Zagubieni w NeapoluTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zagubieni w Neapolu
Zagubieni w Neapolu
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 73,90  59,12 
Zagubieni w Neapolu
Zagubieni w Neapolu
Audiobook
37,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2

Nazajutrz było bardzo skacowanym „nazajutrz”. Siedziałam z książką na skrzypiącym łóżku, gdy zorientowałam się, że przyszedł Luca, jeszcze zanim jego głos przebił się przez lament bułgarskich piosenek i szmer deszczu. Zdradził go tytoń. Dym dotarł do mnie przez otwarte drzwi i zatrzymał się przede mną falujący i nienamacalny jak pragnienie.

Luca Falcone od zawsze palił te skręcane ręcznie papierosy. Palił takiego i wtedy, kiedy został mi przedstawiony po raz pierwszy. Stał wsparty o brzydki tynk baru naprzeciw mojej uczelni. Z drinkiem w ręku, w niemodnych skórzanych spodniach wydawał się nie zwracać uwagi ani na epokę historyczną, ani na miejsce geograficzne, w którym to się zdarzyło. Był już na trzecim czy czwartym roku, a twarz miał naznaczoną kaprysami pogody jak podróżnik, który przebył pustynię, aby dotrzeć do tego baru, do tego burbona, do tego efemerycznego miejsca.

Ten moment naznaczył początek mojego życia uniwersyteckiego — takiego, jakie znałam do dziś — bo nieoczekiwanie Luca obdarzył mnie sympatią i wciągnął do kręgu swoich najbliższych przyjaciół, kręgu ludzi zapisanych na urdu, suahili czy koreański z wydziału studiów arabsko-islamskich i śródziemnomorskich albo z orientalistyki, których zaginione początki (Apulia, Basilicata, Sycylia, Sardynia) jawiły się jeszcze jako obce.

— Zaczyna się film — powiedział ze swoim melodyjnym akcentem z Varese, wchodząc do mojego pokoju.

— Skończę stronę i przyjdę.

Z bliska Luca pachniał mydłem lawendowym. Pocałował mnie w czoło, tak jak całują ludzie idący na dworzec kolejowy, potem jednak zatrzymał się w drzwiach. Popatrzył na mnie tak, jak czasami to robił, tym swoim prawie hipnotyzującym spojrzeniem, którego znaczenia nigdy nie udało mi się zrozumieć, ale które mówiło mi — przynajmniej w chwili, kiedy tak na mnie patrzył — że nasza przyjaźń nie jest związana z chwilą ani okolicznościami, ale będzie trwała wiecznie. Wiedziałam, że to śmieszne i że nie jestem wyjątkiem, każdy chciał mieć dla siebie odrobinę Luki Falcone.

Po obu stronach wejścia, teraz już pustego, przykleiłam taśmą klejącą kilka moich czarno-białych fotografii zrobionych teleobiektywem i wydrukowanych ręcznie. Były piękne, odrobinę abstrakcyjne.

Deszcz robił z mojego okna wielką planszę do gry w „węże i drabiny”, która wraz z budynkiem naprzeciwko zasłaniała widok na tę dzielnicę, zniszczoną przez wodę i czas. Była niedziela i o tej porze sklepy były już zamknięte, a targowiska poskładane i każdy, kto żyw, wracał do domu, aby stawić czoła kulinarnemu maratonowi, a potem sjeście. Niedziela w porze obiadu była jedynym momentem, gdy ludzie odczuwali zakłopotanie z mojego powodu. Biedna bezdomna dziewczyna, tak daleko od rodziny.

Dom. Samo to słowo wprawiało mnie w zakłopotanie. Czy dom to mój ojciec przypiekający steki na grillu, czy moja macocha psychoterapeutka, która interpretowała moje sny? Czy dom to były masaże shiatsu mojej mamy o zimnych rękach i ciepłym sercu albo mój brat, który szarpał struny gitary basowej? Koty? Wydawało się, że nie, bo dla wszystkich innych studentów zamiejscowych dom był miejscem. Colle Alto w Benevento, Adelfia w Bari, był czerwonym punkcikiem na mapie, maleńkim punktem odniesienia, maleńkim, ale zdolnym pomieścić, jak się wydaje, wszystko. Było to słowo uważane za pewnik, tak jakby chodziło po prostu o jedno z najbardziej podstawowych ludzkich uczuć — radość, wściekłość, smutek, dom, nawet spojrzenie tego, kto je wymawiał, rozjaśniało się.

