PodziemieTekst

Autor:Zespół autorów
Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W serii ukazały się ostatnio:

Karolina Baca-Pogorzelska, Michał Potocki Czarne złoto. Wojny o węgiel z Donbasu

Maciej Wasielewski Jutro przypłynie królowa (wyd. 2)

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u (wyd. 2)

Anna Sulińska Olimpijki

Wojciech Górecki, Bartosz Józefiak Łódź. Miasto po przejściach

Lidia Ostałowska Farby wodne (wyd. 2)

Albert Jawłowski Miasto biesów. Czekając na powrót cara

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja (wyd. 2)

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii (wyd. 2)

Swietłana Aleksijewicz Ostatni świadkowie. Utwory solowe na głos dziecięcy (wyd. 2)

Patrick Radden Keefe Cokolwiek powiesz, nic nie mów. Zbrodnia i pamięć w Irlandii Północnej

Piotr Lipiński Kroków siedem do końca. Ubecka operacja, która zniszczyła podziemie

Karolina Przewrocka-Aderet Polanim. Z Polski do Izraela (wyd. 2 zmienione)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość (wyd. 2 zmienione)

Ludwika Włodek Gorsze dzieci republiki. O Algierczykach we Francji

Peter Robb Sycylijski mrok (wyd. 2)

Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi pod red. Małgorzaty Nocuń (wyd. 2)

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu (wyd. 2)

Barbara Seidler Pamiętajcie, że byłem przeciw. Reportaże sądowe (wyd. 2)

Tomasz Grzywaczewski Wymazana granica. Śladami II Rzeczpospolitej

Jacek Hołub Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci (wyd. 2)

Piotr Lipiński Cyrankiewicz. Wieczny premier (wyd. 2)

Birger Amundsen Harald. Czterdzieści lat na Spitsbergenie

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 4)

Małgorzata Sidz Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii (wyd. 2)

Ewa Stusińska Miła robótka. Polskie świerszczyki, harlekiny i porno z satelity

Marcelina Szumer-Brysz Wróżąc z fusów. Reportaże z Turcji (wyd. 2)

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Łukaszenka. Niedoszły car Rosji (wyd. 2 zmienione)

Dawid Krawczyk Cyrk polski

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju (wyd. 2 zmienione)

Peter Hessler Pogrzebana. Życie, śmierć i rewolucja w Egipcie

Peter Hessler Przez drogi i bezdroża. Podróż po nowych Chinach (wyd. 2)

Thomas Orchowski Wyspa trzech ojczyzn. Reportaż z podzielonego Cypru

W serii ukażą się m.in.:

Drauzio Varella Więźniarki

Paweł Smoleński Balagan. Alfabet izraelski (wyd. 2)


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Tytuł oryginału angielskiego Underground

Przekład z języka angielskiego został dokonany na prośbę autora.

Angielska wersja będąca podstawą przekładu funkcjonuje na prawach oryginału.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by Rolls Press / Popperfoto / Getty Images

Copyright © 1997 Haruki Murakami

All rights reserved

Originally published by Kodansha Ltd.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2021

Copyright © for the Polish translation by Michał Kłobukowski, 2021

Opieka redakcyjna Przemysław Pełka

Redakcja Małgorzata Tarnowska

Konsultacja japonistyczna dr Krzysztof Olszewski

Korekta Katarzyna Juszyńska, Jadwiga Makowiec

Skład Agnieszka Frysztak / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-210-5

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Część pierwsza Podziemie

Część druga Miejsce obiecane

Posłowie

Od wydawcy

Przypisy

Kolofon


Plan tokijskiego metra. Zaznaczono linie, które stały się celem zamachu gazowego w poniedziałek, 20 marca 1995 roku

Część pierwsza Podziemie

Przedmowa[1]

Pewnego popołudnia kartkowałem czasopismo i złapałem się na tym, że wpatruję się w stronicę z listami od czytelników. Nie bardzo pamiętam, czemu w ogóle rzuciłem na nią okiem. Widocznie miałem za dużo czasu. Rzadko biorę do ręki pisma w rodzaju „Ladies’ Home Journal”[2], a jeszcze rzadziej czytam listy do redakcji.

