Cała wstecz

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

TWENTY QUESTIONS FOR JEANIE GREENE

Copyright © Spacehopper Limited, 2021

All rights reserved

Projektu okładki

Wojciech Wawoczny

Ilustracja na okładce

© Podessto/Shutterstock.com

Redaktor inicjująca

Magdalena Gołdanowska

Redakcja

Joanna Habiera

Korekta

Katrzyna Kusojć

Bożena Hulewicz

ISBN 978-83-8234-764-7

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dedykuję tę opowieść moim dzieciom,

Cleo i Dylanowi,

dobrym, mądrym i zabawnym.

Z miłością.

1

Utrata matki jest jak wyrwanie zęba: cały czas odczuwam brak, ale mogę go ukryć, dopóki nie otwieram ust. Dlatego rzadko o niej mówię.

Wybrałam smutny początek dla mojej niewiarygodnej, krótkiej opowieści, ale proszę, postarajcie się mnie zrozumieć, kocham swoje życie. Jestem całkiem zwyczajną trzydziestoparolatką z dwiema córkami i mężem Eddiem, który przygotowuje się do roli duchownego. Najwidoczniej uważa, że będę idealną żoną pastora, ale ja nie jestem pewna, czy sprostam temu wyzwaniu. W porównaniu z mężem mogę uchodzić za osobę bardziej racjonalną, polegającą na nauce. Sądzę jednak, że po tym, co przeszłam, powinnam uwierzyć we wszystko.

Eddie twierdzi, że posiadam wszystkie niezbędne cechy, a sama też uważam się za dobrego człowieka. Na przykład można mi powiedzieć dosłownie wszystko, a ja nie osądzam; nawet jeśli się dziwię, ukrywam to z troski o uczucia rozmówcy. I nigdy nie kłamię, nie licząc bajki o Świętym Mikołaju. Zawsze byłam szczera wobec Eddiego, bo tak już jest między nami – ani jednego kłamstwa. Aż do teraz.

Teraz jestem kłamczuchą. I złodziejką.

I nie mogę już z ręką na sercu powiedzieć nawet tego, że jestem normalna. Pozwolę, żebyście sami ocenili. Okłamywanie męża przyprawia mnie o mdłości i rozpaczliwie chcę przestać, ale kłamstwa są jak palce u stóp, tam, gdzie jest jeden, zawsze w pobliżu są też inne. Moja największa wina do wyznania jest taka, że odwiedzam matkę i kłamię w tej sprawie, ale odnoszę też różne obrażenia i wtedy również kłamię, tyle tego. Gdybym powiedziała Eddiemu prawdę, starałby się zrozumieć, bo jest dobrym człowiekiem. Jednak podchodząc do sprawy logicznie, należy zakładać, że raczej uzna mnie za szaloną.

Może jestem wobec niego nie w porządku, ponieważ tak jak ja kocham i potrzebuję mojego męża, tak on kocha i potrzebuje mnie, a w ostatnich miesiącach uświadomiłam sobie coś ważnego. Nie mogę powiedzieć Eddiemu, co się dzieje, choćbym nie wiem jak chciała. Nie dlatego, że mi nie uwierzy, tylko dlatego, że mógłby mi uwierzyć.

A jeśli Eddie mi uwierzy, będzie próbował mnie powstrzymać.

Pozwólcie, że zacznę od początku, choć właściwie nie potrafię go dokładnie umiejscowić w czasie. A czas nie tak łatwo zrozumieć, jak mi się kiedyś wydawało.

Zaczęło się od zdjęcia i pudła… No cóż, mówię „zaczęło”, czyli jednak wyznaczam jakiś punkt. Umówmy się, że mog­łabym filozofować na temat „początku” i tego, co w istocie oznacza, ale nie chcę na razie o tym mówić, będę wdzięczna, jeśli nie będziecie mnie ponaglać i odłożymy tę dyskusję (a gwarantuję, że pojawi się znowu). Ustalmy, że rozsądnym punktem wyjścia dla mojej opowieści jest zdjęcie.