Jak osoba autystyczna starałam się pojąć ten kosmiczny koncept, ale tak naprawdę tego nie czułam. Aby go zrozumieć, musiałam używać logiki. Ja pochodziłam skądkolwiek i znikąd zarazem. Waszyngton, D.C., Maryland, Virginia Beach, peryferie Bostonu, Athens w Ohio i każde inne miejsce równie zapomniane. Tak było aż do chwili, gdy w wieku szesnastu lat z powodu wymiany kulturalnej AFSAI dostałam własny punkt na mapie. Państwo Włochy, prowincja Neapol, miejscowość Castellammare di Stabia, dom pewnej rozwiedzionej kobiety z dwojgiem dorosłych już dzieci, która kazała o sobie mówić mama Rita. To ona poprosiła mnie, żebym została dłużej, gdy minął rok mojej wymiany, i sprawiła, że ja, jej „amerykańska córka”, zrozumiałam powagę dyplomu z języka włoskiego.

Wtedy zdałam sobie sprawę, że nic na tym świecie nie jest dziełem przypadku. Ten dyplom pozwolił mi dostać się na studia. Babka w sekretariacie patrzyła na mnie, mrużąc oczy. Nie byłam Włoszką, ale z tym dyplomem nie mogłam nie być Włoszką. Stemplując moje podanie na formularzu czterema cennymi znaczkami skarbowymi, przekształciłam się w studentkę uniwersytetu jakich wiele, a w grupie przyjaciół Luki, która była odtąd i moją grupą, moje zamaskowanie było prawie idealne.

Ja i „dzieciaki” mieliśmy taką zabawę, która zaczynała się od zimnego piwa, a zazwyczaj kończyła na filiżance gorącej herbaty.

— Proszę cię, dziewczyno — błagał mnie tego popołudnia Tonino, wylegujący się jak rozgwiazda na łóżku Luki. W drgającym świetle telewizora widać było albo jego zmarnowaną twarz, albo zmarnowaną starą tapetę pokrytą jak leci kartkami ozdobionymi pismem arabskim Luki.

— Jeżeli nie wprowadzę do krwiobiegu kolejnej porcji alkoholu, nigdy już się nie pozbędę tego pieprzonego bólu głowy.

— Zachciało ci się rowerka? — zapytał Angelo.

— Zachciało ci się fajki wodnej, blondasku?

— Posłuchajcie mnie — powiedziałam fałszywie poważnym tonem, w żadnym razie nie zwracając się do Luki, który właśnie skręcał sobie papierosa. — Jutro macie szkołę od samego rana. Do roboty, chłopaki, to ostatni tydzień przed feriami, dacie radę! Z miodem czy z cukrem?

Tonino tak dla zasady zaklął w trzech dialektach. Nie opierali się. Uśmiechnęłam się sama do siebie i poszłam do kuchni. Poza czymś do picia potrzebowali odrobinę matczynej miłości.

Przez na wpół przymknięte drzwi pokoju Angelo dostrzegłam jego dywanik ze skóry czarno-białej, łaciatej krowy, na którym często popijaliśmy zieloną herbatę z japońskich filiżanek, odcyfrowując każdy własne znaki, kanji i cyrylicę. Weszłam na schody, które nie miały już poręczy, omijając na górze pęknięcie w podłodze z powodu przesądu z dzieciństwa. Step on a crack, break your mother’s back. Pęknięcie biegło od komina w kuchni, pół metra od ściany, a potem przez salon, dzieląc płytki aż do tarasu. Dziwne, że nie zwróciłam uwagi na tak zuchwałą rysę, kiedy przeprowadzałam się tu z chłopakami. Była to z pewnością wina przekwitłego piękna tej rezydencji, rozpraszającego swoimi kominkami, freskami i płaskorzeźbami, które starzały się w jej półmroku.

Wróciłam z dwoma dzbankami herbaty i paczką biszkoptów; łóżko ugięło się pod naszą wspólną wagą. Straciłam kilka początkowych scen, ale był to nowozelandzki film, który oglądaliśmy już wiele razy. Tylko instynkt. Znałam już fabułę. Maoryskie męty z powodu doznanych krzywd biją się nocą na parkingach, w barach i na polach, pokrywają się tatuażami, krwią i wyzwiskami dubbingowanymi w ugrzecznionym języku włoskim.

— Piękna jest ta Nowa Zelandia — powiedział Angelo zamyślony.

— Piękna, kurwa… — rzucił Tonino.

— Nawet jeżeli jest tam tak niebezpiecznie, patrz, ile otwartych przestrzeni! I robią tam, co im się, cholera, podoba. Chciałbym tam pojechać.

— Jasne, lepiej dać się skatować maoryskim gangsterom, niż żeby mafia przestrzeliła ci kolana, prawda?

