Skandaliczne oświadczyny panny Rosy

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Helen Dickson

Skandaliczne oświadczyny panny Rosy

Tłumaczenie: Ewa Bobocińska

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: A Wov for an Heiress

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Ltd, 2018

Redaktor serii: Grażyna Ordęga

Opracowanie redakcyjne: Grażyna Ordęga

© 2018 by Helen Dickson

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Romans Historyczny są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa

ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-5806-7

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

PROLOG

1816 r.

Wieże i kopuły pałacu w Radżinda, księstwie na północy Indii, rozjarzyły się o zachodzie słońca. Kiedy ostatnie promienie padły na pokrywające je złoto, cały pałac zdawał się płonąć. Na horyzoncie złoto przechodziło stopniowo w róż i fiolet. William zachwycał się od dziecka tym fantastycznym, pełnym przepychu widokiem. Głęboki, bolesny smutek zaciążył mu na sercu. Wkrótce miał opuścić ten cudowny kraj, w którym przyszedł na świat – swój dom – by nigdy tu nie powrócić.

Był wyróżniającym się oficerem, dzięki ambicji i zdolnościom awansował do stopnia pułkownika w renomowanej Kompanii Wschodnioindyjskiej, został jednak zmuszony do rezygnacji z kariery wojskowej po otrzymaniu listu z informacją o śmierci kuzyna. Musiał pojechać do Anglii i przyjąć tytuł szóstego hrabiego Ashurst, co go wcale nie cieszyło. Indie podbiły jego serce i zawładnęły wyobraźnią, więc przewidywał, że nie będzie mu łatwo przywyknąć do życia wśród angielskiej arystokracji.

William bez przeszkód minął ogromną bramę wejściową, tak wielką, że mogły nią przejść dwa idące obok siebie słonie. Nie został zatrzymany, ponieważ był znany w pałacu, miał prawo wchodzić i wychodzić bez ograniczeń. Pomimo częstych wizyt ta wspaniała, marmurowa, bogato zdobiona rezydencja królewska z jej sadami i parkami ogrodzonymi masywnym murem Mogołów zawsze robiła na nim ogromne wrażenie. Przeszedł pod wysokimi arkadami, wędrował przez aromatyzowane dziedzińce pełne rzeźb i wzdłuż marmurowych pawilonów, do których przez misterne kratownice napływała chłodna bryza, niosąc zapach kwiatów z ogrodów. Zdobiące gałęzie mangowców bajecznie kolorowe papugi próbowały zagłuszyć kłótliwe małpki oraz swarliwe gwarki.

Ojciec Williama, chirurg w Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, przybył przed laty do pałacu na prośbę radży, ojca obecnie panującego władcy, aby ratować jego młodszego syna, Tipu, który spadł z konia i prawie został stratowany na śmierć. Wiedza medyczna brytyjskiego lekarza uratowała chłopcu życie, ale Tipu na zawsze pozostał kaleką. Radża miał jak najlepszą opinię o brytyjskim lekarzu, a ten często zabierał do pałacu syna, który dużo czasu spędzał z młodszym synem radży.

William dostrzegł sylwetkę wyłaniającą się z cienia. Jego przyjaciel, ubrany w jedwabie i błyszczące klejnoty, był niskim, szczupłym mężczyzną o lśniących, bystrych oczach. Tipu był inteligentny i obdarzony bujną wyobraźnią, mądry i dobrze wychowany, ale tamten nieszczęsny wypadek odebrał mu radość życia. Miał dwadzieścia sześć lat, ale powłóczył nogami jak starzec, ciągnąc kaleką nogę za sobą. Łączyła ich prawdziwa przyjaźń, niemal braterstwo. Objęli się na powitanie, po czym Tipu cofnął się o krok.

– Williamie, mój przyjacielu, tak się cieszę, że przyszedłeś. Wiem, że wkrótce musisz jechać do Anglii.

– Tak. Dostałem wiadomość o śmierci kuzyna. Jestem jego spadkobiercą, więc muszę wrócić i przejąć zarządzanie majątkiem, który według prawnika znajduje się właściwie w stanie bankructwa. Rozumiesz więc pośpiech, z jakim opuszczam Indie.

– Znam cię, przyjacielu, wiem, że wyjeżdżasz z największą niechęcią. Uważasz Indie za swoją ojczyznę.

– Masz rację. Ale nie mógłbym wyjechać bez pożegnania z tobą.

– Nie zapomnisz o mnie po opuszczeniu Indii?

– Nie mógłbym o tobie zapomnieć.