To typ fotografii, jakie mają miliony ludzi. Można je znaleźć zatknięte w książce, której się nie otwierało przez lata, albo wypadają ze starych albumów, bo wysechł na nich klej. Założę się, że też takie trzymacie w pudełku po butach, schowane pomiędzy innymi szczątkami życia: listami miłosnymi, pocztówkami i kartkami z chrztu jakichś nieznanych dzieci. Moja wypadła z książki kucharskiej, takiej bez ilustracji, za to z zabrudzeniami przy ulubionych przepisach, czekoladowymi odciskami palców i kilkoma odręcznymi notatkami. Książka należała do mojej matki, która uwielbiała słodkości; strona poświęcona czekoladowemu brownie była najbardziej sfatygowana, podobnie jak strona z przepisem na pudding o smaku toffi.

Zdjęcie przedstawia mnie. Na odwrocie napisano: „Faye, Boże Narodzenie 1977”. Obracając je w palcach, patrzyłam na uśmiechniętą sześciolatkę, czyli siebie sprzed trzydziestu lat. Rumiane policzki, piwne oczy i burza niesfornych loków. Na zdjęciu siedzę w pudle po dużej gumowej piłce z uchwytami nazwanej kosmicznym skoczkiem i wyglądam jak lalka wychodząca z ozdobnego opakowania podczas Gwiazdki. Mam na sobie miękki różowy szlafroczek z małym okrągłym kołnierzykiem, a choinka za moimi placami aż się ugina pod ciężarem kolorowych światełek i dekoracji. Sprawiam wrażenie takiej szczęśliwej… Oczywiście. Byłam dzieckiem, trwało Boże Narodzenie, a matka robiła to zdjęcie. Musiał być idealny, beztroski dzień. Matka, którą ledwie pamiętałam, musiała się pławić w pełnym miłości spojrzeniu tej małej dziewczynki. Mojej miłości. Przysunęłam zdjęcie do oczu, starając się obejrzeć je dokładniej, zobaczyć więcej, niż mogło mi pokazać.

Pracuję w instytucji służącej szeroko pojętym wsparciem ludziom, którzy całkowicie lub częściowo utracili wzrok. Projektuję dla nich różne rzeczy, a rok wcześniej sprawdzałam dostępne na rynku aparaty, z tych zaawansowanych technologicznie. Pewien niewidomy, z którym pracuję i się przyjaźnię, Louis, brał udział w dyskusji o aparatach fotograficznych przyszłości i o tym, czego dzięki nim będzie można dokonać. Najbardziej pragnął tego, by w momencie, gdy bierze zdjęcie do ręki, mógł „poczuć” nie tylko to, co na nim widać. Powiedział, że chciałby objąć sfotografowanych ludzi, i wyraził przekonanie, że kiedyś to będzie możliwe. Urodził się niewidomy i chyba sądzi, że widzącym już teraz zdjęcia pokazują więcej, niż to możliwe.

Rozumiem jednak, o co mu chodzi, bo kiedy patrzę na siebie w pudle pod choinką, mam ochotę wyciągnąć rękę i dotknąć twarzy matki. Nie widać jej na zdjęciu, a przecież tam jest. Dałabym wszystko, żeby ją zobaczyć i dotknąć. Tak bardzo bym chciała tam wejść i spędzić z nią kilka minut.

Zatem wiecie już, że straciłam matkę dawno temu, i powiedziałam wam, że ją odwiedzam, a gdyby Eddie o tym wiedział, próbowałby mnie powstrzymać. Rzecz jasna wiecie też, że nie chodzi o odwiedzanie jej na cmentarzu, bo w tym Eddie nie widziałby żadnego problemu. Proszę, nie porzucajcie mnie, kiedy wam wyjawię, co naprawdę robię. Wczujcie się w moje położenie, wyobraźcie sobie, że mówicie coś takiego swojemu partnerowi, szefowi albo najlepszej przyjaciółce. Myślę, że też byście skłamali, bo upierając się, że mówicie prawdę, trafilibyście w końcu na oddział psychiatryczny.

