Słynne procesy II Rzeczypospolitej

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki

Tomasz Majewski

Redaktor prowadzący

Urszula Lewandowska

Redaktor merytoryczny

Mariola Hajnus

Redakcja techniczna

Andrzej Sobkowski

Skład wersji elektronicznej

Robert Fritzkowski

Korekta

Małgorzata Szewczyk

Barbara Milanowska (Lingventa)

Wybór zdjęć

Urszula Lewandowska

Zdjęcia ze zbiorów: Archiwum Akt Nowych, Biblioteki Jagiellońskiej, Biblioteki Narodowej, Biblioteki Cyfrowej Regionalia Ziemi Łódzkiej, Fotopolska, Neo&Siloy, Internetowego Polskiego Słownika Biograficznego, Małopolskiej Biblioteki Cyfrowej, Narodowego Archiwum Cyfrowego, Wikimedii Commons

Zdjęcie na 1. stronie okładki: Teodozja Majewska, oskarżona o działalność szpiegowską, w eskorcie policjantów udaje się na rozprawę, maj 1932 roku. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Zdjęcie na 4. stronie okładki: proces bojówkarzy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (UON), sprawców napadu na pocztę w Gródku Jagiellońskim przed Sądem Okręgowym we Lwowie. Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Zdjęcia na wewnętrznej stronie okładki: proces przeciwko generałowi brygady Bolesławowi Jaźwińskiemu oskarżonemu o nadużycia w Wojskowym Instytucie Geograficznym, 20 kwietnia 1931 roku (fot. Jan Binek, Narodowe Archiwum Cyfrowe) oraz proces brzeski w Sądzie Okręgowym w pałacu Paca przy ul. Miodowej w Warszawie (fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)

© for the text by Helena Kowalik

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2020

ISBN 978-83-287-1268-3

Sport i Turystyka

Wydanie I

Warszawa 2020

Mojemu wnukowi Beniowi

Historia, mierząc wielkość bohaterów,

nie zalicza im wysokości szczudeł

Aleksander Świętochowski

Spis treści

Wstęp

DEZERTERZY I SZPIEDZY

Rodzinna tajemnica

Odmowa Cymermana

Pod gilotyną

Ten bolszewik Segal

Akcja „Wózek”

Zdjęcia

RADOŚĆ Z ODZYSKANEGO ŚMIETNIKA

Oddaj moją ojcowiznę

Niech miecz opadnie

Od gazowej maski do marszałkowskiej laski

W imieniu ulicy

Pośrednik

Zdjęcia

ZDRADZIECKA KULA

Bez skruchy

Giń, kacie prawosławia!

Batko z Hulajpola

Łuk triumfalny dla zdrajców

Nazywam się Blachowski…

Smert Lachom

Zdjęcia

NA KOLANA!

Płacz starego wachmistrza

Widzę cmentarzysko moralne

Nad przepaścią

Zdjęcia

CZUŁKI WROGA

Judaszowe srebrniki

Fałszywy baron, prawdziwy agent

Pozdrowienia od Czeki

Zdjęcia

Podziękowanie

Wstęp

Na rozprawy potrzebne były bilety wstępu. Nawet nie wszyscy sprawozdawcy sądowi mieli szansę dotrzeć do loży prasowej. Podczas głośnych procesów politycznych pałac Paca w Warszawie przy ulicy Miodowej, w którym mieścił się Sąd Okręgowy, otoczony był podwójnym kordonem policji. Na pobliskich ulicach wstrzymywano ruch kołowy.

Ci, którym udało się pokonać kolejne bariery i zająć miejsce w ławach dla publiczności, obserwowali rozprawę pod czujnym okiem nie tylko woźnego, ale i sędziów. Nie wolno było używać lornetek, rozmawiać, podchodzić do oskarżonego. W sądowym spektaklu główne role odgrywali prokurator i obrońca. Ich słowa nazajutrz cytowane były przez gazety, o ich argumentach dyskutowano w klubach i kawiarniach.

Przestępca polityczny nie budził takich emocji. Sam zazwyczaj niewiele miał do powiedzenia (choć zdarzały się wyjątki, jak np. w styczniu 1923 roku na procesie Eligiusza Niewiadomskiego, zabójcy prezydenta Narutowicza), o jego losie decydowali inni, często używający w swych argumentach pojęcia racja stanu. Takie procesy trwały krótko. Najdłuższy, w którym sądzono ukraińskich zamachowców, zabójców ministra Bronisława Pierackiego, rozpoczęty 18 listopada 1935 roku, zakończył się wyrokiem w połowie stycznia roku następnego. Samo odczytywanie aktu oskarżenia zajęło prokuratorowi dwa dni. Przesłuchano 160 świadków.

Powstała po 123 latach niewoli II Rzeczpospolita nie miała litości dla tych, którzy podnieśli rękę na Najjaśniejszą. Surowe wyroki podawano do publicznej wiadomości z wyraźnym zamysłem edukacji obywateli, co to znaczy służyć odrodzonej ojczyźnie. Zarówno patetyczne wystąpienia oskarżyciela publicznego, jak i obrońców (ci ostatni nie bez powodu nosili na todze wstęgę z napisem „Honor i Ojczyzna”), o wiele bardziej skupiały się na ocenie sytuacji politycznej kraju i wyszukiwaniu przyczyn, impulsów, które doprowadziły oskarżonego do zbrodniczego czynu, niż na oskarżonym.

Na procesie Niewiadomskiego prokurator tak przedstawił polityczne podłoże zbrodniczego czynu: Nie został on wyhodowany w mózgu mordercy zupełnie samodzielnie i nie zrodził się w jego sercu bez żadnej pobudki z zewnątrz. To, co było czasem wyrazem zawiedzionych nadziei, wyrazem gniewu partyjnego, uzewnętrzniało się w fatalnych często słowach, Niewiadomski brał na serio, jako głos obudzonego sumienia narodu. (…) On sobie wyobraził, że słucha tętna narodowego życia, a przecież słyszał tylko pokrzykiwania, tylko gadzinowe syki.

W tym przypadku prokurator nie mijał się w ocenie politycznej atmosfery z adwokatem. Zazwyczaj mowy końcowe stron procesowych różniły się; wszak ktoś oskarżał, ktoś bronił. Jedno tylko miały wspólne – sięgający po sklepienie sali sądowej patos.

Kiedy przodownik policji Józef Muraszko zastrzelił na wschodniej granicy dwóch polskich oficerów – zdrajców skazanych za podkładanie bomb w wolnej Polsce (mieli być wymienieni na polskich więźniów w Bolszewii) – prokurator wyznał, że smuci go przeświadczenie oskarżonego, jakoby zachował się jak patriota.

Adwokat oponował: jego klient, strzelając do oficerów, naprawdę bronił Najjaśniejszej. Muraszko obawiał się potajemnego powrotu tych zdrajców do Polski z zadaniem szpiegowania dla bolszewików. Zabijając ich, policjant dał świadectwo swego patriotyzmu.

Całkowicie utożsamiając się ze swym klientem, mecenas sprawił swą mową obrończą, że, jak pisali korespondenci sądowi, w oczach publiczności zalśniły łzy. Powiedział: Dla nas ojczyzna – to pieśń wigilijna w grudniowy wieczór pod iskrzącym niebem, to wierzby płaczące przy polskiej drodze, to żołnierz w marszu z pieśnią o wojence, to Święty Boże w wiejskim kościele, dzika grusza na rozstaju… (…) Bolszewizm u nas jest obelżywą groźbą i dlatego na jego krwawe czyny odpowiedzią była krew przez Muraszkę przelana. A jeśli wam, polscy sędziowie, zabójstwa przebaczyć nie wolno – Muraszce przebaczy Polska.

To były czasy dla takich eksploracji, inkrustowanych cytatami z twórczości urodzonych w niewoli romantyków. Jeszcze się nie wytarły często używane słowa: ojczyzna, niepodległość. Nawet Irena Krzywicka, znana w latach 20. z ostrego języka niepokorna publicystka, tak pisała o powrocie Polski w 1918 roku na mapę Europy: Stało się coś, na co czekały pokolenia (…). Zjednoczyły się zabory, powstało państwo i oto pewnego dnia stojąc w tłumie w Alejach Ujazdowskich, płakałam ze szczęścia wraz z innymi, patrząc na przejeżdżające wojsko polskie, na przyjeżdżający rząd, na wszystko, co się spełniło, ziściło. Mickiewicz, Słowacki, Wyspiański stali niejako z nami w tłumie i płakali ze szczęścia razem z nami”. (Wyznania gorszycielki, Warszawa 1998).

 

Wrogów odrodzonej Rzeczypospolitej czekała kara śmierci.

W pierwszych latach Najjaśniejszej taki los mógł spotkać wszelkiego rodzaju zamachowców: Polaka antysemitę, który na wezwanie swej partii chciał za cenę zabójstwa głowy państwa zmienić porządek polityczny w kraju, ukraińskich nacjonalistów dążących do utworzenia samoistnej Ukrainy, Niemców niepogodzonych z traktatem wersalskim czy zatrzymanych pod Warszawą w 1920 roku Sowietów. Kara śmierci groziła też dezerterom z wojska, szpiegom i malwersantom państwowego majątku.

Pierwszego października 1921 roku stanął przed sądem podporucznik Jan Wereszczyński oskarżony o to, że jako oficer kasowy Wojskowego Urzędu Gospodarczego roztrwonił na cele prywatne dwadzieścia parę milionów marek. Sprawozdawca „Kuriera Warszawskiego” Włodzimierz Ostoja-Zagórski pisał: Ostrą goryczą napełnia się sen patrioty o Armii Wolnej Polski. (…) W młodej naszej armii etyka poszczególnych funkcjonariuszy jest przerażająco odmienna od odpowiadającej najniższym wymaganiom. Tych poważnych niedbalstw i przewinień tolerować nie wolno. Kara śmierci na defraudantów jest nie tylko ustawowa, ale rzeczywiście stosowana. Niech w Polsce dla Wereszczyńskich nie będzie litości.

Wyrokiem sądu Jan Wereszczyński został rozstrzelany.

Bieda w kraju i narastająca inflacja rodziły w umysłach niektórych popędliwych Polaków desperacką potrzebę szukania winnego. Jeśli w dodatku takim frustratem był wojskowy – niegdysiejszy legionista, który żył w przekonaniu, że jest niejako właścicielem wywalczonej własną krwią Rzeczypospolitej – od tragedii dzielił go tylko krok.

Zrobił go pewnego kwietniowego popołudnia 1926 roku sierżant Wacław Trzmielowski, strzelając do Huberta Lindego, prezesa Pocztowej Kasy Oszczędności, właśnie oskarżonego o lekkomyślne trwonienie majątku tej rządowej placówki.

Dzień wcześniej Stanisław Szurlej, adwokat Lindego, przemawiając przez wiele godzin przed sądem, wyraził opinię, aktualną do dziś: – Pan prokurator żądając wysokiej kary dla mojego klienta, miał wzgląd na społeczeństwo, które jakoby tego oczekuje. Niebezpieczny to argument, bo robimy ze społeczeństwa sędziów, a z sądu tylko wykonawcę tego wyroku. A do społeczeństwa nie trzeba się ustosunkowywać, jak sługa do pana, słuchać jego rozkazów i płynąć z falą. (…) Kalumniarstwo, obdzieranie ludzi z czci, stało się w Polsce nagminne. Nawet ci, którzy są sławieni, jako zbawcy narodu, zostają po pewnym czasie obryzgani błotem. (…) Taki prąd jest rządzącym na rękę, bo można od czasu do czasu kogoś rzucić tłumowi na pożarcie i powiedzieć: to nie my, to on. Sprawa Lindego jest wynikiem właśnie takich prądów.

Nie zawsze doprowadzano na ławę oskarżonych właściwą osobę. W tych niestabilnych czasach budowania nowej praworządności państwowe służby jeszcze nie działały jak trzeba. Czasem wystarczyło pomówienie, oskarżenie wcale nie z pobudek patriotycznych, tylko dla zagarnięcia cudzego majątku i niewinny człowiek stawał przed prokuratorem. Mecenasowi Eugeniuszowi Śmiarowskiemu – obrońcy niesłusznie posądzonego o współpracę z bolszewikami lekarza z przygranicznego miasteczka Równe – udało się uzyskać wyrok uniewinniający dopiero w sądzie apelacyjnym. W mowie obrończej wiele mówił o powojennych hienach żerujących na „ojczyźnianej pobudliwości” Polaków.

Tak było przez całe dwudziestolecie międzywojenne. Sąd stał się miejscem, gdzie przeprowadzano wiwisekcję narodowych tragedii, w których ktoś przypadkowy nacisnął cyngiel. Nie było takich debat na żadnym innym forum; a przede wszystkim nie było ich w sejmie lżonym przez Marszałka, wstrząsanym awanturami reprezentantów różnych partii politycznych i częstymi zmianami gabinetu rządowego.

Nigdy więcej w dziejach Polski taka sytuacja się nie powtórzyła i daremnie dziś szukać odzwierciedlenia tamtej atmosfery w kronikach sądowych ówczesnej prasy.

Sprawozdawcy sądowi ograniczali się bowiem do suchych relacji z przebiegu procesu, a jeśli już dawali upust swym emocjom, to głównie w opisie wyglądu oskarżonych. Działali w ten sposób na wyobraźnię czytelnika i sygnalizowali, jaki jest stosunek redakcji (zwykle organu prasowego którejś z partii) do politycznego przestępstwa. Tak więc zabójca Narutowicza miał szczurze spojrzenie, a oskarżony w procesie ukraińskich zamachowców o napaść na Pierackiego Bandera: Wyraz twarzy zdecydowanie nieprzyjemny, oczy biegające, z lekkim zezem.

Najwybitniejsi adwokaci mieli jednak świadomość swej roli, skoro kilku z nich własnym sumptem wydawało swoje mowy obrończe drukiem. Ta jakże pożyteczna dla potomnych działalność została przerwana po procesie brzeskim. Tam bowiem przed sądem stanęli jako oskarżeni były premier rządu odrodzonej Polski, byli ministrowie i znani działacze polityczni, a ich obrońcy kilkadziesiąt razy wymieniali nazwisko Marszałka, nie szczędząc mu krytyki. – Proces ten kończy legendę o Piłsudskim. Miał wszelkie możliwości, aby naród nosił go na rękach, i wszystko zmarnował. Teraz chce zostawić na polu politycznym pustkę, a nad nią swoje dyktatorskie ja. Jeśli ktoś się sprzeciwia, niszczy go – powiedział wtedy mecenas Jan Nowodworski.

W kwietniu 1938 roku sejm podjął precedensową uchwałę o ochronie czci imienia Józefa Piłsudskiego. Stanowiła ona, że za uwłaczanie czci zmarłego Marszałka grozi 5 lat więzienia.

Adwokaci nie mieli złudzeń: polityczny knebel może wkrótce objąć i inne nazwiska z pierwszych stron gazet, które wybrzmią na sali sądowej. Zaprzestali drukowania swych wystąpień. Nawet, jak to się działo wcześniej, w postaci skromnych broszurek o śladowym nakładzie.

Dlatego wydobycie na światło dzienne po prawie stu latach uśpienia w archiwach wnikliwych analiz sytuacji politycznej w kraju, ukazanej przez pryzmat sali sądowej, wydaje mi się cenną lekcją historii dla współczesnych. Cyprian Kamil Norwid w jednym ze swoich filozoficznych esejów, Myśli o Polsce i Polakach, napisał: Historię nie tylko stanowią wiarygodne zbiorowiska nagich faktów, ale i pojęcie, jakie naród o swej własnej wyrabia historii.

Helena Kowalik


DEZERTERZY I SZPIEDZY

Szli w bój, śpiewając: Na stos rzuciliśmy nasz życia los, na stos, na stos! Tak było w 1916 roku i kilka lat później. Wywalczyli wolną Polskę. Ale kiedy już wszystko wokół stało się nasze, także wojsko, wielu Polakom zaciążył obowiązek obrony granic Najjaśniejszej. W ciągu całego dwudziestolecia międzywojennego dezercje rekrutów były wręcz plagą. W niektórych pododdziałach sięgały nawet 70 procent stanu. Tylko w 1923 roku uciekło z Wojska Polskiego 10876 rekrutów.

Początkowo dezerterów karano wyrokami śmierci, które mógł zmienić tylko prezydent lub naczelnik państwa. Z czasem znacznie złagodzono drastyczne restrykcje, gdyż nie spełniły swej roli – nie odstraszały innych od zrzucenia kamaszy.

„Polska Zbrojna” w nr. 214 z 1927 roku w artykule Dezerter w kufrze opisała historię niejakiego Tatarowicza, który w roku 1923 zbiegł ze stacjonującego w Piotrkowie Trybunalskim 25 pp. do Berlina. Pięć lat później musiał przyjechać na pogrzeb ojca. Jego kochanka Niemka zapakowała go w kufer i wysłała jako bagaż koleją do Polski. Żeby mężczyzna się nie udusił, wywiercono w skrzyni otwory.

Na stacji w Sosnowcu chrapanie dochodzące z kufra zainteresowało przechodzącego koło wagonu kolejarza; wezwał posterunkowego i wszystko się wydało. Wojskowy Sąd Okręgowy w Łodzi w porozumieniu z prokuraturą okazał się bardzo łagodny – skazał Tatarowicza tylko na rok i sześć miesięcy więzienia. Ten sam sąd w podobnych sytuacjach pięć lat wcześniej wydawał wyroki śmierci.

Na ministerialnym szczeblu zapadły też decyzje, aby wychowywać rekrutów. „Żołnierz Polski” drukował listy „parszywych owiec” – skruszonych dezerterów zbiegłych za granicę (a więc nie osądzonych), u których, jak komentowała gazeta, odezwało się sumienie i teraz proszą o „ściągnięcie ich na ojczyzny łono”.

Oto list dezertera Władysława Trzcińskiego do kapitana Bocheńskiego z 3 baonu telegraficznego w Grodnie. Tydzień po wcieleniu żołnierz opuścił jednostkę i wyjechał za wielką wodę.

Pozdrawiam was, moje drogie Państwo. Życzę wam szczęścia. A teraz ja odzywam się do was. Ja rad bym Polski i swej ojczyzny bronić, chciałbym powrócić do wojska. Głupie myśli za morza mnie wypędziły. Co się kładę spać, to mi się mój pułk śni. Proszę was, ściągnijcie mnie z powrotem…

Kajał się publicznie dezerter, strzelec Piotr Księdzuk, który za radą polskiej ambasady w Berlinie wysłał z Niemiec list do swej kompanii, przestrzegający towarzyszy broni przed jego losem:

Kochano Gromado. Czy wiecie, że tacy wariaci, co pouciekali, są tu żebrakami. Żeby z głodu nie zdechnąć, idą do obcych legionów do Afryki bić się z murzynami. Precz ze zboczeniem! Trzymanie się własnego kraju jest rzeczą świętą, ja wracam, bo lepiej w tym kraju zdechnąć w więzieniu za swój nikczemny uczynek, aniżeli w obcym włóczyć się i być żebrakiem.

Wśród uciekinierów było wielu Żydów. Ci, którzy dopiero co przybyli z Bolszewii, jak nazywano wówczas Sojuz, byli traktowani po macoszemu. Na posiedzeniu sejmu 18 kwietnia 1923 roku poseł Rymar ze Związku Ludowo-Narodowego wystąpił z interpelacją w sprawie wydalania z granic państwa Żydów emigrantów z Rosji. Chodziło o około 330 tysięcy osób. Takiej masy żydostwa nasz organizm nie wytrzyma – oświadczył poseł.

W ripoście poseł Schiper (Koło Żydowskie) zauważył, że wielu Żydów obywateli II RP, bez ich zgody wywieziono za zieloną granicę. Rząd Rzeczypospolitej uprawia szmugiel żywym towarem – zawołał.

Żydzi cierpieli w wojsku, bo tam patrzono na nich podejrzliwie, gdyż stanowili – zdaniem będących u władzy narodowców – podstawowy czynnik rozkładu polskiej armii. Publicysta endeckiej „Falangi” postulował wręcz, aby zabronić Żydom noszenia polskich mundurów.

Czasopismo „Polska Narodowa” wzywało na pierwszej stronie:

Służba w polskim wojsku to dla Polaka nie obowiązek, lecz zaszczyt i chluba. Ale tylko dla Polaka. Nikt inny do tej armii nie może mieć wstępu! Wara od niej Żydom i żydowskim zdrajcom! Domagamy się odżydzenia polskiej armii.

Takie podburzające głosy rozzuchwalały wielu oficerów, byłych legionistów. W kwietniu 1919 roku w przyfrontowym Pińsku na rozkaz dowódcy patrolu, majora Aleksandra Łuczyńskiego, zamordowano 35 Żydów cywili. Ofiary zebrały się wieczorem w synagodze, aby podzielić między sobą paczki, które przyszły od ich krewnych z Ameryki. W tym czasie takie zgromadzenia były uznawane za nielegalne. Patrole wojskowe wkroczyły do synagogi i rozstrzelały wszystkich obecnych. Dwa miesiące później major dostał awans na stopień pułkownika.

Za bezkarnych uważali się zwłaszcza żołnierze wojsk wielkopolskich, armii generała Hallera i Dywizji Litewsko-Białoruskiej. W drodze na front obrzucali obelgami napotkanych Żydów cywili i często bez powodu znęcali się nad nimi, upokarzali.

Potem żołnierze wyprowadzili rabina na rynek, gdzie stał szwadron ułanów i tam oficer rozkazał żołnierzom przed frontem swego oddziału i w obecności tłumów ludności miejskiej obciąć rabinowi brodę. Poczem podano mu lusterko, by się przeglądał. Następnie ów oficer rozkazał rabinowi obejść swój oddział i podziękować żołnierzom – pisano na łamach „Myśli Narodowej”.

Sprawcy nie zostali ukarani mimo interpelacji w sejmie posłów Żydowskiego Stronnictwa Narodowego, skierowanej do ministra spraw wojskowych.

W sierpniu 1920 roku wiceminister spraw wojskowych, generał Kazimierz Sosnkowski, przekonany o kolaborowaniu żołnierzy narodowości żydowskiej z bolszewikami, kazał wycofać ich z frontu do specjalnego obozu pod Jabłonną. W „Falandze” napisano: Obóz koncentracyjny dla Żydów był dobrym wynalazkiem. Element żydowski jest w wojsku szkodliwy jako siejący panikę, wprowadzający demoralizację, składa się ze zdrajców, szpiegów i dezerterów.

Właśnie do takiego obozu trafił ochotnik, student Klotz. W ręku miał zaklejoną kopertę od dowództwa.

Rodzinna tajemnica

Oskarżony: st. szer. Jakub Klotz, zarzut: dezercja

– Synu, ty też jesteś Żydem! – krzyknęła matka skazanego na śmierć Jakuba Klotza w chwilę po ogłoszeniu wyroku i upadła zemdlona.

 

Był wrzesień roku 1920. Doraźny Sąd Wojskowy w Łodzi rozpoznawał sprawę starszego szeregowego Jakuba Klotza z Kalisza, dezertera z pułku w Jabłonnie. Jeszcze trwała wojna polsko-bolszewicka. Klotz, student Wydziału Matematyki i Chemii Uniwersytetu Warszawskiego, od niespełna dwóch lat służył ojczyźnie jako ochotnik. Najpierw pół roku na froncie, potem został przydzielony do baonu radiotelegraficznego w Cytadeli Warszawskiej, następnie przeniesiono go do sztabu telegraficznego w Krakowie, gdzie odbierał tajne depesze. W październiku 1920 roku kończył mu się urlop dziekański, miał wrócić na uczelnię. Ale patriotycznie nastawieni akademicy zawiadomili rektora, że chcą ponownie założyć mundury, bo zagrożona najazdem bolszewików ojczyzna ich potrzebuje. Drobny, wychuchany przez matkę „Klocek”, solidaryzując się z uchwałą kolegów, zgłosił się do swego oddziału. Otrzymał zaklejoną kopertę, zaadresowaną do dowództwa batalionu w Jabłonnie. Kilka godzin później postanowił stamtąd zdezerterować, za co groziła kara śmierci.

Przed sądem doraźnym tak się tłumaczył ze swej decyzji:

– Miałem nadzieję, że w Jabłonnej zastanę żołnierzy gotowych bić się za Polskę. Tymczasem to, co zobaczyłem, to był obóz koncentracyjny dla Żydów w jarmułkach, głównie dezerterów. Obdarci i wycieńczeni, żaden nie miał munduru, nie wspominając o broni. Widok tych nędzarzy siedzących na gołej ziemi w modlitewnym kiwaniu się wstrząsnął mną do głębi. Nie chciałem przebywać w takim towarzystwie.

Klotz, choć wychował się w domu dostatnim i niczego mu nie brakowało, nie był maminym synkiem. W roku 1905 zorganizował w szkole strajk w obronie usuwanego języka polskiego. Został za to wydalony i rodzice wysłali go na dalszą naukę do Szwajcarii. Następnie podjął studia w Berlinie, lecz gdy tylko w Warszawie otwarto uniwersytet, wrócił do Polski. Znów przerwał naukę, bo wybuchła wojna polsko-bolszewicka…

19-letni Jakub poczuł się oszukany przez swoich krakowskich dowódców. Musieli wiedzieć, gdzie go kierują, skoro dali mu zaklejoną kopertę. Wprowadzając w błąd wartownika, samowolnie opuścił koszary. Był w szoku. Nie mógł pojąć, dlaczego właśnie jego, wykształconego radiotelegrafistę, przydzielono do oddziału piechoty utworzonego wyłącznie, jak się potem wyraził na rozprawie sądowej, z elementu całkiem obcego mu narodowościowo. Szedł do Warszawy, odpoczywając po drodze w lesie. Na dworcu kolejowym wsiadł, a raczej zaczepił się jedną nogą na buforze wagonu pełnego wojennych tułaczy. Pociąg jechał w kierunku Kalisza.

W domu zamyka się w swoim pokoju, nie chce rozmawiać nawet z matką. Mówi jej przez drzwi, że wkrótce stanie do poboru w miejscowej komisji wojskowej, ale musi się pozbierać. Nie wychodzi na miasto, prawie nie je.

Kiedy jest już gotowy do wytłumaczenia się z dezercji przed komisją, okazuje się, że tego dnia (w sobotę) naboru nie ma. Dopiero w poniedziałek. Dobrze, mówi matce, dwa dni mnie nie zbawią. Tymczasem w niedzielę do domu Klotzów puka żandarmeria. Jakuba zadenuncjowała sąsiadka.

Proces dezertera trwał trzy dni. Zeznawali głównie świadkowie obrony, których obecność na sali rozpraw wywalczył obrońca Kazimierz Sterling[1]. Byli to głównie wojskowi zwierzchnicy Jakuba Klotza.

– Jeden z najlepszych moich podwładnych – powiedział o oskarżonym jego bezpośredni przełożony w szkole radiotelegraficznej. – Sumienny, pracowity i ambitny.

– Wszyscy w sztabie uważaliśmy „Klocka” za człowieka czystego, nieposzlakowanego, słowem zasługującego na wyjątkowe zaufanie. Dlatego był wyznaczony do odbioru depesz ściśle tajnych – charakteryzował go inny oficer.

Świadkowie oskarżenia, dwaj żandarmi, usiłowali przekonać sąd, że oskarżony, ukrywając się w domu po zdezerterowaniu z wojska, przygotował sobie kryjówkę w szafie. W tym celu na wewnętrznej stronie drzwiczek umocował sznur, który trzymał, aby się nie otwierały.

Ale przesłuchani przez adwokata, który pytał o grubość sznura i rodzaj użytych gwoździ, musieli w końcu przyznać, że była to zwykła tasiemka do wieszania krawatów w szafie.

Wszechstronnie wykształcony mecenas Sterling miał ambicje literackie. Jego mowy obrończe były w stanie zawładnąć wyobraźnią publiczności, a nawet stron procesowych. Przemówienie, które wygłosił w obronie swego klienta, weszło do podręczników dla studentów prawa.

– Nieraz zdawało mi się na sali sądowej – mecenas buduje nastrój w kompletnej ciszy – że sponad głów zebranych idzie poszum wielkich, ciężkich, czarnych skrzydeł, przybliżających lub oddalających się od głowy oskarżonego. Nam, obrońcom z czasów niewoli carskiej, dobrze znany jest ten tragiczny poszum wiejący ponad salą. Z zapartym nieraz oddechem słuchamy, jak zbliża się do oskarżonego, a wraz z nim zbliża się nieodzownie wielka, skrzydlata zagadka niebytu. Ktoś otwiera wrota do więzienia.

Ten powidok miałem w oczach w chwili, kiedy przed sądem stanęła tragiczna w swym spokoju postać matki oskarżonego. Stawiła się tu, by swym zeznaniem składanym w mękach duszy walczyć o życie jedynego syna! Matka – jako świadek… Wiem, co można temu zarzucić. Jednakże proszę was, panowie sędziowie, o zestawienie szczegółów jej zeznań i wywnioskowanie, czy pani Klotz jako świadkowi można wierzyć… Przypomnijcie sobie tylko tę chwilę, kiedy zapytana o szczegół niekorzystny dla syna, odpowiedziała po chwili wahania z nieśmiałością, cicho, całkowitą prawdę. Nie wiem, czy zauważyliście w tym momencie to, co udało się mnie podpatrzeć – lekki uśmiech aprobaty na ustach syna i błysk miłości w jego oczach za to, że matka jego jest taką, jaką ją sobie wymarzył, ukochał i mieć w sercu pragnął.

Jeżeli wam o tym mówię, to nie tylko po to, byście jej zeznaniu dawali wiarę – ona tak mało istotnych szczegółów dla sprawy wniosła – ale dlatego, byście, panowie, przystępując do sądzenia oskarżonego, wiedzieli, kim jest jego matka, a więc pod jakim wpływem jego młodość ubiegła.

Adwokat przedstawia następnie rodzinę oskarżonego. Ojca, „wielkiego kupca małego miasta, który pracuje dzień cały, zarabia, liczy, dorabia się, dochodzi do majątku”. Niewątpliwie kocha on swego syna, ale wpływ na wychowanie dziecka, na ułożenie się psychiki, musi mieć nader nikły. Wszystko pozostaje w rękach matki. Ona kształtuje swoje nerwowe, wrażliwe, pracowite i ambitne dziecko. Jest patriotką, co stwierdzili powołani świadkowie – przedstawiciele kaliskiej inteligencji. Również porucznik żandarmerii, szef oddziału informacyjnego, przyznał na rozprawie, że Klotzowie to „dobrzy obywatele kraju”. Ich córka robiąca karierę na uniwersytecie paryskim napisała z odznaczeniem pracę doktorską o Konstytucji 3 maja. A ich syn, na pierwszy zew ojczyzny w listopadzie 1918 roku zdjął studencką czapkę, aby przywdziać mundur żołnierza.

Mecenas Sterling podaje przykłady świadczące o tym, że oskarżony nie bał się dyscypliny wojskowej. Ani życia w koszarach. Przywiązany do swego otoczenia, kolegów, czuł się wśród współtowarzyszy służby jak wśród braci…

Dramat, jaki Klotz przeżył w dniu ponownego wstąpienia do wojska, mecenasowi kojarzy się z tragedią grecką. Najpierw radosne powitanie – śmiechy, uściski kolegów, dowcipy, wesoły „Klocek” i jego kompani – i nagle, jak z jasnego nieba, pada grom. Oberman wręcza mu w zapieczętowanej kopercie rozkaz wyjazdu do baonu zapasowego 1 Pułku Piechoty w Jabłonnie. Klotz nie wie, co go czeka, posłusznie więc udaje się na miejsce.

Mistrz oracji robi przerwę, po czym zadaje sędziom pytanie:

– Czy wiecie panowie, co to była Jabłonna?

Mecenas używa czasu przeszłego, bo władze wojskowe same się zorientowały, że popełniły błąd i zarządzenie o zorganizowaniu w tej miejscowości specjalnego obozu dla żołnierzy wyznania mojżeszowego cofnęły. Ale Jakub Klotz był już wtedy w więzieniu.

Znakomity adwokat jest Żydem, autorem pracy o asymilacji jego rodaków w Polsce. Kiedy więc pada z jego ust pytanie, jaki był cel haniebnej decyzji o odosobnieniu zmilitaryzowanych Żydów, wolnych obywateli Rzeczypospolitej – wiadomo, że jest ono retoryczne. Bo mecenas Sterling nie oczekuje od stron procesowych odpowiedzi. Obrońca chce przekonać sędziów przysięgłych, że dla Jakuba Klotza, „człowieka honoru, Polaka, kochającego swój kraj i pragnącego nieść mu w ofierze swe siły i życie, takie wycofanie z szeregów, zamknięcie w środowisku specyficznym, było jak wymierzony policzek, tym straszniejszy, bo hańbiący – hańbiący niezasłużenie”.

Jakie myśli tłukły się w rozgorączkowanej głowie dezertera Klotza, kiedy w drodze do Warszawy usiadł na dwie godziny na leśnej polanie, mecenas przedstawia własnymi słowami lepiej od oskarżonego, który potrafi powiedzieć tylko tyle, że był bliski obłędu.

– Ukochał wielką miłością młodzieńczego serca Polskę, którą mu matka jego ponad wszystko ukochać kazała, ukochać nauczyła. – Obrońca zniża swój tubalny głos niemal do szeptu. – Oto czynił dla tej miłości Polski wszystko, na co skromne jego, dziecinne niemal, siły pozwalały. Skazał się na wydalenie z gimnazjum, nie cofnął się przed pójściem na front, ponosił wszelkie trudy, spełniał dla niej wszelkie obowiązki sumiennie, pracowicie, z całym samozaparciem… Wezwany ponownie, radośnie pośpieszył, by znów ofiarować to wszystko, co tylko jego młode siły i gorące serce dla jej dobra dać może… I oto w podzięce oznajmiono mu, że na zaufanie nie zasługuje, że ma być z szeregów obrońców ojczyzny wyobcowany… Gorycz zalewa mu serce, fala krwi gorącej bije do głowy i oślepia, nerwy, jak naciągnięte struny, grają poszarpaną pieśń rozpaczy. Do potwornych rozmiarów urasta pojęcie hańby. Gdzieś w głębi duszy woła jeszcze poczucie obowiązku, dyscypliny, karności, ale głos ten brzmi coraz słabiej w silnym biciu krwi do skroni – tonie w końcu w gorącej fali, która oparem mózg powleka… Coraz jaśniej, coraz wyraźniej formułuje się decyzja: wycofa się z wojska jako ochotnik, pójdzie z poboru, wtedy niech go wysyłają, dokąd zechcą… Przyjechał do domu, spojrzał na ojca, matkę i nagle pod tym dachem opiekuńczym podniecenie jego prysło, wybuchł płaczem.

Z akt śledczych wynika, że nie powiedział dlaczego. Dopiero przed sądem zeznał Jakub, jak całymi dniami leżał na łóżku, nocami tłukł się po pokoju. Po paru dniach, gdy za bardzo dokuczyła mu samotność, na ostrożne nagabywanie matki, zwierzył się jej, że wydalono go z radiotelegrafu z niewiadomego dlań powodu i przydzielono do Jabłonny. Opowiadając to, znów płakał.