Tamtego lata w ProwansjiTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Heidi Rice

Tamtego lata w Prowansji

Tłumaczenie: Dorota Viwegier-Jóźwiak

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Contracted as His Cinderella Bride

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2019

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2019 by Heidi Rice

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6408-2

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Kurierzy w okolicach Strand, powtarzam, okolice Strand. Mam do odbioru przesyłkę ze sklepu jubilerskiego Mallow and Sons. Dostawa na Bloomsbury.

Zjeżdżając z mostu Waterloo Bridge, Alison Jones wyhamowała rower na światłach, próbując rozszyfrować komunikat dyspozytora w strugach deszczu i ulicznego hałasu.

Zimna woda wdarła się za kołnierz kurtki przeciwdeszczowej już jakiś czas temu, kiedy utknęła w korku na West Endzie, i w tej chwili Alison myślała wyłącznie o tym, by skończyć pracę i zanurzyć się w gorącej kąpieli z pianą. To było kolejne wyczerpujące popołudnie, które spędziła, pedałując po ulicach Soho i odbierając oraz dostarczając przesyłki. Jednak słysząc komunikat, prawie natychmiast kliknęła przycisk i krzyknęła do mikrofonu.

– Pięćset dwadzieścia cztery. Zlecenie przyjęte!

Zostały jej do zapłacenia ostatnie raty pożyczki, którą zaciągnęła kilka lat temu, by urządzić pogrzeb matce. Do tego w przyszłym miesiącu musi zapłacić czynsz za pokój w mieszkaniu na Whitechapel, które dzieliła z kilkoma innymi studentami wydziału mody. Zresztą dzisiejszy dzień przez liczne opóźnienia spowodowane ulewą i tak nie mógłby być gorszy. Dlatego zdecydowała się przyjąć jeszcze jedno zlecenie.

– Przesyłka to obrączka ślubna. Nazwisko klienta Dominic LeGrand, adres…

Lodowaty dreszcz przeszył ciało Alison i ostatnie słowa dyspozytora podającego ulicę i numer domu rozpłynęły się w szumie ulewnego deszczu. Alison przeniosła się myślami do pewnego słonecznego lata, kiedy skończyła trzynaście lat.

Wspomnienia przywołały upojny zapach łąk Prowansji. Niemal poczuła ciepłe promienie słońca pieszczące skórę. Przed oczami stanęła jej przystojna twarz Pierre’a LeGranda.

– Możesz nazywać mnie tatą, Alison.

Kojąco niski tembr głosu zabrzmiał ponownie w jej myślach. A zaraz potem radosny śmiech matki, której oczy wypełniała tego lata nadzieja.

„Pierre to ten jedyny, Ally. Kocha mnie i będzie o nas dbał”.

Potem Alison poczuła ciepło w dole brzucha, gdy wiatr wspomnień przywiał kolejną postać z przeszłości. Szesnastoletni Dominic, syn Pierre’a, odziedziczył po ojcu urok i nieco chmurną urodę. Pamiętała jego twarz tak dobrze, jakby widzieli się wczoraj, a nie dwanaście lat temu.

Zmysłowe usta wygięte w lekko kpiącym uśmieszku, czekoladowe oczy kryjące w sobie mnóstwo sekretów, zagadkowa blizna w kształcie półksiężyca nad lewą brwią, krótkie ciemnoblond włosy z paroma jaśniejszymi pasmami i złotawy kolor opalenizny.

Dominic, przystojny i mroczny niczym upadły anioł, który nawiedził sielski krajobraz Prowansji, wniósł w życie nastoletniej Alison niepokój i dreszcz emocji.

– Jednak nie mogę wziąć tego zlecenia – powiedziała automatycznie do mikrofonu, gdy przypomniała sobie swoją ostatnią noc w Prowansji.

Twarz jej matki, smutna i przerażona. Ciemna plama na policzku, która z sekundy na sekundę zmieniała kolor na fioletowy. Mdły zapach ginu. Chaotyczne słowa, w których Alison nie mogła doszukać się sensu.

„Coś strasznego się stało, córeczko. Pierre wściekł się na mnie i Dominica. Musimy wyjechać”.

