Podróż Cilki

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Następnego dnia po apelu więźniarki idą do pracy w „Kanadzie”, gdzie porządkują rzeczy, biżuterię i pamiątki przywiezione do Auschwitz przez więźniów i przygotowują najbardziej wartościowe do wysyłki do Niemiec. Cilka jednak dostaje polecenie, żeby zgłosić się do budynku administracji, gdzie ma odtąd pracować.

3

Workutłag

Temperatura spada. Nie była to nagła zmiana, ochładzało się stopniowo, co szczególnie daje się we znaki w nocy. Kobiety śpią ciasno przytulone jedna do drugiej, żeby chronić się przed mrozem. Wszystkie są w letnich ubraniach. Cilka nie wie, który to miesiąc, ale wydaje jej się, że sierpień albo wrzesień. Nie wie też, dokąd zmierzają, ale na każdym postoju słyszy rosyjski.

Każdy dzień zlewa się z kolejnym. Pasażerki wagonu zaczynają chorować. Wstrząsający ich ciałami ciągły kaszel odbiera im resztki sił. Rozmowy stają się coraz rzadsze i krótsze. Na kilku ostatnich postojach mężczyźni litowali się nad nimi – wrzucali im własne kalesony, które zdejmowali na miejscu. Cilka i Józia wciągają luźną, jeszcze ciepłą bieliznę na pokryte gęsią skórką nogi i z trudem unoszą dłonie, żeby pomachać darczyńcom w podziękowaniu.

Po trzech dniach od ostatniego postoju pociąg nagle hamuje. Ciężkie drzwi rozwierają się, a przed nimi rozpościera się rozległy, pusty krajobraz, pokryty gołą ziemią i kępami żółtozielonej trawy.

Tym razem czeka na nich więcej niż jeden czy dwóch strażników. Wzdłuż całego pociągu rozstawiono dziesiątki umundurowanych mężczyzn, trzymających karabiny w gotowości.

– Nu wychadit’! – krzyczą. – Wysiadać!

Kobiety podnoszą się z trudem, wiele zaraz upada z powrotem na podłogę, nogi nie są w stanie utrzymać ciężaru ciała. Wrzaski żołnierzy rozbrzmiewają coraz głośniej.

Cilka i Józia dołączają do pozostałych. Po raz pierwszy od tygodni znalazły się na świeżym powietrzu. Podtrzymują dwie starsze, chwiejące się kobiety. Nie trzeba im mówić, co mają robić, a kiedy przed nimi ustawia się kolejka, wiedzą, w którą stronę się odwrócić. W oddali widać kilka surowych budynków na tle szerokiej, płaskiej równiny. Jeszcze jeden obóz, myśli Cilka, otoczony pustką. Ale niebo tutaj jest inne – rozległy bezmiar szarego błękitu. Ruszają całą grupą w stronę odległych zabudowań. Cilka próbuje policzyć wagony – z niektórych wysiadają mężczyźni, z innych kobiety i dzieci; ludzie w różnym wieku, w różnym stanie zdrowia, w różnych stadiach rozpaczy. Niektórzy jechali od początku, inni dosiedli się po drodze.

Czas zatrzymuje się w miejscu, kiedy Cilka przypomina sobie, jak ustawiała się w rzędzie ludzi w tamtym, innym miejscu. Wtedy nie wiedziała, na jak długo ją tam uwięziono. Tym razem zna datę końca wyroku, o ile jej dożyje. Piętnaście lat. Czy ta świadomość sprawi, że łatwiej będzie wytrzymać ciężkie roboty? Czy w ogóle powinna wierzyć, że wyrok dobiegnie końca?

Wkrótce Cilka staje przed dorodną kobietą w grubym mundurze koloru khaki. Jej własne ubrania są za lekkie jak na taką pogodę. Muszą być daleko na północy. Od chłodu dziewczyna zaczyna tracić czucie w dłoniach i stopach.

– Familia? – warknięciem pyta Cilkę kobieta, wpatrując się w przypiętą do podkładki listę. – Nazwisko.

– Cecilia Klein.

Na liście koło jej nazwiska pojawia się znaczek, a Cilka podąża za innymi do dużego betonowego bunkra. Natychmiast spogląda na sufit, szukając dobrze sobie znanego widoku natrysku. Poleci z niego woda czy gaz? Kiedy widzi, że nie czyha tu na nią niebezpieczeństwo, odczuwa ulgę tak wielką, że uginają się pod nią kolana i musi oprzeć się o Józię.

– Wszystko w porządku? – niepokoi się Józia.

– Tak, nic mi nie jest. Myślałam po prostu, że idziemy pod prysznic.

– Och, prysznic! Tego nam teraz potrzeba.

