Zagubieni w NeapoluTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zagubieni w Neapolu
Zagubieni w Neapolu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,90  59,12 
Zagubieni w Neapolu
Zagubieni w Neapolu
Audiobook
37,90  31,46 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

8

Przez dwie czy trzy następne noce byliśmy nierozłączni. W dzień siedziałam na wykładach w bibliotece albo czytelni i starałam się uczyć, ale czułam się jak w gorączce. Byłam roztargniona, rozpalona i liczyłam tylko godziny do chwili, kiedy będę mogła zdezerterować w ramiona Pietro, a i tak mi go nie starczało. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Udało mi się w sesji nadzwyczajnej zdać egzamin z antropologii kultury, ale z oceną, którą nie bardzo chciałam się chwalić. Pocieszałam się, mówiąc sobie, że ten przedmiot w zasadzie nie liczy się w językoznawstwie czy w semiotyce.

— Nie będziesz miała trzydziestu, maleńka… — powiedział Tonino, gdy wchodziłam po schodach do naszej kuchni — …tylko dwadzieścia osiem punktów więcej ode mnie z sanskrytu.

— Ale wiesz, że musisz stawić się na egzamin, żeby go zdać, prawda? — wyśmiał go Angelo, który przywitał mnie, całując szczerze i mocno w oba policzki.

— Wiesz co, Angelo? Ty to chyba nie masz mózgu! Nawet jeżeli zdam egzamin, na co to do cholery ma mi się to przydać w życiu?

— Chodzi o wiedzę, Tonino — wyjaśnił Angelo. — Chyba musi mieć w czymś oparcie.

Nie byłam pewna, czy w całym tym zamieszaniu chłopcy zdawali sobie sprawę z tego, że za mną stoi Pietro. Możliwe, że nie miało dla nich znaczenia to, że przyszliśmy razem, ani to, że jego srebrny wisiorek był teraz doskonale wyeksponowany na mojej szyi.

Zobaczyłam tylko, że Pietro, który stał dokładnie w tym samym miejscu, gdzie nie tak znowu dawno temu dał mi tę swoją wzruszającą kasetę, został przyjęty bez żadnego widocznego zaskoczenia. Powitali go jedynie skinieniem głowy. Zinterpretowałam tę obojętność jako aprobatę i odmowę uznania oczywistości. Jako największy dowód braterskiej miłości.

W rzeczywistości wróciłam tylko po rzeczy na zmianę i z jakiejś nieznanej mi przyczyny zrobiło mi się lżej, gdy odkryłam, że Luki nie ma w domu. Chłopcy wciąż w piżamach, z otwartymi książkami obsypanymi papierosowym popiołem, w tej chwili grubości zaspy śnieżnej, wcale nie spieszyli się, by nas wygonić. Przeciwnie. Przestawili krzesła i wyciągnęli butelkę whisky, jakby przez cały dzień nie czekali na nic innego, tylko na to, żeby ktoś uratował ich od filozofii języka albo od historii kaligrafii. A jaka jest najlepsza rozrywka, jeśli nie dyskusja o kamieniach? Kamienie, piasek, pył, o tak, to są naprawdę rzeczy namacalne!

W pewnym momencie Angelo zapytał, w jaki sposób szuka się ropy naftowej.

— Najpierw trzeba studiować sedymentologię i stratygrafię — odpowiedział Pietro. — Potem, jeżeli wydaje się, że powinno być jakieś złoże węglowodorów pod powierzchnią, robi się odwierty badawcze.

— Czyli nie jest tak, że gdy pracuję na swojej ziemi, mógłbym walnąć motyką i zobaczyć trochę czarnego złota? — zapytał Tonino.

— Co, w Apulii?

— Przecież ty jesteś komunistą — wtrącił Angelo. — Po jaką cholerę ci pieniądze?

Wybuchły śmiechy, rozlało się trochę whisky. Pietro bez najmniejszego wysiłku dogadał się z chłopakami, którzy natychmiast obrzucili go przekleństwami. Dla nich — a szczególnie dla Tonina — była to największa oznaka sympatii. To przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Pietro jak zwykle, kiedy się śmiał, zakrywał usta gestem, który teraz uważałam za grzeczny, a nawet elegancki. Poraziła mnie myśl, że trafiając na niego, znalazłam coś o bardzo świetlistym pięknie, cenny klejnot, może bezcenny, jedyny pośród tych innych, szarych i nijakich na mojej drodze. Prawie nie byłam w stanie w to uwierzyć, że w tym pokoiku maleńkim jak szkatułka na skarby jesteśmy razem, on i ja.

