Ambasadorowie

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Okładka


Karta tytułowa
Część pierwsza

I

W hotelu Strether przede wszystkim spytał o swego przyjaciela, lecz bez zbytniego zmartwienia przyjął wiadomość, że Waymarsh nie zjawi się przed wieczorem. W biurze hotelowym pokazano mu telegram z zapłaconą odpowiedzią, w którym Waymarsh prosił o zarezerwowanie pokoju, „byle niehałaśliwego”. Wynikało z tego, że umowa, by spotkać się dopiero w Chester, a nie w Liverpoolu, pozostawała w mocy. Ta sama wszakże tajemna przyczyna, która sprawiała, że Strether nie pragnął zbytnio obecności Waymarsha w porcie, mimo iż oznaczało to odroczenie o kilka godzin przyjemności spotkania – teraz pozwoliła mu przyjąć perspektywę dalszej zwłoki bez uczucia zawodu. W każdym razie zjedzą razem kolację, a zresztą – nie uwłaczając w niczym kochanemu staremu Waymarshowi, jeśli już nie samemu sobie – Strether był spokojny, że w dalszym rozwoju zdarzeń nacieszą się wzajemnie swoim towarzystwem do syta. Przyczyna, o której wpływie już wspomniałem, tkwiła w pewnej instynktownej obawie Strethera, przybywającego później niż Waymarsh zza oceanu, a wynikała z poczucia, że – jakkolwiek byłoby bardzo miło znaleźć się po tak długiej rozłące znowu twarzą w twarz z przyjacielem – pogmatwałoby mu to całą sprawę, gdyby widok Waymarsha stał się pierwszą zapowiedzią „klimatu” Europy, oglądanej jeszcze z pokładu statku. Łączyła się z tym już wówczas w refleksjach Strethera obawa, że nawet w najlepszym wypadku osoba przyjaciela i tak zaciąży na „klimacie” Europy.

A tymczasem, dzięki pomyślniejszemu układowi warunków, od poprzedniego popołudnia ów „klimat” wywoływał w nim poczucie osobistej wolności, jakiego nie zaznał od wielu lat; świadomość wielkiej zmiany i tego, że – przynajmniej chwilowo – nie ma wobec nikogo i niczego obowiązków, wystarczała, by wzbudzić ufność – oczywiście, jeśli wszelkie pochopne nadzieje mają sens – iż cała przygoda zakończy się sukcesem. Na statku przestawał z niektórymi pasażerami dość swobodnie; o tyle, o ile można by w ogóle posądzać go o swobodę w zachowaniu. Większość tych osób dała się porwać, od chwili odbicia z przystani, w nurt ciągnący ku Londynowi; spośród pozostałych ten i ów proponował mu spotkanie w jakiejś gospodzie lub nawet prosił o pomoc w zwiedzaniu Liverpoolu. On jednak uchylił się od wszystkich tych propozycji, nie stawił się na żadne spotkanie i nie odnawiał z nikim znajomości. Obojętnie stwierdzał, jak wielu ludzi poczytuje sobie za szczęście, że ktoś wita ich w porcie, podczas gdy na niego nikt nie czekał; on bowiem, niezależny, nietowarzyski, samotny, bez przeszkód poświęcił popołudnie i wieczór bezpośrednim i doraźnym obserwacjom. Dały mu one dość skąpy łyk Europy – kilka godzin nad brzegiem Mersey – lecz był to bądź co bądź trunek nierozcieńczony. Co prawda, wzdrygał się trochę na myśl, że Waymarsh może już czeka w Chester; przychodziło mu do głowy, że jeśli przyzna się, iż wylądował tak dawno, trudno mu będzie usprawiedliwić swój brak skwapliwości; zachowywał się jednak jak człowiek, który z radością znalazłszy w kieszeni większą niż zwykle sumę, przerzuca ją niedbale, dzwoni pieniędzmi dla zabawy, nim zdecyduje się je wydać. Nie zamierzał informować Waymarsha zbyt dokładnie o godzinie przybicia statku, a chociaż bardzo pragnął spotkania z przyjacielem – równie chętnie odraczał tę przyjemność. Były to, jak łatwo dostrzec, pierwsze oznaki zwiastujące, że stosunek Strethera do misji związanej z tą podróżą nie będzie prosty. Biedny Strether – powiedzmy to lepiej na wstępie – cierpiał na dziwaczne rozdwojenie świadomości: w jego zapale tkwiła pewna obojętność, a w jego obojętności kryło się zaciekawienie.