Cilka zmusza się do uśmiechu. Nie ma sensu wyjaśniać, czego się obawiała. Patrzy na zdumione twarze wokół i nagle uświadamia sobie, jak niewiele osób przeszło wcześniej przez to co ona. Tylko ocaleni z tamtego, innego miejsca albo z innych obozów niosą piętno wiedzy o tym, jaki los może ich wszystkich czekać.

Gdy pomieszczenie się zapełnia, wchodzi kilku strażników.

– Rozbierać się. Ale już.

Kobiety rozglądają się niepewnie. Szeptem w różnych językach przekazują informacje tym, które nie zrozumiały polecenia, najwyraźniej skutecznie, bo powoli zaczynają zdejmować ubrania.

– Musisz się rozebrać – wyjaśnia cicho Cilka Józi.

– Ale ja nie mogę, Cilka, nie przy mężczyznach!

Wygląda na to, że Józi w więzieniu ogolono tylko głowę. Cilka wie, że czeka je golenie całego ciała.

– Posłuchaj mnie. Musisz robić, co ci każą.

Cilka zaczyna rozpinać guziki sukienki Józi, ale ta odpycha jej rękę i w osłupieniu patrzy, jak ich towarzyszki zdejmują kolejne elementy garderoby. Naga kobieta próbuje dłońmi osłonić łono i piersi. Powoli Józia także zaczyna się rozbierać.

– Pospiesz się – ponagla ją Cilka. – Po prostu rzuć ubranie na ziemię.

Mężczyźni ustawieni przy drzwiach wykrzykują polecenia. Wymieniają się porozumiewawczymi spojrzeniami i gestami, a Cilce robi się na ten widok niedobrze. Wbija oczy w swoje ubrania na ziemi. Wie, że nie dostanie ich z powrotem.

Pilnujący ich mężczyźni rozstępują się, kiedy do izby wkraczają czterej inni strażnicy. Każdy ciągnie za sobą sporych rozmiarów szlauch. Strumienie lodowatej wody uderzają w ciała kobiet i je przewracają. Woń chloru staje się nie do zniesienia, a krzyki zmieniają się w odgłosy dławienia i kaszlu.

Cilka, przyciśnięta do ściany pokrytej popękaną glazurą, boleśnie rani się w rękę. Patrzy jak sadystyczni strażnicy celują w starsze, kruche kobiety, które usiłują stawić im czoła i ustać na nogach. Nie poddają się bez walki. Cilka zwija się w kłębek na podłodze i nie rusza z miejsca, dopóki zawór z wodą nie zostaje wreszcie zakręcony, a roześmiani strażnicy odchodzą.

Kobiety podnoszą się i z trudem ruszają w kierunku drzwi. Kilku udaje się złapać jakiś przemoczony fragment odzieży do okrycia. Po wyjściu z budynku dostają po szarym, cienkim ręczniku. Stąpając boso po piaszczystej, zimnej ziemi, kierują się do pobliskiej budowli z betonu, identycznego jak ta, z której przed chwilą wyszły.

Cilka dostrzega Józię i przyspiesza kroku, żeby ją dogonić.

– Czy dadzą nam teraz nowe ubrania? – pyta Józia.

Cilka patrzy na ściągniętą, zrozpaczoną twarz dziewczyny. Wie, że najgorsze jeszcze przed nimi, ale może uda jej się pocieszyć koleżankę choć na chwilę.

– Mam nadzieję, bo w szarościach nie wyglądam najlepiej – mówi i cieszy się, kiedy rozbawiona Józia tłumi parsknięcie.

Popychane kobiety ustawiają się w czterech rzędach. Z wnętrza budynku dobiegają krzyki i protesty, które przerażają kilka więźniarek do tego stopnia, że próbują ucieczki. Natychmiast stają się dla strażników zwierzyną łowną, do której można strzelać do woli. Kule nie trafiają do celu, ale kobiety posłusznie wracają do szeregu. Ot, okazja do rozrywki.

Cilka czuje, że stojąca obok niej Józia drży.

Gdy wchodzą do budynku, widzą, co je czeka. Za czterema krzesłami stoi czterech mężczyzn, a w pobliżu porządku pilnuje kilka silnych, masywnie zbudowanych kobiet, również ubranych w mundury w kolorze khaki.

Cilka patrzy, jak kobieta przed nią podchodzi do krzesła i zostaje na nim posadzona siłą. Strażnik łapie ją brutalnie za włosy i tnie je przy samej skórze wielkimi nożycami, po czym od razu bierze do ręki brzytwę i przeciąga nią po głowie kobiety. Po jej twarzy i plecach spływa krew. Inna zostaje podniesiona na nogi szarpnięciem, każą jej się odwrócić i postawić stopę na krześle. Józia i Cilka przyglądają się z przerażeniem, jak mężczyzna bez śladu emocji goli jej wzgórek łonowy. Gdy podnosi głowę na znak, że skończył, strażniczka odpycha łagierniczkę i gestem nakazuje Józi podejść.