Pietro wciąż opowiadał. Był bardziej rozmowny niż kiedykolwiek. Mówił, że jest wiele możliwości w dziedzinie wydobywania ropy dla kogoś, kto byłby w stanie wyjechać gdzieś daleko. I że on sam jest w dobrych układach ze swoją wykładowczynią od geologii naftowej. Chciał się z tego bronić, a ona, mając wiele znajomości zarówno we Włoszech, jak i na Zachodzie, wspomniała, że ma możliwość znalezienia mu posady w jakiejś kompanii naftowej. Pietro dodał, że jest wiele krajów, gdzie można pracować w tej dziedzinie, niektóre takie, że nikt by nawet nie pomyślał, że mają złoża ropy.

— Jak Zatoka Meksykańska u wybrzeży Luizjany — powiedział i w tym momencie rzucił mi spojrzenie, które wydawało się chcieć ode mnie więcej niż tylko prostego potwierdzenia tego faktu.

— Nic mnie to nie obchodzi, pojadę dokądkolwiek.

— Byle to nie było tylko gówniane miasto — stwierdził Tonino.

Wszyscy pokiwali głowami. Ten pośpiech w pakowaniu walizek, by wyjechać w daleki świat, nie był dla mnie niczym nowym, ale w pewnym momencie z miłości do Neapolu odłożyłam cygańskie zapędy na później. Teraz jednak, kiedy wszyscy zgadzali się co do tego, że w tym mieście nie da się żyć i że jest zacofane, moja miłość do niego i moja potrzeba wydały mi się infantylne i przesadzone.

— Moi rodzice o niczym nie mają pojęcia — ciągnął Pietro. — Według nich dyplom z geologii to coś takiego jak nauka o właściwościach mineralnych obornika. Myślą, że potem wrócę na wieś, aby zająć się ziemią, która należy do rodziny.

— Tak? A ile macie hektarów? — zapytał Tonino, trzymając niezapalonego papierosa w ustach.

Pietro najpierw przypalił mu papierosa, potem zapalił swojego. Razem zaciągnęli się dymem w doskonałej symbiozie, używając skomplikowanych miar. Ja i Angelo, siedząc po dwóch stronach stołu, patrzyliśmy na siebie z zakłopotaniem i wzruszaliśmy ramionami.

— Na wsi życie jest ciężkie — powiedział Pietro. — Osiem miesięcy w roku jest zimno jak szlag.

— A poza tym cały czas pieprzysz się z pogodą. Pada, nie pada… Szlag.

— Powiedzmy sobie prawdę, to makabryczna praca. Pejzaże są piękne, wspaniale jest pojechać tam raz na rok, ale mieszkać? Na litość boską! Lata, które tam spędziłem, już mi wystarczą z nawiązką.

W oknie nieznośnie gardłowały gołębie. Pod stołem poczułam ciepłą rękę Pietro. Dotykała mojego uda, to był taki nasz znak. W końcu wstałam, żeby zabrać czyste ubrania, a kiedy potem wyszliśmy razem, na twarzach chłopaków nadal nie było najmniejszego śladu zdziwienia, może tylko zawód, że teraz muszą znów zabrać się do nauki.

Pewnej nocy jednak, zamiast spać ściśnięci na łóżku Pietro, skorzystaliśmy z podwójnego łóżka Gabriele podczas jego krótkiego wyjazdu do Monte San Rocco. Jego futon leżał wprost na podłodze pod ukośnym sufitem i chociaż był bardzo wygodny, przebudzenie mieliśmy brutalne. Usłyszałam przekleństwa i wrzaski w najczystszej formie dialektu, które jednak, byłam tego pewna, nie należały do ludzkiej mowy. Te dźwięki przypominały zagryzające się właśnie wściekłe psy albo jakieś gwałtowne i niepohamowane napady kaszlu, które wyrzucały z płuc materiał potencjalnie zakaźny. Cokolwiek to było, hałas dochodził z pięter pod nami i wznosił się wzmocniony smutnym i czarnym kominem podwórza. Po jakimś czasie z ostatecznym wyrzutem zamieszanie ucichło.