– To dobrze. Bardzo zmieniłeś się od czasu, gdy jako chłopiec przybyłeś z ojcem do pałacu i ulitowałeś się nad kalekim dzieciakiem.

– Nigdy nie litowałem się nad tobą, Tipu. Doskonale o tym wiesz.

– Wiem i jestem ci za to wdzięczny. Zawsze czekałem z niecierpliwością na twoje odwiedziny. Niewiele osób chciało poświęcać czas kalece, ale ty byłeś inny.

– Przez całe życie byłeś moim przyjacielem i będzie mi ciebie brakowało. Dostałem wiadomość, że chcesz się ze mną widzieć. O co chodzi?

– O mojego bratanka, Dhanu. Chcę ci powierzyć pewne ważne i dość delikatne zadanie. Właściwie… – Urwał i badawczo popatrzył w twarz Williama. – …podejmuję ogromne ryzyko, powierzając je tobie. Ale wiem, że mu podołasz. Jeśli ktoś może to zrobić, to tylko ty. Chcę, żebyś zabrał Dhanu do Anglii.

– Co? Dlaczego? Tipu, czy coś się stało?

– Obawiam się o jego życie. Tutaj wszystko się może zdarzyć. Niebezpieczeństwo czyha tu, w pałacu. Moja bratowa oraz jej brat Kamal nienawidzą Dhanu. Kamal jest ambitny. Żądny nieograniczonej władzy. To chciwy i okrutny człowiek. Jeśli udało mu się ubezwłasnowolnić mojego brata, to tym bardziej poradzi sobie z Dhanu. A kiedy już osiągnie swój cel, będzie wykorzystywał dzieci swojej siostry jak pionki w grze. Natomiast sam będzie siedział w ukryciu jak ogromny pająk i snuł intrygi. Robię, co mogę, ale nie jestem w stanie czuwać nad Dhanu przez cały czas.

William znał Kamala Kapoora i widział, jak bezlitośnie szydził on z Tipu z powodu jego kalectwa. Wiedział również, jak bardzo Tipu kochał pięcioletniego synka swego brata Rohana, radży księstwa Radżinda. Wiedział także o głębokiej miłości Tipu do Zoi, matki Dhanu. Jednak ambitna rodzina Zoi nie dostrzegała kalekiego Tipu, wolała pełnosprawnego, potężniejszego z braci, radżę. Po śmierci Zoi w oczach przyjaciela na stałe zagościł smutek. A teraz było jeszcze gorzej. William dostrzegał z nich coś więcej niż smutek – strach. Strach o Dhanu.

Kiedy Zoya umarła, radża pojął drugą żonę, Aniszę. Była niezwykle piękna. Jej pozycja umocniła się jeszcze, gdy powiła bliźniaczych synów. Dworzanie schlebiali jej i podlizywali się, tylko Tipu nie próbował wkraść się w łaski nowej władczyni. W apartamentach drugiej żony radży zagościły na dobre intrygi i ambicje. Anisza była przebiegła i nie ulegało wątpliwości, że nie spocznie, dopóki nie ustawi swego pierworodnego syna na miejscu Dhanu, o którego była bardzo zazdrosna.

Niestety radża, całkowicie zauroczony nową żoną, nie dostrzegał tych intryg. Po przyjściu na świat bliźniaków pierworodny syn stracił nagle na ważności. Radża gotów był zrobić wszystko, żeby zadowolić Aniszę. Trzymała go w garści. Jej nienawiść do Dhanu była bezgraniczna. Nie mogła być pewna swojej pozycji, dopóki najstarszy syn radży nie zostanie usunięty. I wtedy zaczęły mu się przydarzać rozmaite wypadki. W końcu Tipu zatrudnił dla dziecka oficjalnego testera w obawie, że chłopiec zostanie otruty.

– Trzeba podjąć wszelkie możliwe kroki, aby chronić Dhanu – kontynuował Tipu. – On nadal rozpacza po śmierci matki. Zabierz go ze sobą, w tajemnicy. Do czasu, gdy będzie mógł bezpiecznie wrócić do Indii.

– A jego ojciec, radża?

– Mój brat jest słaby. Zrobi wszystko dla żony, ale jako bracia zawsze byliśmy sobie bliscy. Pozwolił mi usunąć Dhanu z pałacu.

– Ale nie wysłać do Anglii.

– Jest tak zaślepiony miłością do żony, że pewnie nawet nie zauważy jego wyjazdu. Poradzę sobie z nim, kiedy odkryje, co zrobiłem.