Angelo nadąsał się i szarpnięciem przyciągnął pled. Miał kolczyk w nosie i mówił z dumnym akcentem sykulijskim, który miał sprawiać wrażenie, że Angelo jest twardzielem. Ale nic z tego. Angelo był słoneczny, podchodził do wszystkiego jak dziecko w sklepie ze słodyczami, a Tonino nie zamierzał puszczać mu tego płazem. Nie pomagała mu też jego karnacja — bardziej szwedzka niż katańska, jego bladość, która nie kończyła się na anielskich lokach.

Odkryłam to kiedyś, robiąc za pielęgniarkę z powodu jego bólu karku. Angelo położył się z twarzą do dołu na dywaniku z krowy i ściągnął spodnie, a ja, zanim się rozmyślił, szybko zagłębiłam igłę strzykawki ze środkiem przeciwzapalnym w jego prawym pośladku.

— Tak czy siak kiedyś tam pojadę — stwierdził z ciastkiem w ustach.

— Straciłeś rozum.

— Jedź, czemu nie, świat jest księgą…

To dziwne zdanie Luki wyłoniło się z dymu. Nie sądziłam, że w ogóle nas słucha. Nocna scena pogrążyła pokój w ciemnościach, ale żyrandol — wyrzeźbiony chyba z kości — odbijał światło z jakiegoś nieznanego źródła.

— Ale Nowa Zelandia jest daleko — powiedziałam, bo wolałam Sardynię, Umbrię, Holandię, Kijów czy Wiedeń, z rodziną czy bez, albo lepiej jeszcze Capri, Procidę, Pola Flegrejskie, zaułki Neapolu.

— A może w czasie przerwy świątecznej ktoś chce pojechać do kościoła Najświętszej Marii Panny w Carmine? — zasugerowałam.

To był kolejny z moich wypadów, jak to określali koledzy.

— Iść do kościoła w Wielkanoc? — zapytał Angelo. — Nie, to nie jest właściwe, trzeba siedzieć przy stole i jeść „torta cassata”.

— Nazywa się też Cmentarz Fontanelle — powiedział Luca. — Warto tam pojechać.

Zapłonęła we mnie nadzieja na to, że może tym razem Luca Falcone odłoży badania do swojej pracy albo próby zespołu, by towarzyszyć mi w odkrywaniu miasta, które prawem krwi należało do niego, ale on nie dodał nic więcej i zniknął ostatecznie w półcieniu.

— Ja nie mogę pojechać za żadną cholerę — odpowiedział Tonino. — Przecież w marcu u nas przycina się drzewka oliwne! Ano tak, wy, intelektualiści, nie chcecie za cholerę ubrudzić sobie rąk ziemią, a to czasem dobrze robi. Przecież te wszystkie mięśnie nie są tylko dla urody.

Chłopcy wybuchnęli śmiechem, a ja zadrżałam. Pietro. Nie spojrzałam na kasetę od chwili, kiedy dał mi ją poprzedniego wieczoru. Miałam zwyczaj odkładać listy i paczki, które przychodziły z Ameryki czasami nawet na kilka dni dla czystej przyjemności oczekiwania. A może po prostu chciałam zapomnieć o kasecie po tym, co powiedziała mi Sonia? Teraz jednak zapragnęłam jak najszybciej się jej przyjrzeć. Gdzie ja ją położyłam?

 

— Hej, gdzie lecisz? — zawołał Angelo za moimi plecami. — Teraz jest ten kawałek, gdy Nig przechodzi inicjację!

Moja zamszowa spódniczka zachowała wspomnienie poprzedniej nocy; śmierdziała ogniskiem i miała w sobie ten delikatny pakunek, który jej powierzyłam. Teraz przy odpowiednim świetle udało mi się zobaczyć, że spis piosenek wykonano porządnym, niekonwencjonalnym pismem. Kaseta była ozdobiona w rogach komiksowymi rysunkami, biedronkami i rybkami narysowanymi rdzawym atramentem. Był to detal tak radosny, szczery i bezsprzecznie intymny, że aż zakręciło mi się w głowie.

Usiadłam na łóżku i włożyłam kasetę do magnetofonu. Pierwsza piosenka Son of a Preacher Man w wersji śpiewanej przez Arethę Franklin. Prawdziwa miłość, syn kaznodziei. Westchnęłam. Moje życie uczuciowe aż do tej chwili było serią melodramatów i nieporozumień.