— O Boże, baby, jaka ty jesteś piękna — wymruczał Pietro, budząc się. — Moja babcia mówiła, że piękno kobiety powinno się oceniać rano, gdy tylko się przebudzi.

Zaczęłam się śmiać, bo to był dość nietypowy poranek — ponieważ nie poszłam na wykład z historii teatru i dlatego, że byłam naga w pościeli brata mojego kochanka. Za łóżkiem, dokładnie na wysokości naszych głów, znajdowało się małe okienko, które wychodziło na dzielnicę. Na parapecie Gabriele postawił roślinę wodną, która rosła w butelce po winie. Wydawało się, że jest tu w skrajnym niebezpieczeństwie — zanurzona w wodzie, delikatna i zamknięta w zielonym schronieniu, lecz tylko kilka centymetrów dzieliło ją od upadku na bezład domów i podwórek, spalonych słońcem i pozbawionych drzew jak jakaś tunezyjska medina. Wystarczyłoby otworzyć okno.

Spojrzałam za siebie, żeby ogarnąć wzrokiem cały pokój Gabriele — obszerny, ale pełen walających się wszędzie książek. W jedynym rogu stał stół kreślarski. Poza licznymi książkami półki zawierały mnóstwo małych, fascynujących przedmiotów, drobiazgów z inskrypcjami, intarsjowanych pudełeczek, szklanych kulek, skorup amfor, piór, szyszek — takich, że gdyby nie było tu Pietro, nie powstrzymałabym się od obejrzenia ich.

Usiadłam, pociągając prześcieradło, żeby zakryć piersi.

— Jesteś pewien, że wolno nam tu przebywać?

— Mówiłem ci, Gabriele nie wróci przed szóstą wieczorem, a poza tym nawet nie zauważy, że spaliśmy w jego łóżku. Będzie wykończony pracą, jaką rodzina każe mu wykonać w domu.

— A co on musi tam robić? Orać? Kopać?

— No co ty? Żartujesz? On nie jest w stanie podkraść kurze jajka. Nie, on pracuje nad projektem dla mojej matki.

Zrobiłam zakłopotaną minę.

— Zapytaj go kiedyś — dodał Pietro w odpowiedzi. — Założę się, że będzie zachwycony, mogąc ci opowiedzieć o swoim fantastycznym awangardowym designie. Teraz jednak przydałby nam się porządny prysznic. Muszę zobaczyć, czy jest Madeleine.

Madeleine była ich sąsiadką, która przyjechała do Neapolu w ramach stypendium Erasmusa, ale aż do teraz nasze drogi jeszcze się nie skrzyżowały. Gdy zeszliśmy do połowy schodów, Pietro powiedział półgłosem:

— Muszę cię uprzedzić, że to wariatka. Nawet jeśli Gabriele mówi, że jest prawdziwym geniuszem architektury.

— A co ona ma wspólnego z prysznicem?

— Zaraz zobaczysz. — Pietro zawołał jej imię raz, potem drugi i już miał odpuścić, gdy jedne z drzwi w głębi korytarza otworzyły się i wyszła z nich jakaś dziewczyna.

Zrobiła na mnie wrażenie. Była maleńkim, doskonale zbudowanym tornadem, pełnym niepokojącego uroku, którego dodawały jej krótkie potargane włosy, króciutka, wymięta koszulka i odsłonięty pępek. Dodawał jej go również sposób, w jaki tarła oczy pięściami, przeklinała sąsiadów, że znowu ją obudzili, jej głos skrzypiący i akcent niepodważalnie francuski oraz japonki nałożone na białe skarpetki (po japońsku), małe ciałko i wielkie, wściekłe oczy.

 

Spojrzenie Madeleine ruszyło po schodach i w końcu spoczęło na mnie. Wyglądało to tak, jakby nagle się obudziła. Popatrzyła na nas żarłocznie, jakby wyczuwała w powietrzu zapach seksu. Przedstawiłyśmy się sobie, a ja przyglądałam się jej zachłannie, może nawet niezbyt grzecznie. Madeleine była niezwykle piękna i była drugą cudzoziemką, którą poznałam w środowisku studenckim.

Odwróciła się do Pietro z komicznym grymasem.

— Czyli jasne, chcesz pomocy przy prysznicu, tak? Dobra, a co ty mi dasz?

— Zrewanżuję się.

— Domowa kawa?

— Zgoda, jak tylko skończę.

— Umiesz sobie radzić z dziewczynami — powiedziała jeszcze bardziej zachrypłym głosem, tak że Pietro, idąc na górę, aż się zaczerwienił.