William nie mógł zaprzeczyć, że radża darzył głębokim uczuciem młodszego brata, ale trudno mu było wyobrazić sobie jego reakcję, gdy zorientuje się, że Dhanu został wywieziony z Indii.

– Ty, Tipu, zawsze byłeś dla Dhanu bardziej ojcem niż jego prawdziwy rodzic. Zoya powinna wyjść za ciebie.

– Nie. Ona była bardzo piękna, taka uroda nie mogła zostać zmarnowana dla kaleki. Mnie wystarczało, że mogłem być blisko niej. Jesteś moim przyjacielem, Williamie. Zrób to dla mnie, proszę, a zostaniesz sowicie wynagrodzony.

– Jesteśmy przyjaciółmi, Tipu. Nie potrzebuję żadnej nagrody.

– Ale ja nie zapomnę nigdy, co dla mnie zrobiłeś ty i twój ojciec. Gdyby nie leczył mnie po upadku z konia, nie byłoby mnie tutaj. Lepiej żyć jako kaleka, niż nie żyć w ogóle. Więc zrobisz to? Zabierzesz ze sobą Dhanu?

– Tak, zabiorę go.

– I będziesz go chronił.

– Będę go chronił nawet za cenę własnego życia. Wiesz o tym.

– Nie wolno ci nie doceniać Kamala Kapoora, Williamie. Znasz bezmiar jego okrucieństwa, przebiegłość i mistrzostwo w posługiwaniu się truciznami. Zachowaj absolutną tajemnicę.

 

– Nie puszczę pary z ust – zapewnił William. – Ale nie można wykluczyć, że podąży za mną do Anglii, aby dokonać dzieła. Albo wyśle kogoś, żeby go wyręczył.

– To już moje zmartwienie. Uważaj, Williamie. Na siebie i Dhanu. Jesteście dla mnie cenni. Z powodu naszej przyjaźni Kamal nienawidzi cię tak bardzo, że chętnie rozszarpałby cię na strzępy.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

William Barrington, hrabia Ashurst zszedł z pokładu statku, którym przypłynęli z Indii i prowadził dziecko oraz jego hinduską nianię Miszkę wzdłuż tętniącego życiem nabrzeża Kompanii Wschodnioindyjskiej. W powietrzu wisiał ciężki odór smoły i konopi, wszędzie tłoczyli się zaaferowani ludzie. Antracytowe wody Tamizy pluskały o potężne kadłuby ciężko uzbrojonych statków należących do Kompanii. Wysokie maszty i liny takielunku kołysały się monotonnie. W składach i magazynach znajdowały się egzotyczne towary z Dalekiego Wschodu, który rozbudzał wyobraźnię.

Dokerzy znosili ze statków beczki, kufry i skrzynie.

William wziął Dhanu na ręce, bo pięcioletni chłopczyk z trudem dotrzymywał mu kroku. William, długonogi, wysoki, smukły, o oliwkowej cerze – prawie jak rodowity Hindus – zwracał uwagę wszystkich napotkanych ludzi.

Nie zdawał sobie z tego sprawy, bo jego myśli koncentrowały się wokół tego, co musiał zrobić po dotarciu do Londynu. Po długim zastanowieniu i wymianie korespondencji z doradcą prawnym znalazł tylko jeden sposób zaspokojenia żądań wierzycieli. Musi bogato się ożenić. Ta perspektywa niezbyt go cieszyła po pechowych zaręczynach z Lydią Mannering. Lydia, jedyna córka Anglika, który zbił majątek w Indiach, była piękna, mądra i wesoła. William uwielbiał ją i wierzył, że Lydia wniesie w jego życie miłość, śmiech i dzieci. A na niej największe wrażenie zrobiła informacja, że William był kuzynem hrabiego. Urzekła ją perspektywa wyjazdu do Londynu i włączenia się w życie śmietanki towarzyskiej. Ale William należał do biedniejszej linii szacownej familii. Nie posiadał majątku i kompletnie nie dbał o tytuły, podczas gdy kupieckie serce Lydii koncentrowało się wyłącznie na pieniądzach i pozycji społecznej.

Okazało się, że był głupi i łatwowierny. Załamał się, kiedy po powrocie z długiego wyjazdu służbowego odkrył, że Lydia poślubiła oficera przewyższającego go rangą i majątkiem.

William był ostatnim przedstawicielem długiej linii Barringtonów. Zdawał sobie sprawę, że jeśli nie spłodzi legalnego potomka, tytuł hrabiego Ashurst wygaśnie. Zraniony i wściekły po zdradzie Lydii postanowił, że już nigdy nie da się ponieść uczuciom, nie ulegnie urokowi kobiety. Ożeni się z największą niechęcią i tylko z taką kobietą, która będzie mu rodziła dzieci, niczego od niego nie żądając.