W Castellammare poznałam Franco, wschodzącą gwiazdę camorry. W tamtym czasie myślałam, że to miłość — albo może film o miłości. Scena, w której obejmowałam go w pasie na vespie kluczącej pomiędzy ruderami jego dzielnicy widma, dzielnicy przez wieki nękanej trzęsieniami i obsunięciami ziemi. Scena w źle oświetlonej chałupie, w której jego matka narzekała na chroniczny ból nóg, spuchniętych jak dwa pieńki. Inna, w której słuchałam historii o przyjacielu zamordowanym przez wrogi klan. Jeszcze inna, w której trzymałam w ramionach Franca, płaczącego wbrew wszelkim kodeksom honorowym, a w tle stary dom, wynajęty od przyjaciela i oczywiście pozbawiony elektryczności. Miałam szesnaście lat i chciałam go uratować. Pewnego dnia bez wyjaśnienia po prostu mnie rzucił — finał przewidywalny, a nawet właściwie korzystny. Od tamtej pory nastoletnie zachody słońca nad pełnym zanieczyszczeń morzem wydawały mi się jeszcze piękniejsze, bardziej krwawe i kuszące jak sycylijskie pomarańcze.

Cesare był błędem w ocenie, za który drogo zapłaciłam. Z perspektywy czasu wiem, że powinnam była zdawać sobie sprawę, że jego genialność i ekscentryzm były pierwszymi oznakami schizofrenii, ale wówczas byłam zakochana w jego miłości do mnie, w jego gorącym spojrzeniu i krzywych zębach. Był nieporządny, może nawet brzydki, ale miał płomienny szacunek do samego siebie, poza tym pisał oschłe i gęste jak haiku poezje. U Cesare wkrótce pojawiły się oznaki obsesji i dopiero potem odkryłam, że zrobił mi niewiele znaczący, wręcz bezsensowny prezent ze swojego dziewictwa. Jeszcze długo po tym, jak porzucił studia, by leczyć się w szpitalu psychiatrycznym, czasami wysyłał mi paczki ze swojej rodzinnej miejscowości Catanzaro na adres domu mojego ojca i Barbary w Waszyngtonie. Paczki te zawierały własnoręcznie wykonane zbiory wierszy albo ściśle tajne instrukcje budowy bomb. Z każdym kolejnym wyznaniem jego dozgonnej miłości, coraz bardziej pretensjonalnym, pogarszała się nie tylko moja opryszczka, ale i wstyd, który graniczył z obrzydzeniem, bo zabawiłam się w bezpruderyjną dziewczynę i użyłam seksu jako cielesnego eksperymentu intelektualnego. Wstydziłam się mojego braku bystrości i instynktu samozachowawczego, który szybko wziął górę nad współczuciem.

Potem był Luca. Albo właściwie go nie było. Kiedyś późnym wieczorem, gdy oglądaliśmy film, zasnęliśmy razem na jego łóżku i spałam w jego ramionach. Nagle się obudziłam. Film się skończył, a pierś Luki wznosiła się i opadała w spokojnym i zarazem chłodnym rytmie, który wydał mi się sam w sobie po prostu niesamowity. Luca miał rozpuszczone włosy, bo rozwiązał mu się kucyk, i półotwarte usta, ale nawet we śnie zachował swój szorstki urok. Tylko udawałam, że śpię. Sparaliżowana przyjemnością i niepewnością pozwoliłam, żeby noc przepływała powoli z każdym cyfrowym tyknięciem i zielonym błyskiem światełek radiobudzika. Pozwoliłam, żeby wisiorek Luki odcisnął na moim ciele swój tajemny szyfr. Bałam się go obudzić. Chciałam zostać przy nim przez cały ten czas, który został mi cudownie dany, aby wchłonąć z niego wszystko. Jego wiedzę ezoteryczną, jego niefrasobliwość, spokój i pewność siebie. Podczas tej przecudnej i bardzo długiej nocy wydało mi się, że odkryłam coś niesamowicie ważnego — to, co do niego czułam, to nie było zakochanie, to było coś więcej. Ja nie pragnęłam Luki Falcone, ja pragnęłam nim być.

Umościłam się na poduszce, aby posłuchać tekstu piosenki mówiącej pełnym otuchy szeptem o ukradkowym pocałunku. Było w tej piosence coś pięknie upojnego. Pobrzmiewała w niej wyraźna zmysłowość, której nigdy dotąd nie zauważyłam, mimo że słuchałam jej już z tysiąc razy w życiu. Zastanawiałam się, czy Pietro był w stanie zrozumieć ją do głębi i czy zdał sobie sprawę, że podarował mi piosenkę o miłości.