Madeleine nie wyglądała na wariatkę, pomyślałam, gdy prysznic w kilka chwil się zamglił. Strużki ciepłej wody spływały zygzakiem po piersi Pietro, niektóre aż do sadzawki w dołku pod mostkiem. Wpatrywałam się w niego bez zahamowań, jakbym oglądała jego fotografię: szczupłe ciało, długie nogi biegacza, czarne włosy w pachwinach. Jakie to było cudne, prawie zbyt cudne, by go dotykać.

Nagle dobiegł nas rumor z piętra poniżej.

— Co to?

Pietro zaśmiał się.

— Ma to coś wspólnego z ciśnieniem wody, które jest gówniane tu u góry, na siódmym piętrze. Widzisz, kiedy gaśnie zapałka od ogrzewacza wody, trzeba walnąć, żeby znów się zapaliła, ale ta Francuzka, zapewniam cię, wali w podgrzewacz, jakby trenowała przed walką bokserską. Powinna czasami się uspokoić.

— Może potrzebujecie hydraulika?

— Ja potrzebuję tylko ciebie.

Całowaliśmy się, gdy letnia woda płynęła do naszych ust, a Madeleine znów zaczęła przeklinać podgrzewacz.

Śmiejąc się, z trudem oparliśmy się chęci, by zostać tam w cieple i narastającemu pragnieniu, by kochać się na stojąco. Pośpiesznie pomagaliśmy sobie nawzajem myć włosy.

Gabriele wrócił z domu obładowany ciastkami migdałowymi, faszerowaną papryką i czerwonym winem. Zanim zamknął za nami drzwi, wziął jedną z butelek na imprezę urodzinową, na którą my także byliśmy zaproszeni.

Błękitna noc spływała jak akwarela na budynki Quartieri Spagnoli, a mimo to nieśmiałe ciepło tego wiosennego popołudnia pozostawało uwięzione w zaułkach, zaplątane w pajęczyny porozwieszanego, zapomnianego prania, w opary smażących się kalmarów i słodkawy odór śmieci.

Usłyszeliśmy jakiś głuchy odgłos za plecami i odwróciliśmy się równocześnie. Ze zgrzytem pazurów na lastryko ogromne szczury — „dziwki”, tak nazywali je wszyscy, także i my — tłoczyły się bezładnie wokół worka ze śmieciami, który trząsł się jeszcze po upadku z balkonu i zaczynał wylewać z siebie tłuste i ostre tajemnice wprost na bruk. Kimkolwiek był ten cwaniak winny wyrzucenia worka z góry, by nie musieć biegać po schodach, już zamykał za sobą okno balkonowe. Jakie to zresztą miało znaczenie? Do rana śmieciarka usunie wszelkie ślady.

— Przeszkadzałoby wam, gdybym skoczył kupić papierosy? — zapytał Gabriele.

— Mnie też się skończyły — powiedział Pietro.

Poszliśmy w kierunku światła, które przyciągało nas jak latarnia morska. O tej później porze wszystkie sklepy były już pozamykane, ustępując miejsca otwierającym się właśnie prywatnym, domowym stoiskom. Jedno z nich wydawało się szczególnie okazałe. Na zewnątrz stał stolik, a na nim piętrzyły się cukierki i chipsy. To było jak gest zachęty, próba zatarcia granic między tym, co uliczne a tym, co prywatne. W ten sam sposób bagniste powietrze nocy zacierało granice między ciepłem, które czułam na skórze, a tym, które kwitło w moim wnętrzu.

Wewnątrz tego domku starszy pan jedzący kotleta popatrzył na nas nieobecnym wzrokiem, jakbyśmy byli przezroczyści. Nie było sensu przejmować się byle klientami, noc była młoda. Z łóżka za zasłonką, szurając kapciami, wstała jego żona. Początkowo nie miałam ochoty patrzeć na to łóżko, ale moje spojrzenie przyciągnęło jego nakrycie ze skóry leoparda, rozgrzebana i jeszcze ciepła pościel, niechlujna intymność. W końcu moje oczy zostały uwiedzione i patrzyłam z tym samym potwornym zafascynowaniem, z jakim patrzy się na sceny seksu i makabry wyświetlane na ekranie telewizora. Kobieta była spokojna, może nawet obojętna. W różowym szlafroku szła zręcznie po cienkiej linii pomiędzy domem a sklepem. Pracą a snem, dniem i nocą. Wsunęła się za przeżuwającego męża, aby wygrzebać z szuflady i podać nam papierosy z przemytu. Jak w magicznej sztuczce pieniądze zniknęły w kieszeni szlafroka.

