PustelnikTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Helena Mniszek

Pustelnik

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Tekst wg edycji:

Helena Mniszek

Pustelnik

Wielkopolska Księgarnia Nakładowa

Poznań 1921

Zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-947-8

EDWARDOWI SŁOŃSKIEMU

POŚWIĘCAM

I.

Zdenerwowanie księżnej Bożenny dosięgło szczytu. Zerwała się z kanapki i krokiem gwałtownym, lecz nie bez wdzięku, przebiegła przestrzeń, dzielącą ją od lustra. Szeleścił i otulał miękko jej postać szlafrok ze złoto-miedzianej, jedwabnej materji. Fantazyjne draperje, spięte węzłem poniżej kolan, opływały ją jakby strugą płynnego złota. Ciemne, rdzawo połyskujące włosy kipiały z jej głowy falistą kaskadą na plecy, u skroni przytrzymane złotą przepaską. Szyję obnażoną głęboko, owijał dwukrotnie i spadał na piersi gruby sznur cennych pereł. Stopy w złotym atłasie ślizgały się szybko po puszystym dywanie buduaru. Siadła z rozmachem na taburecie, przegięła się w tył i ramiona, z których spadły szerokie rękawy złotej tkaniny, założyła sobie za głowę ruchem desperackim.

— Aach!... — jęknęła z widocznem znudzeniem.

Długo siedziała tak z zamkniętemi powiekami, drżącemi czarną rzęsą, naprzeciw luster, kryształów, srebrnych i złotych wykwintnych cacek, flakonów, puzderek, drobiazgów. Jej twarz ściągła, perłowa w tonie, okraszona lekkim przebłyskiem rumieńca, jakby zastygła, tylko pulsa na smukłej szyi tętniły widocznie i pierś wysoka falowała oddechem. Po długiej chwili delikatne powieki księżnej Bożenny drgnęły i uniosły się powoli; z pod rzęs czarnych błysnęły źrenice takim przepysznym szafirem, jakiem bywa niekiedy niebo włoskie lub toń morska Adrjatyku w najcudniejszą pogodę. Temi szparkami przebłyskującemi szafirem, poprzez las czarnych, złotawych rzęs, patrzała księżna uparcie na odbicie swej twarzy w lustrze. Przez krótki moment zajaśniał na jej wargach uśmiech, rozkoszny, jakby zadowolenie z własnej urody. Lecz trwało to chwilkę, ironja wygnała zachwyt, usta skrzywiły się wyraźnie i niechętnie.

— Ach, co mi z tego?!...

Zapukano do drzwi i jednocześnie wszedł do buduaru mężczyzna średniego wzrostu. Rasa szła jakby przed nim i za nim, otaczała go w koło, była w jego pańskiej postawie, w rysach wykwintnie delikatnych, w ubraniu codziennem a wytwornem, wyzierała z jego ruchów, kładła się na wązkich, bladych, prawie kobiecych rękach, widać ją było nawet w sposobie noszenia krawata i dewizki.

Księżna drgnęła; szybkim półobrotem twarzy, w stronę wchodzącego spojrzawszy, skamieniała znowu w swej nieruchomości. On z poza fali jej włosów dojrzał w ślicznym skrócie twarz i zauważył niechęć ruchu. Niezrażony, śmiało podszedł, stanął za taburetem, pochylił się i, ogarniając ją ramionami, dotknął delikatnem muśnięciem palców jej obnażonych wyżej łokcia, rzeźbionych rąk.

Otworzyła oczy, była gniewna.

— Książę sobie życzy?...

— Ciebie...

— Och!!!

— Znowu jakaś chimera?...

Usunęła go lekko, nie odpowiadając.

— Nie pojmuję cię, Eno — rzekł spokojnie, trochę; urażony i siadł opodal na foteliku, kapiącym rzeźbą, adamaszkiem, złoceniami i stylem.

— To rzecz zwykła — odparła.

— I czego właściwie kaprysisz; jesteś tak piękną....

— I to już słyszałam miljon razy.

— Trudno, nawet dla rozmaitości nie mogę powiedzieć, żeś brzydka. Żyjemy z sobą pięć lat i coraz nowe odkrywam w tobie ponęty. Sam się zdumiewam nad siłą twego uroku, którym tak mnie trzymasz.

— Kryst! przestań.