Waham się, na wypadek gdybyście z kpiącym lub pobłażliwym uśmiechem zaczęli się wycofywać, szukając po omacku klamki. Bardzo tego nie chcę. Pragnę, żebyście zachowali poważną minę i patrząc mi prosto w oczy, powiedzieli:

– Mów dalej.

Dopiero wtedy opowiem wam resztę mojej historii.

Odwiedzam moją matkę, która umarła, kiedy miałam osiem lat, i nie mam na myśli jej grobu, tylko osobę z krwi i kości, przy stole zastawionym herbatą i ciastkami.

No dobrze, w końcu się przyznałam. Jeśli chcecie odejść, zrozumiem.

Osobami, na których zależy mi najbardziej na świecie, są Esther i Evie. Eddie jest następny w kolejności, choć to nie takie proste, bo są jeszcze Cassie i Clem, moje najlepsze przyjaciółki, bliskie mi jak siostry; siostry, których nigdy nie miałam, ale gdybym mogła je wybrać… albo stworzyć, byłyby właśnie takie. Podczas rozmowy, którą kiedyś odbyłyśmy, prawdopodobnie po drugiej nad ranem, rozważałyśmy, komu każda z nas rzuciłaby ostatnie koło ratunkowe, gdyby znalazła się na tonącym statku, a cała reszta, łącznie z dziećmi, w wodzie. Swoim wahaniem przed udzieleniem odpowiedzi zarobiłam kilka solidnych ciosów poduszką. Odruchowa reakcja zakłada rzucenie liny jednemu z dzieci, ale ja myślałam: „ratuj życie tych, którzy uratują twoich najbliższych”. I rzuciłam linę Eddiemu.

– A co z nami! – zawodziła Clem, a potem spytała, komu bym rzuciła linę, gdyby tylko ona i Cassie znalazły się w wodzie… i szczerze mówiąc, ta odpowiedź sprawiła mi najwięcej trudności. Kiedy jesteś nastolatką pozbawioną żyjących krewnych i poznajesz w college’u dziewczyny takie jak Cassie i Clem… to nagle już masz rodzinę.

Moje życie wyglądało kiedyś tak: córki, Eddie, przyjaciele, praca i obowiązki domowe. Na tym właściwie się kończyło i wszystko w zasadzie sprawnie funkcjonowało. Ale potem nastąpiło to zdarzenie i wszystko się zmieniło. Co innego pochłaniało moją uwagę i życie przestało być proste.

Odkąd znalazłam tę fotografię, noszę ją ze sobą wszędzie, jak talizman przynoszący szczęście, polaroidowy wydruk schowany starannie w portfelu. Martwię się, że może mi się zgubić, ale mimo to wolę ją mieć przy sobie. Więcej niż kiedykolwiek wcześniej w życiu rozmyślam o matce i o tym, co mnie ominęło. A w miarę jak rosną moje dzieci, myślę też o tym, co ją ominęło; zanim osiągnęłam ich wiek, jej już nie było.

Żyłyśmy tylko we dwie. Bez ojca czy krewnych, o których bym wiedziała. Mam w głowie trochę przelotnych wspomnień o matce, ale przypominają motyle, są kruche, pojawiają się i znikają, nim zdążę im się lepiej przyjrzeć. A kiedy umarła, żaden wyraźny obraz tamtego momentu nie został mi w pamięci, jedynie poczucie straty, ale też oczekiwanie i niedowierzanie. Myślałam, że wróci, naprawdę wierzyłam, że znów ją zobaczę. Wiedziałam, że choruje, kaszle i brak jej energii, chociaż dla mnie zawsze zdobywała się na uśmiech. W każdej chwili mogłam liczyć na jej uścisk lub całusa: wystarczyło otworzyć drzwi, przedreptać po dywanie i wspiąć się na jej łóżko, żeby znaleźć otwarte ramiona i ciepło. Uczucie trochę stłumione, ale przyjemne. A potem pewnego ranka obudziłam się, a jej już nie było. Poszłam do znanego mi domu na naszej ulicy i zapukałam do drzwi, do starszego małżeństwa; powiedziałam im, że moja mama jest chora i że nie wiem, co robić. Zostałam z nimi tamtej nocy, z Em i Henrym, i zostałam też na następną. Dzwonili gdzieś, odbywali ściszone rozmowy, zjawił się policjant i powiedzieli mi, że moja matka umarła, ale wszystko będzie dobrze. W końcu zostałam z Em i Henrym na zawsze, a raczej do czasu studiów. Nigdy nie podali mi żadnych szczegółów na temat tamtego czasu, a ja nie czułam się upoważniona do zadawania pytań. Kilka razy w niedzielę pojechaliśmy na cmentarz, żeby złożyć kwiaty na grobie mojej matki, ale poza tym właściwie zniknęła z mojego życia.

 

Miałam pytania, na które prawdopodobnie nie dało się udzielić odpowiedzi, a puste miejsca wypełniałam domysłami. Domyślałam się, że zabił ją rak, ale nie miałam pewności, bo dlaczego nie było lekarzy i dlaczego nie umarła w swoim łóżku? Może właśnie dlatego chciałam, tak jak Louis, żeby zdjęcie powiedziało mi więcej, niż mogło powiedzieć, a im dłużej na nie patrzyłam, tym bardziej skupiałam się na tekturowym pudle po kosmicznym skoczku i próbowałam sobie przypomnieć, gdzie je ostatnio widziałam.

Niedługo po tym, jak straciłam matkę i zamieszkałam z Em i Henrym, weszłam do swojej nowej sypialni, staroświeckiej, lecz wygodnej, z mnóstwem różowych falbanek, i na środku podłogi stało pudło, w którym dostarczono moją piłkę. Nosiło ślady zniszczenia, ale boki zostały oklejone brązową taśmą dla wzmocnienia, i po uniesieniu przykrywki znalazłam swoje rzeczy. Em i Henry musieli w końcu uznać, że zostanę z nimi na długo, i wrócili do starego domu, żeby zabrać niektóre moje zabawki.

Ustawiłam Smerfy równo na dywanie, było ich chyba pięć; poprzewracały się w miękki stos, na którego wierzchu wylądowała „chodząca” sprężyna. Był tam też plastikowy telefon na kółkach, przewracający oczyma, kiedy się pociągnęło za sznurek, zabawka zbyt dziecinna na mój ówczesny wiek. Były moje konsole, Mały Profesor – ćwiczący umiejętność liczenia, oraz grający Major Morgan. Ułożyłam je obok siebie, jak miniaturowych elektronicznych wujków, i na widok ich radosnych twarzy ogarnął mnie smutek. Włączyłam Małego Profesora i na ekranie ukazało się pytanie z zakresu matematyki. Było aż za łatwe dla mnie, ale specjalnie podałam nieprawidłową odpowiedź. Po trzech błędnych próbach milcząco wyświetlił poprawny wynik; choć miałam ochotę walnąć nim o ścianę, ostrożnie umieściłam go z powrotem obok Majora. W pudle znajdowała się również talia kart do gry w kwartet i książki, głównie autorstwa Enid Blyton – The Magic Faraway Tree i The Wishing-Chair, oraz ukryta między nimi niczym pasażer na gapę książka kucharska matki, mała, o wytartych od przewracania kartkach i miękkiej czarnej okładce, jak stara Biblia. Otworzyłam ją na stronie pokrytej smugami, przesunęłam opuszkami po domniemanych odciskach palców, po fragmencie odręcznej notatki na marginesie i po maleńkim „ptaszku”, którego postawiła przy jednym z ulubionych przepisów. Na koniec ucałowałam książkę i schowałam razem z pozostałymi.

Na dnie pudła leżały wrotki; podniosłam je do ust, metal kółek był zimny i szorstki od zadrapań kamyczkami ze ścieżki przed domem. Wrotki miały regulowaną długość, więc Henry pomógł mi je przedłużyć, żeby pasowały na moją nogę. W pudełku były jeszcze inne rzeczy, wszystkie wyłożyłam na różowy dywan. Samo pudło stało w kącie pokoju; uśmiech narysowanej na nim piłki denerwował mnie, jakby wiedziała coś, co dla mnie pozostawało tajemnicą, dlatego odwróciłam je obrazkiem do ściany. Opróżnione poskładałam i schowałam do szafy. A kiedy po latach się wyprowadzałam, wzmocniłam boki dodatkową ilością taśmy, by towarzyszyło mi w przeprowadzkach do wszystkich kolejnych domów.

Następny raz zobaczyłam to pudło już po znalezieniu zdjęcia, tamtego dnia, kiedy zaparzyłam dla Eddiego herbatę i zapukałam do drzwi jego gabinetu, a on odwrócił się do mnie na obrotowym krześle, ściągnął słuchawki i zatrzymał oglądane na komputerze video. Wyciągnął przed siebie długie nogi i parę razy rozprostował palce, jak miał w zwyczaju, kiedy pracował.

– Co robisz? – spytałam; postawiłam herbatę na biurku i przeczesałam palcami jego rozwichrzone ciemne włosy. Czy przekonanie, że Eddie jest zbyt przystojny na pastora, jest niestosowne?

– Uczę się o Apokalipsie i o tym, jak się ma do niektórych elementów posługi. – Wciągnął mnie na kolana, a ja usiadłam mu okrakiem na udach i przywarłam czołem do jego szyi.

– Ładnie pachniesz – pochwaliłam. W odpowiedzi objął mnie; jest taki wysoki, a ja taka drobna, że chyba mógłby dwukrotnie owinąć mnie ramionami. Odnalazł kciukiem wrażliwe miejsce na moim karku i je potarł. Odchyliłam głowę, żeby spojrzeć w jego łagodne brązowe oczy. Pocałował mnie, a całował najlepiej na świecie. Pomyślałam to za pierwszym razem i nadal tak uważam. Poczułam jego podniecenie.

– Apokalipsa cię kręci? – spytałam, uśmiechając się tuż przy jego ustach.

– Jest niesamowita. – Pocałował mnie jeszcze raz.

– Chcesz później poświntuszyć?

– Zastanowię się – odparł, na co uszczypnęłam go w łopatkę. Opierając się podbródkiem na jego obojczyku, dostrzegłam w kącie pokoju zdezelowane pudło. Niczym stary wiarus swoim wyglądem obiecywało, że ma niejedno do opowiedzenia. Był na nim spłowiały obrazek dziewczynki w białych podkolanówkach, czarnych butach i żółtej sukience – niewiarygodnie krótkiej, jakie nosiło się wyłącznie w latach siedemdziesiątych – skaczącej na swojej piłce z uchwytami. Części napisów nie dało się odczytać, bo zasłaniała je brązowa taśma albo zostały zerwane przy kolejnym oklejaniu.

– Skąd masz to pudło? – spytałam, prostując się na kolanach Eddiego.

– Ze strychu. Zniosłem w nim swoje stare podręczniki. Prawdziwy antyk, co?

– To pudło z mojej fotografii – powiedziałam, cofając głowę, żeby spojrzeć mu w oczy.

– Jakiej fotografii?

– Mojej fotografii z matką, tylko że matki na niej nie ma. Tej pod choinką. – Wstałam, żeby ją wyjąć z torebki i przynieść jak jakiś dziecięcy skarb: coś bardzo cennego dla właściciela, ale niekoniecznie dla innych.

Eddie wziął ode mnie zdjęcie i dotknął mojej dziecięcej twarzy.

– No popatrz… – Uśmiechnął się, najpierw do zdjęcia, potem do mnie. – Przetrwałaś w lepszym stanie niż to pudło – stwierdził. – Nadal prezentujesz się doskonale, a ono wygląda, jakby wiele przeszło. Chyba powinniśmy je wyrzucić.

– Co? – Wstałam gwałtownie i podeszłam do pudła. Wyjęłam ze środka kilka książek i uniosłam je do góry, obejmując zaborczo ramionami. – Jak możesz? Ono występuje na moim zdjęciu. Stanowi jeden z dowodów, że tam byłam.

– Chodziło mi tylko o to, że jest zdezelowane. Gdybyś włożyła tam coś ciężkiego, dno mogłoby odpaść.

– W takim razie go nie używaj. Ale nie waż się wyrzucać.

Eddie uniósł ręce, jakbyśmy się bawili w policjantów i złodziei.

– Nie wyrzucę, obiecuję. Przepraszam! – Uśmiechnął się do mnie, jakbym była wariatką, którą bardzo kocha, a ja zrobiłam odpowiednią minę, aby mu pokazać, że potrafię być szalona, jeśli zechcę, i mocniej objęłam pudło.

Rozległo się ciche pukanie do drzwi; na progu stanęła Esther z dłońmi złożonymi jak do modlitwy.

– Cześć, kochanie – powitałam córkę. Odłożyłam pudło, kiedy podeszła, objęła mnie za nogi i przywarła ciepłą buzią do mojego brzucha. Pogłaskałam ją po lśniących brązowych włosach, odgarnęłam je za ucho i leciutko uszczypnęłam małżowinę. Zawsze miałam ochotę wziąć jej uszko do ust, jak gumę do żucia. Odsunęła się ode mnie i przykucnęła przed pudłem.

– Podoba mi się – wyznała, obwodząc palcem rysunek dziewczynki, swojej rówieśnicy.

Uświadomiłam sobie, że postać z rysunku miałaby obecnie po czterdziestce, co najmniej, tymczasem była jak podróżniczka w czasie, przeniesiona z lat siedemdziesiątych na nasz strych, a potem do gabinetu Eddiego. Kto mógł wiedzieć, gdzie wyląduje w przyszłości?

– Mogę je wziąć? – spytała Esther.

– Nie – odpowiedziałam trochę za szybko. Esther bez protestów przyjęła odmowę. – Na co ci ono? – spytałam z poczuciem winy, które dokuczało mi zawsze, gdy czegoś zabraniałam córkom.

– Zamierzałam wyciąć ten obrazek. Nie sądzisz, że jest śliczna? – Esther wskazała rysunek dziewczynki.

– Owszem, jest śliczna – przyznałam, kucając obok ukochanej córki, która uwielbiała wycinać wszystkie ładne rzeczy znalezione w czasopismach lub na kartkach. Kiedyś przyłapałam ją z małymi nożyczkami i cienkim, czarnym, starodawnym pamiętnikiem, który kupiła za dziesięć pensów na giełdzie staroci i nigdy niczego w nim nie napisała. Miała wówczas sześć lat. Brzegi kartek były pozłacane, a ona, wysuwając język z przejęcia, próbowała je poodcinać. Zapytana, co robi, odparła, że ta złota część jest najlepsza i zamierza ją oddzielić od reszty.

– Trzeba brać ładniejsze razem z brzydszym, bo stanowią całość – powiedziałam jej wtedy.

– Nie rozumiem – odparła, wciąż bez reszty pochłonięta wycinaniem.

– Chodzi mi o to, że czasem te najlepsze części są połączone z gorszymi i musimy się z tym pogodzić.

– Wiem, co to znaczy, nie rozumiem, dlaczego nie możemy mieć samych dobrych. My wszyscy jesteśmy tymi dobrymi częściami, ty i tatuś, ja i Evie, i nasz dom. Nie ma złych części.

– A jeśli cię zbesztam? – spytałam.

Spojrzała na mnie z zadumą.

– Nawet jeśli mnie zbesztasz, to będzie dobra część, bo wiem, że mnie kochasz. Gdyby to inna mamusia mnie zbeształa, to byłoby źle.

– O tak! – potwierdziłam.

Pamiętam, że Esther obcięła wszystkie złote brzegi; bez nich pamiętnik wyglądał gorzej, a i kłąb błyszczących złotych skrawków też prezentował się niezbyt dobrze. Rozpłakała się, a ja tuląc ją, myślałam o tym, że Esther ma rację: bardzo bym się cieszyła z obecności mojej matki, nawet gdyby tam była tylko po to, żeby mnie za coś zbesztać.

– To pudło jest ważne dla mamusi – zwróciłam się do Esther, a w tym samym momencie do gabinetu weszła Evie, trzymając w buzi kciuk zmacerowany od długiego ssania. Miała rozczochrane włoski i wyglądała, jakby właśnie obudziła się z drzemki, podczas gdy w istocie zawsze taka była, jakby senna i rozgrzana. Usiadłam na podłodze i Evie natychmiast usadowiła się na moich nogach; przechyliła główkę na bok i również dotknęła pudła. Przez chwilę wszyscy byliśmy połączeni z tym pudłem: Esther i Evie go dotykały, ja dotykałam go pośrednio, trzymając Evie, a Eddie, który siedział z założonymi rękoma i obserwował nas jak gromadę kociaków, był z nim połączony poprzez dywan, na którym stało i promieniowało do jego stóp.

– Dlaczego jest ważne, mamusiu? – spytała Esther, na co Eddie pochylił się i podał jej zdjęcie.

– Jak myślisz, kto to jest? – spytał.

Evie wychyliła się z moich kolan, rozchyliła usta, ale kciuk nadal pozostał zatknięty między zębami. Obie dziewczynki przyglądały się fotografii.

– To ja? – spytała Evie, niewyraźnie przez mamlany palec.

Esther przeniosła wzrok ze zdjęcia na siostrę.

– Wygląda trochę jak Evie, ale to nie jej szlafrok.

Rzeczywiście, Evie była mniej więcej w tym samym wieku, co ja wtedy, i nie licząc fryzury, wyglądałyśmy prawie tak samo.

– To ja – wyjaśniłam, sięgając po zdjęcie w obawie, że je podrą albo zaślinią. – Widzicie, w czym siedzę?

– W pudle! – zawołała Esther.

Evie przyjrzała się pooklejanym taśmą ściankom z tektury.

– Jest stare! – stwierdziła.

– Owszem. Mniej więcej w moim wieku. – Ścisnęłam ją, udając obrażoną.

– Ale to tylko głupie stare pudło – zauważyła Evie – a ty jesteś naszą milutką mamusią. – Wtuliła się we mnie i natychmiast wypełniła mnie radość za sprawą ciepła otaczającego mnie ze wszystkich stron: od Esther i Evie i patrzącego na nas Eddiego. Jak zawsze w takich momentach odczułam pustkę. Jakby był we mnie korytarz z drzwiami na jednym końcu; kiedy sądziłam, że wszystko jest cudowne i idealne, drzwi się otwierały, wpadało nimi zimne powietrze i przypominałam sobie, czego zawsze mi brakuje. Mojej ukochanej matki. Łzy napływały mi do oczu i spoglądałam na Eddiego, który kiwał głową i uśmiechał się tak, jakby wiedział, o czym myślę. Ale nie wiedział, przynajmniej nie wszystko.

– To mogę wziąć to pudło? – spytała Esther.

 

– Nie – odpowiedziałam łagodnie. – Potrzebuję go, choć nawet nie wiem po co.

Evie, wiedząc, że nie znoszę odmawiać, wykorzystała moment, żeby wystąpić z inną prośbą.

– Mamusiu, możemy dostać popcorn i obejrzeć film?

– Na to się zgadzam – powiedziałam, co wzbudziło entuzjazm obu dziewczynek.

Eddie nałożył słuchawki i odwrócił się do komputera. Uprażyłam kukurydzę, a dziewczynki umościły się na sofie, żeby oglądać Mary Poppins. Znowu.