Obok Alison zaryczał klakson, wybudzając ją z transu wspomnień. Nie mogła teraz o tym wszystkim myśleć. Cztery lata temu pochowała matkę, a wraz z nią historię cudownych wakacji w Prowansji, zakończonych tamtej tragicznej nocy. Stojąc nad grobem, nie czuła nic poza ulgą, że jej matka, Monica Jones, nareszcie przestała cierpieć.

Alison nie mogła wziąć tego zlecenia. Nie chciała ponownie oglądać Dominica LeGranda, zwłaszcza że ten nie był już zbuntowanym nastolatkiem i bohaterem jej dawnych fantazji, lecz miliarderem i inwestorem. Jakiś rok temu prasa brukowa nadała mu przydomek „Lowelas LeGrand” po tym, jak była przyjaciółka i supermodelka udzieliła wywiadu, w którym ujawniła pikantne szczegóły ich romansu. Obrączka musiała być zatem dla aktualnej narzeczonej Dominica, Miry Jakiejśtam, o której Ally po raz pierwszy dowiedziała się może miesiąc temu.

– Co to znaczy, że nie weźmiesz zlecenia? Wprowadziłem je już do systemu – poirytowany głos dyspozytora przedarł się do świadomości Ally, potęgując jej frustrację. – Bierzesz tę robotę albo w ogóle zdejmę cię z grafiku. Twój wybór.

Ally oddychała szybko, próbując zapanować nad paniką.

Nie mogła stracić pracy, a to oznaczało, że musiała przyjąć zlecenie. Zziębniętym palcem przycisnęła guzik w radiu.

– W porządku, biorę. Przepraszam za zamieszanie. Podaj mi jeszcze raz adres.

– Odwołuję ślub, Miro. Podziękuj swojemu instruktorowi narciarstwa i schadzce, o której już trąbią wszystkie tabloidy. – Dominic starał się powściągnąć głos. Nie był smutny ani zdenerwowany. Był wściekły. Mieli układ i jego tak zwana narzeczona właśnie go złamała.

– Och, mówiłam ci przecież, że nic między nami nie było! – Łzy lśniły w szeroko otwartych oczach Miry, a jej głos łamał się dramatycznie. Dominic nie był w stanie tego znieść. Mira wykazywała się dojrzałością emocjonalną pięciolatki.

– Wydaje mi się, że wyraziłem się dosyć jasno. Oczekiwałem wyłączności. Nie poślubię kobiety, której nie mogę ufać.

– Nawet się z nim nie przespałam… przysięgam! Wypiliśmy parę drinków i flirtowaliśmy, ale to wszystko. – Mira oparła się o biurko i wychyliła w jego stronę, wyprężając prowokacyjnie piersi. Usta ułożyła w dzióbek, który uważał za uroczy jeszcze dwa miesiące temu, kiedy się poznali. – Lubię, kiedy jesteś o mnie zazdrosny – dodała ponętnym tonem, ale Dominic omal się nie wzdrygnął.

– Nie jestem o ciebie zazdrosny, Miro. Jestem zły. Złamałaś umowę. Naraziłaś na szwank moją reputację i transakcję, która jest dla mnie bardzo ważna.

Prawdę mówiąc, był to jedyny powód, dla którego poprosił ją o rękę.

Konsorcjum Jedah, które było właścicielem terenu na Brooklynie, gdzie zamierzał wybudować kompleks biurowo-mieszkalny, składało się z konserwatywnych biznesmenów z krajów Bliskiego Wschodu. Nie byli oni zachwyceni perspektywą umowy z kimś, kto według plotkarskiego artykułu Catherine Zalinski, opublikowanego w zeszłym roku, zupełnie nie panował nad swoim libido.

Małżeństwo miało to naprawić i wszystko szło zgodnie z planem aż do dzisiejszego popołudnia, kiedy to ukazały się zdjęcia jego narzeczonej całującej się z instruktorem narciarstwa, niejakim Andre.

– Jedynym celem naszego małżeństwa było powstrzymanie plotek o moim życiu prywatnym – wyjaśnił po raz kolejny, choć bez większej nadziei, że spotka się ze zrozumieniem.