Wyglądało na to, że radca prawny Barringtonów znalazł bogatą klientkę, matkę niejakiego Jeremiaha Ingrama, który zbił fortunę na plantacji trzciny cukrowej w Indiach Zachodnich. Starsza pani szukała utytułowanych mężów dla swoich dwóch wnuczek. William miał zostać przedstawiony starszej z tych panien, zanim wyjedzie z Londynu do Berkshire.

Z zamyślenia wyrwało go nieprzyjemne poczucie, że ktoś go obserwuje. Nie przyspieszył kroku, nic nie zdradzało, że coś zauważył. Bystrym spojrzeniem omiatał otoczenie, przyglądając się uważnie każdemu człowiekowi. Próbował przeniknąć cieniste zakamarki, skrywające ciemne twarze dwóch mężczyzn, który przypłynęli za nim z Indii na innym statku.

Opuścił port, nie zauważywszy dwóch postaci, które wynurzyły się z cienia. Jednym z nich był Kamal Kapoor. Ze złowrogą, nieustępliwą determinacją w ciemnych oczach podążał wraz z towarzyszem śladem Williama.

Rosa Ingram wyglądała przez okno doskonale resorowanej karety babki, żałując, że ten dzień jest tak przygnębiająco ponury, zimny i deszczowy. Ciemne chmury zasnuły niebo, zakrywając słońce.

Rosa nie czuła żadnego związku z Anglią. Ta depresyjna pogoda i hałaśliwa, zatłoczona stolica stanowiły ostry kontrast w stosunku do jej ukochanej, słonecznej wyspy Antigui, do smukłych palm kołyszących się łagodnie na tle nieskazitelnie błękitnego nieba. Na myśl o tym, co zmusiło ją do opuszczenia rodzinnej plantacji, na której dorastała wraz ze starszą siostrą, Clarissą, poczuła dławienie w gardle. Ten ponury, angielski dzień był rezultatem nieszczęścia, które omal nie pociągnęło ich na dno rozpaczy, kiedy ich ukochani rodzice zostali złożeni do grobu.

Zgodnie z wolą ojca córki przypłynęły po jego śmierci do Anglii, aby zamieszkać z jego matką w Fountains Lodge w Berkshire. Ale Rosa jechała teraz do Berkshire jedynie w towarzystwie służącej, Dilys, po pobycie w Londynie u ciotki Clary i wuja Michaela.

Babka Rosy i Clarissy była zdeterminowana znaleźć obu wnuczkom odpowiednich mężów, zanim umrze, co mogło nastąpić w każdej chwili z uwagi na zły stan jej zdrowia. Obawiała się, że jeśli odejdzie, zanim wyda je za mąż, to dysponujące ogromnym majątkiem dziewczęta padną ofiarą łowców posagów. Była jednak przekonana, że uroda i bogactwo wnuczek szybko skuszą jakichś zubożałych arystokratów.

Rosa wolałaby zrobić lepszy użytek ze swojej części ojcowskiego bogactwa. Wspieranie jakiegoś zubożałego arystokraty wydawało jej się wyrzucaniem pieniędzy w błoto, a przecież inni bardziej potrzebowali pomocy. Ciotka Clara, głęboko przejęta niedolą opuszczonych londyńskich dzieci, zaangażowała się w działalność charytatywną. Ten rodzaj pracy bardzo do Rosy przemawiał, chciała oddać się czemuś, co było zarówno wartościowe, jak i satysfakcjonujące. Ale kiedy podzieliła się tym pomysłem z ciotką, ta, choć przyjęłaby z wdzięcznością wsparcie finansowe swej działalności, stwierdziła, że Rosa jest zbyt młoda, aby podejmować takie decyzje. Poza tym ojciec wyznaczył na jej opiekunkę swoją matkę, Amelię Ingram. Do niej więc należała decyzja o przyszłości Rosy.

I tak oto Rosa wyruszyła w drogę do Berkshire. Clarissa z płaczem protestowała przeciwko poślubieniu hrabiego Ashursta i otwarcie wyznała, że kocha Andrew Nicholsona, młodego człowieka z Antigui. Andrew płynął w odwiedziny do krewnych w Anglii tym samym statkiem co one. Jego dom rodzinny znajdował się na wyspie Barbados, gdzie jego ojciec miał plantację trzciny cukrowej. Rodzina Nicholsonów była zamożna, ustosunkowana i wpływowa. Clarissa błagała babkę, żeby pozwoliła im się pobrać, zanim Andrew będzie musiał wrócić na Barbados, ale starsza pani nie wyraziła zgody i z uporem odmawiała dalszych dyskusji na ten temat.