Jeden list przykuł jednak moją uwagę. Napisała go kobieta, której mąż stracił pracę wskutek zamachu gazowego w Tokio. Codziennie dojeżdżał metrem do pracy i miał nieszczęście wsiąść do jednego z wagonów, do których podrzucono sarin[3]. Zemdlał i trafił do szpitala, lecz nawet po kilku dniach rekonwalescencji wciąż miał późne objawy i nie mógł z powrotem złapać rytmu pracy. Początkowo okazywano mu wyrozumiałość, z czasem jednak szef i koledzy zaczęli z niego szydzić. Nie mogąc dłużej znieść lodowatej atmosfery, zrezygnował z posady, czując, że go do tego prawie zmuszono.

Tamto czasopismo gdzieś się tymczasem zapodziało, więc nie mogę wiernie zacytować listu, ale miał on mniej więcej taką treść. O ile pamiętam, nie brzmiał zbyt żałośnie ani nie był gniewną tyradą. Przypominał raczej ledwie dosłyszalną skargę. „Jakim cudem w ogóle mogło nam się to przytrafić?” – zastanawiała się autorka, nie umiejąc się pogodzić z tym, co jak grom z jasnego nieba spadło na jej rodzinę.

Ten list mną wstrząsnął. Uświadomił mi, że są ludzie, w których psychice tamto zdarzenie pozostawiło trwałe blizny. Było mi ich szczerze żal, chociaż wiedziałem, że autorce listu i jej mężowi nic po moim współczuciu. Cóż jednak więcej mogłem zrobić?

Zapewne westchnąłem i przewróciłem kartkę, tak jak większość ludzi.

Potem jednak złapałem się na tym, że wspominam ten list. Słowa „jakim cudem to się w ogóle mogło…” tkwiły mi w głowie jak wielki znak zapytania. Jakby nie dość było tego, że mąż autorki listu zupełnie przypadkowo padł ofiarą przemocy, to jeszcze ucierpiał wskutek wtórnej wiktymizacji (pospolitego nękania, które w korporacjach jest powszechnym zjawiskiem). Dlaczego nikt w żaden sposób temu nie zaradził? W końcu zaczął mi się z tego układać całkiem inny obraz.

Koledzy z pracy, nie wiedzieć czemu, uwzięli się właśnie na tego młodego salarymana[4] („O, idzie ten kolo, co go wyratowali z tamtego dziwnego zamachu”). Nie miał szans zrozumieć ich zachowania. Pewnie nawet do niego nie dotarło, że traktują go jak wroga. Pozory myliły. Zapewne uważał się za stuprocentowego Japończyka, niczym nieróżniącego się od innych.

Chciałem się dowiedzieć czegoś o kobiecie, która w liście do redakcji opisała przypadek swojego męża. Pragnąłem dogłębnie zbadać, jak społeczeństwo japońskie mogło się dopuścić tego rodzaju podwójnej przemocy.

Niebawem postanowiłem przeprowadzić wywiady z ocalonymi z zamachu.

Prowadziłem je przez prawie rok – od początku stycznia do końca grudnia 1996. Większość rozmów trwała godzinę lub dwie, ale niektóre przeciągały się do czterech. Wszystkie nagrywałem.

Nagrania spisano z taśm, więc oczywiście powstało mnóstwo tekstu pełnego meandrycznych dygresji oraz rwących się i powracających wątków. Brzmiało to w sumie jak mowa potoczna. Tekst zredagowano, przekomponowano, a tam, gdzie to było konieczne, przeformułowano, żeby się go łatwiej czytało, dzięki czemu zyskał postać strawnego maszynopisu objętości książki. Przy niektórych fragmentach miałem wrażenie, że w wersji spisanej są luki, więc musiałem jeszcze raz słuchać nagrań.