– Zostawiłeś mnie samą na cały miesiąc – poskarżyła się Mira, wykrzywiając usta w dziecinnym grymasie. – Myślałam, że przyjedziesz do Klosters, ale się nie pojawiłeś. Nie sypialiśmy ze sobą jeszcze dłużej. Co niby miałam robić?

Dominic nie miał czasu odwiedzać jej w Klosters. Nawet po to, by ulżyć apetytowi seksualnemu jej oraz jego. Pomysł poślubienia Miry był niewypałem od samego początku. Znudził się nią jeszcze szybciej, niż przewidywał. W łóżku i poza nim.

– Miałaś się trzymać z daleka od innych facetów, a nie rozkładać nogi przed każdym, kto się nawinie.

– Nie mów takich wstrętnych rzeczy – powiedziała urażona i Dominic prawie uwierzył w szczerość jej oburzenia. – Przez ciebie czuję się jak tania…

– Miro – przerwał i obrzucił ją znaczącym spojrzeniem. – Jedyne, czego z całą pewnością nie można o tobie powiedzieć, to to, że jesteś tania.

Zamarła, dotknięta obelgą.

– Możesz już iść, skończyliśmy rozmowę – dodał.

– Ty… draniu bez serca!

Dłoń Miry przecięła powietrze z szybkością błyskawicy i w ciszy dało się słyszeć siarczyste uderzenie, po którym Dominic poczuł ból rozlewający się po twarzy.

Zerwał się z fotela i złapał Mirę za nadgarstek, zanim zdążyła zamachnąć się ponownie. Dotkliwy ból przypomniał mu inny policzek, wymierzony któregoś lata, gdy ojciec w końcu zaprosił go do swojego świata tylko po to, by za chwilę znowu go z niego wyrzucić. Zapamiętał też głos dziewczyny, która go wtedy próbowała obronić.

 

„Nie wolno ci bić Dominica, tato! Zrobisz mu krzywdę!”

„Niektórzy zasługują na ból, ma petite”.

– Masz rację, Miro. Jestem draniem bez serca – powiedział głosem zduszonym od przykrych wspomnień. Nie sądził, że tamto wydarzenie wciąż było w stanie wywołać u niego tak silne emocje. – Uważam to za zaletę – dodał, wypuszczając Mirę z żelaznego uścisku swojej dłoni. – A teraz wynoś się, zanim wezwę policję i oskarżę cię o napaść.

Twarz Miry pobladła. Usta zadrżały z ledwie skrywanej odrazy.

– Nienawidzę cię – wyszeptała.

I co z tego? – pomyślał beznamiętnie, obserwując, jak Mira obraca się na pięcie i niemal wybiega z gabinetu.

Usłyszawszy trzaśnięcie drzwi wejściowych, podszedł do barku. Wyjął z kieszeni chusteczkę i przyłożył ją do ust, ścierając kroplę krwi z rozciętej wargi. Następnie nalał podwójną porcję szkockiej.

Miał zaledwie tydzień, by znaleźć kolejną kandydatkę na żonę. Żona była jedyną gwarancją, że transakcja, o którą zabiegał od miesięcy, dojdzie do skutku. To przeniosłoby jego firmę na zupełnie nowy poziom. A firma była dla niego wszystkim. Zbudował ją od podstaw, a wymyślił tamtej nocy, kiedy z obolałym ciałem i czerwonymi, palącymi jak ogień pręgami na plecach, dotarł do bramy posiadłości ojca i ruszył przed siebie, byle dalej od tego przeklętego miejsca.

Na drodze zatrzymał ciężarówkę, która podwiozła go aż do Paryża. Kierowca, widząc, w jakim jest stanie, nie zadawał pytań. Dominic zasnął w fotelu, a kiedy się obudził, przyrzekł sobie, że nigdy więcej nie odezwie się do ojca. Wtedy też postanowił, że pewnego dnia pokaże ojcu i każdemu, kto kiedykolwiek go zlekceważył, kto tutaj rządzi.

Pieczenie rozciętej wargi w kontakcie z alkoholem sprawiło, że szybko otrząsnął się ze wspomnień.