3

Nie byłam w stanie przypomnieć sobie twarzy Pietro: spotkanie trwało zaledwie kilka minut i ja sama przyspieszyłam nasze pożegnanie. Im usilniej starałam się wyobrazić sobie jego twarz, tym bardziej mi umykała — mgliste rysy, które ginęły pośród wielu oczu, nosów i ust ludzi obecnych w kinie Astra w czasie godziny językoznawstwa. Ze strachu, że na zawsze zgubię go w tłumie, postanowiłam nie myśleć o nim zbyt wiele. Starałam się skoncentrować na zajęciach.

Kino było ciemne i ciepłe jak wnętrze brzucha, fotele wygodne i obite czerwonym welurem, głos profesora niski. Dzikie konie nie dałyby rady wydrzeć mnie stąd, zdążyłam pomyśleć, zanim zdałam sobie sprawę, że bezwiednie cytuję drugą piosenkę z kasety Pietro, Wild horses Rolling Stonesów.

Znów skupiłam uwagę na zeszycie, próbując notować wszystkie słowa padające ze sceny.

— Wszystkie języki świata zmieniają się wokół taksonów, to znaczy systemów pokrewnych. — Zapisałam pismem wyraźnym i ścisłym. — Kolor jest typem taksonomii właściwej, w rzeczywistości można by mówić o chromatyzmie etnicznym.

— Co za pieprzenie — ciemnowłosa dziewczyna obok mnie szerzej otworzyła oczy i dodała szeptem: — A poza tym Signorelli ma łeb jak wielkie jajo Kinder niespodzianka.

— Ale jest świetny! — Cóż, dla mnie był jak gwiazda rocka.

— Tak, ale nie umie uczyć. Czyta po prostu z podręcznika.

To nie do końca była prawda, ale znów poczułam, że muszę odegnać swoją obawę, że zapisałam się na studia, jak często słyszałam, w stanie totalnego rozpadu.

— Widziałam cię kilka razy na kursie rosyjskiego. Jak masz na imię?

— Eddie, a ty?

— To ty jesteś tą cudzoziemką? — Moja towarzyszka przysunęła się bliżej. Była teraz zdecydowanie za blisko, jakbym na skórze miała magiczny pył. Nie znałam jej, ale rozpoznałam ten głód, tak powszechny na wydziale języków europejskich: pragnienie, by zostać teleportowanym do bardzo, bardzo odległej galaktyki. Na jednym oddechu zapytała: — Skąd pochodzisz? Jesteś Niemką? Dlaczego przyjechałaś do Neapolu?

— Jestem… Pochodzę z Quartieri Spagnoli.

Umiałam gubić końcówki i zmiękczać „sp” po neapolitańsku, potrafiłam ukryć zachwyt, gdy przechadzałam się po mieście, ale od mojej mało śródziemnomorskiej fizjonomii nie dało się uciec. I rzeczywiście, dziewczyna nie dała się nabrać, ale przynajmniej zmieniła swój obiekt zainteresowania. Tymczasem przeniosła wzrok na profesora.

— …różnica między białym błyszczącym i białym matowym. W języku greckim melas to kolor czarny z połyskiem, jest to koncept, który kompletnie zaginął przy przejściu od języków antycznych do współczesnych. Nie wiadomo zresztą dlaczego. W antyku bardzo zwracano uwagę na połysk…

— Dosyć, przejrzę sobie książkę w domu. — Dziewczyna zamknęła notatnik, szepcząc z namacalną wręcz radością. — W Sala Consilina, jadę tam jutro rano, pociągiem.

— Sala Consilina…

— To w prowincji Salerno. Nie możesz wiedzieć, gdzie leży, bo to bardzo mała miejscowość.

Widziałam, że była zakłopotana. Chciałam jej powiedzieć, żeby się tym nie przejmowała, że to ja jestem prawdziwą prowincjuszką, bo wychowałam się w jałowych amerykańskich pipidówkach, ale ona by tego nie zrozumiała. Poniżenie tego, kto przyjeżdżał z prowincji, było głęboko zakorzenioną prawdą historyczną. Mój wstyd był za to całkowicie współczesny, niejasno pomieszany ze skrępowaniem każdego Amerykanina zdającego sobie sprawę, że koniec końców jest w jakiś sposób uprzywilejowany.

— W takim razie szczęśliwej podróży.

— Wesołych świąt wielkanocnych.

Popatrzyłam znowu na łysą głowę Signorellego. To był mózgowiec zdolny przekazać nie tylko mnóstwo fascynujących rzeczy na temat ewolucji mowy, ale także naprowadzić na zaskakujące spostrzeżenia dotyczące ludzkiej natury w ogóle. Te ulotne stwierdzenia niewerbalne — czy może bardziej pozawerbalne — pojawiały się w mojej głowie podczas lekcji albo w chwilach najbardziej zaskakujących, ale nigdy nie udało mi się ich zapisać, bo zaraz znikały jak ważki.