Tylko jedna osoba nie pozwoliła nagrać rozmowy. Wprawdzie przez telefon uprzedziłem, że rejestruję wywiad, lecz gdy wyjąłem z torby magnetofon, rozmówca oświadczył, że tego nie było w umowie. Przez dwie godziny ręcznie notowałem nazwiska, nazwy i liczby, a po powrocie do domu natychmiast zacząłem zapisywać to, co zapamiętałem z wywiadu, i skończyłem dopiero po paru godzinach. (Byłem mile zdziwiony, że moja po ludzku zawodna pamięć zdołała z garści notatek odtworzyć całą rozmowę; dla zawodowych reporterów to zapewne chleb powszedni, ale dla mnie była to nowość). W końcu jednak i tak nie pozwolono mi zamieścić tego wywiadu w książce, więc mój trud poszedł na marne.

 

Dwaj asystenci – Setsuo Oshikawa i Hidemi Takahashi – pomogli mi dotrzeć do rozmówców. Stosowaliśmy przy tym dwie metody: szukanie w mediach informacji o „ofiarach gazowego zamachu w Tokio” i rozpytywanie pocztą pantoflową. Prawdę mówiąc, okazało się to trudniejsze, niż się spodziewałem. Myślałem, że skoro metrem tokijskim jechały tamtego dnia tłumy pasażerów, łatwo będzie przeprowadzić wywiady. Podczas procesu nie było przecież formalnego zakazu publikowania „zeznań osób postronnych”. Sąd i policyjni śledczy musieli chronić prywatność poszkodowanych. Ten sam obowiązek miały szpitale. Jedynym punktem wyjścia były dla nas zamieszczane w gazetach wykazy osób hospitalizowanych w dniu zamachu. Podano w nich same nazwiska, bez adresów ani numerów telefonów.

Jakoś sporządziliśmy listę siedmiuset nazwisk, ale zdołaliśmy zidentyfikować zaledwie dwadzieścia procent osób. No bo jak tu odnaleźć Ichiro Nakamurę, czyli japońskiego Johna Smitha? A nawet gdy udawało nam się dotrzeć do kogoś spośród tych stu czterdziestu paru poszkodowanych, których zidentyfikowaliśmy, większość odmawiała udzielenia wywiadu, mówiąc: „Wolę zapomnieć o tym całym zdarzeniu”, „Nie chcę mieć nic do czynienia z Ōmu Shinrikyō” albo „Nie ufam mediom”. Nie zliczyłbym, ile osób rzuciło słuchawką na samą wzmiankę o publikacji wywiadu. Ze stu czterdziestu zapytanych w końcu tylko czterdzieści procent zgodziło się porozmawiać.

Po aresztowaniu elity Ōmu mniej osób bało się zemsty, nadal jednak raz po raz spotykaliśmy się z odmową, którą uzasadniano, mówiąc na przykład: „Mam niezbyt poważne objawy, więc nie warto, żebym się wypowiadał”. W niejednym przypadku sami poszkodowani gotowi byli rozmawiać, lecz sprzeciwiali się temu ich krewni („Nie wciągaj nas w to”). Urzędnicy i pracownicy instytucji finansowych też nie rwali się do rozmów.

Przeprowadziliśmy stosunkowo niewiele wywiadów z kobietami – z tego prostego powodu, że trudniej było do nich dotrzeć, idąc wyłącznie tropem nazwiska. Niezamężne młode kobiety w Japonii nie lubią, kiedy nieznajomi zasypują je pytaniami (to tylko mój domysł). Niektóre jednak odpowiedziały „mimo sprzeciwu rodziny”.