Znajdzie sobie inną żonę. Najlepiej taką, która będzie robiła dokładnie to, czego od niej oczekiwał, a nie rozkładała nogi przed byle kim. Ale dziś miał zamiar uczcić to swoje małe szczęście w nieszczęściu. Strach pomyśleć, co by było, gdyby wybryki Miry wyszły na jaw dopiero po ich ślubie.

ROZDZIAŁ DRUGI

– Z drogi, śmieciu… – Wiązanka przekleństw rozpłynęła się w oddali, gdy kobieta, odepchnąwszy zagradzający jej drogę rower, ruszyła szybkim krokiem wzdłuż ogrodzenia, a następnie wsiadła do czerwonego sportowego auta. Ally zachwiała się i oparła o bramę, pedał boleśnie wbił się w jej łydkę.

Miała krzyknąć za kobietą, żeby uważała, ale była zbyt zmęczona. Zresztą nie miało to sensu, bo kobieta i tak by jej nie usłyszała.

Samochód wysunął się z zatoczki i ruszył z rykiem silnika, by po chwili zniknąć za zakrętem.

Czy to nie była przypadkiem ta Mira Jakaśtam? Narzeczona Dominica LeGranda, dla której Ally właśnie przywiozła obrączkę? Wyglądała na wściekłą. Może jej życie z Dominiciem nie było aż taką sielanką, jak przedstawiały to media? Nieważne zresztą. To nie była sprawa Ally.

Podprowadziła rower do furtki i przypięła go łańcuchem, potem podeszła do drzwi i nacisnęła dzwonek. Niepotrzebnie się denerwowała. Ktoś taki jak Dominic na pewno miał służbę do odbierania przesyłek.

Kiedy wychodziła od jubilera, deszcz osiągnął rozmiary monsunu, a malutka paczuszka, którą zapakowała do swojego plecaka, zdawała się ważyć tonę. Nieprzyjemny marcowy deszcz i sztywność wszystkich kończyn, a teraz jeszcze ból w łydce, stanowiły zaledwie wierzchołek góry lodowej problemów, z jakimi zmagała się teraz Alison.

Nikt nie zareagował na dzwonek, więc cofnęła się parę kroków i spojrzała w górę. W każdym z okien było ciemno, z wyjątkiem jednego na piętrze. Ciężko oddychając, nacisnęła dzwonek ponownie, tym razem dłużej. W oknie pojawiła się sylwetka, wysoka i barczysta.

To nie on, to nie on. Na pewno nie on!

Alison rozpięła sprzączki plecaka, by przekazać paczkę, gdy tylko otworzą się drzwi.

W korytarzu zapaliło się światło, rzucając bladą poświatę na zalane deszczem schodki, za witrażowymi wstawkami zamajaczył cień osoby zbliżającej się do drzwi.

Ally nie zdążyła nawet przygotować się dobrze do rozmowy, gdy drzwi otworzyły się na oścież. Bezwolnie zacisnęła zziębnięte palce na plecaku, gdy postać, której twarz pozostawała w cieniu, odezwała się głębokim barytonem. Rozpoznałaby ten głos zawsze i wszędzie.

Bonsoir.

Francuski akcent zadrżał w powietrzu i zapadł w sercu Alison jak słodkie, a zarazem bolesne wspomnienie z przeszłości.

– Okropnie leje, proszę wejść do środka.

Dominic odsunął się i pchnął drzwi jeszcze dalej, jednak Ally nie ruszyła się ani na krok, wpatrzona w przystojną twarz, na którą padał teraz snop światła z lampy w holu. Dominic był uderzająco przystojny jeszcze jako chłopak, ale dopiero wiek dorosły dodał jego urodzie męskości. Włosy miał dłuższe i ciemniejsze, prawie brązowe. Wokół czekoladowych oczu nie dostrzegła zmarszczek, ale przecież Dominic nigdy się nie śmiał, więc trudno, żeby miał zmarszczki. Na grzbiecie nosa dostrzegła niewielki guzek, który dołączył do blizny w okolicach brwi. Policzki pokrywał cień zarostu, uświadamiając Ally, że ma przed sobą dojrzałego mężczyznę.