Była święcie przekonana, że znalazła dla niej idealnego męża w osobie Williama Barringtona. Wyróżniwszy się jako żołnierz Kompanii Wschodnioindyjskiej, powrócił niedawno do Anglii, aby pełnić rolę następnego dziedzica rozległych rodzinnych włości w Berkshire. Niestety, był nieomal bankrutem. Aby uniknąć zamknięcia domu i sprzedaży ziemi oraz miejskiej rezydencji Barringtonów na Grosvenor Square, musiał zdobyć ogromną sumę pieniędzy – i to szybko. Nie posiadał własnego majątku, dlatego był zmuszony zaakceptować sugestię prawnika i poszukać sobie bogatej żony.

Niewielka posiadłość Ingramów graniczyła z jego ziemiami. Owdowiała babka panien Clarissy i Rosy Ingram wybrała się w podróż do Londynu w jednym tylko celu: aby odwiedzić prawników hrabiego i zaproponować im związek Williama Barringtona z jej starszą wnuczką. Uzgodniono wszelkie szczegóły, ale nic nie zostało podpisane i po krótkim spotkaniu hrabiego z Clarissą babka wróciła ze starszą wnuczką do Berkshire. Niestety, ciotka Clara złapała ciężkie przeziębienie, które przykuło ją do łóżka. Rosa pozostała przy niej i dopiero kiedy ciotka wydobrzała, mogła wyjechać z Londynu.

Kareta wtoczyła się na dziedziniec zajazdu, w którym zazwyczaj zatrzymywały się powozy zmierzające do i z Londynu, aby pasażerowie mogli nieco się odświeżyć. Rosa odetchnęła z ulgą. Podróż zapowiadała się na długą i nużącą, a kaszel i katar służącej przybierały na sile. Biedna dziewczyna wyglądała coraz gorzej. Im szybciej dotrą do celu i służąca trafi do łóżka, tym lepiej.

– Wejdźmy do środka, Dilys. – Rosa wysiadła z karety i naciągnęła na głowę kaptur, żeby ochronić się przed nieustannie lejącym deszczem. Starała się omijać głębokie kałuże, które już zdążyły zebrać się na dziedzińcu. – Na pewno poczujesz się lepiej, kiedy coś zjesz i napijesz się czegoś gorącego.

Gospoda była zatłoczona i gwarna, podróżni starali się dopchać jak najbliżej ciepła bijącego z kominka. Stangret, który zauważył konsternację Rosy na widok hałaśliwego tłumu, poszukał karczmarza. Właściciel zajazdu wprowadził ich do mniej tłocznego pokoju.

Rosa znalazła dla siebie i Dilys spokojny kąt, więc woźnica mógł wyjść i zająć się końmi. Zdjęła obszywany futrem płaszcz i kapelusz, a potem zamówiła posiłek i przyjrzała się pozostałym gościom. Jej spojrzenie przyciągnęła siedząca na drugim końcu pokoju egzotyczna kobieta próbująca namówić dziecko do jedzenia. Uwagę zwracała jedwabna szata Hinduski i fioletowy szal zarzucony na głowę, zakrywający również część twarzy. Kobieta, zbliżająca się do trzydziestki, robiła wrażenie zdenerwowanej – bezustannie omiatała wzrokiem pomieszczenie i zerkała w stronę drzwi.

Obserwacje Rosy zostały przerwane, kiedy przyniesiono im jedzenie, zauważyła jednak dżentelmena, który wszedł do pokoju i usiadł przy tym samym stoliku co kobieta o egzotycznej urodzie. Jego oczy spoczęły na moment na Rosie, ale najwyraźniej nie wzbudziła jego zainteresowania, bo zaraz przesunęły się dalej.

Rosa nie mogła oderwać od niego wzroku. Oceniała go na mniej więcej trzydzieści lat. Był wysoki i miał smukłą sylwetkę. Cera mężczyzny, o złocisto– oliwkowym odcieniu, była prawie tak ciemna, jak ludzi mieszanych ras z jej macierzystej wyspy. Podobnie jak włosy, ciemne i bardzo gęste. Ale uwagę Rosy przykuły jego oczy. Przenikliwe i lodowato niebieskie, okolone ciemnymi rzęsami pod groźnie ściągniętymi brwiami.

