentami – dodała, przenosząc na niego spojrzenie dziwnych oczu.

– Może nie powinienem. Nie ze wszystkim się zgadzam – odparł z uśmiechem i pogładził się po nodze.

– Nie interesuje pana rozwój człowieka? – wypytywała dalej panna Chancellor.

– Nie wiem, nigdy go nie widziałem. Zechce mi go pani zademonstrować?

– Mogę zademonstrować panu starania na jego rzecz. To na pewno. Ale nie mam pewności, czy pan na to zasługuje.

– Chodzi o coś bardzo bostońskiego? Chciałbym to zobaczyć – odpowiedział Basil Ransom.

– W innych miastach też działają stowarzyszenia. Pani Farrinder, która jeździ po całym kraju, być może dziś zabierze głos.

– Ta pani Farrinder…?

– Nie inaczej, wielka rzeczniczka emancypacji kobiet. Przyjaźni się z panną Birdseye.

– A kim jest panna Birdseye?

– Jedną z naszych osobistości. To światowa kobieta, która przysłużyła się każdej słusznej reformie. Chyba powinnam dodać – podjęła po chwili panna Chancellor – że była jedną z pierwszych i najbardziej oddanych abolicjonistek.

Uznała, że musi to zaznaczyć, i poczuła dreszczyk podniecenia. Ale jeśli obawiała się jego gniewnej reakcji, rozczarowała ją jowialność, z jaką wykrzyknął:

– Biedaczka! Musi być strasznie stara!

Dlatego odpowiedziała mu z pewną surowością:

– Panna Birdseye nigdy się nie zestarzeje. Jest najmłodsza duchem ze wszystkich ludzi, jakich znam. Ale jeśli pan nie sympatyzuje, proszę ze mną nie iść – uzupełniła.