Vite, garçon, zanim kompletnie przemokniemy – ponaglił i wokół ust pojawił się grymas zniecierpliwienia.

Ally zmusiła się wręcz, by zrobić krok do przodu.

Daj mu tę przesyłkę i niech ten koszmar się już skończy.

Pochyliła się i wyjęła z plecaka paczuszkę. Żałowała, że zdjęła kask, ale Dominic widocznie nie poświęcił jej ani trochę uwagi, skoro nazwał ją chłopcem.

Drzwi zamknęły się i zapanowała taka cisza, że Ally usłyszała krople deszczu ściekające z jej kurtki na podłogę.

– Och, nie jesteś chłopcem – mruknął Dominic.

– Czy to problem? – spytała.

Non. – Usta Dominica wykrzywiły się w cynicznym półuśmiechu. Ach, jakże dobrze go pamiętała, pomyślała wzdychając.

– Czy my się przypadkiem nie znamy?

– Nie – zaprzeczyła gwałtownie i wyciągnęła trzymaną w dłoni przesyłkę. – To dla pana.

Nie patrzyła na niego, gdy odebrał paczkę.

– Cała się trzęsiesz. Zostań chwilę, może przestanie padać, a w tym czasie trochę się rozgrzejesz.

– Nic mi nie jest – odparła, wyciągając tablet. – Proszę podpisać tutaj – dodała głosem tak słabym, jakby miała za chwilę upaść jak długa.

Dominic wsunął pudełko zapakowane w folię pod pachę i wyjął ze zgrabiałych dłoni Ally tablet.

– Przeze mnie musiałaś jechać z tą przesyłką, a i tak zupełnie niepotrzebnie – powiedział, składając podpis we wskazanym miejscu.

– Niepotrzebnie? – Ally powtórzyła jak echo, zamiast ugryźć się w język.

– Tak. Zerwałem zaręczyny jakieś pięć minut temu… – dodał lekkim tonem.

Nic dziwnego, że Mira Jakaśtam wybiegła z jego domu tak wzburzona.

Rozerwał folię i wyjął aksamitne pudełeczko. Otworzył je i w środku zamigotała obrączka, wykonana z białego i różowego złota, zapewne piekielnie droga.

Ironia losu kazała jej pomyśleć o innej obrączce. Tej, którą ojciec Dominica przyrzekł jej matce. Obietnica małżeństwa umarła tamtej nocy, gdy Pierre LeGrand wyrzucił je obie z domu. Matka jednak torturowała się wydarzeniami tamtego lata do końca życia.

„Pierre był jedynym mężczyzną, który naprawdę mnie kochał, a ja wszystko zepsułam”.

Matka obwiniała siebie o to zerwanie. Ally natomiast zachodziła w głowę, czym też matka mogła aż tak rozzłościć Pierre’a.

Pudełeczko z obrączką zatrzasnęło się i Alison zamrugała powiekami, wracając do rzeczywistości.

– Przykro mi – wykrztusiła z siebie, starając się za wszelką cenę ukryć emocje, nad którymi wolała się teraz nie zastanawiać.

– Niepotrzebnie. Te zaręczyny były pomyłką, a osiemdziesiąt tysięcy wydane na obrączkę należy uznać za skutki uboczne.

Ta ostatnia uwaga wypowiedziana nazbyt nonszalanckim tonem sprawiła, że żołądek Alison skurczył się boleśnie, przypominając jej, jak niewiele ma pieniędzy w porównaniu z kimś, kto taką kwotę traktuje, jakby to były drobniaki.

Drżącymi palcami wsunęła tablet do kieszeni plecaka. Nie mogła zapanować nad wspomnieniami i smutkiem, jaki ją ogarnął. Nie tylko dlatego, że spotkanie z Dominikiem przywołało wspomnienia o zmarłej matce i jej niedoszłym mężu, którego też nie było już wśród żywych.

– Muszę iść. Mam jeszcze inne zlecenia – dodała, chcąc po prostu wydostać się na zewnątrz. Wspomnienia były wystarczająco bolesne, a widok Dominica tylko ten ból potęgował. Po rozstaniu z Pierre’em matka na zawsze utraciła radość życia. Tamto lato było ostatnim, kiedy Alison słyszała śmiech matki.

