999. Nadzwyczajne dziewczyny z pierwszego transportu kobiecego do AuschwitzTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Tytuł oryginału

999

THE EXTRAORDINARY YOUNG WOMEN

OF THE FIRST OFFICIAL TRANSPORT TO AUSCHWITZ

Copyright © 2020 by Heather Dune Macadam

All rights reserved

Projekt okładki

Paweł Panczakiewicz

www.panczakiewicz.pl

Zdjęcie na okładce

© Archiwum prywatne Edith Grosman

Ilustracjie w tekście i na wkładce

Podjęto wszelkie wysiłki, by zidentyfikować postacie ukazane na fotografiach. Niestety nie udało się ustalić tożsamości wszystkich. Jeśli czytelnik rozpozna którąś z osób pokazanych na zdjęciach, autorka będzie wdzięczna za dalsze informacje, które można przesyłać na jej adres www.renaspromise/education-form.php. Autorka podzieli się tymi informacjami z rodzinami i innymi zainteresowanymi stronami.

Protokoły

Heather Dune Macadam wdzięczna jest USC Shoah Foundation za pozwolenie na wykorzystanie protokołów zeznań złożonych przez następujące osoby: Linda Breder, 1990 i 1996, Ružena Knieža, 1997, Katharina Princz, 1996. Więcej informacji na sfi.usc.edu.

Przekłady

Heather Dune Macadam wdzięczna jest USC Shoah Foundation za pozwolenie na wykorzystanie przekładów zeznań następujących osób: Ružena Knieža, 1997, Katharina Princz, 1996, Tsiporah Tehori, 1997. Więcej informacji na sfi.usc.edu.

Konsultacja naukowa

Urszula Rybicka

Redaktor prowadzący

Adrian Markowski

Redakcja

Renata Bubrowiecka

Korekta

Marta Stochmiałek

Małgorzata Denys

ISBN 978-83-8234-687-9

Warszawa 2021

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Edith

Z pamięcią o Lei i Adeli

Przez większą część historii kobieta była anonimowa.

Virginia Woolf

Miarą każdego społeczeństwa jest to, jak traktuje swoje kobiety i dziewczyny.

Michelle Obama

Kobieta musi sama, własnym wysiłkiem wstąpić w tekst – jak w świat i w historię.

Hélène Cixous1

1 Przekład Anna Nasiłowska, „Teksty Drugie”, 4, 5, 6/1993.

Wstęp

Caroline Moorehead

NIKT NIE ZNA dokładnej liczby ludzi wywiezionych do Auschwitz w latach 1941–1944 i tych, którzy tam zginęli. Większość naukowców przyjmuje, że było ich około miliona. Heather Dune Macadam wie jednak dokładnie, ile kobiet zamknięto w wagonach pierwszego transportu ze Słowacji, który dotarł do obozu 26 marca 1942 roku. Wie też ze żmudnych badań archiwalnych i z wywiadów z ocalałymi, że prawie tysiąc młodych Żydówek, nawet piętnastoletnich, aresztowano w trakcie łapanek w całej Słowacji wiosną 1942 roku; powiedziano im, że zostaną wysłane do prac publicznych w okupowanej Polsce i że wrócą do domu za kilka miesięcy. Ale wróciły tylko nieliczne.

Opierając się na listach przechowywanych w Yad Vashem w Izraelu, zeznaniach z USC Shoah Foundation Visual Archives oraz materiałach ze Słowackiego Archiwum Narodowego, a także na podstawie rozmów z żyjącymi jeszcze kobietami oraz krewnymi tych, które zmarły, Macadam odtworzyła nie tylko historie rodzinne uczestniczek pierwszego transportu, ale też realia ich życia – i okoliczności śmierci – w Auschwitz. Była to praca trudna z powodu braku źródeł i rozmaitości nazwisk oraz przydomków używanych przez jej bohaterki, a także wariantów wymowy i pisowni tych nazwisk. Wraz z upływającym czasem zatarło się wiele szczegółów. Pisanie o Holokauście i obozach śmierci nie jest rzeczą łatwą – jak przyznaje autorka. Ale metoda, jaką wybrała, by odtworzyć sceny i dialogi, czyli powieściowa stylistyka, nadaje jej tekstowi charakter niemalże naocznej relacji.