Spośród tysięcy ofiar znaleźliśmy więc raptem sześćdziesięciu chętnych do rozmowy, a i to wymagało od nas wielkiego poświęcenia.

Po spisaniu wywiadów ich bruliony rozesłano poszczególnym rozmówcom w celu sprawdzenia faktów. Dołączałem kartkę z prośbą, żeby dali mi znać, jeżeli znajdą w tekście coś, czego „woleliby nie zobaczyć w druku”, i czy tekstów nie trzeba skrócić lub w jakiś inny sposób zmienić. Prawie wszyscy zażądali zmian albo cięć, a ja spełniłem te żądania. W wielu wypadkach ocenzurowane fragmenty rzucały światło na pewne szczegóły z życia indagowanych osób, więc jako pisarzowi żal mi było z nich rezygnować. Niekiedy wysuwałem kontrpropozycję do zaaprobowania. Niektóre wywiady wędrowały tam i z powrotem aż pięć razy. Dołożyliśmy wszelkich starań, żeby uniknąć klasycznej sytuacji, w której człowiek po udzieleniu wywiadu czuje, że dziennikarz go wykorzystał, więc ze skwaszoną miną kręci głową, mówiąc: „Nie tak miało być” albo „Nadużyliście mojego zaufania”. Wszystko to zabierało wiele czasu.

Dzięki tak misternej i pracowitej przygrywce mieliśmy w sumie sześćdziesiąt dwa wywiady, ale – jak już wspomniałem – dwie osoby w ostatniej chwili cofnęły zgodę, a te akurat rozmowy były szczególnie ostre i znaczące. Kiedy na tak późnym etapie usuwałem gotowe teksty, naprawdę czułem, że wycinam sobie kawałki ciała. Ale cóż – odmowa jest odmową, zwłaszcza że od początku obiecywaliśmy uszanować wolę rozmówców.

Innymi słowy, każda wypowiedź w tej książce jest całkowicie dobrowolnym wkładem. Dodam z wielką przyjemnością i wdzięcznością, że dla ostatecznego potwierdzenia prawie wszyscy zgodzili się podpisać prawdziwym nazwiskiem, co nadaje wielekroć większą wagę ich słowom, gniewowi, oskarżeniom, cierpieniu… (Nie żebym lekceważył tych kilkoro, którzy z takich czy innych powodów osobistych podpisali się pseudonimami).

Każdy wywiad zaczynałem od pytania o przeszłość: miejsce urodzenia, wychowanie, rodzinę, pracę (zwłaszcza o pracę), żeby dać rozmówcy „twarz” i wyostrzyć jej rysy. Z całą pewnością nie chciałem zgromadzić chóru odcieleśnionych głosów. Chyba można złożyć na karb mojego powieściopisarskiego skrzywienia zawodowego to, że mniej interesuje mnie tak zwany „szerszy obraz” niż konkretne, nieupraszczalne człowieczeństwo pojedynczej osoby. Niewykluczone, że nieproporcjonalnie wielką część każdego dwugodzinnego wywiadu poświęciłem na pozór nieistotnym szczegółom, ale chciałem w ten sposób przybliżyć czytelnikom mówiącą „postać”. Oczywiście sporo z tego dodanego wymiaru nie doczekało się druku.

Japońskie media zbombardowały nas tyloma dogłębnie nakreślonymi sylwetkami winowajców z sekty Ōmu, czyli „zamachowców”, komponując uwodzicielsko gładki scenariusz, że przeciętny obywatel, czyli „poszkodowany”, został zepchnięty na margines. „Przechodnia X” można było dostrzec jedynie mimochodem. „Pomniejsze” relacje ze zdarzenia rzadko przytaczano w sposób przykuwający uwagę. Te nieliczne, które jednak trafiły do mediów, oprawiono w kontekst, tak że nabrały cech schematycznych przypisów. Dziennikarze chcieli zapewne stworzyć zbiorowy wizerunek „niewinnego japońskiego cierpiętnika”, a znacznie łatwiej to zrobić, kiedy nie trzeba się zajmować prawdziwymi twarzami. A zresztą klasyczny podział na „wstrętnych (widocznych) łotrów” i „zdrową (pozbawioną twarzy) ludność” jest wdzięczniejszym tematem.