— Ależ owszem! Więc pomówmy o czem?... Niema tematu, któryby cię nie nudził; wyczerpały się wszystkie. Są kobiety, które nie lubią polityki, ale za to salonowe ploteczki uprawiają z zamiłowaniem. Inne nie chcą literatury, wolą mody, inne sport, inne znów romansują; lubią nastroje i wytwarzają je mniej lub więcej udatnie, ale rzadko zabawnie, Filozofki znowu inny rodzaj. Taka pani będzie cię karmiła rano Nietzscheanizmem, na obiad poda ci Hegla, podleje go suto sosem metafizyczno-sofistycznym, na wieczór znów Peryklesy, Sokratesy, Platony... A, a, a! aż do znudzenia. Czujesz się biednym, małym, jak polna mysz. Taka sawantka patrzy naturalnie na mężczyzn z góry, jak na istoty upośledzone i zupełnie do istnienia jej zbyteczne. Najwyżej jaki tęgi, przystojny ale zdrowy okaz samca, zwróci jej uwagę, wówczas go śledzi z pod zmrużonych powiek i szepce; voilà mon type!.,.. Jak naprzykład Eustachoweczka. Ty, Eno, przywar takich nie posiadasz, ale znowu masz inną wadę — nic cię nie bawi.

— Powiedz raczej, wszystko mnie nudzi, dręczy.

Książę Krystyn spoważniał.

— To bardzo smutne, Eno, trzeba się wyleczyć, to chorobliwe. Trzeba się rozerwać... wyjechać.

— Ach, komunał, daj pokój! wiesz, że mi i to obrzydło.

Powstała szybko, chciała biedz gdzieś w nieokreślonym kierunku, lecz on ją zatrzymał za rękę, ciągnął ją ku sobie.

— Ena... moja...

— Puść mnie, puść!...

— Nie!

Przemocą posadził ją sobie na kolanach i, ogarnąwszy ją ramionami, tulił do piersi jej głowę płonącą, pomimo, że się szarpała i chciała wyrwać z uścisku.

— Krystyn, ja tego nie chcę, puść! Ach, te wieczne czułości!

— Nie lubisz?... Szczególna ty jesteś, doprawdy! Masz temperament szalony, ale trzymasz go jakby na munsztuku. Często doznaję wrażenia, że zwalczasz go umyślnie, z pasją żeby sobie i mnie dokuczyć. Wzdrygasz się od moich pieszczot... czy i to cię już nudzi?..

— Nudzi, męczy, wstrętem przejmuje!... Nie chcę.

Wyszarpnęła się gwałtownie z ramion męża. Stanęła znowu przed lustrem i jęła czesać swe ciemno-rdzawe włosy. Książę wstał również, zapalił cygaro i, pykając dymem, chodził wzdłuż pokoju z założonemi w tył ramionami. Cedził wolno słowa:

— La!... wobec tak silnych argumentów nic mi więcej nie pozostaje, jak... nie narzucać się... księżnej pani. Nie wiem, czego ci brak. Nie pojmuję, co wpływa tak ujemnie na twe usposobienie Masz i możesz mieć wszystko, czego zapragniesz, co nawet wyczarujesz w marzeniu.

— O la la!... nie zapędzaj się, Kryst, tak daleko.

— Wiesz przecie, że na twe skinienie czeka falanga ludzi, którym tylko rozkazuj, że ja wreszcie zrobię dla ciebie bardzo dużo... co zechcesz.

— Trzymając się zasady: nic darmo. Ha... ha!... praktyczna maksyma!

Książę ochłódł, lecz mówił dalej:

— No, a środków nam chyba nie zabraknie... Mój majątek, nie licząc nawet twojej fortuny, masz u nóg.

— Tego, za czem ja tęsknię, ty mi dać nie możesz, twoje miljony również.

Książę zatrzymał się.

— A wiesz! zaintrygowałaś mnie! Ja nie mogę obsypać cię tem, czego zapragniesz? Jakto?... czy jestem za biedny — czy nie mam możności? Zdaje mi się, że egzażerujesz! Chociaż może być... tak, może być istotnie. Nawet nie jednej, dwóch rzeczy dać ci nie mogę: korony królewskiej i kochanka. To już nie leży w zakresie mej władzy. Berła odemnie nie otrzymasz, kochanka również, Ale możesz go sobie sama zdobyć, o, bardzo łatwo!

— Czy dajesz mi na to carte blanche?...

— Nie! powtarzam, że jedynie do takich żądań ręki nie przyłożę.

Ukłonił się sztywno i wyszedł z pokoju.

Księżna zaśmiała się suchym, ironicznym chichotem, zdawało jej się, że to śmiech nie jej własny, że demon jakiś śmieje się w niej jej głosem. Po szyderstwie spadło na nią gwałtowne opamiętanie, boleśnie dotknęła ją świadomość, że jest niesprawiedliwą względem męża i swego losu. Jest wszakże niezwykle obdarowaną, może się nazwać dzieckiem szczęścia, a jednak... jednak...