Gdy młoda urzędniczka zamknięta w szklanej klatce podała mu poprzez kontuar różową kartkę podpisaną nazwiskiem jego przyjaciela i wymówiła głośno to nazwisko, Strether, odwracając się, stanął w holu twarzą w twarz z damą, która spotkała jego wzrok z jakąś nagłą decyzją w spojrzeniu i której rysy – niewyróżniające się czarem pierwszej młodości ani szczególną urodą, lecz pełne wyrazu i sympatyczne – wzbudziły w nim jakieś dość świeże wspomnienie. Przez chwilę patrzyli na siebie i wreszcie Strether zidentyfikował nieznajomą: zauważył ją poprzedniego dnia w hotelu, gdzie się zatrzymał, również w holu, jak rozmawiała z osobami znanymi mu ze statku. Nic wtedy między nimi nie zaszło i nie umiałby powiedzieć, co w jej twarzy zwróciło jego uwagę przy tamtym pierwszym spotkaniu, podobnie jak nie potrafiłby wytłumaczyć, dlaczego teraz ją poznał. Ona, jak się zdaje, również go sobie przypominała, lecz ten fakt jeszcze bardziej komplikował zagadkę. Mimo to, kiedy się odezwała, powiedziała tylko tyle, że słyszała przypadkiem jego rozmowę z urzędniczką i chciałaby dowiedzieć się, jeżeli wolno, czy chodzi o pana Waymarsha, amerykańskiego adwokata z Milrose w stanie Connecticut.

– Ależ tak – odparł. – To mój stary przyjaciel. Miał przyjechać z Malvern na spotkanie ze mną, i sądziłem, że go już tu zastanę. Okazuje się, że przybędzie dopiero wieczorem, z czego jestem nawet rad, bo byłoby mi przykro, gdybym mu dał na siebie czekać. Pani go zna? – zakończył pytaniem.

Dopiero gdy to powiedział, zdał sobie sprawę, z jak wielką gotowością podjął rozmowę z nieznajomą; może uświadomił mu to jej głos i wyraz twarzy, w którym dostrzegł coś więcej niż zwykłe ożywienie.

– Poznałam go w Milrose, gdzie bywałam przed wielu laty. Miałam tam przyjaciół, którzy go znali, byłam nawet kiedyś w jego domu. Wcale zresztą nie ręczę, czy pan Waymarsh mnie pamięta – mówiła nowa znajoma Strethera – ale ja chętnie bym się z nim znowu spotkała. Może – dorzuciła – to życzenie się spełni, bo jeszcze nie wyjeżdżam.

Umilkła, a nasz przyjaciel Strether rozważał jej słowa i oboje doznali wrażenia, że powiedzieli już sobie bardzo wiele. Uśmiechnęli się nawet do siebie. Strether zauważył, że o spotkanie z Waymarshem nie będzie trudno. Lecz nieznajoma jakby się pod wpływem tej jego uwagi zmieszała, może w obawie, że posunęła się za daleko. Powiedziała z prostotą:

– Och, nie będzie mu na tym zależało.

I zaraz potem dodała, że Strether, o ile jej wiadomo, zna państwa Munster – tak nazywało się małżeństwo, które poprzedniego dnia w liverpoolskim hotelu widział w jej towarzystwie.

Nie znał ich jednak bliżej, więc wzmianka nie pomogła w nawiązaniu dalszej rozmowy; stali naprzeciw siebie, jakby przed stołem nakrytym do konwersacji, który jednak zapomniano zaopatrzyć w jedzenie. Gdy padło nazwisko Munsterów, nie przybyło dzięki temu nowe danie, lecz zniknął niejako ostatni półmisek. Tymczasem dwoje biesiadników postawą swoją wcale nie zdradzało chęci odejścia od stołu, a wobec tego wyglądało na to, że już zaakceptowali wzajemnie swoje towarzystwo bez żadnych zwyczajowych wstępów. Przeszli razem przez hol i nowa znajoma Strethera stwierdziła, że przy hotelu jest ogród. Strether w tym momencie już sobie zdawał sprawę ze swojej dziwnej niekonsekwencji; uniknął zbliżeń ze współpasażerami na statku i postarał się złagodzić wstrząs, jakim miało być spotkanie z Waymarshem, po to jedynie, żeby tak nieoczekiwanie dać się zaskoczyć, bez oporu, nie zdobywając się na żaden wybieg ani na żadną ostrożność. Nim jeszcze obejrzał swój pokój w hotelu, znalazł się w towarzystwie nowej znajomej w ogrodzie, a dziesięć minut później obiecał jej, że spotkają się ponownie, gdy umyje się i przebierze po podróży. Miał ochotę zwiedzić miasto i postanowili zrobić to we dwoje. Nieznajoma zachowywała się tak, jakby była u siebie i przyjmowała Strethera jako swego gościa. Dzięki znajomości terenu wchodziła niejako w rolę pani domu, toteż Strether z pewnym współczuciem spojrzał w holu na urzędniczkę w szklanej klatce. Miał wrażenie, jakby ta godna osoba została zdetronizowana.