DOPIERO POD KONIEC zimy z przełomu lat 1940–1941 firma IG Farben usadowiła się w Auschwitz, gdyż okolica ta była dogodna ze względu na połączenia kolejowe, sąsiedztwo kilku kopalń i dostatek źródeł wody, potrzebnych do budowy i działania dużej fabryki gumy i benzyny syntetycznej. Auschwitz przypadła też szczególna rola w „ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej” – stało się miejscem nie tylko gromadzenia siły roboczej, ale też szybkiego mordowania więźniów i sprawnego pozbywania się ich zwłok. Gdy we wrześniu 1941 roku pierwsze eksperymenty z cyjanowodorem – w formie cyklonu B – wykazały jego skuteczność w zagazowaniu 850 więźniów, Rudolf Höss, pierwszy komendant obozu, dostrzegł w tym sposób na rozwiązanie „kwestii żydowskiej”. Ponieważ obozowi lekarze zapewnili go, że gazowanie jest bezkrwawe, doszedł do wniosku, że dzięki temu zaoszczędzi swoim podwładnym stresujących widoków związanych z mordowaniem ludzi.

Najpierw jednak trzeba było ten obóz wybudować. Architekt doktor Hans Stosberg otrzymał polecenie stworzenia odpowiednich planów. Na konferencji w Wannsee 20 stycznia 1942 roku Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy (Reichssicherheitshauptamt, RSHA) ocenił, że w okupowanej Europie mieszkało prawie jedenaście milionów Żydów. Jak stwierdził Reinhard Heydrich, drugi po Heinrichu Himmlerze człowiek w esesmańskiej hierarchii, należało ich „użyć do pracy w jakiś dogodny sposób w ramach ostatecznego rozwiązania”. Za słabi, za młodzi albo za starzy, by pracować, mieli być od razu likwidowani, silniejszych zaś w stosownym momencie też należało zabić, gdyż ta „naturalna elita, jeśliby ją uwolniono, stałaby się potencjalnym rozsadnikiem zarazy prowadzącej do powstania nowego żydowskiego porządku”.

Słowacja była pierwszym satelickim państwem III Rzeszy, z którego nastąpiły deportacje. Przez ponad tysiąc lat była częścią państwa węgierskiego (jako tzw. Górne Węgry), a niepodległość państwową uzyskała dopiero w marcu 1939 roku, po upadku Czechosłowacji. Stało się to w znacznej mierze dzięki poparciu Niemiec, na rzecz których poświęciła sporą część swojej niezależności w zamian za współpracę gospodarczą. Kiedy Jozef Tiso, katolicki ksiądz, został prezydentem kraju, zakazano działalności partii opozycyjnych, sformowano nacjonalistyczne bojówki i rozpalono antysemityzm, przybierający już na sile od chwili napływu żydowskich uciekinierów z Austrii po anszlusie. Liczba Żydów osiągnęła w Słowacji osiemdziesiąt dziewięć tysięcy, co stanowiło 3,4 procent jej ludności.

Rozkaz, by niezamężne Żydówki w wieku od szesnastu do trzydziestu sześciu lat rejestrowały się i zgłaszały z rzeczami osobistymi do punktów zbornych, początkowo nie wywoływał niepokoju, choć kilka przezornych rodzin podjęło desperackie próby ukrycia swych córek. W zasadzie trzeba nawet przyznać, że dla niektórych z tych dziewcząt perspektywa pracy za granicą wydawała się atrakcyjna, zwłaszcza że zapewniano je, że wkrótce wrócą do domu. Ich naiwność pogłębiła jeszcze szok, jaki przeżyły, gdy dotarły do bram Auschwitz.

Tego samego dnia, nieco tylko wcześniej, do Auschwitz przybyło 999 Niemek z Ravensbrück – obozu, w którym przebywało już pięć tysięcy więźniarek i który nie był stanie przyjąć ich więcej. Poddane wcześniej selekcji, miały nadzorować pracę młodych Żydówek przy rozbiórce budynków, oczyszczaniu terenu, robieniu wykopów i transporcie ziemi i materiałów budowlanych, a także przy uprawie roli i hodowli bydła. W ten sposób więźniarki zastępowały mężczyzn, których kierowano do cięższych prac w rozbudowującym się obozie. Pochodzące zwykle z licznych i kochających rodzin, przyzwyczajone do dobrych manier i wygodnego życia, Słowaczki znalazły się nagle w zupełnie innej rzeczywistości, gdzie na nie krzyczano, rozbierano je do naga, golono, trzymano na niekończących się apelach podczas mroźnych poranków, zmuszano do chodzenia na bosaka w błocie oraz walki o racje żywnościowe, poddawano arbitralnemu karaniu i zaganiano do ciężkiej pracy, często prowadzącej do śmierci. Były głodne, chore i wystraszone. Strażniczki z Ravensbrück – jak przyznawał później Höss – „prześcigały swych męskich odpowiedników pod względem surowości, plugawości, mściwości i zdeprawowania”. Do końca 1942 roku zmarły dwie trzecie kobiet z tego pierwszego słowackiego transportu.