Popadła w tęskną zadumę.

... Ależ tak, wszystko mam, czego tylko zapragnę, w czem lubię się nurzać — myślała tępo, bez wgłębienia się w swoją istotną psychikę. Jak w zwierciadle widziała cały przepych, całą wszechwładność swego bytu; tytuł, nazwisko starożytne i znane w kraju, męża, który nie był jej wymarzonym typem, ale który kochał ją po swojemu. Miała urodę, młodość, zdrowie, wdzięk, miała zdolności, inteligencję, wielmożność jej sięgała niezwykle szerokich zakresów, oparta na fundamencie potężnym, jakim była olbrzymia fortuna mężowska i jej własna. Miljony otwierały przed nią cały świat, pozwalały jej czerpać z życia wszystko piękno i to, co ludzie szczęściem zwą. Nic nie było dla niej niemożebnego, nic trudnego do spełnienia. Zależała tylko od swej woli i swego kaprysu. Otaczał ją zewsząd przepych, zbytek, wykwint, arcydzieła sztuki, najwspanialsze kwiaty, najdrogocenniejsze rzeczy.

... Więc czegóż ja jeszcze pragnę?... Jestem wprawdzie miljonerką, mil... — jo... — ner... — ką, mogę się tarzać w złocie, jak Ali Baba. Czegóż ja chcę, czego, czego?

W przystępie gwałtownego szału wybiegła do drugiego pokoju obok buduaru, szarpnęła drzwi od szafy wbitej w ścianę i jęła wyrzucać na dywan pudełka, puzdra, szkatułki większe i mniejsze, z safianu, skóry, aksamitu. Niektóre z nich, padając, otwierały się, inne, szczelniej zamknięte, przewróciwszy się kilkakrotnie, spoczęły nieruchomo w jakiejś jakby zdumionej martwocie, jak ludzie, których z dobrobytu i wygody wyrzucono nagle na bruk. Ta niema, lecz wyraźna, fizjonomja puzder, chowających w sobie bezcenne klejnoty, niemile dotknęła księżnę. Dywan zajaśniał blaskiem drogich kamieni; tu i owdzie z pootwieranych puzder spływały z aksamitu brylanty, rubiny, jak krwawe słońca, szmaragdy. Jedno wielkie pudło czworokątne, z żółtej wężowej skóry, ciśnięte z pasją, osiadło na miejscu, ale sprężyna puściła, padło rozsunęło paszczę, ukazując wewnątrz dwa sznury wielkich pereł, które zalśniły, jak zęby rozwścieczonego potworka, Puzdro to miało fizjonomję złą, szyderczą, gotową do zemsty. — Księżna, wyrzuciwszy całą zawartość szafki, z tąż samą furją pootwierała wszystkie pudełka, wytrząsając klejnoty wprost na dywan. Robiła to z niewysłowionym szyderczym śmiechem, z wyrazem twarzy takim, jakby wyrzucała robactwo. Gdy już dywan zasłany był klejnotami, wielka pani wyprostowała się, dłonie splecione założyła za tył głowy i zaczęła się śmiać cicho, zjadliwie, z bezgraniczną drwiną w głosie, szepcąc przez zaciśnięte zęby:

 

— To wszystko moje, mój sezam, to zaledwo drobna cząstka tego, co posiadam. Ha, ha! no dalej! tarzaj się w tem, pław się w blasku brylantów, okraszaj się rubinami, owijaj w perły, nurzaj się w tych cennych kamuszkach, strój się w ich tęczę. Dalej-że, dalej, ha ha! — To wszystko twoje, czyż tylko to? Szczęśliwa jesteś, bogata, jak Nabob, jak Krezus. Czyż tylko to?... Czyż tylko?...

Zakręciła się na miejscu, pchnęła drzwi sąsiedniej obieralni otwierały szafy, kufry, komody, po kolei wydzierała z nich stroje świetne, oryginalne kimona japońskie, negliże, koszule z bezcennych koronek, futra, pióra. Całe naręcze ciskała na dywan obok klejnotów. Piętrzyły się przepiękne koronki, złote i srebrne lamy, cenne materje, lite złotem, hafty, jedwabie chińskie, tureckie adamaszki. Cały świat bajecznych tkanin, na wagę złota cenionych, tęcza barw, wykwint najwybredniejszego gustu, przepych. I znowu kobieta stanęła nad tym nowym sezamem, leżącym bezładnie u jej stóp.