– Zostań, zrobię ci herbaty. Rozgrzejesz się i odzyskasz siły – powiedział, choć Ally nie była pewna, czy to nie było polecenie.

A może przystawiał się do niej? Ta myśl była jeszcze straszniejsza. Z drugiej strony, w ociekającej wodą kurtce musiała wyglądać jak zmokła kura. Niemożliwe, żeby ktoś, kto na co dzień umawiał się z modelkami i kobietami z wyższych sfer, zainteresował się kimś tak niewyględnym jak ona w tej chwili. Nawet w swoim najlepszym wydaniu Alison nie posiadała zapewne jednej dziesiątej elegancji, seksapilu i reszty atutów, które kobiety w jego typie miały aż w nadmiarze. Do tego spędziła ostatnie sześć godzin na rowerze, pracując bez wytchnienia w strugach deszczu.

– Musimy opatrzyć ci łydkę – dodał.

– Co takiego? – Nie zrozumiała, o czym Dominic mówi.

– Leci ci krew. Musiałaś się o coś zranić.

Alison spojrzała w dół. Rzeczywiście, jej legginsy były rozdarte, a ciemna plama wokół mogła oznaczać tylko jedno.

– To nic takiego. Muszę lecieć.

Arrêtes! Jak to nic takiego? Chcesz, żeby wdało się zakażenie? Trzeba opatrzyć ranę.

Alison umilkła. Nie miała siły się sprzeczać. Była zmęczona, w jej ciało wtargnęło osłabienie i senność.

– Nie mogę zostać, mam drugą pracę – spróbowała ostatni raz.

– Zapłacę ci za ten czas, jeśli to jest twój największy problem. Nie chcę mieć na sumieniu rannej kurierki, wystarczy mi wyrzucone do kosza osiemdziesiąt tysięcy.

Dominic podszedł bliżej i Alison poczuła rześką nutę wody kolońskiej i aromat whisky. Puls przyspieszył, a serce Ally wpadło w arytmię.

Dominic wsunął palec pod jej brodę i musiała na niego spojrzeć.

– Zaraz, zaraz… Oczywiście, że się znamy.

Jego oczy studiowały uważnie jej twarz. Alison miała wrażenie, jakby dopiero teraz ją zauważył. Podniosła drugą rękę z kaskiem, chcąc go założyć i uniemożliwić Dominicowi dochodzenie, ale już było za późno.

– Monique? – powiedział i zmrużył oczy, wysilając pamięć.

Łzy napłynęły Alison do oczu.

– Monica nie żyje. Jestem jej córką – powiedziała zrezygnowana. Nie było sensu kłamać. Rozpoznał ją.

– Allycat? – zapytał z niedowierzaniem.

Allycat. Tak ją nazywał tamtego lata. Kiedyś była z tego dumna.

Dziś dręczyło ją tylko poczucie wstydu, strach i podniecenie, którego także nie umiała w sobie zwalczyć.

– Oddychaj, Allycat – powiedział powoli Dominic, gdy zamknęła oczy i otworzyła usta, łapiąc nimi powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg jeziora.

Uspokój się. Przecież nic takiego się nie stało.

Otworzyła oczy, ale Dominic nadal stał naprzeciwko, przypatrując jej się z lekkim uśmiechem.

– Miło było cię znów zobaczyć, Dominicu – powiedziała drżącym głosem. Nie była to prawda, a ona nie umiała kłamać. – Ale teraz naprawdę muszę się zbierać – powiedziała i zawróciła w stronę drzwi wejściowych.

Ledwie jednak zrobiła dwa kroki, Dominic zastąpił jej drogę.

– Nie wychodź jeszcze, Allycat. Dam ci ręcznik, wysuszysz chociaż włosy i opatrzymy tę ranę. Moja oferta jest nadal aktualna.

Uniosła głowę i zmusiła się, by popatrzeć mu prosto w oczy, ale zamiast spodziewanej litości czy zniecierpliwienia dostrzegła determinację oraz coś jeszcze, czego nie zrozumiała. Zainteresowanie? Nie, musiało jej się wydawać.