Cilka szybko staje na czele kolejki do krzesła obok. Dzięki temu przynajmniej może towarzyszyć Józi podczas upokarzającego zabiegu; w końcu sama już przez to przeszła. Razem podchodzą do krzeseł i siadają, zanim jeszcze padnie rozkaz. Cilka szuka wzrokiem oczu Józi, próbuje ją choć tak pocieszyć. Serce jej pęka, kiedy widzi, jak po policzkach koleżanki spływają łzy bezsilności. Nie ma wątpliwości, że dziewczyna jeszcze nigdy nie doświadczyła równie brutalnego traktowania.

Już z ogoloną głową, Józia wstaje za wolno, więc strażniczka uderza ją w twarz wierzchem dłoni, po czym szarpnięciem zmusza do zmiany pozycji. Cilka stawia stopę na krześle i wbija wzrok w mężczyznę przed nią. Ten w odpowiedzi rozciąga cienkie usta w bezzębnym uśmiechu, a Cilka już wie, że popełniła błąd.

Gdy strażnicy pozwalają im wreszcie owinąć się szarym ręcznikiem i odejść, po wewnętrznej stronie uda Cilki spływa strużka krwi – kara za jej odwagę. Józia zaczyna wymiotować, ale nie ma czym, z jej ust wydobywa się jedynie żółć i wodnista ciecz.

Podążają za innymi długim korytarzem.

– Co teraz z nami będzie? – Józia zanosi się łkaniem.

– Nie wiem. Ale cokolwiek się stanie, nie pyskuj, nie walcz z nimi, staraj się być niewidzialna i rób, co ci każą.

– Takie masz dla mnie rady? Mam się godzić na wszystko, nieważne co? – Podnosi głos, a wstyd ustępuje miejsca wściekłości.

– Józia, ja już przez to raz przeszłam, zaufaj mi. – Cilka wzdycha ciężko, chociaż czuje też ulgę, widząc, jakie pokłady siły i buntu drzemią w koleżance. W takim miejscu będzie potrzebowała tego ognia.

– Czy to ma coś wspólnego z tym numerem, co go masz na ręce? – pyta Józia.

Cilka spogląda na swoje lewe przedramię, którym przyciska ręcznik do ciała – wystawiony na widok tatuaż odcina się wyraźnie od skóry.

– Tak, ale nigdy więcej mnie o to nie pytaj.

 

– W porządku – odpowiada Józia. – Ufam ci. Przynajmniej teraz nikt przed nami nie krzyczy, więc może nie będzie tak źle, prawda?

– Miejmy nadzieję, że tam rozdają jakieś cieplejsze ubrania. Zmarzłam na kość, nie czuję stóp. – Cilka stara się mówić lekkim tonem.

Zbliżając się do pomieszczenia na końcu korytarza, przy wejściu widzą stosy szarych ręczników rzuconych na ziemię. Tu także porządku pilnują strażniczki o kamiennych twarzach. Z wnętrza dobiegają męskie głosy.

Ty moja. „Jesteś moja” – woła strażnik do jednej z kobiet w kolejce. Inna, starsza, przesuwa się do przodu. Cilka i Józia zbliżają się do drzwi.

– Rusz się, stara wiedźmo – krzyczy strażnik na więźniarkę. Serce Cilki ściska się ze strachu. Co tu się dzieje?

– Ej, Borys, na co czekasz?

– Będę wiedział, jak zobaczę.

Kobieta przed Cilką spogląda na młodsze towarzyszki niedoli ze współczuciem.

– Te dranie wybierają, którą dzisiaj zerżnąć. – Przygląda się dziewczętom uważnie. – Z wami nie będą mieli żadnego problemu.

– Co to znaczy? Wybiorą nas? – pyta Józia.

Cilka potrząsa głową z niedowierzaniem. Czyżby wszystko miało się powtórzyć?

Patrzy przyjaciółce prosto w oczy.

– Posłuchaj mnie, Józia. Jeśli któryś z nich cię wybierze, idź z nim.

– Dlaczego? Czego on chce?

– Twojego ciała.

Ma nadzieję, że później zdoła wytłumaczyć Józi, że oni mogą mieć jej ciało, ale nic poza tym; nie dostaną jej umysłu, serca ani duszy.

– Nie, ja nigdy nie byłam z żadnym chłopcem! Cilka, proszę, nie zmuszaj mnie. Wolę umrzeć.

– Nie, nie wolisz. Musisz żyć. Obie musimy żyć. Słyszysz mnie? Rozumiesz?

– Nie, nie rozumiem. Ja nic złego nie zrobiłam, nie zasłużyłam sobie na to!

