Pierwsza osoba liczby pojedynczej

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Śmietanka
Kuriimu


Opowiadam właśnie młodszemu koledze o dziwnej przygodzie, która mnie spotkała, gdy miałem osiemnaście lat. Nie mogę sobie przypomnieć, jak doszło do tej rozmowy. Coś nas musiało naprowadzić na ten temat. W każdym razie opowieść dotyczy zamierzchłej przeszłości, bo to właśnie wtedy miałem osiemnaście lat. To prawie historia starożytna. W dodatku moja opowieść nie ma definitywnego zakończenia.

– Skończyłem już liceum. Nie byłem jeszcze na studiach, bo nie dostałem się za pierwszym podejściem – wyjaśniłem. – To taki stan trochę w zawieszeniu, ale nie byłem tym szczególnie zmartwiony. Wiedziałem, że jeśli tylko będę chciał, łatwo dostanę się na niezłą prywatną uczelnię. Rodzice kazali mi jednak zdawać tylko na państwową, więc zdawałem, choć wiedziałem, że mi się pewnie nie uda, i tak jak się spodziewałem, nie dostałem się[2]. W tamtych czasach na egzaminach wstępnych na państwowe uniwersytety trzeba było zdawać matematykę, a mnie w ogóle nie interesował rachunek różniczkowy. Dlatego spędziłem rok, nic nie robiąc. Nie chodziłem na kursy przygotowawcze, tylko siedziałem całymi dniami w bibliotece i czytałem grube powieści. Chciałem zapewnić sobie alibi na wypadek, gdybym musiał udowodnić, że się uczę. Rodzice pewnie myśleli, że w pocie czoła kuję do egzaminów. Ale nic na to nie poradzę. Dużo większą przyjemność sprawiało mi czytanie od deski do deski dzieł zebranych Balzaca niż zgłębianie tajników rachunku różniczkowego.

Na początku października tamtego roku pewna dziewczyna przysłała mi zaproszenie na recital fortepianowy. Była o rok młodsza ode mnie, ale braliśmy lekcje gry na pianinie u tej samej nauczycielki. Raz tylko graliśmy razem na cztery ręce krótki utwór Mozarta. W wieku szesnastu lat przestałem chodzić na lekcje pianina i od tego czasu jej nie widziałem. Nie rozumiałem więc, dlaczego teraz – ni stąd, ni zowąd – zaprasza mnie na koncert. Czyżbym jej się spodobał? Niemożliwe. Była bardzo atrakcyjna, choć nie w moim typie, zawsze nosiła modne ciuchy i chodziła do drogiej prywatnej szkoły dla dziewcząt. Takie dziewczyny nie zakochują się w przeciętnych, nieciekawych facetach, do których ja należałem.

Kiedy robiłem błędy w czasie gry na cztery ręce, za każdym razem krzywiła się z niezadowoleniem. Grała lepiej ode mnie, poza tym ja zawsze miałem tremę, więc grając z nią, często się myliłem. Od czasu do czasu zderzaliśmy się łokciami. Utwór nie był trudny, poza tym grałem łatwiejszą partię, ale i tak mi nie wychodziło. Za każdym razem na jej twarzy pojawiał się na chwilę wyraz irytacji, jakby chciała powiedzieć: „Naprawdę mam już tego dość”. Czasami nawet cicho cmokała ze zniecierpliwieniem – cicho, lecz tak, żebym usłyszał. Do dziś pamiętam ten dźwięk. Niebawem zrezygnowałem z nauki pianina, częściowo właśnie z powodu tych jej cmoknięć.