Auschwitz zaś wciąż się rozrastało. Napływali do niego Żydzi z całej okupowanej Europy – z Francji, Belgii, Grecji i Jugosławii, Norwegii, a później też z Węgier. Wkrótce do obozu co dwa dni przybywały trzy transporty kolejowe, a każdy pociąg składał się z pięćdziesięciu wagonów towarowych, w każdym wagonie zaś znajdowało się osiemdziesięciu więźniów. W czerwcu 1943 roku działały już cztery krematoria, zdolne spopielić 4736 ciał dziennie. Większość przywożonych do Auschwitz ludzi – całe rodziny, z niemowlętami i małymi dziećmi – szła prosto do komór gazowych przy piecach krematoryjnych.

Ocalałe Słowaczki stawały się jednak coraz silniejsze fizycznie i duchowo. Przyjęły strategię, która umożliwiała im przeżycie – zgłaszały się na ochotnika do najbrudniejszych prac albo chroniły się jako szwaczki, przy hodowli zwierząt lub w obozowej administracji, nabierając biegłości w sztuce codziennej ucieczki przed eksterminacją najsłabszych, chorych czy zbyt wycieńczonych, by pracować. Było to – jak pisze Macadam – balansowanie nad przepaścią. Szczęściary znajdowały zatrudnienie w Kanadzie – tak ironicznie nazywano magazyn własności zrabowanej przyjeżdżającym Żydom, którym polecano zabrać ze sobą potrzebne mienie o wadze od trzydziestu do czterdziestu pięciu kilogramów. Koce, kołdry, okulary, naczynia stołowe, narzędzia medyczne, maszyny do szycia, buty, zegarki, a nawet małe meble piętrzyły się w magazynach, gdzie ekipy najbardziej cwanych albo fartownych więźniów i więźniarek sortowały ten dobytek na zmiany, by przygotować go do załadunku do pociągów odjeżdżających do Niemiec. Ocenia się, że co tydzień wysyłano do Berlina dwa kontenery – ważące po tonie każdy – z kosztownościami i wartościowymi przedmiotami.

 

Przez długi czas rodziny słowackich więźniarek nie miały pojęcia, dokąd pojechały ich córki. Dotarło do nich kilka kartek pocztowych z jakimiś aluzjami dotyczącymi śmierci, ale tak zawoalowanymi, że wielu rodziców przekonywało samych siebie, że córki są bezpieczne i mają opiekę. Mijały jednak miesiące i obawy narastały, tym bardziej że po kolejnych wywózkach znikały całe rodziny. Jeden z najbardziej przejmujących fragmentów książki Macadam mówi o tym, jak krewni więźniarek przyjeżdżali do Auschwitz, gdzie witani byli przez nie z przerażeniem, bo zbyt dobrze wiedziały, jaki los spotka ich rodziców i rodzeństwo.

Wiele już napisano o Auschwitz, o walce o przetrwanie, zmaganiach z tyfusem, o gazowaniu ludzi i coraz gorszych warunkach życia, głodzie i brutalności strażników. Macadam również nie unika tej tematyki. Takie książki mają podstawowe znaczenie: przypominają dzisiejszym czytelnikom o wydarzeniach, które nigdy nie powinny być zapomniane.

Książka ta jednak jest cenna również dlatego, że ukazuje tło słowackich deportacji. Mówi o życiu tamtejszych wspólnot żydowskich przed wojną, o narastaniu ich prześladowań i nieświadomości rodzin przygotowujących swe córki do wywózki. Opisuje też sugestywnie smutek tych nielicznych, które przetrwały i wróciły do domu – a ich rodzice już nie żyli; ich sklepy zabite były deskami, a domy i własność rozgrabione przez sąsiadów. Z przedwojennej żydowskiej ludności Słowacji – liczącej około siedemdziesięciu tysięcy osób – ponad osiemdziesiąt procent straciło życie, a powojenny jednopartyjny reżim komunistyczny zakazał wszelkich dyskusji o Holokauście. Te z pierwszego transportu opuszczały kraj jeszcze jako dziewczęta. Po trzech i pół roku wróciły jako stare kobiety, bo widziały, przecierpiały i przeżyły aż za wiele. Jednak sam fakt, że udało im się przeżyć, czynił je podejrzanymi – co takiego zrobiły, na jakie moralne kompromisy poszły, że nie zginęły razem ze swymi towarzyszkami?