Rosa, w odróżnieniu od siostry i większości przyjaciółek, nie była zbyt romantyczna, ale uznała, że tak przystojnego mężczyzny jeszcze nigdy nie widziała. Otaczała go aura niekwestionowanego autorytetu, energii i siły. On również robił wrażenie niespokojnego, a głęboka zmarszczka przecinająca jego czoło świadczyła, że nie był w najlepszym nastroju. Uwagę Rosy odwróciła Dilys, która nagle zaczęła kichać. Mężczyzna rzucił w ich stronę poirytowane spojrzenie, po czym skoncentrował się na chłopcu.

Po posiłku Rosa wstała i wyszła z gospody. Dilys przeprosiła ją na chwilę i udała się do damskiej toalety. Na dziedzińcu panował duży ruch, powozy i ludzie przyjeżdżali i odjeżdżali. Rosa uniosła spódnicę i ostrożnie torowała sobie drogę wśród kręcących się wokół ludzi. Dostrzegła wśród nich również kobietę z dzieckiem, którą widziała w zajeździe. Potem rozległ się tętent kopyt i ziemia pod jej nogami zadrżała. Tłum rozstąpił się, zobaczyła powóz zaprzężony w czwórkę koni pędzących w ich stronę w szalonym tempie.

Kątem oka dostrzegła jakiś ruch obok siebie i dwie ręce wysunęły się z tłumu. W następnej chwili mały chłopiec został wepchnięty przed galopujące konie. Rosa bez namysłu rzuciła się naprzód, złapała dziecko i odciągnęła je. W ostatniej chwili, bo zaraz potem konie przemknęły obok nich i zatrzymały się. Dziecko zaczęło płakać. Kobieta, która na moment spuściła je z oczu, odwróciła się i wzięła chłopca za rękę.

– Co pani robi? Proszę bardziej uważać. – Kobieta mówiła ostrym tonem, ale jej śpiewna intonacja świadczyła, że nie jest Angielką.

Ciemne, przerażone oczy dziecka wezbrały łzami.

– Ja… ja zostałem popchnięty – zawołał z płaczem chłopczyk. – Ktoś mnie popchnął.

Hinduska uznała, że to Rosa ponosi winę za przykrą przygodę dziecka i rzuciła jej zimne, oskarżycielskie spojrzenie.

Mały chłopczyk, po którego buzi płynęły łzy, patrzył na nią w milczeniu, ściskając rękę Hinduski. Był uderzająco śliczny, ale uwagę Rosy przykuła przede wszystkim czerń jego oczu. Były ogromne, szeroko rozstawione i ocienione lśniącymi rzęsami. Kobieta odciągnęła go na bok, ale Rosa zdążyła usłyszeć jego słaby, drżący głosik.

– Tak się bałem.

Potem mężczyzna, którego widziała w gospodzie, stanął pomiędzy nimi i delikatnie otarł łzy z policzków dziecka, pochylając jednocześnie głowę ku Hindusce. Rozmawiali w języku, którego Rosa nie rozumiała. Po chwili wyprostował się i spojrzał na Rosę, a w jego oczach płonął gniew.

Instynkt kazał Rosie wstrzymać oddech przy konfrontacji z takim potężnym mężczyzną. Emanowały z niego siła i inteligencja. Jego oczy przyciągały spojrzenie jak magnes. Rosa niespodziewanie dla siebie samej padła ofiarą gwałtownego ataku onieśmielenia i na chwilę dosłownie zabrakło jej słów. Zaskoczyła ją własna reakcja. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, jej puls przyspieszył. Z tymi przenikliwymi niebieskimi oczami i ciemnymi włosami był piekielnie przystojny.

 

– Dziecku nic się nie stało…

– Nie dzięki pani – przerwał jej głosem, w którym pobrzmiewała nutka agresji.

– Słucham? – Na twarz Rosy wypłynęły rumieńce.

Mężczyzna patrzył jej prosto w oczy, gniewnie, oskarżycielsko.

– Zdaję sobie sprawę, że to mogła być z pani strony przypadkowa nieostrożność i radzę w przyszłości bardziej uważać.

Nic nie usprawiedliwiało tak ostrego potępienia! Gniew mężczyzny mógł być spowodowany troską o dziecko, ale nic nie usprawiedliwiało tak niegrzecznego zachowania.

– Byłabym zobowiązana, gdyby wyrażał pan swoje niesprawiedliwe oskarżenia w bardziej kulturalny sposób, sir. Należą mi się przeprosiny.