Bardzo rzadko zdarzała mi się natomiast inna niesamowita rzecz. Niektóre z tych niemych olśnień, których nie byłam w stanie uchwycić, ale ewidentnie nie całkiem mnie opuściły, zaczynały się łączyć i szeptać coś zawzięcie między sobą. Sekrety wypowiadane w nieznanym mi języku, może nawet zwierzęcym, połączone ze sobą tworzyły gwar. Po jakimś czasie intensyfikował się on w dziwną, ekscytującą kakofonię, jakby strojonych przed koncertem instrumentów. Te nieuchwytne tony powoli zaczynały się organizować i konsolidować w jedną dominującą ideę, która mogła wyjaśnić wszytko. I na pewno nie byłoby to proste stwierdzenie, ale łoskot, grzmot, coś nigdy niesłyszanego i tak zdumiewającego, że byłoby w stanie rozsadzić bębenki. Byłaby to cała prawda.

Gdyby tylko udało mi się powstrzymać oddech na dostatecznie długi czas, myślałam, aby te nuty w crescendo ześliznęły się wszystkie razem w jednej eksplozji, w tej tajemnej wiadomości, wówczas byłabym zdolna wiedzieć. Chciałam wiedzy pochodzącej od pradawnych bodźców ludzkości, prawdziwych odpowiedzi na pytanie, dlaczego ludzie robią to, co robią i są tacy, jacy są i z jakiego świata jest ten świat. Sztuka, wojna, religia… miłość.

Zaczęłam podśpiewywać Wild Horses. Nagle poczułam się więźniem tego fotela i kina, pomieszczenia bez okien. Chciałam uciec, pobiec do domu, aby jeszcze raz posłuchać kasety. Przesłuchać ją „między wierszami”.

Wyszłam. Studenci wylewali się z barów i antykwariatów, spowalniając samochody i naginając ich ruch do swojej woli. Tu miasto należało do nas. Zobaczyłam naszych współplemieńców — Constantina, który zapisał się na japoński i Rinę, która uczyła się francuskiego, ale nie będąc w stanie przystanąć w tym ścisku, ograniczyliśmy się do przesłania sobie gorących pozdrowień gestami. Szłam pod prąd. Wyglądało to tak, jakby wszyscy oddalali się od historycznego centrum w kierunku stacji kolejowej. Ten dziś, tamten jutro, wszyscy wyjeżdżali do miast i miasteczek, z których pochodzili. Ocierano się o mnie, popychano, potrącano. Nie było w tym złości, ale raczej poufałość. Ja szłam prosto swoją drogą, Spaccanapoli, tą długą arterią, która z premedytacją dzieli na pół serce miasta i prowadzi wprost do Quartieri.

Wolne dni były dla mnie szansą na wycieczkę do kościoła Najświętszej Marii Panny w Carmine. Było w tym coś dla mnie niezwykłego: pojechałam autobusem, choć nie znałam drogi do dzielnicy Sanità. Panował tam taki spokój, że odczuwało się coś w rodzaju dyskomfortu. Kilka pięter nade mną usłyszałam dźwięk noża na desce do krojenia, w oddali leniwy warkot motoru. Zdecydowanie nie było to miejsce, gdzie powinno się używać aparatu fotograficznego Minolta, który należał niegdyś do mojego ojca. Zamiast niego wyciągnęłam wytartą mapę, wygładzając jej wygodne zagięcia, i skręciłam w lewo.

Zaułki zachowywały się po swojemu i ściskały jak imadła. Buty zdradzały mnie, co krok rozlegało się lekkie stuknięcie o neapolitański bruk, o te wulkaniczne płyty kwadratowe albo opływowe, pokryte pęknięciami, które zamieniały ulice w długie potargane narzuty. Szłam miarowym krokiem w prawie muzycznym rytmie. I tak oto kolejna piosenka Pietro, a właściwie U2, dyktowała mi drogę. Where The Streets Have No Name.

Zatrzymałam się. Jak w głębi opustoszałego wąwozu stanęłam przed wysokimi ścianami z tufu. Wszystko było koloru piasku, ale słońce tu nie docierało. Z naturalnych jaskiń wyłaniały się domy, biedniusieńkie chaty bez okien, najwyraźniej przyciśnięte ciężarem skały. Młoda kobieta w ciąży stała w piżamie w półcieniu wejścia do jednego z nich. Czasami myśląc, że jestem niewidzialna, pozwalałam sobie na luksus obserwowania. Kiedy jednak kobieta mnie zobaczyła, zamknęła drzwi.