I właśnie dlatego chciałem w miarę możności uniknąć powielania wszelkich wzorców; podkreślić, że każdy, kto tamtego ranka jechał metrem, miał twarz, życie, rodzinę, nadzieje i obawy, rozterki i dylematy, a wszystkie one odegrały jakąś rolę w tym całym dramacie.

Kiedy już odkryłem w rozmówcy prawdziwego człowieka, mogłem się zająć samymi wydarzeniami. „Jaki był dla pana tamten dzień?”, „Co pani widziała/przeżywała/czuła?”. Jeżeli miałem wrażenie, że nie będzie to niestosowne, pytałem jeszcze: „W jaki sposób ucierpiał pan (fizycznie lub psychicznie) wskutek zamachu gazowego?” i „Czy te dolegliwości wciąż trwają?”.

Poszczególne osoby ucierpiały wskutek zamachu gazowego w bardzo zróżnicowanym stopniu. Niektórym stała się niewielka krzywda, podczas gdy prawdziwi pechowcy umarli albo do dziś dokuczają im ciężkie dolegliwości. Wiele ofiar początkowo nie miało żadnych poważnych objawów, lecz potem rozwinął się u nich zespół stresu pourazowego.

Przeprowadzałem wywiady nawet z osobami, którym sarin prawie wcale nie zaszkodził. Oczywiście ci, którzy doznali tylko niewielkich obrażeń, szybciej wrócili do codziennego życia, lecz i oni niejedno mieli do opowiedzenia. Mówili o swoich lękach i o tym, jaką z tej całej historii wynieśli naukę. Pod tym względem nie przeprowadzałem wśród nich żadnej selekcji[5].

Nie wolno pominąć człowieka tylko dlatego, że ma jedynie „lekkie objawy”. Dla każdego, kogo dotknął zamach gazowy, 20 marca był ciężkim, męczącym dniem.

Czułem też, że jeżeli chcemy zrozumieć całe to zdarzenie, musimy ujrzeć w prawdziwym świetle wszystkich poszkodowanych bez względu na to, jak bardzo ucierpieli. Czytelnikowi pozostawiam wysłuchanie ich, a potem osąd. Ale najpierw proszę sobie wyobrazić…

Jest poniedziałek, 20 marca 1995 roku. Pogodny wiosenny ranek. Jeszcze ostro zawiewa, więc ludzie są zakutani w płaszcze. Wczoraj była niedziela, jutro będzie wiosenna równonoc, święto państwowe. W samym środku tego czasu, który powinien być długim weekendem, człowiek pewnie sobie myśli: „Wolałbym nie musieć iść dzisiaj do pracy”. Ale nie ma zmiłuj. Wstaje o zwykłej porze, myje się i ubiera, je śniadanie i rusza na stację metra. Wsiada do pociągu, jak zwykle zatłoczonego. Dzień jak co dzień. Zanosi się na to, że będzie taki jak wszystkie. Dopóki pięciu zamaskowanych mężczyzn nie zacznie szturchać podłogi zaostrzonymi końcami parasoli, przekłuwając plastikowe worki z dziwnym płynem…

Tokijska kolej podziemna
Linia Chiyoda
Pociąg A725K

Sarin w pociągu linii Chiyoda kazano podłożyć dwóm ludziom: Ikuo Hayashiemu i Tomomitsu Niimiemu. Głównym sprawcą zbrodni był Hayashi, a Niimi tylko szoferem.