W każdym razie nasza znajomość ograniczała się do tego, że braliśmy lekcje pianina u tej samej nauczycielki. Mówiliśmy tam sobie „cześć”, ale nie pamiętam, abyśmy kiedykolwiek rozmawiali o sprawach osobistych. Dlatego kiedy dostałem od niej zaproszenie na recital (grała ona i jeszcze dwie osoby), byłem zaskoczony, a raczej zakłopotany. Tamtego roku miałem jednak mnóstwo wolnego czasu, więc odpisałem, że przyjdę. Między innymi dlatego, że chciałem się dowiedzieć, z jakiej przyczyny po takim czasie nagle przysłała mi zaproszenie na swój recital, zakładając, że był ku temu jakiś powód. Może teraz grała świetnie i chciała mi to pokazać? A może miała do mnie jakąś prywatną sprawę? Krótko mówiąc, wtedy uczyłem się dopiero, jak hamować własną ciekawość, ale przy okazji od czasu do czasu nabijałem sobie guza.

***

Sala, w której miał odbyć się recital, znajdowała się na wzgórzu w Kobe. Trzeba było dojechać pociągiem linii Hankyū do pewnego dworca, tam wsiąść do autobusu, który wspinał się stromymi krętymi uliczkami aż do przystanku niedaleko szczytu. Tu należało wysiąść i dojść piechotą do budynku z salą koncertową, który należał do jakiegoś konglomeratu finansowego. Nie miałem pojęcia, że w takim niedogodnym miejscu w sercu drogiej dzielnicy willowej jest sala koncertowa, no ale oczywiście na świecie było wiele rzeczy, o których nie wiedziałem.

Ponieważ zostałem specjalnie zaproszony, uważałem, że nie mogę iść z pustymi rękami, więc wcześniej wstąpiłem do kwiaciarni przy dworcu, wybrałem odpowiednie kwiaty, poprosiłem o ułożenie ich w bukiet i dzierżąc go w dłoni, wsiadłem do autobusu, który akurat przyjechał. Było chłodne i pochmurne niedzielne popołudnie. Niebo zasnuły grube szare chmury, zdawało się, że za chwilę zacznie padać zimny deszcz. Nie było wiatru. Miałem na sobie gładki cienki sweter, na nim granatową marynarkę w jodełkę, na plecy, jak tornister, zarzuciłem płócienną torbę. Marynarka wyglądała na zbyt nową, a torba na zbyt sfatygowaną. Do tego niosłem opakowany w celofan elegancki bukiet czerwonych kwiatów. Kiedy wsiadłem do autobusu, inni pasażerowie rzucali mi zaciekawione spojrzenia. Albo tylko tak mi się wydawało. Czułem, że się rumienię. W tamtych czasach czerwieniałem z byle powodu i ten rumieniec długo nie znikał.

Co ja tu robię? Zadawałem sobie to pytanie i skulony na siedzeniu chłodziłem dłońmi rozgrzane policzki. Po co wydałem tyle na bukiet i jadę w niedzielne popołudnie na szczyt jakiegoś wzgórza. W każdej chwili może zacząć padać, w dodatku jadę na recital, którego nie mam wielkiej ochoty słuchać, w wykonaniu dziewczyny, z którą nie mam wielkiej ochoty się spotkać. Chyba mi odbiło. Po co potwierdziłem listownie, że przyjdę?

Im wyżej się wspinaliśmy, tym bardziej ubywało pasażerów i kiedy dojeżdżaliśmy do mojego przystanku, w autobusie zostaliśmy tylko ja i kierowca. Wysiadłem i zgodnie ze wskazówkami z zaproszenia ruszyłem długą i krętą drogą w górę. Na każdym zakręcie w dole ukazywał się albo znikał port najeżony dźwigami. Chmury sprawiły, że woda zabarwiła się nijaką szarością ołowiu, a sterczące w górę kanciaste dźwigi wyglądały jak rogi jakichś niezdarnych zwierząt, które wypełzły z głębi morza.

Wchodziłem coraz wyżej, a domy robiły się coraz większe i bardziej luksusowe. Wszystkie stały na kamiennych fundamentach, każdy miał dużą bramę i garaż na dwa samochody. Krzewy azalii były pięknie przycięte. Gdzieś w pobliżu groźnie zaszczekał trzy razy duży pies, lecz ktoś go skarcił i pies umilkł.