 

Szłam wzdłuż zewnętrznej granicy dzielnicy, aż dotarłam do kościoła. On także znajdował się w zagłębieniu skały. Miał ten sam kolor — kolor tufu, ale sprawiał wrażenie, że nie jest produktem skały, a elegancką manifestacją wielkości wbrew warunkom otoczenia.

Weszłam tam, szukając schronienia bardziej niż czegokolwiek innego. Wątpiłam, żeby to był właściwy kościół. Wnętrze nie miało w sobie nic niezwykłego — jak wszędzie kolorowe marmury, kadzidło i kilka staruszek klepiących różaniec. Jedna z kobiet wyszła mi na spotkanie.

— Jesteś tu z powodu zmarłych, co, piękna?

— Rzeczywiście. — Po czym aż tak było to widać? Po moim zdyszanym wejściu, po tym, że zapomniałam dźgnąć palcem święconą wodę?

— Ja cię zaprowadzę na dół. — Kobieta mówiła w sposób typowy dla neapolitańskich wdów, dusząc każdy dźwięk, jakby wypowiedziała walkę sylabom, ale przy tym uśmiechała się. Kiedy szłam za nią w kierunku ołtarza, odwróciła się do mnie i powiedziała.

— Nie jesteś stąd.

— Nie.

Potem zaprowadziła mnie na kręcone schody. Śmierdziało wilgocią. Panowała prawie całkowita ciemność, więc schodziłam po omacku, aż w końcu poczułam pod stopami ubitą ziemię. Powoli, w miarę jak przyzwyczajałam się do słabego światła, coraz wyraźniej widziałam rozciągającą się przede mną przestrzeń. Żwirowa dróżka prowadziła przez niestabilne hałdy kości usypane pod ścianami jaskini. Jedyny otwór w górze — kwadrat nieba zasłonięty chwastami — wpuszczał światło dzienne. To zielonkawe światło sprawiało, że hałdy przybierały potworne kształty.

— Czyje są?

— Tylko Bóg to wie. — Głos kobiety rozszedł się echem. — To bezimienni zmarli. Ci, co ginęli podczas trzęsień ziemi czy epidemii dżumy. Ludzie padali jak muchy w tamtych czasach.

Uderzyła mnie ta przypadkowa bliskość ludzi. W niektórych miejscach za tą zewnętrzną warstwą można było zobaczyć kości udowe, kręgi kręgosłupa i dużo mniejsze kości, które mogły być fragmentami kości palców. Ja dotychczas stanęłam ze śmiercią twarzą w twarz tylko raz, na pogrzebie matki mojej macochy. Śmierć wydawała mi się dziwnym banałem, kukłą. Nie bałam się śmierci, tylko myśli, że popełnię jakąś gafę, wypowiem niewłaściwe słowo, wykonam nieodpowiedni krok.

— Tutaj wierni poświęcają swoje modlitwy tym ludziom — dodała kobieta. — Mają nadzieje, że zobaczą ich potem w snach.

Podeszłam do szczególnie delikatnej i skrzywionej kości. O co chodziło tej kobiecie, gdy mówiła, że ludzie mają nadzieję zobaczyć ich potem w snach? Odwróciłam się, aby zapytać, ale już jej nie było. Dopiero teraz zaczęłam stąpać pełnym szacunku krokiem. Zrozumiałam, że prawdziwy kościół był właśnie tutaj. Dróżka zwężała się, kości było coraz więcej. Nie było przerażająco, ale bardzo cicho, jak w lesie powalonych sosen, na drodze pośród porozrzucanych gałęzi, gałązek i igieł, ale moja fantazja szalała. Może podczas jednej z wielu epidemii cholery, które spadły na miasto, zmarła jakaś kobieta, mężatka, może matka dwójki, trójki dzieci, która potem głęboką nocą została wrzucona jak szmaciana lalka do tej tufowej jaskini? Albo może wulkan zaczął pluć lawą, gdy odbywał się niedzielny targ i chłopiec, który sprzedawał kaki — te kwaśne, pierwsze w sezonie, które sprawiają, że drętwieje język — udusił się trującym gazem, unoszącym się z wulkanu? Nie, niemożliwe. Wezuwiusz już od dawna był nieaktywny. Stanowił tylko element tła po drugiej stronie zatoki. Może jakieś trzęsienie ziemi zwaliło chłopcu ścianę na głowę, a owoce jak szklane kule potoczyły się po bruku?

Wilgoć panująca w grocie zaczęła drażnić moje kości. To było artretyczne odczucie, które doskonale znałam, jako że przez lata mieszkałam w nieogrzewanych pokojach, gdzie farba obłaziła płatami jak stare łaty, a rany na tynku po dawnych trzęsieniach ziemi nigdy się nie zabliźniały.