W innej sytuacji oburzenie i niechęć młodej kobiety rozbawiłyby zapewne Williama. Mógłby podziwiać jej oczy, zielone jak mech, nakrapiany złocistymi i brązowymi plamkami. Mógłby podziwiać jej smukłą sylwetkę i piękną twarz, ale w tym momencie jego jedyną troską było dziecko, więc nawet się nie uśmiechnął.

– A ja byłbym zobowiązany, gdyby pani uznała za stosowne pilnować swoich spraw.

– To właśnie robię, sir. A po tym, czego byłam świadkiem, radziłabym panu robić to samo. Może umknęło to pańskiej uwadze, ale dziedziniec zajazdu pełen wjeżdżających i wyjeżdżających powozów to nie jest bezpieczne miejsce dla dziecka.

William zacisnął zęby i utkwił w niej groźne spojrzenie, panował nad sobą z największym trudem.

– Ma pani wyjątkowo ostry języczek jak na młodą damę. Zbyt ostry, to nie wyjdzie pani na dobre.

Przez dłuższą chwile mierzył ją twardym spojrzeniem, po czym odwrócił się i odszedł na bok, ale Rosa nadal czuła jego potępienie. Spojrzenie, jakie jej rzucił, zimne i pogardliwe, sprawiło, że ciarki przebiegły jej po plecach.

– Zazwyczaj nie jestem taka ostra – palnęła, bo nie chciała dopuścić, aby odprawił ją w tak niegrzeczny sposób. Kiedy odwrócił się i ponownie skierował na nią wzrok, spojrzała mu wyniośle w oczy, a gniew, jaki w niej narastał, dorównywał już jego oburzeniu. – Tylko wobec kogoś tak nieznośnego jak pan. Jak pan śmie zarzucać mi, że popchnęłam dziecko na drogę koni, przypadkowo czy nie? To naprawdę poważne oskarżenie. Nie zrobiłam tego.

– Niania mówi co innego.

– W takim razie niania się myli. Spuściła dziecko z oczu, a wtedy ktoś z tłumu je popchnął. Zauważyłam to i zdążyłam złapać chłopca, a tym samym uratowałam go przed stratowaniem. Więc jak pan widzi, sir, należy poznać fakty, zanim rzuci się na kogoś oskarżenie.

Mężczyzna zamarł na chwilę, zastanawiając się nad jej słowami.

– Popchnął go ktoś inny? Widziała pani kto?

– Nie widziałam. Skupiłam uwagę na dziecku. Nie znam pana, ale ktoś musi żywić do pana naprawdę głęboką urazę, skoro zamierzał skrzywdzić dziecko.

– Może i tak, ale wyciąganie wniosków nie należy do pani.

Rosa popatrzyła na niego. Jak śmiał patrzeć na nią z taką wyższością? Jego buta na moment odebrała jej głos, a kiedy go odzyskała, pobrzmiewał w nim lodowaty chłód.

– Jest pan najbardziej nieznośnym i źle wychowanym człowiekiem, jakiego miałam pecha spotkać. Zawsze pan atakuje tych, którzy zrobili panu grzeczność?

Twarz Williama wyraźnie pobladła pod opalenizną, ale jego wściekłość była skierowana nie przeciw niej, a raczej przeciwko sobie, bo rzadko mu się zdarzały takie napady złości. Źle ją osądził, teraz to widział, ale zanim zdążył odpowiedzieć na jej ostrą uwagę, odwróciła się na pięcie. Złapał ją za rękę i zatrzymał, a jego oczy szybko przebiegały twarze otaczających ich ludzi.

– Zazwyczaj tego nie robię. Bardzo proszę, żeby zastanowiła się pani raz jeszcze. To bardzo ważne. Czy nie zauważyła pani przypadkiem, kto to był?

– Nie, nie zauważyłam. Nie mogę panu pomóc. – Wyniośle uniosła głowę. – A teraz, będzie pan łaskaw puścić moją rękę.

Natychmiast ją puścił.

– W takim razie to wszystko.

– Ma pan rację. – Rosa cofnęła się o krok. – To wszystko. Bo sądzę, że nie jest pan zdolny do przeprosin.

William popatrzył na nią niepewnie, w pełni świadom, że ona również mogła ucierpieć, gdyby nie zdążyła cofnąć się z dzieckiem z drogi rozpędzonych koni. Prawdopodobnie była śmiertelnie przerażona własną brawurą.

– Jeśli panią obraziłem, to proszę o wybaczenie. Czy pani w żaden sposób nie ucierpiała?

– Mam się doskonale, ale nic panu do tego – odparła Rosa, zbyt rozgniewana, żeby dać się ugłaskać przeprosinami. – Miłego dnia, sir.