Kiedy w kwadrans potem zszedł znowu do ogrodu, jego nowa znajoma ujrzała – a właściwie mogła ujrzeć, jeżeli patrzała życzliwym wzrokiem – szczupłą, trochę pochyloną postać mężczyzny średniego wzrostu i nieco powyżej średniego wieku (Strether miał pięćdziesiąt pięć lat); w oczy rzucała się przede wszystkim niezwykła bladość śniadej cery, bujne ciemne wąsy, przycięte na amerykańską modłę, gęste i zwisające w dół; głowa obficie jeszcze okryta włosem, lecz równie obficie przetykana siwizną, nos dość zuchwały w rozmiarach, ale prosty i tak doskonale – powiedzmy – wymodelowany, że nie wydawał się zbyt wielki. Nieodstępna para szkieł osadzona na tej wyniosłej grani oraz bardzo głęboka, bardzo wyraźna linia, jakby piórem czasu wypisana, towarzysząca kosmykowi wąsów od nozdrzy aż do brody, uzupełniała rysopis, jaki uważny obserwator mógłby sporządzić, gdyby znalazł się w tej chwili na miejscu nowej znajomej Strethera i spojrzał na niego jej oczyma. Pani ta czekała na niego w ogrodzie, wciągając całkiem świeże, bardzo jasne, miękkie i elastyczne rękawiczki; gdy Strether, sam niezbyt dobrze przygotowany, zbliżał się przez wąski, gładko przystrzyżony trawnik, wydała mu się w wodnistym blasku angielskiego słońca tak doskonale gotowa, że uznał ją za wzór dla wszystkich w podobnej sytuacji. Wyróżniał ją jakiś nieskazitelny w swej prostocie wykwint, jakaś zbytkowna, chociaż dyskretna poprawność, tak że Strether, jakkolwiek nie miał czasu na analizę wrażenia, natychmiast sobie uświadomił tę cechę, zupełnie dla niego nową. Nim podszedł do niej, przystanął na trawniku i odegrał małą pantomimę, przetrząsając kieszenie płaszcza, który miał przerzucony przez ramię, jak gdyby w poszukiwaniu jakiegoś zapomnianego przedmiotu; istotą tej komedii była jednak odruchowa chęć zyskania na czasie. Miał w tym momencie dziwaczne uczucie, że wyrusza ku czemuś nowemu w swoim życiu, że pozna jakąś wartość niezwiązaną z żadną wartością przeszłości i że to nowe zaczyna się właśnie w tej chwili i w tym miejscu. Właściwie jednak rozpoczęło się to już wcześniej, na pierwszym piętrze, przed lustrem toalety, które niejako potęgowało jeszcze mrok sączony przez matową szybę okna do nudnego hotelowego pokoju; rozpoczęło się od przeglądu elementów własnej powierzchowności, dokonanego z surowością, na jaką od dawna Strether się nie zdobywał. Przez tych kilka minut doszedł do wniosku, że elementy, którymi rozporządza, nie są wcale zadowalające, lecz pocieszył się myślą, że najbliższa przyszłość przyniesie zapewne właśnie w tej dziedzinie znaczną poprawę. Wybierał się do Londynu, należało więc poczekać z kupnem kapelusza i krawata.

 

Jak celna piłka, rzucona wprawną ręką (i nie mniej zręcznie pochwycona), uderzyło go wrażenie, że wygląd nowej znajomej to owoc doświadczenia i wyboru, doskonałego opanowania pewnych nieokreślonych jakości i ilości, reprezentujących w jego oczach przywilej zdobyty dzięki wyjątkowemu szczęściu. Bez ceremonii i bez omówień, tak po prostu, jak ona go po raz pierwszy zagadnęła i jak jej od razu odpowiedział, mógłby określić z grubsza swoje wrażenie w słowach: „Ona jest bardziej subtelnie ucywilizowana…”. Strether nie uzupełnił tego sądu pytaniem: „Bardziej subtelnie niż kto?” – tylko dlatego, że w głębi dobrze rozumiał całą wagę tego sformułowania.