– Pewnie większość z nas na to nie zasłużyła, ale jednak tu jesteśmy. Jeśli jeden z nich weźmie sobie ciebie na własność, to inni zostawią cię w spokoju. Teraz rozumiesz?

Twarz Józi jest napięta.

– Chyba tak. Cilka, ty... wiesz, jak to jest, prawda?

– Głowa do góry, nie bój się.

– Przed chwilą mówiłaś, że mam być niewidzialna.

– To było wtedy, teraz jest teraz. Wszystko się zmienia w jednej chwili.

Cilka podnosi oczy i patrzy na mężczyzn.

Blok administracji w Birkenau, 1942 rok

Cilka siedzi obok Gity, obie pilnie pracują. Co jakiś czas spotykają się na moment wzrokiem i wymieniają dyskretne uśmiechy. Cilka została zabrana z selekcji i przysłana tutaj zamiast do „Kanady”. Jest wdzięczna, że Gita też tu pracuje, ale ma nadzieję, że uda jej się również załatwić Magdzie posadę w cieple. Gita nadal ma głowę ogoloną do samej skóry, ale z jakiegoś powodu Cilce pozwolono zapuścić włosy. Czuje teraz, jak pasma łaskoczą ją w szyję i uszy.

Nie widzi, jak podchodzą do nich dwaj esesmani. Jeden bez ostrzeżenia chwyta ją za ramię, szarpnięciem zmusza, by wstała. Kiedy ją odciągają, ogląda się za siebie i patrzy błagalnie na Gitę. Każde rozstanie może być tym ostatnim. Widzi, jak do Gity podchodzi strażniczka i uderza ją ręką w głowę.

Próbuje się opierać, kiedy ciągną ją przez obóz kobiecy, ale nie ma szans z dwoma rosłymi mężczyznami. W obozie jest cicho – więźniarki wyszły do pracy. Mijają kolejne baraki, aż w końcu docierają do budynku, który niczym się nie wyróżnia, tyle tylko, że jest otoczony ceglanym murem. Serce podchodzi Cilce do gardła. Słyszała, że tutaj umierają kobiety.

– Nie... Proszę! – jęczy. – Co się dzieje?

Na zewnątrz zaparkowany jest błyszczący samochód. Esesmani otwierają bramę i wchodzą na dziedziniec. Jeden głośno puka do drzwi budynku po lewej, a gdy ktoś otwiera, Cilka zostaje wepchnięta do środka tak gwałtownie, że upada. Leżąc na szorstkiej, brudnej podłodze, rozpoznaje człowieka, który stoi teraz przed nią na tle rzędów pustych pryczy z surowego drewna. Pamięta go z selekcji – to ten wysoki rangą oficer, Schwarzhuber.

Jego zwalistą sylwetkę rzadko widuje się w obozie. Trzymanym w dłoni pejczem postukuje rytmicznie o cholewę wysokiego skórzanego buta. Twarz ma beznamiętną, oczy wpatrują się w powietrze ponad głową Cilki. Dziewczyna przywiera plecami do drzwi, dłonią po omacku szuka klamki. Ciśnięty pejcz przecina powietrze ze świstem i uderza w jej rękę. Cilka krzyczy z bólu i osuwa się na podłogę.

Schwarzhuber podchodzi do niej i unosi pejcz. Góruje nad jej drobnym ciałem. Patrzy na nią długo, oddech robi mu się coraz cięższy.

– To będzie twój nowy dom – oznajmia. – Wstawaj.

Cilka podnosi się z podłogi.

– Chodź za mną.

Prowadzi ją za przepierzenie oddzielające izdebkę, gdzie stoi drewniane łóżko z materacem.

– Wiesz, że każdy blok ma blokową? – pyta.

– Tak – odpowiada dziewczyna.

– Ty będziesz blokową na bloku 25.

Cilka nie może wydobyć z siebie słowa, z trudem łapie oddech. Jak to, ona ma zostać tutaj blokową? To jest blok, w którym kobiety spędzają ostatnie godziny, zanim trafią do komory gazowej. I czy kiedykolwiek zobaczy Magdę, czy jeszcze zobaczy Gitę? To najbardziej przerażający moment w jej życiu.

– Jesteś szczęściarą – mówi Schwarzhuber.

Zdejmuje z głowy czapkę i rzuca ją za siebie. Drugą ręką dalej uderza się rytmicznie pejczem w nogę. Przy każdym uderzeniu Cilka wzdryga się, oczekując, aż spadnie na nią cios. Schwarzhuber końcówką pejcza podciąga jej do góry koszulę. Aha, myśli dziewczyna, więc o to chodzi. Drżącymi rękami odpina dwa górne guziki. Mężczyzna wbija końcówkę pejcza w ciało pod jej podbródkiem. Jego oczy zdają się nic nie widzieć. Oto człowiek, którego dusza umarła, a ciało czeka, żeby do niej dołączyć.

Niemiec rozkłada ramiona, co Cilka rozumie jako rozkaz „rozbierz mnie”. Podchodzi do niego na odległość wyciągniętej ręki i zaczyna rozpinać niezliczone guziki. Kiedy na jej plecy spada nagle uderzenie, wie, że ma się pospieszyć. Schwarzhuber musi odłożyć pejcz, żeby mogła zdjąć z niego marynarkę. Odbierając od niej ubranie, rzuca je w ślad za czapką. Sam zdejmuje podkoszulek. Cilka rozdziewa go z pasa i rozpina rozporek. Klęka i ściąga mu buty.

Kiedy zdejmuje drugi but, traci równowagę i pada ciężko na łóżko, kiedy Niemiec ją popycha, po czym klęka nad nią z kolanami po obu jej bokach. Rozdziera jej koszulę, a przerażona dziewczyna usiłuje zakryć własną nagość dłońmi. Kiedy na jej twarz spada uderzenie wierzchem dłoni, zamyka oczy i przygotowuje się na to, co nieuniknione.

– Idziecie do urków – informuje ją strażnik z papierosem między zębami.

Na dźwięk jego głosu Cilka wraca do teraźniejszości.

– Do kogo?

– Ci ludzie, do których teraz pójdziecie. Urkowie, tak się na nich mówi. To więźniowie, recydywiści, rządzą tu w zonie.

– Nie żołnierze?

– Nie, łagiernicy tacy jak wy, tyle że są tu od dawna i pracują tam, gdzie potrzeba wykwalifikowanych ludzi, w administracji. Ale ci są też kryminalni. Mają tu własną siatkę władzy.

Cilka rozumie. Hierarchia zależności pomiędzy starymi i nowymi.

Wchodzi do izby, Józia za nią, tak samo naga i drżąca. Przystaje, kiedy zauważa rzędy mężczyzn, między którymi musi teraz przejść. Dziesiątki oczu wpatrują się w nią intensywnie.

Mężczyzna, który stoi najbliżej po jej prawej stronie, robi krok naprzód, a ona odwraca się i śmiało odwzajemnia jego spojrzenie, taksuje go wzrokiem i dochodzi do wniosku, że tam, skąd pochodzi, był pewnie przywódcą gangu. Niewiele wyższy od niej, przysadzisty, najwyraźniej nie głoduje. Cilka ocenia, że ma koło trzydziestki. Patrzy na niego uważnie, czyta język ciała. Twarz go zdradza. Smutne oczy. Cilka nie czuje przed nim lęku.

– No, nareszcie! – krzyczy ktoś z tyłu.

– Strasznie żeś się z tym guzdrał, Borys.

Borys wyciąga rękę do Cilki. Dziewczyna nie odwzajemnia gestu, ale podchodzi do niego. Odwraca się i daje znak Józi, żeby poszła dalej.

– Podejdź no tu, maleńka – mówi inny mężczyzna. Cilka patrzy, jak tamten obleśnie wpatruje się w jej przyjaciółkę. Wielki osiłek, ale zgarbiony. Oblizuje się, odsłaniając pociemniałe i połamane zęby. Bije od niego więcej zwierzęcej energii niż od Borysa.

Józia zostaje wybrana.

Cilka spogląda na człowieka, który najwyraźniej nazywa się Borys.

– Jak masz na imię? – pyta tamten.

– Cilka.

– Idź się teraz ubrać. Znajdę cię, jak cię będę potrzebował.

Cilka przeciska się między rzędami mężczyzn. Wszyscy się do niej uśmiechają, wymieniają się wzajemnie uwagami na temat jej skóry, jej ciała. Cilka dogania Józię i oto znowu ktoś prowadzi je na powietrze, do innego betonowego bunkra.

W końcu dostają ubrania. Koszula, której brakuje kilku guzików, spodnie z najbardziej szorstkiej tkaniny, jaką Cilka w życiu dotykała, ciężki płaszcz i czapka. Wszystko szare. Sięgające kolan buty są za duże o kilka numerów, ale to dobrze, bo dziewczyna planuje dla ochrony przed zimnem owinąć stopy we wszystkie szmaty, które tylko zdoła znaleźć.

Ubrawszy się, przyjaciółki wychodzą z bunkra. Cilka osłania oczy od słońca. Rozgląda się i widzi obóz przypominający nieco miasteczko. Są tu baraki sypialne, ale nie tak równo ustawione jak w Birkenau. Różnią się od siebie wielkością i kształtem. Dalej widać wzgórze, a na nim jakieś urządzenie przypominające żurawia. Wzdłuż ogrodzenia obozu rozmieszczono wieżyczki strażnicze, ale nie tak groźne jak te, które Cilka zna z przeszłości. Przygląda się uważnie szczytowi ogrodzenia. Nie widzi izolatorów, które wskazywałyby, że drut jest pod napięciem. Nie jest tu potrzebne, bo dalej aż po horyzont rozciąga się jałowa, pusta przestrzeń. Tam nie może być mowy o przetrwaniu.

Kiedy podążają w stronę budynków, które wkrótce staną się ich domem, jedna za drugą, nie wiedząc, kto ich właściwie prowadzi, podchodzi do nich kobieta o szerokiej, ogorzałej od wiatru twarzy. Słońce świeci, ale lodowaty wiatr kąsa każdy skrawek odsłoniętej skóry – są tak daleko na północy, że mimo późnego lata na ziemi leży śnieg. Kobieta ma na sobie kilka płaszczy, porządne buty i zawiązaną pod brodą czapkę. Na widok dziewcząt uśmiecha się obscenicznie.

– Patrzcie je, ale szczęściary! Ponoć już se znalazły chłopów do ochrony!

Cilka nie ma ochoty na rozmowę, więc spuszcza głowę i odwraca wzrok. Nie zauważa podłożonej nogi i potyka się o nią, a że trzyma ręce w kieszeniach, pada jak długa.

Józia próbuje jej pomóc wstać, ale dostaje cios przez plecy i też się wywraca. Leżą obok siebie na wilgotnej, lodowatej ziemi.

– Ze mną wam ładne buźki nie pomogą nic a nic. Dalej, ruszać się.

Cilka wstaje pierwsza. Józia chwilę jeszcze leży, po czym z pomocą przyjaciółki dźwiga się na nogi.

Cilka rozgląda się dookoła. Widzi setki jednakowo ubranych kobiet z ogolonymi głowami i twarzami schowanymi w kołnierzach płaszczy, więc nie sposób rozpoznać wśród nich pasażerek z ich wagonu.

Przy wejściu do baraku liczy je kobieta o ponurym spojrzeniu. Cilka z początku myślała, że to strażniczka, ale teraz dostrzega brak munduru, a kiedy przechodzi obok, widzi, że tamta ma numer przyszyty do płaszcza i czapki. Cilka dochodzi więc do wniosku, że to „blokowa”.

Po jednej stronie izby stoją w rzędzie łóżka, a na środku ustawiono piecyk. Kobiety gromadzą się wokół niego i wyciągają dłonie do ciepła.

– Jestem waszą brygadzistką, należycie do mnie – oznajmia „blokowa”. – Nazywam się Antonina Karpowna. An-to-ni-na Kar-pow-na – powtarza powoli i dla pewności wskazuje palcem, że mówi o sobie. – Ech, moje wy zeczki, straszne z was szczęściary, wylądowałyście w najlepszym baraku w całej zonie. Mam nadzieję, że zdajecie sobie z tego sprawę.

Cilce też się tak wydaje. Nie ma tu żadnych prycz, tylko łóżka z prawdziwymi materacami, a na każdym leży koc.

– A teraz was zostawię, żebyście się mogły rozgościć – mówi brygadzistka, uśmiechając się krzywo, po czym wychodzi.

– Co to „zeczka”? – szeptem pyta Józia.

– Nie wiem, ale pewnie nic dobrego. – Cilka wzrusza ramionami. – Pewnie oznacza więźniarkę albo coś w tym stylu.

Dziewczyna rozgląda się dookoła. Wszystkie łóżka są jeszcze wolne, bo kobiety ciągle cisną się wokół pieca. Cilka łapie Józię za rękę i ciągnie ją na sam koniec baraku.

– Czekaj, najpierw wybierzmy łóżka. Siadaj na tym.

Cilka zajmuje ostatnie posłanie w rzędzie i sadza Józię na sąsiednim.

Każda więźniarka ma do dyspozycji cienki szary koc, zszarzałe prześcieradło i materac wypełniony trocinami.

Pozostałe kobiety również zaczynają szukać dla siebie miejsca, przepychają się i potrącają, walcząc o posłanie, na którym spędzą nie tylko dzisiejszą noc, ale i wszystkie kolejne, ile uda im się przeżyć.

 

Jak się wkrótce okazuje, miejsca starcza dla wszystkich. Uspokojone więźniarki ściągają z głów czapki i kładą je tam, gdzie normalnie znajdowałaby się poduszka.

Cilka spogląda w kąt nieopodal swojego łóżka. Stoją tam dwa puste wiadra – najwyraźniej to ubikacja. Dziewczyna wzdycha głęboko. Przez resztę pobytu w baraku będzie jej to przypominać, że tak się kończy zachłanność i chęć zajęcia pozornie najlepszego miejsca do spania. Myślała, że będzie miała trochę prywatności: po jednej stronie ściana, po drugiej Józia. Zawsze jest jakiś haczyk, a za wygodę trzeba zapłacić. Powinna była przecież o tym wiedzieć.

Dziewczęta podchodzą do piecyka i wyciągają dłonie do ciepła. Cilka wyczuwa, że chociaż to dopiero pierwszy dzień, już ma tu kilku wrogów.

Rosła kobieta o nieprzyjaznym spojrzeniu i w trudnym do określenia wieku popycha Józię, a ta pada twarzą na twardą drewnianą podłogę. Z nosa cieknie jej krew.

Cilka pomaga jej wstać i tamuje krwawienie, przyciskając skrawek koszuli do twarzy dziewczyny.

– Co ty wyprawiasz? – dobiega je czyjeś pytanie.

– Uważaj, suko, bo tobie też się dostanie – mówi tamta i podchodzi bardzo blisko pytającej.

Pozostałe więźniarki obserwują konfrontację w milczeniu.

Cilka chce zareagować, bronić Józi, ale nie wie jeszcze, jak tu wszystko działa, kim są te kobiety i czy mogą się jakoś dogadać.

– Dziękuję – rzuca Józia zdławionym głosem do tej, która stanęła w jej obronie, młodej, szczupłej dziewczyny o jasnej skórze i niebieskich oczach.

– Nic ci się nie stało? – pyta tamta po polsku z rosyjskim akcentem. Ciągle dotyka swojej ogolonej głowy.

– Zaraz jej przejdzie – odpowiada za przyjaciółkę Cilka.

Dziewczyna z troską wpatruje się w poranioną twarz Józi.

– Jestem Natalia.

Józia i Cilka też się przedstawiają.

– Jesteś Rosjanką? – chce wiedzieć Józia.

– Tak, ale moja rodzina mieszkała w Polsce od kilkudziesięciu lat. A teraz okazało się, że to przestępstwo. – Natalia spuszcza głowę. – A wy?

Józia zaciska usta, z trudem powstrzymując łzy.

– Pytali, gdzie są moi bracia, i nie chcieli uwierzyć, że naprawdę nie wiem.

Cilka pociesza ją cicho.

– Przepraszam – odpowiada Natalia. – Nie ma co teraz o tym mówić.

– W ogóle nie ma co o tym gadać – mówi agresorka, która leży teraz na łóżku odwrócona do pozostałych plecami. – To wszystko to tylko różne wersje tej samej łzawej historyjki. Nieważne, czy coś zrobiłaś czy nie, wszystkie nas uznali za wrogów państwa i wysłali tu, żeby nas naprostować przez pracę.

Kobieta nie patrzy na nikogo i wzdycha głęboko.

Ogień trzaska w piecu.

– Co teraz? – pyta któraś.

Nikt nie zna odpowiedzi. Jedna po drugiej więźniarki wracają na wybrane posłania i zwijają się na nich w kłębek, pogrążone głęboko we własnych myślach.

Cilka bierze Józię za ramię i prowadzi do łóżka. Każe dziewczynie zdjąć buty i położyć się pod kocem. Widzi, że nos przestał krwawić, więc wraca do piecyka. Natalia ostrożnie dokłada węgla z wiadra do ognia, przytrzymując metalowe drzwiczki przez rąbek płaszcza.

Cilka patrzy na zapas węgla.

– Nie wystarczy na całą noc – mówi na wpół do Natalii, na wpół sama do siebie.

– Poproszę o więcej – odpowiada cichym szeptem Natalia. Ma różowe policzki i delikatną budowę ciała, ale wygląda na silną. Cilka widzi w jej oczach wiarę, że wszystko jakoś się ułoży. Dobrze wie, jak niewiele potrzeba, żeby oduczyć się takiego myślenia raz na zawsze.

– Lepiej poczekać i zobaczyć, jakie tu panują obyczaje. Jak o nic nie prosisz, mniejsze ryzyko, że cię pobiją.

– Przecież nie pozwolą nam zamarznąć – oznajmia Natalia, opierając dłonie o biodra. Już nie mówi szeptem. Kilka kobiet podnosi głowy i przysłuchuje się ich rozmowie.

Cilka rozgląda się po zwróconych ku niej twarzach. Nie potrafi dokładnie określić wieku towarzyszek niedoli, ale podejrzewa, że razem z Józią należy do najmłodszych. Pamięta własne słowa wypowiedziane kilka godzin temu. Nie wyróżniaj się, masz być niewidzialna.

– No? I co powiesz? – głos agresorki dobiega z drugiego końca baraku.

Wszystkie oczy są teraz skierowane na nią.

– Wiem tyle samo co i wy. Po prostu zgaduję. Ale myślę, że powinnyśmy oszczędnie gospodarować resztką węgla, na wypadek gdybyśmy dziś już więcej nie dostały.

– Racja – oznajmia któraś kobieta, po czym kładzie się i odwraca głowę.

Cilka powoli wraca do swojego łóżka. Kraniec baraku dzieli od piecyka zaledwie kilka metrów, ale temperatura jest tu zdecydowanie niższa, więc dziewczyna po raz kolejny zastanawia się, czy przełożenie prywatności nad ciepło było właściwe. Sprawdza, czy Józia zasnęła, po czym sama kładzie się na posłaniu.

Na zewnątrz jest ciągle jasno. Cilka nie ma pojęcia, która jest godzina. Patrzy, jak Natalia podchodzi do dogasającego ognia i dorzuca garść węgla do pieca. Zabawne, jak ludzie naturalnie przyjmują role.

Kiedy wreszcie zasypia, jest jeszcze jasno – albo już jasno... nie jest pewna.

Ze snu wyrywa ją hałas z zewnątrz. Drzwi do baraku się otwierają i staje w nich brygadzistka Antonina Karpowna.

– Wstawać, zeczki, wstawać i wychodzić! – krzyczy z dłońmi schowanymi głęboko w kieszeniach płaszcza.

Cilka rozpoznaje znajomy schemat. Pierwsza podnosi się z łóżka, ale na wszelki wypadek nie rusza się z miejsca w nadziei, że te z przodu wyjdą na zewnątrz przed nią. Wie, że najbezpieczniej jest pośrodku. Pomaga wstać zaspanej Józi i nakrywa oba posłania kocem.

Obie wychodzą z budynku wraz z pozostałymi kobietami. Z innych baraków także wysypują się grupki więźniarek.

Gdzie one wszystkie były, kiedy myśmy tu przyjechały? Osadzone z baraku Cilki stoją razem niepewnie, ale kiedy zauważają, że pozostałe idą w karnym szeregu, posłusznie ustawiają się w dwa dziesięcioosobowe rzędy.

Podążają w ślad za tamtymi, brnąc przez gęste błoto w stronę większego budynku. Szorstka tkanina nowych ubrań ociera skórę Cilki. Komary gryzą ją w odsłoniętą szyję.

Zauważa wbite w nią spojrzenia, jednocześnie smutne i złowrogie. Doskonale to rozumie. Jeszcze jeden barak, kolejne gęby do wyżywienia, następne rywalki do lepszej pracy. Nowo przybyli muszą się dostosować i wywalczyć sobie miejsce w więziennej hierarchii, aż przestaną być traktowani jak nowi. W tamtym, innym miejscu była weteranką, podobnie jak pozostałe ocalałe Słowaczki. Widziały wszystko. Przeżyły. Cilka zastanawia się, jak zapewnić sobie i Józi lepszą pozycję, nie wyróżniając się. Chociaż może to właśnie z powodu takich myśli się tu znalazła. Może tym zasłużyła sobie na ciężką pracę.

Wchodzą do budynku stołówki, posłusznie ustawiają się w kolejce, odbierają swoje racje i znajdują miejsce do siedzenia. Oczy wbite w ziemię, nie wychylaj się.

Ktoś wpycha jej w dłoń blaszany kubek. Cilka spogląda na Józię. Dziewczyna ma opuchnięty nos, a wokół oczu zaczynają pojawiać się siniaki. Do naczynia trafia coś w rodzaju zupy pełnej małych, białych, bliżej niezidentyfikowanych skrawków. W rękę wciskają jej kawałek czerstwego chleba. Józi ręce trzęsą się tak, że rozlewa połowę porcji, kiedy próbuje złapać przydział pieczywa. Zupa i chleb lądują na podłodze. Józia pochyla się i podnosi kromkę, a Cilkę nagle ogarnia przemożna potrzeba, żeby na nią nakrzyczeć. Czy ona nie zdaje sobie sprawy, ile te maleńkie racje są warte?

Nie dla wszystkich starcza ław i stołów. Wiele kobiet stoi pod ścianą, czekając, aż ktoś skończy i zwolni miejsce. Kilka je na stojąco, chęć zaspokojenia głodu zwycięża dobre maniery.

Jedna z więźniarek z baraku Cilki dostrzega nagle wolne miejsce i rusza tam pospiesznie. Siedząca obok kobieta wymierza jej jednak cios i wytrąca kubek z dłoni, a jego zawartość rozlewa się na podłogę.

– Ej, nowiczok, czekaj na swoją kolej! Musisz sobie zasłużyć, żeby z nami usiąść.

Cały ten pokaz siły jest po to, żeby nowe nauczyły się, kto jest kim w hierarchii. Tak samo było w Birkenau. Cilka, Gita i pozostałe Słowaczki ocalały jako nieliczne z tysięcy przybyłych, a niektóre straciły wszystkich znajomych i całe rodziny. A kiedy przyjeżdżali nowi, nie rozumieli, nie potrafili zrozumieć, przez co przeszły ich ciała i dusze, co musiały zrobić, by przeżyć.