Szedłem, kierując się prostą mapą dołączoną do zaproszenia, ale kiedy się tak wspinałem, ogarniało mnie jakieś niejasne, złe przeczucie. Coś tu nie grało. Po pierwsze, wokół nie było żywego ducha. Od kiedy wysiadłem z autobusu, nie spotkałem ani jednego przechodnia. Minęły mnie dwa samochody, lecz oba zjeżdżały w dół. Jeżeli tu niedaleko miał się odbyć recital, powinien być jakiś ruch. A tymczasem nie widziałem nikogo, wszystko pogrążone było w głębokiej ciszy. Jakby gęste chmury nade mną wchłonęły wszelkie dźwięki.

Czy coś pokręciłem?

Wyciągnąłem z kieszeni marynarki zaproszenie i jeszcze raz sprawdziłem czas i miejsce. Może w roztargnieniu coś źle przeczytałem? Sprawdziłem jeszcze raz – wszystko się zgadzało. Nazwa ulicy, przystanek i data. Chcąc się uspokoić, wziąłem głęboki oddech i ruszyłem dalej. Musiałem znaleźć tę salę.

Kiedy w końcu dotarłem do wskazanego budynku, okazało się, że wielka dwuskrzydłowa żelazna brama jest zamknięta na głucho. Klamki obwiązano kilka razy grubym łańcuchem, wisiała na nim nawet ogromna kłódka. Nigdzie żywego ducha. Zajrzałem przez szparę i zobaczyłem spory parking, ale nie dostrzegłem żadnego samochodu, a między betonowymi płytami powyrastały chwasty – musiał być od dawna nieużywany. Duża tablica przy bramie głosiła jednak, że to rzeczywiście sala, której szukam. Nacisnąłem guzik z napisem „informacja”, niestety nikt się nie odezwał. Poczekałem chwilę i znów nacisnąłem. Nie było odpowiedzi. Spojrzałem na zegarek. Do rozpoczęcia recitalu zostało tylko piętnaście minut, ale nie wyglądało na to, żeby ktoś zamierzał otworzyć bramę. Farba łuszczyła się tu i ówdzie, na powierzchni żelaza zaczynała pojawiać się rdza. Nic innego mi nie przychodziło do głowy, toteż ponownie nacisnąłem guzik – tym razem dłużej. Efekt był ten sam – głęboka cisza.

Nie wiedziałem, co począć, więc stałem tam przez dziesięć minut oparty o ciężką bramę. Miałem nikłą nadzieję, że niebawem ktoś się pojawi. Nikt się jednak nie pokazał. Ani za bramą, ani przed nią nic się nie działo. Nie było wiatru, ptaki nie śpiewały, psy nie szczekały. Niebo nadal całkowicie zakrywały szare chmury.

W końcu się poddałem (co innego mogłem zrobić?). Ciężkim krokiem ruszyłem w stronę przystanku autobusowego, gdzie wcześniej wysiadłem. Nie wiedziałem, o co chodzi, ale jedno było jasne – dzisiaj nie odbędzie się tu żaden recital fortepianowy. Pozostawało mi tylko wrócić do domu z bukietem czerwonych kwiatów. Matka na pewno zapyta: „Co to za bukiet?”. Coś tam jej odpowiem. Chciałem go wrzucić do kosza na dworcu, był jednak za drogi, żeby się go tak po prostu pozbyć – oczywiście z mojego punktu widzenia.

***

Kiedy zszedłem trochę w dół, zobaczyłem po stronie wzgórza nieduży skwerek. Miał wielkość jednej posesji. Za nim wznosiła się łagodnie nachylona skalna ściana. Był to taki malutki park, ale bez zdroju wody pitnej, bez żadnych huśtawek czy zjeżdżalni. Tylko pośrodku stała samotna altanka. Jej ścianki zbudowano z drewnianych, lekko pochylonych kratek, po których wspinał się bluszcz. Wokół posadzono krzewy, na ziemi ułożono ścieżkę z płaskich kwadratowych kamieni. Nie wiem, w jakim celu zbudowano to wszystko, ale zdawało się, że ktoś regularnie dba o to miejsce – drzewa i krzewy były przycięte, chwasty wypielone, nigdzie żadnych śmieci. Idąc pod górę, w ogóle nie zauważyłem, że jest tu ja­kiś park.

 

Chcąc zebrać myśli, wszedłem do altanki i usiadłem na ławce przymocowanej do ściany. Chciałem poczekać i zobaczyć, co będzie dalej (może ludzie zaczną się schodzić), ale nagle poczułem, że jestem strasznie zmęczony. To było takie dziwne zmęczenie, jakbym był wyczerpany od wielu dni, tylko wcześniej tego nie zauważyłem. Z mojej ławki przez wejście do altanki widać było port. Przy nabrzeżu zacumowało kilka dużych kontenerowców. Prostopadłościany metalowych kontenerów, ustawione jeden na drugim i widziane z góry, wyglądały jak stojące na stole blaszane pudełka, w których trzyma się drobne monety albo spinacze.

Wkrótce usłyszałem z oddali głos. Nie brzmiał naturalnie, dobiegał z megafonu. Nie mogłem dosłyszeć treści, ale ten ktoś mówił wyraźnie, oddzielając zdania jedno od drugiego, uprzejmie, lecz bez emocji. Jakby próbował obiektywnie przekazać coś bardzo ważnego. Pomyślałem nagle, że może to przypadkiem wiadomość przeznaczona dla mnie (tylko dla mnie). Że ktoś zadał sobie trud, żeby mi wyjaśnić, w czym się pomyliłem, co przegapiłem. W normalnej sytuacji byłoby to nie do pomyślenia, ale wtedy z jakiegoś powodu tak mi się wydało. Wytężyłem słuch. Głos był coraz donośniejszy, treść bardziej zrozumiała. Chyba jakiś samochód z megafonem na dachu wjeżdżał powoli pod górę (na pewno mu się nie spieszyło). Wkrótce zrozumiałem, że przez ten megafon głoszą prawdy wiary chrześcijańskiej.

– Wszyscy umrzemy – zawiadamiał ten chłodny, nieco monotonny głos. – Każdego kiedyś czeka śmierć. Nikt na tym świecie nie żyje wiecznie. I nikt nie uniknie Sądu Ostatecznego. Wszyscy ludzie po śmierci zostaną surowo osądzeni i ukarani za grzechy, które popełnili.

Siedząc na ławce, wsłuchiwałem się w to przesłanie. Dziwiło mnie, że ludzie zajmują się pracą misyjną w takiej cichej willowej dzielnicy na szczycie wzgórza. Mieszkali tutaj jedynie zamożni ludzie mający po parę samochodów. Pewnie większość z nich nie pragnęła odpuszczenia grzechów i zbawienia. A może się mylę? Może dochody i pozycja społeczna nie mają nic wspólnego z grzechami czy zbawieniem?

– Lecz jeśli ci, którzy pragną zbawienia przez Jezusa Chrystusa, będą żałować za popełnione grzechy, Pan im odpuści. Unikną ognia piekielnego. Dlatego wierzcie w Boga. Bowiem tylko ludzie wierzący w Boga zostaną po śmierci zbawieni i zaznają życia wiecznego.

Czekałem, aż ten misyjny samochód przejedzie przede mną ulicą i dowiem się więcej o Sądzie Ostatecznym. Myślę, że pewnie pragnąłem usłyszeć słowa wypowiedziane silnym i zdecydowanym tonem, wszystko jedno na jaki temat. Lecz samochód się nie pojawił. Dobiegający z megafonu głos zdawał się coraz bliższy, ale w pewnej chwili nagle zaczął cichnąć, słowa stały się niezrozumiałe, a w końcu niedosłyszalne. Samochód musiał skręcić i pojechać w innym kierunku. Przez to, że tu się nie pojawił, miałem wrażenie, że świat mnie odrzucił.

***

Nagle pomyślałem, że może ta dziewczyna zrobiła mnie w konia. Nie wiem, skąd przyszła ta myśl – a raczej intuicyjne przekonanie. Z jakiegoś powodu – nie mam pojęcia jakiego – podała mi fałszywą wiadomość i ściągnęła na ten szczyt wzgórza w niedzielne popołudnie. Może coś się kiedyś zdarzyło i przez to miała do mnie pretensję albo mnie znienawidziła. Albo bez żadnego powodu po prostu mnie nie znosiła. Wysłała mi zaproszenie na nieistniejący recital i widząc, jak zostałem wystrychnięty na dudka (albo wyobrażając sobie tę komiczną scenę), czerpie z tego satysfakcję lub pęka ze śmiechu.

Ale czy ktoś naprawdę zadałby sobie tyle trudu, żeby tylko dokuczyć nielubianej osobie? Wydrukowanie takiego zaproszenia wymagało zachodu. Czy ktoś mógł być aż tak perfidny? Nie pamiętałem, żebym kiedyś zrobił coś, przez co ona mogłaby mnie znienawidzić. Jednak zdarza się przecież, że ktoś, sam o tym nie wiedząc, rani czyjeś uczucia albo dumę, sprawia komuś przykrość. Zastanawiałem się, czy wchodziła tu w rachubę taka właśnie niedająca się wykluczyć nienawiść czy nieporozumienia, do których mogło kiedyś dojść, ale nie pamiętałem nic, co by potwierdzało te możliwości. I kiedy tak bez rezultatu krążyłem myślami po labiryncie własnych uczuć, moja świadomość się w nim pogubiła. Zorientowałem się, że mam trudności z oddychaniem.

W tamtym okresie raz albo dwa razy do roku miewałem takie ataki. To pewnie była hiperwentylacja wywołana stresem. Działo się coś, co wywoływało we mnie wzburzenie, w rezultacie moje drogi oddechowe blokowały się i nie byłem w stanie porządnie nabrać powietrza do płuc. Wpadałem w panikę, jakbym tonął porwany przez gwałtowny wir, i kamieniałem w bezruchu. Wtedy mogłem tylko przykucnąć, zamknąć oczy i cierpliwie czekać, aż organizm wróci do normalnego rytmu. Wraz z upływem czasu przestało mi się to zdarzać (właściwie nie wiadomo też, kiedy przestałem się rumienić), ale gdy byłem nastolatkiem, męczyły mnie takie ataki.

Pochylony na ławce w altance zacisnąłem powieki i czekałem, aż zwolni się blokada. To mogło trwać pięć albo piętnaście minut. Nie wiem, jak długo. W tym czasie wpatrywałem się w dziwne kształty pojawiające się i znikają­ce w ciemności i liczyłem, próbując uspokoić oddech. Serce biło mi nieregularnie i trzepotało się w klatce żeber, było jak biegająca w kółko przerażona mysz.

***

Nagle się zorientowałem, że czuję czyjąś obecność (zabrało mi to trochę czasu, bo byłem bardzo skupiony na liczeniu). Miałem wrażenie, że ktoś przygląda mi się uważnie. Ostrożnie, powoli otworzyłem oczy i podniosłem nieco głowę. Serce biło mi jeszcze trochę za szybko.

Jakiś starszy pan usiadł nie wiadomo kiedy na ławce po drugiej stronie altanki i patrzył prosto na mnie. Nastolatkom trudno zwykle określić wiek starszych ludzi. Wszyscy wyglądają po prostu na staruszków bez względu na to, czy mają lat sześćdziesiąt czy siedemdziesiąt. Już nie są młodzi – to wszystko. Jego chude plecy okrywał szaroniebieski zapinany sweter, nosił brązowe sztruksowe spodnie i granatowe adidasy. Wszystko wyglądało tak, jakby już miało swoje lata, ale starszy pan nie wydawał się biedny. Miał siwe włosy – grube i sztywne, nad uszami sterczało mu kilka kępek jak piórka zmokłego ptaszka. Nie wiedziałem, od jak dawna tu siedzi, lecz zdawało się, że już od dłuższej chwili mnie obserwuje.

Pomyślałem, że pewnie zapyta: „Dobrze się pan czuje?” albo coś w tym rodzaju. Bo na pewno wyglądałem, jakby mi coś dolegało (i rzeczywiście tak było). To mi najpierw przyszło do głowy na jego widok. Ale wbrew moim oczekiwaniom nic nie mówił, o nic nie pytał, tylko zaciskał dłonie na rączce ciasno zwiniętego czarnego parasola, jakby to była laska. Solidny parasol, z drewnianą rączką w kolorze bursztynu, który w razie czego mógł posłużyć za broń. Pewnie starszy pan mieszkał gdzieś niedaleko. Nie miał przy sobie nic prócz parasola.

Siedziałem i uspokajałem oddech, a on bez słowa na mnie patrzył. Utkwił we mnie wzrok i siedział nieporuszony. Czułem się niezręcznie (jakbym bez pozwolenia wszedł komuś do ogrodu). Chciałem jak najszybciej wstać z tej ławki i iść na przystanek. Ale z jakiejś przyczyny nie mogłem się podnieść. W ten sposób minęło parę chwil. Potem starszy pan nagle się odezwał.

– Koło o kilku środkach.

Podniosłem głowę i spojrzałem na niego. Patrzyliśmy sobie w oczy. Zauważyłem, że ma bardzo szerokie czoło i szpiczasty nos. Zaostrzony zupełnie jak dziób ptaka. Nie odzywałem się, więc starszy pan powtórzył cicho te same słowa:

– Koło o kilku środkach.

Oczywiście nie miałem pojęcia, co chce przez to powiedzieć. Nagle pomyślałem, że może to on prowadził ten samochód głoszący prawdy wiary chrześcijańskiej. Zaparkował gdzieś niedaleko i przyszedł tu sobie odpocząć. Nie, to niemożliwe. Miał zupełnie inny głos. Ten dobiegający z megafonu należał do młodszego mężczyzny. A może to było tylko nagranie?

– Koło? – powiedziałem w końcu, bo coś musiałem powiedzieć. Był ode mnie starszy i nie mogłem go zbyć milczeniem.

– Ma kilka środków. Czasami ma ich niezliczoną liczbę, ale nie ma obwodu – ciągnął, marszcząc czoło. – Potrafisz sobie je wyobrazić?

Mówił miejscowym dialektem.

Głowa jeszcze nie bardzo mi pracowała, lecz z grzeczności się nad tym zastanowiłem. Koło mające kilka środków, ale niemające obwodu. Nie mogłem sobie tego wyobrazić.

– Nie potrafię – powiedziałem.

Starszy pan patrzył na mnie w milczeniu, jakby czekał na jakąś lepszą odpowiedź.

– Chyba nie uczyłem się o takim kole na lekcjach matematyki – dodałem bezsilnie.

Starszy pan powoli pokręcił głową.

– Oczywiście, że nie. Nic dziwnego. W szkole nie uczą takich rzeczy. W szkole nie uczą niczego naprawdę ważnego. Jak sam dobrze wiesz.

Jak sam dobrze wiem? A niby skąd ten starszy pan miałby wiedzieć, co ja wiem?

– Czy naprawdę istnieją takie koła? – zapytałem.

– Oczywiście, że tak – odparł starszy pan i pokiwał głową. – Takie koła istnieją. Ale nie każdy może je zobaczyć.

– A pan może?

Nie odpowiedział. Moje pytanie wisiało przez chwilę niezręcznie w powietrzu, aż zbladło i rozwiało się jak mgła.

– Posłuchaj. Musisz sam je sobie wyobrazić. Użyj całej swojej wiedzy i narysuj je w myślach. Koło o kilku środkach, ale bez obwodu. Jak się postarasz i wyciśniesz z siebie wszystkie poty, wtedy powoli zrozumiesz, jakie to koło.

– To chyba będzie trudne – powiedziałem.

– No pewnie – odrzekł starszy pan, jakby wypluwał coś twardego. – Wszystko, co ma jakąś wartość na tym świecie, trudno jest osiągnąć. – Potem odkaszlnął, jakby zaczynał nowy akapit. – Ale osiągnięcie czegoś trudnego przy dużym nakładzie czasu i wysiłku to właśnie śmietanka życia.

– Śmietanka?

– Jest takie francuskie wyrażenie crème de la crème. Znasz?

Powiedziałem, że nie znam. Nie miałem pojęcia o francuskim.

– Znaczy „śmietanka w śmietanie”, coś, co jest absolutnie najlepsze. Sama istota życia to właśnie crème de la crème. Rozumiesz? Cała reszta jest nudna i do niczego.

Nie bardzo wtedy rozumiałem, o czym mówi starszy pan. Crème de la crème?

– No to zastanów się – powiedział. – Zamknij jeszcze raz oczy i dobrze się zastanów nad kołem, które ma kilka środków, ale nie ma obwodu. Po to masz rozum, żeby zastanawiać się nad trudnymi kwestiami. Żeby jakoś pojąć to, co niezrozumiałe. Nie leń się, nie poddawaj. Teraz jest ważny okres. Twój mózg i serce się hartują, formują.

Zamknąłem jeszcze raz oczy i spróbowałem wyobrazić sobie takie koło. Nie mogłem się lenić ani poddawać. Musiałem myśleć o kole z kilkoma środkami, ale bez obwodu. Lecz choć poważnie się zastanawiałem, wtedy w ogóle nie potrafiłem zrozumieć, co to miało oznaczać. Jedyne koło, jakie znałem, było figurą mającą jeden środek, a punkty leżące w równej odległości od niego tworzyły krzywą obwodu koła. Prosta figura, którą można narysować cyrklem. To, co mówił starszy pan, w ogóle nie zgadzało się z definicją koła.

Nie robił wrażenia stukniętego. Nie sądziłem też, że ze mnie drwi. Starał się przekazać mi tu i teraz coś ważnego. Nie wiem dlaczego, lecz było to dla mnie jasne. Próbowałem dalej bardzo intensywnie myśleć nad tą zagadką. Choć długo rozmyślałem, krążyłem wciąż w tym samym miejscu. Jak może koło o kilku (albo niezliczonych) środkach istnieć jako tylko jedno koło? Czy to była jakaś skomplikowana filozoficzna metafora? Poddałem się i otworzyłem oczy. Potrzebowałem więcej wskazówek.

Starszy pan jednak zniknął. Rozejrzałem się, ale wokół nikogo nie było. Czy to wszystko mi się przywidziało? Nie, to nie było przywidzenie. Niewątpliwie tu był, ściskał rączkę parasola, mówił cichym głosem i zostało po nim przedziwne pytanie.

Zorientowałem się, że znów normalnie oddycham. Gwałtowny wir już gdzieś zniknął. Gęste szare chmury, zakrywające wcześniej niebo nad portem, powoli się rozpływały. Promień słońca przedostał się przez wąską szparę między nimi i oświetlił aluminiowy dach kabiny operatora jednego z dźwigów. Zupełnie jakby wycelował dokładnie w ten punkt. Długo i uparcie wpatrywałem się w ten bajkowy blask.