Stanęłam przed trumną wykonaną z takiego samego drewna, jakie ja i chłopaki zbieraliśmy, by palić nim w kominku. Pusta, stwierdziłam z wdzięcznością pomieszaną z niewyobrażalnym zawodem. Potem z przodu dostrzegłam inną trumnę. Była starsza, na co wskazywało zmurszałe już drewno, i o wiele mniejsza, wielkości małego dziecka.

Pojawiłam się tu bezprawnie, teraz wiedziałam to z całą pewnością. Ale moje oczy były zbyt zachłanne, szłam więc dalej tą dróżką, aż dotarłam do stosu czaszek. Były gładkie, jakby od długoletniego głaskania, jakby wykonano je z lakierowanego drewna. Niektóre złożono w nieheblowanych skrzyniach, ozdobionych ręcznie wydrapanymi krzyżami. Przykucnęłam przed jedną z tych skrzyń. Twarz, jedyny materialny dostęp do duszy. Wielkie czarne oczy patrzyły na mnie zaskoczone własnym losem, usta rozchylone w ostatnim niemym krzyku. To już nie była wycieczka. Nie czułam się już ani radosna, ani zaciekawiona. Chciałam zostać tu z tą osobą, znaleźć odwagę, by musnąć ręką jej głowę, jakby ułożyć do snu dziecko i czuwać nad jego snem. Chciałam udowodnić, że nie boję się śmierci, bo los doskonale wie, co robi. Albo i nie?

— Wszystko w porządku? — Głos kobiety przerwał ciszę. Wróciła, żeby sprawdzić, co się dzieje, a może po prostu nie wolno było zostawiać w ossarium nikogo bez nadzoru.

— Za każdą czaszkę jest odpowiedzialny jeden parafianin. — Mówiła powoli, a ja zrozumiałam, że to nie z powodu żałoby, ale wysiłku, by mówić po włosku zamiast lokalnym dialektem. — Zajmuje się nią, jakby to był członek jego rodziny. Utrzymuje ją w czystości, buduje dla niej ołtarz i codziennie modli się za to, żeby ten biedny chrześcijanin mógł opuścić czyściec.

Słuchałam, nic nie mówiąc. Czyściec wyobrażałam sobie jako poczekalnię, a piekła nie zaznałam jeszcze nigdy życiu, raju raczej także nie.

— W życiu trzeba zawsze mieć kogoś, kto się nami zajmie. Taki ktoś robi za adwokata u Pana Boga — kontynuowała, odrobinę zbaczając na dialekt; niektóre prawdy można wyrazić tylko po neapolitańsku. Gdybym była wierząca, z pewnością powiedziałabym: Amen. Na podstawie moich studiów antropologicznych wiedziałam, że ta kobieta ma rację — jesteśmy przede wszystkim istotami społecznymi. Zauważyłam, że jej słowa skierowane były nie do ludzkości jako takiej, ale do mnie osobiście, dopiero gdy dodała ochrypłym szeptem palaczki.

— A ty masz narzeczonego?

— Ja? Nie.

Była to jedyna możliwa odpowiedź, a jednak w tym momencie serce mi się ścisnęło. Bo razem z tym zaprzeczeniem, które bardziej niż faktem wydawało się protestem, w mojej wyobraźni pojawiła mi twarz Pietro — tak wyraźnie i z taką dokładnością, o jaką nie podejrzewałam swojej pamięci. Surowa powierzchowność, ostre spojrzenie, duży i lekko skrzywiony nos, usta, które pieczętowały potajemną przyjemność.

— Taka piękna dziewczyna jak ty? Na pewno ktoś jest. — Kobieta przechodziła na dialekt, zupełnie jakby wkładała wygodne kapcie do chodzenia po domu. Wzięła moją rękę w swoje ciepłe pomarszczone dłonie.

— Jest jakiś mężczyzna. Czeka na ciebie, jestem tego pewna. Założyłabym się o ostatni grosz.

Mężczyzna, który na mnie czeka? Popatrzyłam na kobietę. W jej oczach było ciepło, tak łatwo dostępne między prawdziwymi neapolitańczykami, które nieomal skłoniło mnie do wyznania tej obcej kobiecie — tu, w tym w zbiorowym grobie — historii chłopaka, który zrobił mi prezent i którego nie umiałam wybić sobie z głowy. To był zupełnie obcy człowiek, którego być może nigdy już nie zobaczę, ale który ewidentnie zauważył we mnie albo w nas coś, czego ja nie potrafiłam dostrzec.

Zamiast tego jednak powiedziałam tylko: