999. Nadzwyczajne dziewczyny z pierwszego transportu kobiecego do AuschwitzTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rodzina Reichów nie miała pieniędzy na jedzenie ani na opał. Synowie pracowali jako robotnicy rolni, ale dla Żydów było bardzo mało jedzenia, a zima tego roku była ostra. Podobnie jak większość innych dziewcząt na ciężarówce, Linda myślała, że przynajmniej pomoże rodzinie. „Możemy posyłać pieniądze do domu, żeby im pomóc” – powiedziała swoim towarzyszkom podróży. Magduška i Nusi milczały. Ich rodzinom nie brakowało pieniędzy ani żywności.

W ciemnościach obijały się o siebie, bo stara ciężarówka raz po raz wpadała w dziury w marnie wybrukowanej drodze do Popradu. Było już po północy, gdy dojechały wreszcie na miejsce.

Wtorek, 24 marca 1942 roku

W TYM PUNKCIE NASZEJ historii musimy oprzeć się na naszej wyobraźni, gdyż jedynym dowodem tego, co się wówczas stało, jest lista nazwisk wszystkich dziewcząt z transportu datowana na 24 marca 1942 roku. Dokument ten znajduje się w archiwach Yad Vashem w Jerozolimie. Pożółkły od upływu lat, z zawiniętymi rogami kartek, ten plik papierów jest tak delikatny, że trzeba go przeglądać w białych bawełnianych rękawiczkach. Są tu ich nazwiska. Dzieci ocalałych mogą znaleźć nazwiska matek, rodziny tych, które nie przeżyły, mogą odnaleźć nazwiska utraconych ciotek, sióstr i kuzynek.

Wspomnienia z koszar i „obozu” Poprad są w najlepszym razie mgliste. Szok wywołany nagłym oderwaniem od rodzin, konieczność spania na podłodze albo w hamaku, głodowe racje żywności i nadzór żandarmerii nie zapisały się wyraźniej w rejestrze horrorów, które miały nadejść. Ich pobyt w koszarach jest czasem utraconym, jednym z najsłabiej pamiętanych epizodów w ich wspomnieniach, a rzeczywiste wydarzenie wpisania nazwisk ich wszystkich na jedną listę stoczyło się gdzieś w mgłę niepamięci.

Być może lista ta powstała przed wydaniem fasoli na kolację, a może wcześniej, w dniu, kiedy dziewczęta musiały po raz pierwszy stanąć w szeregu, co szybko przekształciło się w wojskowy dryl. A może skompilowano ją z list sporządzonych na maszynie w Preszowie, Bardiowie i Humennem albo odręcznie w Stropkovie. Nie wiemy tego na pewno. Jednak ta lista ma kluczowe znaczenie, gdyż bez niej nie znalibyśmy nazwisk wszystkich dziewcząt z pierwszego transportu – w praktyce zniknęłyby one z kart historii na zawsze. Niezależnie jednak od tego, czy podchodziły do stołu i podawały swoje nazwiska w Popradzie, czy też wykaz został skompilowany z list przygotowanych podczas rejestracji w miastach pochodzenia, informacje te zebrano i przepisano w postaci trzydziestoczterostronicowego dokumentu 24 marca 1942 roku. Musiano to zrobić po przyjeździe do Popradu ostatniej grupy dziewcząt, w której były Magduška i Nusi Hartmann oraz Linda Reich.

Wyobraźmy sobie czarną metalową maszynę do pisania marki Erika albo może Mercedes. Maszynistka siedzi wyprostowana i skupiona pośród stosików niezapisanych kartek po lewej i przygotowanych już formularzy po prawej. Pierwszym uderzeniem w klawisze wpisuje numer strony – 1 – a potem wystukuje: „Zoznam darujúcich zmlúv”.

Musimy się tu zatrzymać i zastanowić nad sensem tego sformułowania: „Lista umów darowizny”. Słowacy nie chcieli, by ktokolwiek się dowiedział, że wykorzystują robotników przymusowych, więc oficjalna wersja była taka, że dziewczęta jako kontraktowe ochotniczki darowały swój czas na pracę dla rządu. W ten sposób rząd słowacki mógł ominąć kwestię nielegalności deportacji swoich Żydów.

Poniżej wpisano na maszynie Tábor Poprad83 (Obóz Poprad).

Dobierając tabulaturę, maszynistka oznaczyła kolumny na górze strony, a potem podkreślała poszczególne pozycje ciągiem dywizów, tak by całość była czytelna, a zarazem zwarta. Wszystko bardzo efektywne i zorganizowane. Tabelaryczne.

„Numer osoby” – tabulator.

„Nazwisko, imię” – tabulator.

„Rok urodzenia” – tabulator.

„Miejscowość” – tabulator.

Formularze gotowe, można je wypełniać.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że jest tu jakiś porządek. Pierwsza dziewczyna na liście, Zlata Kaufmannová, pochodziła z Malcova, potem wpisano dwie siostry z miasteczka Beloveža, leżącego tylko kilka kilometrów dalej. Większość dziewcząt z pierwszej strony pochodziła z miejscowości oddalonych od siebie o dwadzieścia, trzydzieści kilometrów i leżących w pobliżu granicy z Polską; były to okolice Bardiowa z jego fałszywą epidemią tyfusu. Na następnych stronach zaczynają się mnożyć niekonsekwencje. Czasami przyjaciółki i kuzynki następują bezpośrednio po sobie, a czasem nie. Są całe strony wypełnione nazwiskami dziewcząt z Humennego albo Preszowa, a potem pojawia się nagle nazwisko dziewczyny ze wsi oddalonej o godzinę drogi od Popradu. Linda Reich, która dopiero co przyjechała, ma numer 582 i jest w środku listy. Wiemy więc, że nie wpisywano ich w kolejności przybycia do koszar. Kierowano się jakąś zasadą, ale nie przestrzegano jej ściśle, co wyjaśnia, dlaczego nazwisko Diny Dranger nie figuruje zaraz po nazwisku jej kuzynki Erny. Adela jednakże została wymieniona zaraz po Lei i Edith.

Doszedłszy do strony ósmej, maszynistka wpisała już ponad dwieście nazwisk.

Trochę przekrzywione, strony wyglądają tak, jakby z winy kalki papier ślizgał się nieco, gdy maszynistka w pośpiechu wkręcała na wałek kolejne kartki, wpisywała numer strony, wracała do początku, robiła wcięcie akapitowe i wystukiwała: T-á-b-o-r odstęp P-O-P-R-A-D, a potem robiła podkreślenie _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _.

Blisko początku strony pod numerem 211 wpisała przyjaciółkę Lei, Annę Herskovic, truskawkową blondynkę z miękkimi loczkami i niespokojnymi oczyma. Po niej przyszła kolej na dwie nasze uciekinierki z Polski. Wyglądało to pewnie tak:

– Nazwisko?

– Dran-ge-ro-vá.

– Imię?

– E-te-la.

Dlaczego Erna powiedziała „Etela”? Przyjaciółki nazywały ją Erna. Czy była tak rozkojarzona, czy celowo użyła pseudonimu? Nie wiemy.

– Rok? W którym roku się urodziłaś?

– 1920.

– Miejscowość? – Maszynistka używa tabulatora.

– Humenné.

Maszynistka naciska klawisz z akcentem, ale się myli i zamiast akcentu wbija „2”. Zdaje się tym jednak nie przejmować.

– Następna!

Erna Dranger odchodzi. Występuje Rena i naśladuje swoją najlepszą przyjaciółkę, podając pseudonim zamiast imienia:

– Rif-ka Korn-reich.

Maszynistka tym razem bardziej przykłada się do pracy i kiedy Rena mówi, że jest z Humennego, akcent nad e pojawia się jak trzeba.

Następna linijka, następny numer.

Wałek z papierem się obraca.

Kiedy do stołu podchodzi Lea, dostaje numer 236, Edith jest 237, Adela Gross 238.

Maszynistka wyciągnęła skończoną kartkę i położyła oryginał na jedną kupkę, a dwie kopie kalkowe na drugą. Wzięła następne arkusze, poprzekładała je kalkami, wkręciła na wałek maszyny i znów wpisała numer strony. Tym razem 9.

I znowu: T-á-b-o-r odstęp P-O-P-R-A-D. Podkreślenie: _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _.

2–3-9 tabulator B-e-r-k-o-v-i-c-o-v-á J-o-l-a-n-a tabulator 1–9-2–5.

Trwało to godzinami.

Zawartość każdej strony jest w zasadzie taka sama, ale tytuł „Obóz Poprad” widnieje czasami pośrodku, a czasem przesunięty jest w prawo, co świadczy o pośpiechu, w jakim pracowała maszynistka, gdy dziewczęta jedna po drugiej występowały z szeregu i podawały swoje nazwisko, rok urodzenia, miejsce zamieszkania… Gdyby ta lista była pisana w cichym biurze, układ poszczególnych pozycji byłby zapewne porządniejszy, byłoby mniej błędów, a poprawek nie wprowadzano by pewnie odręcznie.

W pewnej chwili trzeba było najwyraźniej zmienić taśmę w maszynie, gdyż odbitki czcionek stawały się coraz cieńsze i bledsze, a potem znów stały się czarne i wyraźne. Możliwe też, że do innej maszyny zasiadła inna maszynistka. Na niektórych stronach brakuje tytułu, a poszczególne fragmenty wpisane są odrobinę nierówno, jakby naciskano na klawisze ze zmienną siłą.

W miarę upływu czasu i pojawienia się zmęczenia maszynistki (lub maszynistek) pomyłki są coraz częstsze. Numery 377 i 595 wstawiono błędnie, co znaczy, że w transporcie było w rzeczywistości 997, a nie 999 dziewcząt. Na stronach szesnastej i siedemnastej błędy maszynowe w zapisie nazwisk poprawiono piórem – zmieniając „hp” na „ph” – a nazwę miejscowości zamazano i zastąpiono cudzysłowem z uwagą, że powinna tam być nazwa z pozycji powyżej. Maszynistka – pewnie już z zaczerwienionymi oczyma i obolałymi palcami – na prawie całej stronie dwudziestej szóstej źle wpisała numery, od 754 do 765. Po tym, jak wykręciła papier z maszyny i wpisała 790 na początku następnej strony, ktoś musiał zauważyć błąd. Czyjeś pióro z czarnym atramentem przekreśliło błędne numery, poprawiając je na 755, 756, 757… Lista zaczyna się znów od numeru 780. Na stronie trzydziestej kuzynki Hartmann, Magduška i Nusi (która podała swoje prawdziwe imię: Olga) figurują obok siebie jako jedyne przedstawicielki wioski Rožkovany. Kilka pozycji dalej siostry Guttman pomylono z siostrami Birn i maszynistka musiała się cofnąć, poprawić nazwisko Guttman na „Birnová”. Wreszcie ostatnia strona zostaje wkręcona na wałek maszyny i wpisane zostają dane dwóch ostatnich dziewcząt: dziewiętnastoletniej Herminy Neuwirth i jej dwudziestopięcioletniej siostry Gizy ze Stropkova. Musiało być późne popołudnie, gdy maszynistka wystukała ostatni – i nieprawidłowy – numer 9–9-9.

73 Rozdział ten czerpie z różnych wywiadów dla USC Shoah: z Magdą Moskovicovą (Bittermannovą), Lindą Reich (Lindą Breder), Kato (Katariną Danzinger), Peggy (Margaret Friedmanovą) i Berthą Berkowitz (Lautman), a także z rozmów autorki z Giorą Amirem i Edith Grosman.

74 Nie przyjechały z jednej miejscowości: Nie było to niczym niezwykłym. Ale wiele wsi zostało zniszczonych, jeśli były zamieszkane wyłącznie przez Żydów, albo zostały wchłonięte przez większe miejscowości.

 

75 Eta Galatin: „Lists of Jews” YV.

76 W położonym niedaleko granicy Bardiowie: Amir. Lista dziewcząt, których nie wywieziono do Auschwitz z Bardiowa, została opublikowana w miejscowej gazecie z okazji siedemdziesiątej piątej rocznicy tych wydarzeń w 2017 roku. Zostały ukryte albo uciekły na Węgry. Nie wiemy niestety, jak potoczyły się ich losy. Na pewno niektóre z nich zostały złapane i deportowane, ale część przeżyła Holokaust. Hudek, rozmowa z autorką.

77 Anna Judová (…) Ruženę Kleinman: W czerwcu 2019, gdy kończyłam korektę tej książki, syn Ruženy Kleinman (numer 1033) skontaktował się ze mną i przesłał fotografię matki i jej rodziny. Poinformował mnie też, że Anna Judová (numer 1093) również przeżyła wojnę. A kto nas skontaktował? Nie kto inny jak córka Miry Gold, która przyjaźniła się z Peggy – Margaret Friedman Kulik (można zobaczyć ją z Lindą Reich Breder na zdjęciu we wkładce). Zdjęcie Ruženy można znaleźć na stronie internetowej 999.

78 I pamiętajcie: Bertha Lautman (z domu Berkowitz), USC Shoah Visual Archive.

79 To było jak piknik!: Margaret Rosenberg (z domu Becker), USC Shoah Visual Archive.

80 zaczęły śpiewać: ibid.

81 sto pięćdziesiąt gramów ziemniaków: kopię dokumentu, datowanego na 11 marca 1942 roku, sprezentowali mi doktor Pavol Mesťan i doktor Stanislava Šikulová, SNA, 14-D4–582/1–1942. Przetłumaczył go dla mnie Ivan Sloboda z Sir Martin Gilbert’s Study w Londynie.

82 Farmę Hartmannów: zeznania Eugene’a i Andrew Hartmannów, USC Shoah, z dodatkowymi informacjami dostarczonymi przez ich córki. Imię „Dula” to po słowacku „Gyula”, ale wymawia się „diula”; zostało zamerykanizowane przez ocalałą rodzinę, która wymawiała je jako „dula”.

83 Tábor Poprad: „Lists of Jews” YV.

ROZDZIAŁ 9

Historia pomija prawie każdego zwykłego człowieka.

Mina Jin Lee

Poprad, środa 25 marca 1942 roku

TELEGRAM Z BIURA KONKI84 dotyczący kwestii „wstępnego zwolnienia od pracy” Żydów zgodnie nowelą numer 25585 został wysłany „do wszystkich naczelników powiatów, powiatowych szefów policji i dyrektorów policji w Bratysławie, do rąk włas­nych” i oznaczony jako poufny i pilny. Wśród dziewcząt, które telegram ten mógł ocalić, były Edith, Lea, Adela Gross, Magda Amster oraz Magduška i Olga Hartmann.

Jest możliwe, że Żydówkom, które starały się o wyjątkowe potraktowanie w znaczeniu zawartym w odpowiednim zarządzeniu, pozwolono [podkreślenie autorki] na pracę i zostały wciągnięte na listę.

O takich przypadkach naczelnicy wiedzą, gdyż wnioski były przesyłane za pośrednictwem ich biur lub biur dyrektorów policji.

Proszę tych funkcjonariuszy (dyrektorów) o niepowoływanie do pracy tych Żydówek i usunięcie ich z listy jako osób wpisanych przez pomyłkę.

Na stráž

W imieniu Ministra

Dr Konka

Nie można przejść obojętnie wobec sformułowania „pozwolono na pracę”. Z telegramu jasno wynika, że prezydent Tiso nie zaaprobował żadnych wyjątków. Regionalne listy ważnych pracowników mogły być przedkładane przez burmistrzów i naczelników różnych powiatów (okres) i trafiać do administracji rządowej w Bratysławie, ale tu proces wyhamowywał, gdyż to sam prezydent decydował, komu należy „pozwolić na pracę”, a kto był z tego przywileju zwolniony. Tak więc burmistrz Humennego, który powiedział panu Friedmanowi, że jego córki muszą zgłosić się do rejestracji, gdyż tak stanowi prawo, teraz miał powiedzieć coś odwrotnego: że powinny być usunięte z listy.

Ale lista była już gotowa. Dziewczęta miały być deportowane.

Z początku była tylko pojedyncza reakcja na telegram Konki. Powiatowy oddział Centrum Żydowskiego w Lewoczy wysłał do niego depeszę z wnioskiem o zwolnienie trzech kobiet z tego miasta. Ivan Rauchwerger je znał. Data telegramu jest zamazana86, prawie nieczytelna po siedemdziesięciu pięciu latach. Paski pogniecionej papierowej taśmy nalepione są na prostokątnej kartce, też już zetlałej od starości. Znaczki oddarto.

Wydział 14

Lewocza

Magdalena Braunová, urodzona 28 marca 1926 roku, została zabrana do Popradu, by wypełnić swój obowiązek pracy po ukończeniu szesnastu lat.

Hermina Jakubičova, urodzona 14 sierpnia 1921 roku, stawiła się przed komisją 26 lutego 1942 i została uznana za niezdolną do pracy. Pomimo to zabrano ją do obozu w Popradzie 23 marca 1942.

Lenka Szenesová (z domu Singerová) jest osobą zamężną, mimo to zabrano ją do Popradu.

Wspomniane trzy osoby pomyłkowo zabrano do wypełniania obowiązku pracy, prosimy więc o dokonanie korekty i odesłanie ich do domu.

Powiatowy oddział Centrum Żydowskiego w Lewoczy

Później ministerstwo zasypała istna lawina depesz od zdesperowanych Żydów.

W Popradzie sytuacja się zmieniła. Tej środy dziewczyny z Lewoczy (piętnastoletnia Magdalena, niepełnosprawna Hermina i zamężna Lenka) stanęły w kolejce po kolację, na którą wydawano coś, co nazwano gulaszem, choć wyglądało raczej na śmietnik. Gulasz zawierał jednak cały tygodniowy przydział mięsa wielkości stu gramów na osobę (to mniej niż mała puszka jedzenia dla kota). Miał to być ostatni prawdziwy posiłek, jaki zjadły w ciągu trzech lat od chwili zamknięcia w Popradzie. Jeśli oczywiście przeżyły te trzy lata.

Po południu strażnicy krzykiem kazali im zabrać rzeczy i gęsiego wyjść z budynku. Poczuły dziwną ulgę. Po wielodniowym ciągłym stresie niepewności i złych przeczuciach dokądś wreszcie zmierzały. Chcąc się gdzieś ruszyć i poczuć zmianę, pakowały swoje niewielkie bagaże i rozmawiały, zgadując, zawsze zgadując: czy jadą wreszcie do tej fabryki? Czy wkrótce zaczną pracę? Czy w tej fabryce będą je lepiej karmić?

Zapanowanie nad tysiącem ludzi rzadko przebiega gładko. Niektóre dziewczyny krzyczały, siostry i kuzynki poganiały się nawzajem. Chaos. Większość z nich wciąż była ubrana w to, w czym wyszły z domu – wełniane kostiumy i rajstopy albo pończochy u dziewczyn z miasta, wygodne buty, a u dziewczyn ze wsi dłuższe spódnice i ręcznie dziergane swetry. Na głowach miały wszystko – od eleganckich kapeluszy po wełniane szale.

WCZEŚNIEJ TEGO SAMEGO dnia co najmniej dwóch żydowskich lekarzy zgłosiło się do pełnienia obowiązków w Popradzie. Mieli towarzyszyć transportowi dziewcząt. Zakładano, że wystarczy w sumie siedmiu lekarzy. Ale gdy przyjechał doktor Weiszlovits, usłyszał, że nie jest już potrzebny – i został zwolniony. Podobno w transporcie było już dość lekarzy. W rzeczywistości był tylko jeden87 – doktor Izak Kaufmann. Najwidoczniej jeden lekarz miał wystarczyć do opieki nad 999 młodymi kobietami.

Są pewne niejasności co do obecności doktora Kaufmanna podczas transportu. Niektórzy uważają, że zajął miejsce ostatniej dziewczyny na liście, dwudziestopięcioletniej Gizy Neuwirth, ale nie zgadza się to z materiałami z Yad Vashem. Jego obecności w koszarach nie dałoby się ukryć; nikt by nie zapomniał o mężczyźnie wśród samych kobiet, a tym bardziej o lekarzu. Poza tym żadna z ocalałych o nim nie wspomina. Edith na pewno nigdy go nie widziała. A kiedy nasz młody świadek Ivan Rauchwerger pojechał do Popradu, by sprawdzić, co dzieje się z jego dziewczyną, został poproszony o przywiezienie medykamentów. Czy gdyby na miejscu był lekarz, usłyszałby taką prośbę?

Doktor Kaufmann stał się elementem państwowego oszustwa – i tak jak doktor Weiszlovits musiał się zjawić w Popradzie w dniu odjazdu transportu. Jego nazwiska nie ma na liście spisanej na maszynie 24 marca 1942 roku. Figuruje tylko na końcu oddzielnej listy 99 dziewcząt. Obok jego nazwiska jest uwaga, że był to jedyny lekarz. Na tysiąc „osób”.

ILE CZASU ZAJMUJE załadowanie prawie tysiąca kobiet do pociągu towarowego, złożonego z wagonów bydlęcych? Czy było jeszcze jasno, gdy ostatnia z nich wyszła z budynku i zaciągnęła się rześkim górskim powietrzem, a potem podziękowała Bogu, że ją uwolnił z tych strasznych koszar?

Ta chwila wytchnienia minęła szybko, gdyż strażnicy krzykiem rozkazali im pomaszerować do bocznicy kolejowej niedaleko koszar.

To był najdłuższy pociąg, jaki Edith widziała do tej pory. Nawet pociągi wywożące bydło ze skupu w Humennem były krótsze. To napełniało dziewczęta obawą. „Nie myślałyśmy, że to dla nas” – wspomina Linda Reich. Potem hlinkowcy otworzyli drzwi do bydlęcych wagonów i kazali dziewczynom ładować się do środka.

Kto przy zdrowych zmysłach chciałby się wdrapywać do wnętrza wagonów towarowych? Poza tym nie było żadnych ramp. Owszem, do załadunku bydła zakładano rampy, ale dla istot ludzkich ich zabrakło. Jak tam miały wejść? Drzwi były za wysoko, by mogły tam wdrapać dziewczyny w spódnicach – i jeszcze z bagażem. Żadna nie miała pojęcia, jak się tam dostać. I żadna nie chciała. Wzdrygały się na samą myśl o tym.

Strażnicy zaczęli przeklinać i wrzeszczeć: „Wy żydowskie kurwy88, wy…”. Najmłodsza z sióstr Schwartz, Regina, naiwnie spytała strażnika: „Gdzie nas zabieracie?”. „Na front, żeby niemieccy żołnierze mogli się z wami zabawić” – odparł ze śmiechem hlinkowiec. Tych zimnych mężczyzn nie obchodziło, że dziewczęta zaczęły płakać. Lekarstwem na łzy miały być pejcze. „Był jak zwierzę – wspomina Margie Becker pewnego esesmana, który się jej przyglądał. – Wciąż pamiętam jego niebieskie oczy, przeszywające niebieskie oczy. Wywalił w moim kierunku język” i zdyszanym głosem powiedział po niemiecku: „Teraz też wyciągniecie języki”. To było chamstwo i jednocześnie groźba, że wkrótce będą głodne i spragnione. „To było straszne”.

Choć pierwszy transport wymknął się ze stacji po kryjomu nocą, tydzień później, kiedy trzeci skład opuszczał Poprad, niektórzy rodzice wynajęli samochody, „by być ze swoimi córkami za wszelką cenę, by stanowić z nimi jedność. Dziewczęta ładowano do bydlęcych wagonów, a na każdym widniał napis: «Osiem koni albo czterdzieści osób». To był ostatni raz, kiedy widzieli je zrozpaczeni rodzice – wspomina Ivan Rauchwerger. – Dziewczęta były zdezorientowane i zrozpaczone, wiele płakało”. Nie wydaje się, by dziewczyny z trzeciego transportu były bite czy zmuszane do wejścia do wagonów jak te z pierwszego składu, bo tym razem byli świadkowie załadunku – wielu ludzi, zarówno Żydów, jak i gojów, przyjechało do Popradu, by zobaczyć, jak je zabierają. „Starałyśmy się zachowywać z klasą89, ale nie było sposobu, by dostać się do wagonów w naszych spódnicach czy sukienkach” – mówi Edith. By uniknąć kijów strażników, pomagały jedna drugiej wejść do środka i wciągnąć bagaże bez pomocy tych mężczyzn. Bardziej dojrzałe walczyły o zachowanie zimnej krwi i szacunku do siebie samych. Nastolatki szlochały histerycznie. To były porządne dziewczyny z porządnych domów. Dziewczyny, których ojcowie płacili podatki i przestrzegali prawa. Dziewczyny, które posłusznie zgłosiły się do pracy, bo tak im kazał rząd, choć wiele z nich nie było jeszcze poza domem dłużej niż dzień. Co robiły te miłe dziewczyny w wagonach do przewozu zwierząt na rzeź, wagonach wciąż cuchnących gnojem, uryną i strachem?

Edith i Lea trzymały się blisko siebie, ale Edith mało pamięta z tej jazdy pociągiem. Umysł miała tak sparaliżowany natłokiem złych wrażeń i upokorzeń, że nie przetwarzał już dalszego ciągu tego horroru. Rzeczywistość stała się sennym koszmarem, z którego nie mogła się wybudzić.

DOKTOR WEISZLOVITS90, CHOĆ zwolniony, nie opuścił stacji Poprad od razu. Obserwował, jak kolumna młodych kobiet z bagażami wpychana była do bydlęcych wagonów. Potem pojechał do domu i powiedział żonie, że Słowacja to „nie jest kraj dla dzieci”. Mieli dwunastoletniego syna Jehudę, ale zawczasu przeszmuglowali go na Węgry, gdzie się ukrywał przez resztę wojny. Jehuda przeżył Holokaust. Jego ojciec i matka – nie.

 

Z NASTANIEM WIECZORU I PO załadowaniu ostatnich dziewcząt strażnicy przeszli wzdłuż składu, sprawdzając, czy metalowe zasuwy w drzwiach są należycie zamknięte. Z wnętrza wagonów dochodziły lamenty i błagalne głosy. Mężczyźni walili w drzwi wagonów i szli dalej, machając po sprawdzeniu każdego wagonu. W końcu konduktor zagwizdał, światła sygnalizatora zmieniły się z czerwonego na zielone, a semafor poszedł w górę. Lokomotywa weszła na obroty. Zawiadowca zmienił położenie zwrotnicy i pociąg wytoczył się na główną linię. Kiedy skład zakołysał się, opuszczając stację, zawiadowca zapisał w swoim rejestrze: „Czas odjazdu: 20:20”.

84 telegram z biura Konki: SNA.

85 zgodnie z nowelą numer 255: WL.

86 Data telegramu jest zamazana: SNA.

87 W rzeczywistości był tylko jeden: „Pod numerem porządkowym 1000 deportowany był lekarz Izak Kaufmann”; „Forged Certificate”, YV.

88 Wy żydowskie kurwy: Linda Breder (Reich), USC Shoah.

89 Starałyśmy się zachowywać z klasą: Edith.

90 Doktor Weiszlovits: Women’s International Zionist Organization (WIZO); Yehuda Lahav został światowej sławy dziennikarzem i autorem A Scarred Life.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?