– Nie mogę zostać – powtórzyła. Głos nadal jej drżał, co było trudne do zniesienia. Za nic nie chciała okazać przy nim nawet grama słabości.

– Możesz. – Dominic nie ustępował. – Zapłacę za twój czas.

– Nie trzeba. I tak pojechałabym prosto do domu. Jestem wykończona – przyznała. Musiała wydostać się z tego domu, zanim przemożna chęć, by usiąść, rozłoży na łopatki jej silną wolę.

 

Mon Dieu, kto by pomyślał, że to niepozorne kiedyś dziewczątko wyrośnie na tak piękną kobietę?

– Więc jednak nie musisz jechać do kolejnej pracy? – zapytał szybko.

Zmarszczyła brwi, ale nawet przyłapana na kłamstwie nie uciekła spojrzeniem w bok.

– Skłamałam – przyznała, ale w jej głosie nie wyczuł nawet nuty żalu.

Roześmiał się.

Touché, Allycat.

Jego spojrzenie prześlizgnęło się po szczupłej sylwetce ukrytej pod kurtką przeciwdeszczową. Z mokrymi włosami związanymi w krótki kucyk, wilgotnymi kasztanowymi spiralami wokół jasnej niemal porcelanowej twarzy, cieniami pod oczami i roztartą smugą smaru na brodzie powinna wyglądać jak sto nieszczęść. Zamiast tego przypominała mu Dziewicę Orleańską, pełną pasji i determinacji. A przez to jeszcze piękniejszą i bardzo podobną do swojej matki lub wspomnienia o niej.

Monica Jones była związana z ojcem tamtego lata, kiedy ojciec uznał go za swojego syna, a potem wyrzucił z domu. Bardziej jednak zapadła mu w pamięć jej córka. Była wtedy jeszcze dzieckiem, miała może jedenaście lat. Do dziś pamiętał, że chodziła za nim jak wierny szczeniak. Próbowała go bronić, kiedy ojciec go zaatakował, może dlatego poczuł wtedy, że coś ich łączy, a ta więź utrzymała się aż do teraz.

Dziś Dominic miał przed sobą dorosłą kobietę, a nie zafascynowaną starszym od niej chłopakiem nastolatkę. Do tego przepiękną. Nieodparta chęć, by dotknąć alabastrowych policzków i ogrzać zziębnięte usta pocałunkiem, zaskoczyła go.

Alison ani trochę nie przypominała kobiet, jakie zwykle go pociągały. Była typem chłopczycy, a nie uwodzicielki. Nie rozumiał, czemu wzbudzała w nim instynkty opiekuńcze. Nie powinno go obchodzić, że jakiejś tam kurierce jest zimno albo że zraniła się w nogę. Nie jego sprawa. Musiał to być efekt szoku spowodowanego spotkaniem po tylu latach. Uderzający był także kontrast pomiędzy Ally a kobietą, którą dopiero co wyrzucił ze swojego życia. Nie miała w sobie nic z rozpieszczonej lalki. Mimo to pociągała go. Inna sprawa, że nie uprawiał seksu od ponad miesiąca. W tej sytuacji wystarczyła wilgotna od deszczu twarz i ciężki oddech, który unosił piersi Alison, by Dominic zaczął myśleć o niej jak o potencjalnej kochance.

– Zamówię potem taksówkę bagażową, która zawiezie cię do domu. Razem z rowerem – dodał, nie mogąc znieść myśli, że Ally ulotni się, zanim zdąży się dowiedzieć, co tak bardzo go w niej zafascynowało.

Ally westchnęła i spojrzała w dół na kałużę wody wokół swoich butów. Potem w stronę drzwi. Nadal lało.

– Na piętrze jest łazienka. W szafce znajdziesz ręczniki i ubrania. Mokre rzeczy możesz rozwiesić na grzejniku. Przyjdę za parę minut. Muszę poszukać plastrów i czegoś do odkażania.

Ally zaczerwieniła się i spojrzała na niego nieufnie.

– Naprawdę nie musisz tego robić – powiedział.

– Wiem, że nie muszę, ale chcę. Zmykaj. Vite. Inaczej będziemy tu mieli potop.