— Ha, ha! i to moje, a jakże! Królewska garderoba, królewski zbytek! Niejedna królowa w Europie pozazdrościłaby mi tych cudów. Jak w bajce ha, ha! jak w bajce! Jakże jestem szczęśliwa, posiadając to wszystko! A czyż tylko to? Och, och, za bogata jestem! Gdyby tak wszystkie moje miljony rozsypać na ten dywan, góra, góra złota sufit by podparła, ściany rozepchała, a wtedy deptać po tem, och deptać, miażdżyć, gnieść, szarpać, rwać ten przepych, ten cud, to moje, moje szczęście ha, ha, ha!

Śmiała się przez łzy, śmiechem rozdzierającym niemal. I znowu syk przez zęby sączony.

— Po co mi to! Ach rozdać, wyrzucić, zmieszać z błotem to szczęście moje, to szczęście. Och! Och!...

Załamała ręce nad głową.

Już chciała deptać rozrzucone stroje i klejnoty, gdy w tem usłyszała za drzwiami szybkie drobne kroki, szamotanie się, szept gwałtowny i krzykliwy głos dziecka.

— Mamuś! Mamuś! Do mamusi...

Jednocześnie drzwi się otworzyły z impetem i do pokoju wpadł, jak kula, chłopczyk trzyletni; śliczny był, jak cherubin. Czarne, rdzawe loki spływały mu w puklach na ramionka, z pod równo przyciętej grzywki na czole błyszczały gniewnie oczy matki, wielkie, szafirowe, ocienione czarną rzęsą, z łukami czarnych, lśniących brwi. Czerwone usteczka ułożyły się do płaczu, tworząc podkówkę; bródka trzęsła się, powieki nabrzmiewały łzami. Dzieciak podbiegł do matki i rzucił się twarzyczką w fałdy złotego szlafroka, wybuchając głośnym szlochem,.

— Co się stało?

— Proszę księżnej pani, nie mogłam go niczem zabawić, do mamy i do mamy, wyrwał mi się i przybiegł tu, — tłumaczyła bona zakłopotana, ze zdumieniem patrząc na dywan zarzucony cennościami. Strwożone oczy podniosła na księżnę. Magnatka zauważyła jej zdumienie,.

— Proszę mi dziecko zostawić, gdy będę potrzebowała, zawołam.

Bona wyszła.

Księżna przysiadła przed malcem, który przestał płakać, tupał tylko nóżką i wrzeszczał na całe gardło:

— Do mamy! do mamy!

— Kryś cicho, nie płacz, jesteś u mamy, patrz, widzisz, jakie tu cacy — mówiła księżna pieszczotliwie, gładząc śliczną główkę syna i pokazując mu klejnoty.

Książątko spojrzało przez łzy, twarzyczka rozjaśniła się radosnym uśmiechem, klasnął w rączki i usiadł pomiędzy klejnotami, chwytając je w małe garsteczki. Księżna położyła mu na kolanach kolje z rubinów. Wielki djadem brylantowy włożyła mu na główkę. Dziecko z podniesionemi rączkami jęło wołać:

— Kyś cacy, Kyś cacy!...

Księżna bawiła się wybornie, Djadem wypadł z wątłych rączek, stuknął na dywanie. Kobieta mimowoli drgnęła.

— Rozbije się, szkoda! Ach, mniejsza o to!

— Masz, Krzych, nowe cacko — rzekła podając kilka sznurów różowych pereł.

Książątko nie mogło się nacieszyć; cisnąc kolje do piersi, biegło do drzwi.

— Bońci, bońci, pokazię ciaci.

Księżna nie zatrzymała malca. Słyszała tupot małych nóżek przez długi szereg pokojów i wołanie dziecka. Gdy zapanowała cisza, zachmurzyła się, łowiąc jakby w niewód mnóstwo rozpierzchłych myśli; tłoczyły się do mózgu natrętnie; jedne ginęły, inne napływały, tworzył się chaos, bezład. Jedna zatrzymała się dłużej i zaniepokoiła.

— Marnotrawnica jestem! Za te sponiewierane klejnoty mnóstwo ludzi biednych miałoby dobrobyt, szeregi nędzarzy przestałyby być nędzarzami, ile łez otartych, ile jęków w radosny uśmiech zamienionych, ile niedoli ustąpiłoby miejsca szczęściu... A tu... walają się, jak śmiecie, takie skarby...

Przez niedomknięte drzwi ujrzała idącego lokaja. Zastukał i wszedł, niosąc w ręku kolję pereł.

— Proszę jaśnie oświeconej księżnej pani, odebrałem to z rączek małego księcia, nie wiem, skąd wziął, czy...