W każdym razie, chociaż była jego rodaczką, w całej pełni rodaczką, połączoną niby ogniwo nie z tajemnicą, lecz ze zgryźliwym Waymarshem – objawiła mu się jako obietnica uciech bardziej subtelnej cywilizacji. Pauza, na którą sobie pozwolił, przeszukując kieszenie palta, dodała mu pewności siebie i dostarczyła jego oczom sposobności do oszacowania partnerki równie – stosunkowo – życzliwie, jak ona jego oceniła wzrokiem. Wydała mu się niemal zuchwale młoda, lecz tak mogła wyglądać kobieta trzydziestopięcioletnia w dobrej kondycji. Była jednak tak samo jak on naznaczona przez życie i blada. Strether, co prawda, nie mógł widzieć tego, co dostrzegłby każdy postronny obserwator – mianowicie, że stojąc naprzeciw siebie, ci dwoje byli jakoś do siebie podobni. Postronnemu obserwatorowi łatwo mogło nasunąć się przypuszczenie, że to rodzeństwo, oboje bowiem byli pięknie smagli, wyjątkowo szczupli, oboje nosili jawnie skazy czasu i korygowali szkłami wady wzroku, oboje mieli wydatne nosy i głowy mniej lub więcej posiwiałe. Lecz przyznając w zasadzie to podobieństwo, trzeba by stwierdzić również wiele różnic. Siostra z pewnością żyła od dawna w rozłące z bratem, a brat na jej widok okazywał w tym momencie najwyższe zdumienie; na pewno jednak coś innego niż zdziwienie wyrażały oczy nowej przyjaciółki Strethera, gdy przygładzała rękawiczki, pozwalając mu czas jakiś patrzeć na siebie. Oczy jej otwarcie mierzyły go od stóp do głów z jakąś znajomością rzeczy, jak gdyby przedstawiał materiał ludzki, z którym wiele już miała do czynienia. Właścicielka tych oczu, wolno to powiedzieć, rozporządzała setką różnych klatek, czyli kategorii, szufladek podzielonych z kolei dla porządku na przegródki, i w nich na podstawie bogatego doświadczenia rozmieszczała swoich bliźnich z taką wprawą, z jaką zecer rozmieszcza czcionki we właściwych króbkach. Była pod tym względem równie wytrawna, jak Strether był naiwny, i na tym polegał kontrast między nimi – tak istotny, że Strether byłby się pewnie zbuntował, gdyby zdawał sobie z tego w pełni sprawę. Tymczasem podejrzenia jego były tak nikłe, że po pierwszym momencie wstrząsu poddał się biernie i z przyjemnością. Niejasno zgadywał jednak, co jego nowa znajoma o nim wie i że wie pewne rzeczy, o których on sam nie ma pojęcia; niechętnie robił tego rodzaju ustępstwa wobec kobiet, w tym wszakże przypadku uległ z pogodą ducha, jak gdyby pozbywając się wielkiego ciężaru. Oczy jego za nieodstępnymi szkłami pozostały spokojne, tak że gdyby je zamknął, nic by się prawie nie zmieniło w tej twarzy, która zresztą swój wyraz i znamię wielkiej wrażliwości zawdzięczała przede wszystkim innym elementom: rysom, układowi mięśni i cerze. W chwilę później stał już przy swojej przewodniczce i wówczas zrozumiał, że ona jeszcze lepiej od niego wykorzystała ten moment pauzy, gdy poddał się jej obserwacji. Wiedziała o nim nawet rzeczy poufne, których jej dotychczas nie zwierzył i nigdy zapewne zwierzyć nie zechce. Uświadamiał sobie w pewnej mierze, iż powiedział jej o sobie dużo, jak na tak krótką znajomość, lecz nie były to rzeczy istotne; a jednak nawet o tych bardzo istotnych wiedziała już także coś niecoś.

Żeby wyjść na ulicę, musieli przejść znowu przez hol hotelowy, i wtedy zaskoczyła go pytaniem:

– Czy wyszukał pan w spisie gości moje nazwisko?

Zatrzymując się, odpowiedział ze śmiechem:

– A pani – czy wyszukała moje?

– Ależ tak, oczywiście, natychmiast po pana odejściu. Zapytałam urzędniczkę. Może byłoby dobrze, gdyby i pan tak zrobił.

Strether zawahał się.

– Pytać o panią tę dostojną osobę, która widziała, jak zawieraliśmy przygodnie znajomość…

Teraz ona roześmiała się, ubawiona paniką dźwięczącą w jego głosie.

– Czyż to nie jeden powód więcej? Pan pewnie obawia się o moją dobrą opinię… że ludzie zobaczą, jak wybieram się do miasta w towarzystwie dżentelmena, który musi od osób trzecich dowiadywać się, kim jestem… Ale zapewniam pana, że mnie to nic a nic nie obchodzi! Mniejsza z tym zresztą – dodała – proszę, oto mój bilet wizytowy, a że mam coś do załatwienia w biurze hotelowym, zostawiam panu czas na przestudiowanie tego dokumentu w samotności.

Oddaliła się, wręczywszy mu mały kartonowy bilet, wyjęty z torebki; Strether więc, czekając na jej powrót, wyciągnął z portfela własną wizytówkę, żeby się odwzajemnić. Przeczytał zwięzłą informację: Maria Gostrey – uzupełnioną w rogu biletu numerem domu i nazwą ulicy, jak przypuszczał paryskiej, chociaż przemawiało za tym jedynie cudzoziemskie brzmienie. Schował bilet do kieszonki kamizelki, własny zaś dalej trzymał w ręku; oparty o odrzwia, uśmiechnął się w przestrzeń rozciągającą się za progiem hotelu, ponieważ przyszła mu do głowy zabawna myśl. Wydało mu się bardzo śmieszne, że tę Marię Gostrey, kimkolwiek naprawdę była – bo nie miał w gruncie rzeczy pojęcia, co to za jedna – już ukrył bezpiecznie. Sam nie wiedząc dlaczego, był przeświadczony, że powinien przechować troskliwie drobną pamiątkę, którą przed chwilą wsunął do kieszonki. Roztargniony i rozleniwiony patrzał przed siebie, rozważając konsekwencje, jakie mogą z tego wyniknąć, i zastanawiając się, czy rzeczywiście sumienie każe mu własny postępek nazwać nielojalnym. Był to na pewno postępek pochopny, może przedwczesny, i Strether nie miał wątpliwości, jaką minę zrobiłaby pewna osoba, gdyby była świadkiem tego epizodu. Lecz jeżeli taki drobiazg już uznać za „przestępstwo”, lepiej było w ogóle nie wyruszać w podróż. A więc do tego doszedł, biedak, i to jeszcze przed spotkaniem z Waymarshem! Uznawał, że obowiązują go pewne granice, lecz w przeciągu trzydziestu sześciu godzin już je przekroczył. Jak daleko posunął się na płaszczyźnie obyczajowej, a nawet wręcz moralnej, zrozumiał jeszcze dobitniej, kiedy Maria Gostrey wróciła i z wesołym zdecydowanym okrzykiem: „No, idziemy!”, poprowadziła go w świat. I gdy tak szedł u jej boku, mając płaszcz przewieszony przez jedno ramię, a parasol przez drugie, z własnym biletem wizytowym sterczącym sztywno spomiędzy wielkiego i wskazującego palca – wydało mu się, że ten moment ma wagę niejako wprowadzania w życie. Nie czuł „Europy” w Liverpoolu, nawet wałęsając się nocą po przerażających, uroczych, niezapomnianych ulicach, w każdym razie nie czuł jej w tym stopniu co teraz dzięki towarzystwu Marii Gostrey. A wpływ jej towarzystwa odczuł jeszcze wyraźniej, gdy po pięciu minutach wspólnego marszu, podczas których usiłował zgadnąć, czy jej spojrzenia, rzucane spod oka na jego ręce, nie znaczą, że powinien włożyć rękawiczki, zaskoczyła go słowami, wypowiedzianymi tonem wesołego wyzwania:

– Rozumiem, oczywiście, jak bardzo pan się do tego drobiazgu przywiązał, ale czemu pan go nie schowa? Albo, jeśli to dla pana takie kłopotliwe, przypominam, że zwrot biletu zwykle cieszy właściciela. Wydaje się majątek na te rzeczy.

Strether zorientował się jednocześnie w dwóch faktach: że sposób, w jaki kroczył z przygotowaną w ręku wizytówką, wydał jej się jakimś odchyleniem od reguły, odchyleniem, którego wielkości nie umiał jeszcze zmierzyć, oraz że Maria Gostrey myli się, sądząc, iż to jest ten sam bilet, który mu ofiarowała. Toteż podał jej kartonik, tak jakby zwracał cudzą własność; ona jednak natychmiast wyczuła, że to coś innego, przyjrzała się i przystanęła, by przeprosić za omyłkę.

– Podoba mi się – stwierdziła – pańskie nazwisko.

– Och! – odparł. – Z pewnością nigdy dotychczas go pani nie słyszała.

Ale miał pewne powody, by żywić co do tego wątpliwości, i myślał, że może jednak o nim coś słyszała.

Nie, nie słyszała, to było aż nazbyt oczywiste. Odczytała nazwisko po raz drugi, jak coś zupełnie dla siebie obcego.

– Lewis Lambert Strether – powiedziała tak swobodnie, jakby chodziło o kogoś nieobecnego. Powtórzyła, że jej się to nazwisko podoba. – Zwłaszcza: Lewis Lambert. To przecież tytuł powieści Balzaca.

– A tak, wiem – rzekł Strether.

– Powieść, co prawda, bardzo zła.

– I to także wiem – uśmiechnął się Strether, po czym dodał pozornie niezbyt logicznie: – Pochodzę z Woollett w Massachusetts.

Rozśmieszyło ją to, może dlatego, że wydało się niezwiązane z poprzednią rozmową, a może z innego powodu. Balzac opisał wiele miast, nigdy jednak nie wspomniał o Woollett w stanie Massachusetts.

– Tak pan to powiedział – rzekła – jakby pan chciał od razu wyznać mi najgorsze.

– Och, sądzę, że pani się już tego i tak domyśliła – odparł. – Zdaje mi się, że można to poznać po moim wyglądzie, sposobie mówienia i, jak to się mówi, bycia… Mam to na czole napisane, z pewnością zgadła pani prawdę od pierwszego wejrzenia.

– Tę najgorszą prawdę, czy tak?

– No, prawdę o moim pochodzeniu. Teraz już pani wie i cokolwiek się zdarzy, nie będzie pani mogła nigdy zarzucić mi, że coś ukryłem.

– Rozumiem. – Panna Gostrey wydawała się bardzo zainteresowana wywodem Strethera. – Ale co według pana mogłoby się mianowicie zdarzyć?

Jakkolwiek – rzecz dość nieoczekiwana – Strether nie był onieśmielony, odwrócił głowę, unikając spotkania z jej wzrokiem; często robił taki gest podczas rozmowy, lecz bez wyraźnego związku z jej treścią.

– Mogłoby się zdarzyć, że wydam się pani beznadziejny.

Ruszyli znów przed siebie, a Maria Gostrey, idąc, powiedziała mu, że na ogół najbardziej właśnie lubi tych beznadziejnych spośród swoich rodaków. Różne inne błahe, miłe słówka rozkwitły w atmosferze tej przechadzki, a chociaż błahe, Stretherowi wydały się ważne. Lecz znaczenie tej właśnie szczególnej chwili dla dalszych, bardzo jeszcze odległych wydarzeń, obchodzi nas zbyt żywo, byśmy mogli pozwolić sobie na mnożenie przykładów; co prawda są wśród nich i takie, które może szkoda pominąć. Kręty mur – od dawna za ciasny wskutek rozrostu małego miasta, lecz podtrzymywany troskliwymi rękami obywateli – wił się między wałami, udeptanymi przez kilka pokoleń pokojowo usposobionych mieszkańców, rwał się, tu i ówdzie ukazując rozwaloną bramę lub sklepione przejście, to wznosił się, to zniżał, to wspinał w górę, to zstępował w dół, odsłaniając dziwaczne załomy, niespodziane sąsiedztwa, prześwity zacisznych ulic i pod gzymsem frontonu widok na wieżę katedry oraz na pola nadrzeczne, na chaos angielskiego miasta i na ład angielskiej wsi. Krajobraz ten budził w Stretherze niezwykle głęboką radość, lecz równie głęboko wzruszały go wywołane tymi widokami skojarzenia odżywające w wyobraźni. Tymi samymi bowiem ulicami chodził ongi, mając lat dwadzieścia pięć; to jednak zamiast osłabiać, wzbogacało aktualne wrażenie i nadawało nowemu przeżyciu tyle treści, że Strether miał ochotę nim się podzielić. A powinien był dzielić się nim z Waymarshem i dlatego miał teraz uczucie, że pozbawia przyjaciela czegoś, co mu się prawnie należy. Spojrzał kilkakrotnie na zegarek, aż za piątym razem panna Gostrey zwróciła na to uwagę.

– Pan się niepokoi, że postąpił niesłusznie.

Trafiła prosto w sedno; zaczerwienił się i roześmiał z pewnym zakłopotaniem.

– Czyżbym się aż tak dobrze bawił?

– Nie bawi się pan tak dobrze, jak należałoby, moim zdaniem.

– Rozumiem – potwierdził z namysłem. – Spotkało mnie wielkie wyróżnienie.

– Nie, to nie jest wyróżnienie. I nie ma to nic wspólnego z moją osobą. To pańska sprawa osobista. Pana własna całkowita klęska.

– Aha! – roześmiał się. – Klęska miasta Woollett. Ta jest rzeczywiście całkowita.

 

– Miałam na myśli – wyjaśniła panna Gostrey – nieumiejętność bawienia się dobrze.

– No właśnie! Woollett nie jest pewne, czy powinno się dobrze bawić. Gdyby uznało, że należy, bawiłoby się oczywiście. Lecz nie ma, biedactwo, nikogo – ciągnął Strether – kto by je tego mógł nauczyć. Nie ma mojego szczęścia. Bo ja takiego kogoś spotkałem.

Przystanęli w blasku popołudniowego słońca – ustawicznie przerywali przechadzkę, by tym lepiej chłonąć widoki – i Strether oparł się o wysoką ścianę niszy wyżłobionej w starym kamiennym murze. Przywarłszy plecami do tej podpory, zwrócił twarz ku wieży katedry, widocznej z tego miejsca jak na dłoni, wznoszącej się kanciastą czerwonobrunatną bryłą, z wieżyczkami i wspornikami, ku tej budowli po wielekroć odnawianej i przebudowywanej, lecz pełnej uroku w oczach naszego przyjaciela, od tak dawna wygłodzonych, i otoczonej lotem pierwszych w tym roku jaskółek. Panna Gostrey stanęła obok, z miną osoby, która rozumie, jakie wrażenia wywołują pewne widoki; z każdą zresztą chwilą zdobywała sobie coraz większe prawo do tej właśnie miny. Przyznała Stretherowi rację:

– Tak, pan takiego kogoś spotkał. – I dodała: – Bardzo bym pragnęła, żeby pan chciał się ode mnie uczyć.

– Och, ja się pani boję – wyznał.

Przez chwilę patrzyła mu w oczy poprzez podwójne szkła – swoich i jego okularów – z jakąś miłą natarczywością.

– Nie, pan się mnie wcale nie boi, dzięki Bogu. Gdyby się pan bał, nie stalibyśmy tutaj razem. Myślę – dokończyła pogodnie – że pan mi ufa.

– Ja też tak myślę. Ale właśnie to mnie przeraża. Byłbym spokojniejszy, gdybym pani mniej ufał. Żeby tak po dwudziestu minutach znajomości zdawać się na kogoś bez zastrzeżeń! Pani zapewne – ciągnął Strether – przywykła do takich rzeczy, ale mnie nie mogło się zdarzyć nic bardziej niezwykłego.

Patrzała na niego z wielką życzliwością.

– To znaczy tylko, że pan się na mnie od razu poznał, a to jest zdarzenie piękne i niepospolite. Odgadł pan, kim jestem.

A kiedy Strether zaprzeczył, kręcąc dobrodusznie głową na znak, że nie ma pretensji do takiej domyślności, wyjaśniła natychmiast:

– Jeżeli pan będzie robił dalsze postępy na tej samej drodze, zgadnie pan wszystko. Los obdarzył mnie zbyt hojnie i uległam jego wyrokom. Jestem generalną przewodniczką po „Europie”, rozumie pan? Czekam na przybyszów, wprowadzam ich na ląd. Przyjmuję ich na wstępie, przekazuję dalej. Pełnię niejako funkcje gońca na najwyższym szczeblu, damy do towarzystwa bez określonego przydziału. Oprowadzam ludzi, jak już panu mówiłam. Nie zabiegałam o tę rolę, przypadła mi z woli losu. A skoro los czegoś chce, człowiek musi się poddać. To, co powiem, brzmi okropnie z uwagi na zepsucie tego świata, ale naprawdę jestem przekonana – jak mnie pan widzi! – że nie ma takiej rzeczy, której bym nie znała. Znam wszystkie sklepy i wszystkie ceny. Znam i gorsze sprawy. Dźwigam na własnym grzbiecie ogromny ciężar naszej narodowej świadomości albo, innymi słowy – bo to na jedno wychodzi – brzemię narodu. Czyż naród to coś innego niż zbiorowisko tych mężczyzn i kobiet, których indywidualny ciężar wzięłam na swoje barki? Nie robię tego, trzeba panu wiedzieć, dla jakichś korzyści. Nie dla pieniędzy, na przykład, jak inne osoby.

Strether mógł jedynie słuchać, podziwiać i oceniać swoje szczęście.

– A jednak, chociaż pani swoim klientom okazuje tyle sympatii, nie sądzę, żeby pani opiekowała się nimi z miłości? – Umilkł na chwilę, potem zapytał: – Czym mamy się odpłacić?

Z kolei ona przez chwilę się wahała, nim wykrzyknęła:

– Niczym!

I pociągnęła go na dalszą wędrówkę. Szli naprzód, lecz po kilku minutach Strether, mimo że zaprzątnięty rozważaniem tego, co usłyszał, znowu wyjął zegarek; zrobił to jednak odruchowo, bezwiednie, jak gdyby zdenerwowany przyjemnością, jaką sprawiał mu jej dziwaczny, cyniczny dowcip. Patrzał na zegarek, ale nie widział wskazówek, a w pewnej chwili przystanął znów, wzdrygając się na słowa swojej towarzyszki:

– Ależ pan naprawdę boi się go strasznie!

Uśmiechnął się, chociaż sam czuł, że ten uśmiech jest trochę kwaśny.

– No, teraz pani rozumie, dlaczego się pani obawiam.

– Dlatego że miewam takie objawienia? Przecież to wszystko dla pańskiego dobra! – I dodała: – Miałam więc przed chwilą rację. Pan czuje się winowajcą.

Zatrzymał się i oparł o murek, jakby czekając na dalszy ciąg.

– Niech mnie pani zatem wybawi!

Twarz jej się rozpromieniła, tak ją ten apel ucieszył, i jak gdyby podejmując doraźną akcję, zapytała skwapliwie:

– Od czego? Od czekania na niego? Od spotkania z nim?

– Nie, nie – odparł biedny Strether, poważniejąc. – Muszę na niego czekać i szczerze pragnę się z nim zobaczyć. Niech mnie pani wybawi od strachu. Przed kilku minutami wykryła pani we mnie ten strach. Czyha we mnie zawsze, ale wykorzystuje odpowiednie momenty. Na przykład teraz… Zawsze myślę o czymś innym. O czymś innym niż bieżąca chwila. Z tej obsesji wynika strach. Na przykład obecnie myślę o czymś innym poza panią.

Słuchała z uroczą powagą.

– Och, nie powinien pan!

– Wiem, że nie powinienem. Niech mi więc pani w tym przeszkodzi.

Namyślała się znowu przez chwilę.

– Czy pan rzeczywiście to sobie u mnie zamawia? Czy pan chce, żebym się podjęła tego zadania? Czy gotów pan się poddać?

Biedny Strether westchnął.

– Jeżeli tylko zdołam! Ale całe nieszczęście na tym polega, że nigdy nie potrafię. Nie mogę.

Ona jednak nie dała się zniechęcić.

– Ale przynajmniej pragnie pan tego?

– Och, ponad wszelki wyraz.

– W takim razie niechże pan okaże dobrą wolę! – I – wedle swojego określenia – podjęła zadanie natychmiast. – Proszę mi ufać! – zawołała.

Skutek był ten, że w powrotnej drodze Strether wsunął rękę pod jej ramię ojcowskim gestem życzliwego, poczciwego starszego pana, który stara się być grzeczny dla młodszej od siebie osoby. Jeśli zaś cofnął rękę, gdy zbliżali się do hotelu, to zapewne dlatego, że po dalszej rozmowie wydało mu się, iż wymaga tego przesunięcie proporcji wieku czy bodaj doświadczenia – prawdę mówiąc, proporcja ta wahała się ustawicznie. W każdym razie dobrze się stało, że zjawili się w polu widzenia mieszkańców hotelu w tak luźnym szyku, bo młoda urzędniczka, którą zostawili w szklanej klatce, stała w progu, jakby wypatrując ich powrotu. U jej boku zaś stał ktoś jeszcze, sądząc z postawy nie mniej od niej tą parą zainteresowany; na ten widok Strether znowu przystanął, w odruchu, który już tylekroć u niego obserwowaliśmy. Ustąpił pannie Gostrey pierwszeństwa w określeniu sytuacji, ona też pierwsza krzyknęła z właściwą sobie wyzywającą odwagą: „Pan Waymarsh!”, w tym nazwisku streszczając wszystko, co miało być, wszystko, co byłoby – gdyby nie nowa przyjaciółka – przeznaczeniem Strethera; czuł to lepiej niż kiedykolwiek, w momencie gdy odraczając jeszcze na chwilę powitanie, objął wzrokiem całą scenę. Nawet z tej odległości nie mógł bowiem wątpić, że Waymarsh na pewno nie bawi się dobrze.