JEST NA KOŃCU tej książki scena, która na długo pozostaje w pamięci. Jedna z ocalałych kobiet, Linda, po opuszczeniu Auschwitz i przetrwaniu marszu śmierci, który kosztował życie wiele więźniarek, pokonawszy granice różnych krajów pogrążonych w chaosie i zniszczeniach pozostawionych przez wojnę, narażona wciąż na ryzyko zgwałcenia, odnajduje w końcu pociąg jadący do domu. Wagony zapchane są do granic możliwości przez uchodźców, więc wdrapuje się na dach jednego z nich i stamtąd rozgląda się po krajobrazie niepociętym liniami drutów kolczastych, bez wież strażniczych i uzbrojonych wartowników. Zdaje sobie sprawę, że jest wolna; jest już wiosna i zielenią się drzewa.

Od autorki

„NIE MA CO opowiadać, za późno” – powiedziała po niemiecku Ružena Gräber Knieža. W słuchawce zatrzeszczało. Mój mąż, który pomagał mi jako tłumacz, wzruszył ramionami. W tamtym czasie Ružena była jedyną ocalałą z pierwszego słowackiego transportu do Auschwitz, na jaką natrafiłam; miała numer obozowy 1649. Kilka miesięcy wcześniej zgodziła się na wywiad o pierwszych dziewczynach w obozie. Niestety problemy ze zdrowiem nie pozwoliły mi wtedy na lot do Szwajcarii, by z nią porozmawiać. No a teraz to ona była chora.

Spróbowałam jej wyjaśnić, że najbardziej zależało mi na rozmowie o Słowacji i o tym, jak ona i inne dziewczęta zostały zebrane i zdradzone przez słowackie władze. Westchnęła i powiedziała: „Nie chcę już przed śmiercią myśleć o Auschwitz”. Trudno się dziwić: miała wtedy dziewięćdziesiąt dwa lata.

Posłałam jej kartkę z podziękowaniami, a potem odnalazłam jej zeznanie na USC Shoah Visual Archive. Jest po niemiecku. Można je przetłumaczyć, ale w archiwum Shoah nie znalaz­łam odpowiedzi na pytania, które mnie nurtowały i rodziły się od chwili, gdy w 1992 roku spotkałam się i pracowałam z Reną Kornreich Gelissen, ocalałą z tego pierwszego transportu. Było to ponad dwadzieścia pięć lat temu. Od chwili gdy napisałam Rena’s Promise, członkowie rodzin kobiet z tamtej wywózki podzielili się ze mną wieloma historiami o ich kuzynkach, ciotkach, matkach i babkach. Ale informacje te spowodowały, że powstało we mnie jeszcze więcej pytań. Nagrałam i sfilmowałam te wywiady, jednak wśród członków rodzin nie było żadnej ocalałej więźniarki, więc wiele kwestii pozostało nierozwiązanych. Oczywiście rozumiałam, że bliscy nie chcieli narażać tych starszych kobiet na powrót do wspomnień z piekła. Ja też nie chciałam nikogo ranić, zadając bolesne pytania, przez które trzeba było wrócić do przeszłości.

Jakiś rok po rozmowie z Ruženą wysłałam maile do krewnych z następnej generacji rodzin więźniarek (2G). Zapytałam, czy ktoś nie chciałby podążyć śladem swych matek i babek trasą ze Słowacji do Auschwitz z okazji siedemdziesięciopięciolecia przybycia pierwszego transportu. Zainteresowanie tą propozycją wyraziło tylko kilka osób, ale w końcu zebrała się grupka z trzech rodzin: synowie Erny i Feli Dranger z Izraela (Avi i Akiva), rodzina Idy Eiger Newman z Ameryki (Tammy i Sharon oraz dzieci Tammy’ego – Daniella i Jonathan) oraz córka Marty F. Gregor (Orna z Australii). Potem na kilka tygodni przed naszym ustalonym spotkaniem dowiedziałam się, że dziewięćdziesięciodwuletnia Edith Friedman Grosman (numer 1970) ma być gościem honorowym na obchodach siedemdziesięciopięciolecia deportacji. Kilka dni później rozmawiałam z Edith przez FaceTime. Dogadałyśmy się od razu i powiedziała, że bardzo chętnie spotka się ze mną i moją ekipą filmową na Słowacji. Upłynęły jeszcze dwa tygodnie, zanim usiadłyśmy w hotelowym pokoju utrzymanym w stylu wczesnosowieckim, z poszarzałymi białymi ścianami udekorowanymi bogatym szlaczkiem pod sufitem. Zadałam jej pytania, których nie umiałam zadać Renie Kornreich (numer 1716) dwadzieścia pięć lat wcześniej.

Podobnie jak Rena, Edith jest osobą energiczną, błyskotliwą, o ciętym dowcipie. Czas spędzony na Słowacji był jak trąba powietrzna, która przeniosła nas do koszar, gdzie trzymano Edith razem z innymi dziewczętami, i na stację kolejową, z której je wywieziono. W czasie obchodów spotkałyśmy się z prezydentem i premierem Słowacji, ambasadorem Izraela w Republice Słowackiej i z dziećmi innych ocalałych. A potem była masa łez i uścisków wymienianych między członkami grupy drugiej generacji, z którą podróżowałam, i rodzinami drugiej generacji ze Słowacji. Pod koniec tego tygodnia mąż powiedział mi: „To nie jest zwykła dokumentacja. Musisz napisać książkę”.

Pisanie o Auschwitz nie jest łatwe. Nie należy do przedsięwzięć, na które łatwo się zdecydować, ale mając obok siebie Edith, postanowiłam spróbować. Nie będzie to jednak książka do końca wspomnieniowa. Będzie poświęcona im wszystkim – czy raczej tym wszystkim, o których zdołałam zebrać jakieś informacje. W Kanadzie odnalazłam inną byłą więźniarkę, Ellę Rutman (numer 1950), i poleciałam do Toronto, by skontaktować dwie ocalałe. Edith i Ella pamiętały się nawzajem, ale nawet mimo zaawansowanego wieku zachowały jakiś dystans. Kiedy rozmawiały po słowacku, Edith spoglądała na mnie z pewną boleścią. To nie była ciepła więź, jak sobie to wyobrażałam. Zdałam sobie sprawę, że gdy były w Auschwitz, Edith nie lubiła Elli. Panie były powściągliwe do chwili, gdy zaczęły oglądać przez szkło powiększające numery na swych przedramionach. „Ja już nie widzę swojego numeru, tak wyblakł” – westchnęła Edith. Wspomnienia też wyblakły. Ale prawda nie zniknęła, wciąż istnieje, jeśli się wie, gdzie jej szukać.

Pewnego dnia oglądałam z Edith stare zdjęcia i dostrzegłam na nich twarz Ruženy Gräber Kniežy. „Znasz Ruženę?” – spytałam. „No pewnie! – odpowiedziała, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. – Uczyłyśmy się razem po wojnie i zaprzyjaźniłam się z nią, a także z jej mężem Emilem Kniežą2. Był pisarzem jak mój mąż. Odwiedziliśmy ich w Szwajcarii”. No i krąg się zamknął.

WIELE Z TYCH KOBIET znało się jeszcze sprzed Auschwitz – ze swych miast czy wsi, szkół albo synagog. Jednak w zeznaniach znajdujących się w USC Shoah Archive rzadko pojawiają się ich panieńskie nazwiska. Czasami jakaś ocalała wspominała współwięźniarkę pod jej przezwiskiem albo dawała tylko opis fizyczny jakiejś przyjaciółki, więc trudno potwierdzić, czy mówiła o kimś z pierwszego transportu. Zeznania Margie Becker (numer 1955) należą do tych rzadkich dokumentów, w których prawie ciągle padają pełne nazwiska dziewcząt, z którymi ona i Edith się wychowywały, a dzięki klasowej fotografii Edith była w stanie zidentyfikować większość z nich. Nigdy nie zdarzyło mi się spytać Edith, czy zna Ruženę, zanim nie zobaczyłam ich razem na szkolnej fotografii, gdyż przy nazwisku Ruženy na liście deportowanych jest adnotacja, że pochodzi z innego miasta. Nie wiedziałam, że jako młoda dziewczyna mieszkała w Humennem.

Kiedy dopinałam już finalną wersję tej książki, odezwał się brzęczyk poczty elektronicznej. Dostałam maila:

Moja babcia była w pierwszym transporcie. Pamiętam historie, które mi opowiadała. Napisała książkę o tej deportacji, ale potem zrezygnowała z wydania, twierdząc, że nikt jej nie uwierzy. Pierwsza strona jej spisanej relacji zachowała się i mam ją u siebie. Babcia nazywała się Kornelia Gelbová, ze słowackiego miasta Humenné. Urodziła się w 1918 roku.

Po chwili otworzyłam plik, w którym zapisałam nazwiska wszystkich dziewczyn, ich wiek i miejsce pochodzenia – i miałam już przed oczami nazwisko Kornelia Gelbová. Na liście przechowywanej w Yad Vashem miała numer 232. Jeszcze ciekawsze było to, że jej siostra wspomniana została w zeznaniu Ruženy Gräber Kniežy. Były razem w Ravensbrück. Obie dziewczyny figurowały na tej samej stronie listy, tak jak trzy inne, które dobrze poznamy: Edith i Lea Friedman i ich przyjaciółka Adela Gross. I na tej też stronie widniały nazwiska dwóch dziewcząt, o których już wspomniałam: Reny Kornreich i Erny Dranger.

Jedną z moich największych trosk podczas pisania tej książki było zachowanie historycznej dokładności. Wciąż martwiłam się o precyzyjne datowanie i zachowanie właściwej chronologii wydarzeń. Ale Edith zapewniała mnie, że nigdy nie zrobię wszystkiego perfekcyjnie. „Nikt nie zrobi wszystkiego idealnie. To za duża sprawa, wszystkiego nie da się zrobić. A jak nie znajdziesz właściwej daty, to co? Zdarza się. Wystarczy to, co zrobiłaś”.

Mogę mieć tylko nadzieję, że mówiła prawdę.

Historia ta składa się z wielu wątków. Jej rdzeniem są wywiady ze świadkami, ocalałymi, ich rodzinami oraz zeznania przechowywane w USC Shoah Archive. W celu uzupełnienia tych osobistych historii oraz zarysowania politycznej atmosfery tamtych czasów wykorzystałam literaturę wspomnieniową oraz książki o Holokauście. Moim celem było stworzenie jak najpełniejszego obrazu dziewcząt i młodych kobiet z tego pierwszego „oficjalnego” transportu żydowskiego do Auschwitz. Jednym ze środków, którymi się posłużyłam, była beletryzacja narracji. Jeśli natraficie w tej książce na dialogi w cudzysłowie, możecie być pewni, że to dokładne cytaty z wywiadów z ocalałymi lub świadkami przytaczającymi rozmowy, które sami odbyli lub które podsłuchali. W innych przypadkach użyłam pauz (myślników), by oznaczyć dialogi mojego autorstwa, wprowadzone po to, by zilustrować lub dookreślić jakąś scenę. Robiłam to tylko wtedy, gdy jakaś rozmowa lub dyskusja została co prawda wspomniana w zeznaniach, ale pobieżnie lub niedosłownie.

Jestem głęboko wdzięczna Edith Grosman i jej rodzinie, a także rodzinom Grossów, Gelissenów i Brandelów, którzy traktowali mnie jak honorową krewną i dopuścili mnie do swoich rodzinnych spraw. „Jesteś jak nasza kuzynka” – powiedziała mi Edith na przyjęciu z okazji jej dziewięćdziesiątych czwartych urodzin. Towarzyszyli jej wtedy syn, synowa, wnuki i prawnuki. Jest to wielki zaszczyt stać się częścią historii tych kobiet, ich rzeczniczką i kronikarką. Były nastolatkami, gdy wywieziono je do Auschwitz. Tylko kilka wróciło do domu. Historia tych dziewczyn ze Słowacji jest hołdem dla wszystkich kobiet i dziewcząt na całym świecie. To ich historia.

2 Emil Knieža: Autor Šiestý prápor na stráž! („Szósty batalion baczność!”, 1964), Kóšer rota („Koszerny pluton”, 1966), Mušketieri žltej hviezdy („Muszkieterowie żółtej gwiazdy”, 1967). Knieža w czasie wojny walczył w partyzantce.