Spojrzał na rozrzucone klejnoty, na stroje, leżące bezładnie, i umilkł, patrząc tylko wystraszonym wzrokiem, na dywan i na księżnę, siędzącą wśród skarbów.

— Dlaczego zabrałeś to dziecku?..

— Bo... myślałem...

— Trzeba było zostawić.

— Mały książę wybiegł na balkon i zobaczył księcia pana jadącego konno, wołał na konia i machnął kolją, byłby upuścił na ziemię pod kopyta, więc wyjąłem z rączek, nawet nie gniewał się, zajęty był koniem.

— Nie mów — mały książę, tylko Kryś, dzieci tak małych nie tytułuje się. — Czy książę pojechał?...

— Tak jest, proszę jaśnie oświeconej.

— Każ mi osiodłać konia, albo nie, poczekaj, wołaj panny Anastazji.

Gdy służąca weszła, księżna nie patrząc na nią, wydawała polecenia.

— Pochowaj to wszystko do szaf, klejnoty do pudełek i do szafki, klucz oddasz mi potem, teraz podaj amazonkę, którąkolwiek, prędko!

W dziesięć minut potem księżna, opięta jak posąg w ciemne sukno, stanęła przed stajniami, lustrując przeprowadzane przez masztalarzy wierzchowce. Konie jakby rozumiały, że to popis, rewja przed komendantem. Szły z gracją, z fantazją, niekiedy majestatycznie z pompą wielkopańską, to znowu z lekką — kokieterją i wdziękiem tanecznym. Przechodząc koło swej pani, więksi faworyci wyciągali szyje, rżąc cicho i węsząc chrapami. Księżna klepała je po karku lub dała klapsa w nozdrza, z uśmiechem, czasem niecierpliwie. Szereg koni następował nieskończenie.

— Osiodłać mi Machmuda!

Twarz masztalarza wyraziła zdumienie i obawę,.

— Jaśnie oświecona księżno, niebezpiecznie to... w ściekły ogier.

— Proszę spełnić rozkaz.

Masztalarz zaciął zęby i odszedł.

Gdy księżna zbliżyła się do siodła, szalony arab rzucał się w podskokach.

Dwuch masztalarzy trzymało go przy pysku, koniuszy, który nadszedł, podał księżnie dłoń drżącą z obawy, inny dygnitarz stajenny czuwał z drugiej strony siodła. Księżna jednym susem znalazła się w kulbace i, zgarnąwszy wodze, rzekła sucho:

— Dziękuję, proszę odstąpić.

Koń oswobodzony skoczył gwałtownie, zaczął cofać się w tył, przysiadać, munsztuk trzymał go silnie. Kierowany ręką śmiałej amazonki, podcięty energicznym pejczem, rzucił się naprzód i znowu tańczył, wspinał się, ciskał głową, kopytami walił z góry, aż huczał bruk i skry szły z kamieni, Koniuszy dosiadł drugiego wierzchowca, chcąc pani bez opieki nie puścić. Lecz ona krzyknęła zdyszana:

— Proszę zostać! pojadę sama...

— Ależ... księżna pani...

— Pojadę sama! Otworzyć bramę.

Jeszcze kilka susów nieprawdopodobnych, Machmud wspiął się w górę, dał młyńca, szarpnął się, prychnął i ostrym kurc-galopem runął w bramę. Księżna swobodnie puściła wodze; koń, odczuwszy wolność, pognał zdwojonym pędem, rwał naprzód, niby huragan, pochłaniając drogę przed sobą.

Księżna upajała się szalonym pędem, od czasu do czasu szarpnęła munsztukiem, pobudzając Machmuda, bieg jego stawał się nieledwie napowietrznym, leciał z szybkością strzały, mijał drzewa przydrożne. Droga, ocieniona gęsto drzewami, biegła równą Iinją jasną, w świetliste słoneczne plamy, wskroś pól, falujących pierwszą zielenią o jedwabnym połysku i chrzęście. W cichym powietrzu była słodycz miodowa, nasiąkła zapachami, i jakiś spokój bezmierny, który napawał jednocześnie rzeźwością i energją.

Księżna Bożenna uspokoiła się znacznie, przemożna siła natury ukoiła jej stargane nerwy, fala gorącej krwi napływała do żył, ocuciła młodą, życiową wenę.

Wierzchowiec z amazonką wyglądali, jak duża torpeda, mknąca z chyżością pocisku przez przeczyste fale rozsłonecznionego powietrza. Wiatr majowy świstał koło uszu księżnej, rozwiewał jej włosy nad czołem. Ona zaś wchłaniała w piersi pełnym haustem ten szampan eteryczny, płynący szerokim prądem. Myśli księżnej rozpierzchły się, cała jej istota żyła tylko słońcem majowem i tą jazdą szaloną. Z drogi wysadzonej drzewami wpadli na groblę wśród olch. Było tu grzązko, woda chlupała pod kopytami konia, który zwolnił biegu, wpadając w lekkiego kłusa. Machmud rozgrzał się i nabrał werwy, jakby podniecił go również zapach łąk. Parskał głośno i gryzł wędzidło; wypadały mu z pyska duże kłapcie białej piany; wygięta, piękna szyja zlana potem, lśniła w słońcu przepyszną barwą hebanu. Koń kołysał księżnę na swym grzbiecie, sam niby na sprężynach huśtał się na prętach gęsto nałożonej faszyny na błotnej grobelce. Zapach bagna i błotnych porostów zawiercił w nozdrzach mocno, jak tabaka.

Cieplej tu było jeszcze niż wśród drzew, gdyż słońce biło w wodę prawie prostopadle, zalewając gorącem złotem całą przestrzeń. Bagniska te i przyboczne łąki księżna lubiła, były one bowiem jakby ilustracją wiosny, jej uosobieniem. Nad niezmierną bujnością traw i kwiecia unosiła się istna chmura motyli, obłok komarów, muszek i pojedyńcze, ostre strzały śmigających ukośnie jaskółek. Roztocz pastelowa i barwna, wonna, bujna i ruchliwa.

Odzywały się w bagienkach solowe głosy żab, kumkami nazywanych, i na dane hasło powstawały rozhowory głośne, lecz rytmiczne, urozmaicone często wrzawą głosów kłótliwych lub znowu pojedyńczem kumkaniem. Księżna zasłuchała się trochę w tę muzykę monotonną, bezbarwną, lecz piękną w swej prostocie i rozmarzyła. Grobelka tymczasem i łąki zostały w tyle, dokoła rozległ się szum znamienny potężnych sosen, prostych jak maszty o korze miedzianej, o koronach bujnych, sięgających niemal obłoków. Machmud kłusował po czarnej, korzeniastej drodze wśród lasu rzadkiego jeszcze, gdyż olbrzymie sosny stały tu odosobnione jak pikieta przed zwartą armją boru. Po kwadransie kłusowania wśród tych filarów leśnego przedsionka wierzchowiec wpadł nagle w ciemną nawę lasu. Chłodniej tu było i mroźniej, lecz poważnie, jak w świątyni. Słońce, przesiewane przez gęste sito igliwia, rzucało miljardy iskier złotych w głębiny leśne, różowiąc przepysznie gładkie pnie, iskrząc się na świeżych piórach paproci. Bór milczał głucho, zdawał się być zaklętym, żadna gałązka nie drgnęła, żaden szmer nie płoszył uroczystej — ciszy. Księżnę przeraził ten las surowy a potężny, dreszcz nią wstrząsnął zimny, uderzyła konia pejczem; Machmud popędził cwałem. Droga dość szeroka, chociaż pełna sęków i korzeni wiła się kręto, pośród niebotycznych korytarzy sosen i jodeł, których baldachimy zwisały nad drogą, jak olbrzymie sztandary. Niekiedy Machmud wchodził w istne tunele gąszczów; księżna wówczas odchylała gałęzie, napawając się ich odurzającym aromatem. W jednym takim tunelu, zatopionym w igliwia i wachlarze jodeł, zatrzęsionym niskim podszyciem leszczyn, Machmud nagle prychnął i skoczył w bok przerażony. Z pod grubego pnia jodły odpowiedziało mu tukanie, rechtanie i łomot racic. Księżna ujrzała przez sekundę ogromny, najeżony łeb dzika z błyszczącemu gniewnie oczkami; białe kły zalśniły przy wydatnym zjadliwym ryju i czarno-ruda masa przewaliła się ciężko z tupotem i fukaniem w czarną otchłań podszycia, tylko swąd specyficzny dziczyzny podrażnił powonienie. Machmud parsknął niecierpliwie, wyrzucając delikatnemi nozdrzami ordynarną woń. Spotkanie z potężnym parwenjuszem leśnym zdenerwowało go; drżał szlachetną skórą i nie szedł już stępa, lecz kłusował ostro, wpadając w galop, pomimo gąszczów i wązkich krętych przesmyków. Księżna leżała prawie na szyi konia, chroniąc się od zaczepiających ją gałęzi, tętent głośny leciał po lesie, budząc milczące knieje. Rozhukany koń z amazonką przylepioną doń prawie, gnał tak z pół godziny, aż wypadł z boru na niewielką polanę leśną, otoczoną czarnym murem sosen i omszałych, sędziwych jodeł. Pośrodku stała prosta chata, kryta słomą, z czerwonym kominkiem i bocianiem gniazdem na węgle dachu. W oddali widać było niedużą szopę, kilkanaście sągów drzewa wykarczowanego i ułożonego pracowicie. Pomiędzy borem, z którego przycwałował Machmud, a chałupą, pędził po korzeniach wartki strumień, miejscami spieniony, to znów gładki jak sztaba żelaza. Woda była w nim koloru czarnej kawy, żywicą i smołą nasiąkła a chłodna i nadzwyczaj bystra. Nieco wyżej, na wzgórku stała studnia z żurawiem, opodal pasł się na łące koń, spętany na przednie nogi. Skakał dziwacznie i ociężałe, rozwiewając przytem grzywę olbrzymią i zamaszysty ogon.