— Mają paskudny posmak, ale są tanie — powiedział Pietro, wkładając do kieszeni marlboro light.

Poszliśmy dalej. Buty stukały i stepowały po płytkach, zagłuszane dźwiękami telewizorów dobiegającymi z domów. Nagle Gabriele się zatrzymał.

— O Boże, co my teraz zrobimy?

Ja i Pietro też przystanęliśmy. Na wprost nas pojawił się ogromny, masywny pies, tak czarny, że wydawał się wytworem samej nocy. Leżał na kartonowym posłaniu i wpatrywał się w nas swoimi lustrzanymi oczami, w których odbijały się okruchy sztucznego światła. Gołębie dreptały wokół niego jak kury. Jego potężne ciało było jak mapa, poznaczone bliznami zdobytymi w kto wie jakich bitwach. Oddychał przez nos jak dziki rumak i śledził nas wzrokiem, to w prawo, to w lewo, obserwując każdy nasz niepewny krok. Ścisnęłam Pietro za ramię.

— Cholera, ale bestia!

Pies leżał tam, jak mi się wydawało, w jednym konkretnym celu — był strażnikiem. Za nim widać było ciąg niskich murków z cementu, ustawionych jak ogromne kostki domina i pomazanych graffiti. Blokowały nam drogę na długość całej przecznicy. W tej przestrzeni miejski ruch się zatrzymywał. Przypominało to jakąś bezsensowną barykadę. Mieszkańcy zostawiali tam leżaki, motory czy kamizelki ratunkowe, a nad tym wszystkim górowało rusztowanie wysokie jak same budynki i zasłaniało niebo, zamieniając zaułek w metalową klatkę. Nagle pies wydał z siebie głuchy pomruk, choć może był to tylko odgłos przejeżdżającego w oddali motoru.

— Jesteś pewien, że to gdzieś tu?

— Tak mi się wydaje. — Gabriele wyjął z kieszeni pomiętą karteczkę z zaproszeniem.

— Czyli musimy przejść koło tej bestii.

— Nawet gdyby pies pozwolił nam przejść… — zauważyłam — …jak pokonamy te mury?

To byłoby jak bieg z przeszkodami. Jedyna widoczna wyrwa w pierwszym z nich była zastawiona zaparkowanym motorem.

— Rzeczywiście, to muszą być zrujnowane budynki w fazie wzmacniania — stwierdził Gabriele. — Ergo barykada.

Pietro, naśladując go bezgłośnie, powtórzył „ergo barykada” i wzniósł brwi w kpiący sposób. Zrobił w jego kierunku krzywą minę, mając nadzieję, że Gabriele się nie zorientuje. Czy Pietro rzeczywiście nie wiedział, jak bardzo brat go kocha?

Rozeszliśmy się, aby poszukać przejścia w lewo, ale i to było zablokowane niskimi murami.

— Niestety, według tej mapy… — stwierdził Gabriele — …musimy przejść na drugą stronę, aby dotrzeć do domu Anny. Obawiam się jednak, że bezpośrednie przejście dziś trzeba będzie sobie odpuścić.

Popatrzył na psa, a potem przesunął ręką po rzadkich włosach.

Nie było rady. Zawróciliśmy tą samą drogą, którą przyszliśmy, aby potem skręcić w łatwiej dostępną ulicę — i wtedy się zgubiliśmy. Pietro splótł palce z moimi. Staraliśmy się iść tymi jednakowymi ulicami trochę na logikę. W pewnym momencie, stając ponownie naprzeciw dość szczególnej pary fioletowych spodni suszących się na sznurze, zdaliśmy sobie sprawę, że wróciliśmy w to samo miejsce, z którego przyszliśmy. Pietro zasugerował, żeby odpuścić sobie imprezę, bo i tak nikogo tam nie zna, i właśnie wtedy przez przypadek trafiliśmy na właściwy budynek.

Ruszyliśmy za odgłosem śmiechów i dźwiękami muzyki na jedno z wyższych pięter. W wejściu Gabriele pocałował solenizantkę, jedną ze swoich koleżanek z architektury. Była zachwycona przyniesionym przez niego domowym winem, a on sam zaraz potem gdzieś zniknął.

Nierówne płytki podłogi skrzypiały, gdy Pietro i ja wmieszaliśmy się razem między gości. Mieszkanie składało się z kilku pokoi oświetlonych jedynie świecami, pomieszczenia przechodziły jedno w drugie bez korytarza, panował straszny harmider i wszędzie snuł się słodko-kwaśny zapach zioła. Koty przechadzały się po pomieszczeniach sprężystym krokiem; czasem pozwalały się pogłaskać, a zaraz potem znikały. Poszłam za jednym z nich do mniej zatłoczonego salonu i w ten sposób zgubiłam także Pietro. Przede mną stały krzesła przysunięte byle jak do ściany, a ja wzruszona ich samotnością, usiadłam.

Po chwili obok mnie przysiadł Gabriele, wtykając mi w rękę plastikowy kieliszek wypełniony czerwonym winem.

— Wypij! Poczujesz się lepiej.

— Dobrze mi tak, jak jest — powiedziałam, mimo wszystko upijając łyczek. — To samo życie sprawia, że czuję się lekko wstawiona.

— Wiem, to jest zaraźliwe — odpowiedział, wypijając swoje wino.

— Ach, to błądzenie dookoła sprawiło, że potwornie chce mi się pić.

— To nie było dookoła, a po kwadracie.

Nawet bez tego pretekstu chętnie oddałabym Gabriele swój kieliszek wina. Rozjaśniły mu się oczy, gdy przelewał jego zawartość do swojego. Zważywszy na jego sumienne podejście do higieny, był to gest całkowitej akceptacji i rodzącej się między nami przyjaźni. Naszła mnie ochota, by podzielić się z nim czymś swoim i — kto wie dlaczego — opowiedziałam mu o wycieczce na Cmentarz Fontanelle.

Gdy mówiłam, Gabriele — aby lepiej słyszeć w tym radosnym zgiełku — coraz bardziej skracał dzielący nas dystans. Jego bliskość była przyjemna. Patrząc na niego, najpierw widziałam nieogoloną szczękę, a potem leciutko fioletowe usta, zabarwione winem. Mimo przesadnej dbałości o higienę Gabriele nie dbał o wygląd. Zawsze był potargany, nawet brwi miał zmierzwione, a ubrania dość niechlujne. Brakowało mu guzików, spodnie miał tak długie, że aż wlokły się po ziemi. I teraz, mając go tak blisko obok siebie, że mogłam poczuć ostry zapach wina, jakbym sama je wypiła, zapragnęłam poprawić mu włosy i przetrzeć dłonią sztruks marynarki.

— Niestety, Eddie, ja mam za mało czasu, żeby poświęcać go na wycieczki, ale wiem, że to nie jest jedyne miejsce w mieście, gdzie są jaskinie tego typu — powiedział, nie precyzując, czy chodzi o ten typ grot, czy o takie, które zawierają kości. — Jest wiele innych, bo pod naszymi stopami Neapol jest kompletnie pusty.

— Pusty w jakim sensie?

Blask rozjaśnił mu oczy, tak jakby w źrenicach skoncentrował się płomień wszystkich świec, które paliły się w pokoju.

Zrozumiałam, że Gabriele ucieszył się z powodu mojego zaskoczenia. Z przyjemnością podarowałam mu ten upragniony efekt w taki sam sposób, jak oddałam mu swoje wino.

— Popatrz wokół, ten budynek, te wszystkie budynki, które stoją tu dookoła, zbudowane są z kamienia. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, stoją budynki, nie ma nawet odrobiny zieleni. Skąd według ciebie pochodzi ten materiał budowlany?

— Nigdy się nad tym nie zastanawiałam.

Trzymając swój wątły plastikowy kieliszek z delikatnością, na jaką zasługiwałby puchar, wytłumaczył mi, że podczas gdy wiele innych miast zostało wzniesionych dzięki materiałowi przetransportowanemu ze wsi, Neapol nie. Od czasów antycznej Grecji wiadomo było, że ten teren jest zbudowany prawie całkowicie z żółtego tufu — materiału pochodzenia wulkanicznego idealnego do budowy, bo łatwo go obrabiać. Tak więc zaczęto wydobywać go z podłoża, jak choćby z grot w okolicznych wzgórzach. Kiedy wydobywano go, w niewidoczny sposób drążono ziemię pod stopami, a miasto rosło w oczach. Tuf był tak łatwo dostępny, że praktyka ta przetrwała nawet do XIX wieku.

— Tak więc… — dodał Gabriele — …także budynki w Quartieri Spagnoli zostały zbudowane w ten właśnie sposób, mimo że używano mniejszych kamieni niż te, które służyły miastu do budowy wielkopańskich pałaców. Poza tym, być może z oszczędności, grubość murów zmniejszała się na wyższych piętrach.

— Wyższe piętra, tak jak wasze mieszkanie — powiedziałam, aby nie mówić o własnym.

— Cóż, zwróć uwagę, że budynki w Quartieri były budowane maksymalnie do czwartego, piątego piętra. Wszystkie wyższe piętra są nadbudowane potem.

— To znaczy?

— Droga Eddie, te piętra to zwykłe samowolki budowlane. Wznoszone bez żadnego nadzoru technicznego, pomyśl nad tym chwilę. Mamy już i tak minimalną grubość ścian nośnych w oryginalnych częściach budynków, dodaj do tego nacisk dodatkowych, nieprzewidzianych pięter i efektem jest bardzo poważna niestabilność struktury. Tuf z Kampanii jest szczególnie delikatny i miękki. Czy zauważyłaś, że gdy dotkniesz go w miejscu, z którego odpadł tynk, kruszy ci się w palcach?

 

Gdy Gabriele wyciągał papierosa i grzebał po kieszeniach w poszukiwaniu zapalniczki, wydało mi się nagle, że znalazłam właściwe znaczenie słowa „nielegalny”. W Neapolu był to termin używany bardzo często, ale zawsze wolny od ocen moralnych. Nielegalny nie znaczyło zły, raczej ryzykowny czy tymczasowy.

Zapalił i zaciągnął się.

— Z tego i innych powodów Neapol jest unikalnym miastem na całym świecie. Nieporównywalnym z żadnym innym.

W pokoju obok wybuchły jakieś śmiechy i oklaski, a ja poczułam się powalona wiedzą, która dotarła do mnie dosłownie przed chwilą. Były to ciekawe, a zarazem wstrząsające detale, jak klocki Lego, których nie mogłam ułożyć, bo wysypywały się z moich rąk z hałasem na podobieństwo tych śmiechów. Nie rozumiałam Neapolu, nie naprawdę. Brakowało mi wizji całości, szerszego obrazu, prawdziwej mapy. Czy w tym sensie Neapol nie był taki sam jak Quartieri Spagnoli? Pozornie zrozumiały, w rzeczywistości miał jakąś tajemną logikę, która czyniła go niemożliwym do rozplątania kłębkiem. Moja dziurawa wiedza na temat mojego adopcyjnego miasta była niepodważalnym dowodem na to, że nigdy nie będę taka jak Luca. Mimo spędzonych tu lat, mimo liceum i wycieczek, mimo pasji, jaką w to wkładałam i chęci, by poczuć uniesienie, a może i nicość, coś ważnego ciągle mi umykało. Sama miłość to zbyt mało.

Popatrzyłam na Gabriele. Widziany z profilu z papierosem był bardzo podobny do Pietro. Miał długi kanciasty nos, szarą krzywiznę brody, a przyjazne światło świec zacierało różnice między braćmi. Z przyjemnością zdałam sobie sprawę z faktu, że mnie i Gabriele połączyła jakaś więź, być może uczuciowa, coś, co wydawało mi się najważniejsze, nawet jeżeli jeszcze wtedy nie wiedziałam dlaczego. Nie ufałam jednak swojej zdolności do dawkowania tego uczucia, bo nawet bez wina i bez fizycznej obecności Pietro tego wieczoru jak zawsze czułam, jak jego słowa rozbłyskują w mojej głowie, pieszczoty rozpalają moją skórę, a pocałunki upajają mnie. To, co robiliśmy, to nie był seks, to było jak choroba. Dodatkowym efektem, doskonale to wiedziałam, było to, że emanowałam sensualnością. I chciałam, i zarazem nie chciałam, żeby inni zdawali sobie z niej sprawę. Ta sensualność wylewała się ze mnie wszystkimi porami i kłębiła się wokół mnie, oddziałując przede wszystkim na Gabriele, który genetycznie był przecież częścią Pietro, a pogrążony w kto wie jakich myślach właśnie w tej chwili wypuszczał w powietrze jedwabisty dym.