Nie udało się wyjaśnić, dlaczego to zadanie powierzono właśnie Hayashiemu – doświadczonemu lekarzowi, zasłużonemu na „pierwszej linii frontu” w ministerstwie nauki i techniki[6]. On sam twierdzi, że zapewne chciano mu w ten sposób zamknąć usta. Wplątanie w sprawę zamachu gazowego miało mu odciąć drogę odwrotu. Za wiele już wtedy wiedział. Był wprawdzie oddany Shōkō Asaharze, lecz ten przywódca sekty Ōmu najwyraźniej mu nie dowierzał. Hayashi tak oto wspominał chwilę, gdy Asahara kazał mu rozpylić sarin w metrze:

– Poczułem, że serce łomocze mi w piersi, bo i gdzieżby miało bić, jeżeli nie tam?

O 7.48 wsiadł do pierwszego wagonu pociągu linii Chi-yoda, który jechał z Kita Senju (północno-wschodniego przedmieścia Tokio) na południowy zachód, czyli w stronę przedmieścia Yoyogi Uehara. Na stacji Shin-Ochanomizu w śródmiejskiej dzielnicy biurowców przekłuł plastikowy worek z sarinem i wysiadł z wagonu. U wyjścia ze stacji czekał na niego w samochodzie Niimi. Wrócili autem do lokalnej siedziby (zwanej ajid) sekty Ōmu w dzielnicy Shibuya. Zadanie było wykonane. Hayashi nie mógł się od niego wywinąć. „To tylko joga Mahamudry” – powtarzał sobie. Mahamudra była nieodzowną praktyką na drodze do stanu Prawdziwego Oświeconego Mistrza.

Na pytanie adwokatów Asahary, czy mógłby odmówić udziału w zamachu, gdyby chciał, Hayashi odpowiedział:

– Gdyby to było możliwe, zamach gazowy w Tokio nigdy by nie doszedł do skutku.

Hayashi urodził się w 1947 roku jako drugi syn tokijskiego lekarza. Już w gimnazjum zaczęto go przygotowywać do studiów na uniwersytecie Kei’ō – jednej z dwóch najlepszych prywatnych uczelni w Tokio. Po ukończeniu medycyny podjął pracę w szpitalu Kei’ō jako specjalista od chorób układu sercowo-naczyniowego, po czym został ordynatorem oddziału chorób układu krążenia w Narodowym Sanatorium i Szpitalu w Tokaimurze na terenie prefektury Ibaraki, na północ od Tokio. Zalicza się do warstwy społeczeństwa, którą Japończycy nazywają „superelitą”. Jest zadbany, kulturalny i emanuje właściwą zawodowcom pewnością siebie. Miał wrodzony talent do uprawiania sztuki lekarskiej. Rzedną mu wprawdzie włosy na czubku głowy, lecz tak jak większość starszyzny sekty Ōmu ma zgrabną sylwetkę i patrzy prosto przed siebie, chociaż mówi monotonnie i jakby pod przymusem. Słuchając jego zeznań w sądzie, odniosłem silne wrażenie, że tłumi jakieś uczucia.

Gdzieś po drodze Hayashi chyba musiał głęboko zwątpić w swój zawód lekarza, a gdy zaczął szukać odpowiedzi poza obrębem ortodoksyjnej nauki, dał się uwieść charyzmatycznemu przewodnictwu Shōkō Asahary i nagle wstąpił do sekty Ōmu. W 1990 roku zrezygnował z posady i razem z rodziną zanurzył się w życiu religijnym. Dwojgu jego dzieciom obiecano zapewnić specjalne wykształcenie w obrębie sekty. Koledzy ze szpitala ubolewali nad tym, że tracą tej miary specjalistę, więc próbowali go zatrzymać, on jednak już podjął decyzję. Zachowywał się, jakby medycyna zupełnie przestała go pociągać. Wkrótce po wstąpieniu do sekty został jednym z faworytów Asahary, który mianował go ministrem uzdrawiania.