 

Machmud zwietrzył sadybę ludzką i ujrzał skaczącego krewniaka, a chociaż odrazu poznał, że to prostak, jednak obyczajem istot kulturalnych zarżał gościnnie, akcentując zarazem wyższość swego rodu. Rżał z temperamentem, lecz dystyngowanie, raczej konchami nozdrzy niż głosem. — Porozumienie trwało krótko, gdyż spętany prostak nie chciał się zaznajamiać z arystokratą z pałacowych stajni; majdnął łbem kilka razy brutalnie i, odskoczywszy na przyzwoitą odległość, zanurzył głowę w kożuchu soczystej trawy.

Rżenie Machmuda zbudziło osadę. Z chaty wyszedł na próg człowiek już stary, ale młodzieńczy w ruchach, średniego wzrostu, suchy, z głową bardzo niezwykłą w typie. Twarz o rysach wydatnych wyrażała siłę i charakter, oczy szare, stalowe, przyćmione cienką powieką, głębokie były bezdennie, spokojne, poważne i tak łagodne jak u dziecka. Nie nosił zarostu, tylko bujne, krzaczaste brwi i przerzedzoną lecz jeszcze niezłą czuprynę, lekko szpakowatą. Cała postać pomimo prostego niemal w swej skromności stroju była jednakże niepospolitą i zupełnie otoczeniu nie odpowiadającą. Ręka, którą przykrył powieki od blasku słońca, raziła trochę przy całości, była również sucha i dość drobna, ale powleczona skórą opaloną i zgrubiałą jak u wyrobnika.

Księżna podjechała wolno; z przyległej szopy gapił się na konia i na nią parobek z siekierą w ręku.

— Dzień dobry, profesorze!

— Witam „jasną z pałacu“, tak nazywa księżnę mój dryblas. Ale gdzież on jest?... Semén, Semén!

Księżna zręcznie zeskoczyła z siodła. Staruszek oddał chłopcu zgrzanego Machmuda, przestrzegając miejscową gwarą, aby dobrze pilnował konia.

— On go nie utrzyma, niech go lepiej przywiąże w szopie, rozkiełzna i da trochę trawy.

— Że też księżna nie bała się takiego bucefała?... Toż to i ogier! Chyba ponosił, co?... bo zlany, jak wodą, księżna także zmęczona.

— Machmud zląkł się dzika, a przytem szalenie prędko jechałam.

— Książę pozwolił na tym koniu, samej?...

— Nie prosiłam go o pozwolenie. Będę u pana dziś na obiedzie. Czy dobrze, profesorze? — zajrzała mu figlarnie w twarz.

Stary pan uśmiechnął się.

— Proszę uniżenie na kaszę ze słoniną i kwaśne mleko, to moje menu. Trochę nie książęce. Ot... ot...

— Zgoda na kaszę! Jak tu u pana zawsze ładnie, co za powietrze, niczem Tyrol! Lubię Smolarnię!

Młoda kobieta upadła na zielony puch trawy, pod olbrzymim dębem stojącym o kilka kroków od chaty, oparła się na łokciach i z uśmiechem zamyślonym patrzyła na czarny las, tonący w powodzi złotego południa. Była to widocznie ulubiona poza księżny, gdyż profesor ani słówkiem nie zaprotestował; usiadł spokojnie na ławce pod ścianą chaty i ręce położył na kolanach. Długą chwilę trwało milczenie. Siwe, dobre oczy pustelnika spoglądały na księżnę trochę pobłażliwie a trochę tkliwie; palce rąk niecierpliwiły się na kolanach. W reszcie pierwszy przemówił nizkim głosem:

— Księżna znowu się nudzi... Hę?...

Żadnej odpowiedzi.

— Może jestem natrętny?...