— Ale to nie jest niebezpieczne? — zapytałam.

— Co?

— Chodzi mi o wszystkie te struktury wybudowane ponad ziemią, która tak naprawdę jest pusta?

— Przeciwnie. — Gabriele odwrócił się do mnie z pełnym ekscytacji spojrzeniem, jakby chciał powierzyć mi jakiś sekret. — Niektórzy twierdzą, że to bardzo korzystny czynnik, który sprawia, że Neapol jest bardziej „elastyczny” i to właśnie chroni go od poważnych szkód wywołanych trzęsieniami ziemi. Nasza wioska, fascynująca Monte San Rocco, została praktycznie zmieciona z powierzchni ziemi w czasie trzęsienia w 1980 roku. Jak wiesz, okolice Wezuwiusza także poważnie ucierpiały, podczas gdy w Neapolu doszło tylko do kilku niewielkich zawaleń. Z pewnością mój brat mógłby dostarczyć bardziej technicznych wyjaśnień, ale powiedzmy, że podziemne jaskinie w jakiś sposób pochłonęły fale sejsmiczne. Tak, zapytajmy go o to teraz, właśnie idzie.

To zdarzało mi się zawsze, gdy widziałam Pietro. Najpierw odczuwałam upojenie i zawrót głowy, świat się skręcał, a może dopiero wyłaniał z nicości, a ja stawałam się tylko zachwyconym obserwatorem.

Potem nadchodził upadek. Czułam, jakbym spadała z bardzo, bardzo wysoka, ale poddanie się temu upadkowi dostarczało mi alarmująco intensywnego szczęścia.

Od: tectonic@tin.it

Do:heddi@yahoo.com

Wysłane: 23 lutego

Droga Heddi,

Dopiero wróciłem z platformy wiertniczej i otrzymałem twój ­e-mail. To naprawdę niesamowite. Dlaczego Nowa Zelandia? Od jak dawna tam jesteś? Jaka pora roku jest tam teraz? Zrobiłaś sobie już jakiś tatuaż? Od jak dawna nie widziałaś się z rodziną? Tyle pytań. Bardzo chciałbym zobaczyć kilka Twoich zdjęć z tych miejsc, pewnie jesteś w tym jeszcze lepsza niż dawniej.

Tu wszystko jak zwykle. Nic nie jest dobrze, ale wszystko idzie do przodu prawem nieprzyjemnej inercji. Odkąd dostałem twój e-mail, wciąż czytam go od nowa z nadzieją (ja wciąż żyję nadzieją), że znajdę coś między słowami. Ale co? Jesteś cudowną dziewczyną. Ja nie byłbym w stanie wybaczyć, ba, nie znalazłbym nawet dobrego słowa dla takiego sukinsyna jak ja.

Teraz nie jestem nawet cieniem mężczyzny sprzed kilku lat. Jestem bardziej cyniczny, nie mam już złudzeń i jestem zmęczony. Masz rację, możliwe, że mam depresję. Ty byłaś moją adrenaliną, moją gorącą czekoladą, wełnianym szalikiem i rezerwuarem wina.

Czasami myślę o ludzkości, o zachowaniu ludzi, o sensie szaleństwa. Gdy czuję się szczególnie dobry, znajduję nawet przyzwoite argumenty na to, co ci zrobiłem, ale kiedy (a to zdarza się najczęściej) czuję się zły, potrafię tylko wyzywać się od chujów. Zrezygnowałem z Ciebie, bo czułem się silny. Bo wierzyłem, że potrafię bez Ciebie żyć. Nic z tego. Byłaś i pozostałaś, nawet jeżeli tego nie chcesz, jedyną kobietą, która czyni mnie szczęśliwym. Późno to zrozumiałem, bardzo późno, jak w najlepszej tradycji kinematografii hollywoodzkiej.

Jakoś ciągnę. Łudzę się (tylko wtedy, gdy jestem dobry), że musi być gdzieś choć trochę spokoju także dla mnie. Tak bardzo chciałbym się z Tobą spotkać. Mam teraz taką fiksację: wyobrażam sobie siebie jako właściciela domu na wsi, może w Toskanii albo w Piemoncie, wyobrażam sobie dzieci o jasnych włosach i Ciebie piszącą coś na komputerze. Te same halucynacje, które już tak dawno temu przychodziły mi do głowy. Zobaczymy się wkrótce?

p.