Kiedy Hayashiemu kazano wziąć udział w zamachu, o 3.00 w nocy 20 marca zawieziono go do głównej siedziby Ōmu, mieszczącej się w satyamie[7] siódmym we wsi Kamikuishiki nieopodal góry Fudżi. Razem z czterema innymi głównymi zamachowcami przeprowadził tam próbę generalną: zaostrzonymi czubkami parasoli przekłuli plastikowe worki napełnione wodą zamiast sarinem. Próba odbyła się pod nadzorem Hideo Muraiego ze ścisłego kierownictwa Ōmu. Wypowiedzi pozostałych czterech jej uczestników świadczą, że sprawiła im przyjemność, ale Hayashi zachował podczas niej postawę chłodnego obserwatora. Nie przekłuł przydzielonego mu worka. Czterdziestoośmioletniemu lekarzowi całe to ćwiczenie musiało się wydawać czczą zabawą.

– Niczego nie musiałem ćwiczyć – zeznał potem. – Wiedziałem, co robić, chociaż nie miałem do tego serca.

 

Po próbie całą piątkę zawieziono samochodem do ajid w dzielnicy Shibuya, gdzie doktor Hayashi rozdał zamachowcom strzykawki z siarczanem atropiny, który mieli sobie zaaplikować, gdyby poczuli pierwsze objawy zatrucia sarinem.

W drodze na stację metra Hayashi nabył w sklepie wielobranżowym rękawiczki, nóż, taśmę klejącą i sandały. Szofer Niimi kupił gazety do owinięcia worków z sarinem. Wybrał sekciarską prasę: gazetę Japońskiej Partii Komunistycznej „Akahata” („Czerwony Sztandar”) i „Seikyō Shimbun” („Nowiny Świętych Nauk”) buddyjskiego ugrupowania Sōka Gakkai. Uznał, że tak będzie „ciekawiej, bo te gazety nie wszędzie można kupić”. Był to środowiskowy żarcik Niimiego. Z tych dwóch tytułów Hayashi wybrał „Akahatę” – gazeta konkurencyjnej sekty byłaby zbyt oczywistym sygnałem, więc użycie jej mijałoby się z celem.

Przed wejściem do wagonu Hayashi włożył maseczkę chirurgiczną, jaką często noszą zimą pasażerowie, żeby nie rozsiewać zarazków przeziębienia. Pociąg miał numer A725K. Hayashi spojrzał przelotnie na kobietę z dzieckiem, która jechała tym samym wagonem, i lekko się zawahał. „Jeżeli tu i teraz wypuszczę sarin – pomyślał – ta kobieta z przeciwka na pewno umrze. Chyba że gdzieś po drodze wysiądzie”. Ale sprawy zaszły za daleko, więc nie było już odwrotu. Trwała Święta Wojna. Słabi skazani byli na przegraną.

Kiedy pociąg zbliżał się do stacji Shin-Ochanomizu, Hayashi upuścił worki z sarinem na podłogę obok swojej prawej stopy, zebrał się w sobie i przebił jeden czubkiem parasola. Plastik ugiął się pod naciskiem metalowego szpikulca i płyn trysnął „sprężystą strugą”. Hayashi dźgnął worek jeszcze kilka razy – nie zapamiętał ile. Jak się potem okazało, drugiego w ogóle nie przedziurawił.

Ale cały sarin z przebitego worka się ulotnił, wyrządzając mnóstwo szkód. Dwaj pracownicy stacji Kasumigaseki umarli przez to, że próbowali spełnić swój obowiązek, usuwając worek. Pociąg A725K zatrzymano na najbliższej stacji, czyli Kokkaigijidō-mae, tuż obok gmachu Japońskiego Zgromadzenia Narodowego. Wszystkich pasażerów ewakuowano, a wagony oczyszczono.

Sarin z samego tylko worka Hayashiego zabił dwie osoby, a u dwustu trzydziestu jeden spowodował ciężkie obrażenia[8].