— Chyba do mnie się to stosuje, przerywam panu samotność i pracę, Ale... proszę mi wybaczyć! Tak na mnie kojąco działa Smolarnia i pańskie towarzystwo, że doznaję tu najmilszych wrażeń w tej pustce. Panu zapewne sprawiam dystrakcję; nie lubi pan ludzi...

— Och, nie lubię, czy może lepiej nie chcę ich?... Za dużo ich miałem, zanim doszedłem do przekonania, że się można bez nich obejść. Ale księżna, kiedy jest sama, sprawia mi radość.

— Czy to zdawkowy kompliment?...

— Nie umiem w ten sposób rozmawiać.

— Dziękuję. Ja wiem, że mnie pan trochę lubi, tylko mego męża nie.

W tej chwili księżna parsknęła szczerym, swobodnym śmiechem.

— Ach, pamiętam, było to zeszłego lata w sierpniu. Cała nasza wakacyjna socjeta dowiedziała się skądś o pustelniku zamieszkałym w Smolarni od miesiąca, no, więc z prośbą do mnie, aby ich tu przywieść. Miałam kłopot! wykręcałam się długo, w końcu byłam zmuszoną uledz. Posądzono mnie już nawet, że ukrywam tu kochanka; zakrawało to na romantyczną historję. No i przyjechaliśmy konno, brekami, powozami. Cały Jarów się zwalił; polanka ta wyglądała jak pole elekcyjne; miny zaciekawione, oczy rozglądają się bacznie. Ha, ha, ha, — zanosiła się od śmiechu.

— A bohatera romansu ani śladu, drapnął! Hipohondryk jeden!

— A tak, a bohater drapnął! Co za intuicję pan miał szczególną, żeby się tak schować. Jasnowidzący!?

— I... bez tego się obyło, Poprostu ot... ot... siedziałem sobie na brzegu lasu, ot tam, za sągami i delektowałem się jakimś robaczkiem, aż tu patrzę, najazd! Żaden goniony przezemnie turkuć podjadek nie zmyka tak do nory, jakom ja zmykał do mego wykrotu pod zwaloną jodłą.

— A szukali profesora długo w lesie, w szopie, pomiędzy sągami, ach, jak się śmiałam z radości, że pana nie zobaczą. Umyślnie tak się zachowywałam, żeby intrygować. Kilka osób było przekonanych, że to spisek, że ukrywam tu kogoś i ostrzegłam go. Szczególnie Eustachowa drżała z ciekawości, wietrząc romans.

— Ona wszakże swego Strzelca nie ukrywa, wolnomyślna niewiasta — przerwał profesor półgłosem.

— Właśnie! W końcu mąż mój zdenerwował się; otworzył drzwi chaty, wprowadził wszystkich do środka i oglądali sobie romantyczne milieu; lupy, lupki, mikroskopy, tabliczki z zasuszonymi robakami, zioła, księgi, zeszyty, zielniki, spartańskie łóżko, garderobę, ha, ha, ha! Zdaje się, że garderoba najelastyczniej ich przekonała.

— Kochanek księżnej Bożenny w powypychanych na kolanach spodniach i z powycieranymi łokciami. Awantura! — uśmiechnął się profesor.

Księżna popłakała się ze śmiechu.

— No i za mały jakiś, za szczupły, cóż to za kochanek?! — Niech się profesor nie krzywi, stwierdzam tylko to, co zauważyłam, zresztą znam tych gogusiów i gogusiowe. Uśmiechały się dyskretnie niby zażenowane, ale oglądały każdy szczegół mniej lub więcej cenzuralny.

— Wiem, wiem, nawet moje notatki w kieszeniach poprzewracali.

— Ach, cóż pan chce?! Szukali przecież jakiegoś billet doux, jakiś liścik, schadzka, czy moja fotografja, a tu nic i nic! Coś tam hrabia X. wyczytał o kręgosłupie jakiegoś potworka leśnego, któraś z dam o odrostku ogonowym u jakiegoś szanownego skorupiaka i koniec! Najmniejszego szczególika romantycznego, żadnego śladu zagadki, Rozczarowanie! Eustachowa sarknęła: „to jakiś nudziarz, może kwakier“, ktoś szepnął „czasem i naturaliści miewają chwile“, ogólnie jednak wszyscy wyszli skwaszeni, nie udała się eskapada, bo naturalista siedział w wykrocie.

Księżna umilkła, wyciągnięta na trawie, niby długa liszka ciemna, Z pod sukna amazonki wysunął się śliczny but, lakierowany, jak cacko. — Szybkim ruchem zdarła, mały trykorn z głowy i cisnęła go daleko.