Odwróciła się na pięcie i pomaszerowała do swojego powozu. Z ulgą zobaczyła, że Dilys siedziała już w środku. Nie miała pojęcia, kim był ten mężczyzna, którego jedyną zaletą była niezaprzeczalna uroda. Okazał się wyjątkowym gburem. Najprawdopodobniej nigdy więcej się nie spotkają, za co dziękowała Bogu. Jedno jednak nie ulegało wątpliwości: mało prawdopodobne, by szybko o nim zapomniała.

Rosa obejrzała się jeszcze na Hinduskę, zanim wsiadła do karety. Czuła, że jej zachowanie mogło wynikać ze strachu. Ale przed czym? Odwracając się, spostrzegła mężczyznę wycofującego się z tłumu. Od również pochodzi z Indii, pomyślała i zanotowała w pamięci jego brązową twarz, długą tunikę i europejskie spodnie, jedno i drugie czarne. Poczuła na sobie jego spojrzenie. Były w tym człowieku jakiś bezruch i cisza, dziwnie złowieszcze. Włosy zjeżyły się jej na karku. Cofnęła się na widok podłości malującej się w jego spojrzeniu i jadowitego grymasu na twarzy.

Williama opuściła niepewność w kwestii tego, co się stało. Jego twarz nie zdradzała emocji, jakie nim targały, a oczy zdawały się beznamiętnie lustrować otoczenie. Ale w jego żyłach pulsował gniew na myśl o niebezpieczeństwie, w jakim znalazło się dziecko. Mocno zacisnął szczęki. Powinien teraz skoncentrować się na swej nowej roli życiowej i uchronić posiadłość przed sprzedażą, a tymczasem jego czas pochłaniała ochrona Dhanu. W każdym cieniu widział czyhające niebezpieczeństwo. Tego, że podążano za nim z Indii, był pewien, ale myślał, że w Londynie udało mu się zatrzeć za sobą ślady. Mylił się jednak, jeśli słowa tamtej dziewczyny były prawdziwe.

Nagle poczuł się jak w najgorszym sennym koszmarze, a przecież obiecał zapewnić Dhanu bezpieczeństwo Zaczerpnął powietrza dla uspokojenia. Nie wolno dopuścić, aby to wydarzenie zaburzyło tok jego myślenia. Inteligencja, bystrość umysłu, które rozwinął podczas wieloletniej służby wojskowej, stanowiły jego największe atuty. Jeśli miał pokonać zagrożenie i zapewnić Dhanu bezpieczeństwo, musiał posłużyć się rozumem. Ale jak powstrzymać wroga, który nie ma twarzy? - zastanawiał się, przeglądając tłum kłębiący się na dziedzińcu.

Przypomniał sobie, jak okropnie potraktował tamtą dziewczynę, i poczuł wyrzuty sumienia. Miała złocistą skórę. To go zaskoczyło, bo Angielki szczyciły się mlecznobiałą cerą, którą pieczołowicie chroniły przed słońcem. Nie zachował się jak należy, powinien ją przeprosić. Ogarnął go wstyd. Postanowił naprawić zło, ale kiedy się odwrócił, okazało się, że jej powóz już zniknął.

Rosa, spięta i poirytowana, odbyła resztę podróży w milczeniu. Zwada z nieznajomym i próba skrzywdzenia dziecka podziałały na nią silniej, niż przypuszczała. Zastanawiała się, kim był ten mężczyzna i co go łączyło z Hinduską. Mówił w jej języku, czyli spędził dłuższy czas w Indiach. Dość, powiedziała sobie, to nie twoja sprawa. Próbowała przestać rozmyślać o nieznajomym i skupić się na przyjeździe do Fountains Lodge.

Pobiegła myślami do Clarissy i jej udręki z powodu narzuconego małżeństwa z hrabią Ashurstem. Zdawała sobie sprawę, przez co przechodzi siostra. Utożsamiała się z nią, bo sama również straciła ukochanego, Simona Garfielda. Jego śmierć stanowiła ostateczny koniec ich miłości. W wypadku Clarissy nie musiało tak być. Rosa zamknęła oczy, bliska płaczu. Wiedziała, jak traumatycznym przeżyciem dla ukochanej siostry byłoby wymuszone małżeństwo. Czuła, że powinna pomóc Clarissie, która nie potrafiła się bronić, ale wówczas musiałaby przeciwstawić się babce. Amelia Ingram była kobietą budzącą respekt, a nawet lęk, ale równocześnie tak słabego zdrowia, że Rosa obawiała się, czy zdąży zaaranżować małżeństwa dla obu wnuczek.