Obok mnie leżał owinięty w celofan niewielki bukiet czerwonych kwiatów. Jako dowód rzeczowy serii dziwnych przygód, które mnie dziś spotkały. Wahałem się, co z nim zrobić, aż w końcu postanowiłem go zostawić na ławce w altance. Miałem wrażenie, że to będzie najwłaściwsze. Podniosłem się i ruszyłem w kierunku przystanku, na którym wcześniej wysiadłem. Zerwał się lekki wiatr i rozwiał chmury, które wisiały mi dotąd nad głową.

 

***

Kiedy kończę opowiadać tę historię, mój młodszy kolega milczy przez chwilę, a potem pyta:

– Nie do końca rozumiem, o co chodzi w tej opowieści. Co się właściwe wtedy stało? Czy ktoś to wszystko zaplanował albo działała tu jakaś zasada?

Pyta, co znaczył fakt, że postawiono mnie w takiej dziwnej sytuacji na szczycie wzgórza w Kobe w niedzielne popołudnie późną jesienią (że kierując się wskazówkami na zaproszeniu, poszedłem na recital, ale zastałem tylko zamkniętą na głucho bramę). Chce wiedzieć, dlaczego zdarzyło się coś tak dziwnego. To zrozumiałe, że pyta. Przecież opowiedziałem historię bez definitywnego zakończenia.

– Sam nadal nie wiem – przyznaję uczciwie.

Tak, ta historia ciągle oczekuje na rozwiązanie, jakby to była jakaś starożytna zagadka. Te wydarzenia pozostały niezrozumiałe, niewytłumaczalne i w wieku lat osiemnastu byłem nimi zdezorientowany i kompletnie oszołomiony. Przez chwilę czułem się wręcz zupełnie zagubiony.

– Zdaje mi się, że planowanie czy zasada nie były w tym wszystkim ważne – mówię.

Na te słowa kolega robi minę wskazującą, że nie wie, o co mi chodzi.

– Chodzi ci o to, że nie odczuwasz potrzeby dowiedzenia się, co to wszystko znaczyło?

W milczeniu przytakuję.

Kolega mówi:

– Myślę, że mnie nie dawałoby to spokoju. Chciałbym wiedzieć, dlaczego do tego wszystkiego doszło. Gdybym był na twoim miejscu.

– Oczywiście mnie też nie dawało to wtedy spokoju. Zastanawiałem się, o co mogło chodzić. Myślę, że ta historia zraniła moje uczucia. Ale kiedy teraz po długim czasie patrzę na nią z dystansu, wszystko zdaje mi się głupie i nieważne. Nie miało żadnego związku ze śmietanką życia.

– Ze śmietanką życia – powtarza kolega.

– Czasami mają miejsce takie niewyjaśnione, nielogiczne wydarzenia, którymi jesteśmy głęboko poruszeni. Wtedy chyba najlepiej o niczym nie myś­leć, niczego nie rozważać, tylko po prostu zamknąć oczy i przeczekać. Tak jak kiedy przepływa się pod wielką falą.

Kolega milczy przez chwilę, zastanawiając się nad tą wielką falą. Jest doświadczonym surferem, więc musi poważnie przemyśleć wiele kwestii dotyczących fal. W końcu mówi:

– Na pewno trudno jest o niczym nie myśleć.

– Tak, może i trudno.

Jak powiedział tamten starszy pan, wszystko, co ma jakąś wartość na tym świecie, trudno jest osiągnąć. Mówił z niewzruszoną pewnością, jakby Pitagoras wypowiadał się o swoim twierdzeniu.

– A jeśli chodzi o to koło z wieloma środkami, ale bez obwodu – pyta na koniec kolega – znalazłeś jakąś odpowiedź?

– Sam nie wiem – mówię.

Powoli potrząsam głową. Sam nie wiem.

***

Do dziś, kiedy spotyka mnie w życiu coś niewyjaśnionego, coś nielogicznego, czym jestem głęboko poruszony (nie mówię, że zdarza się to bardzo często, ale kilka razy się trafiło), zawsze myślę o tym kole – kole o kilku środkach i niemającym obwodu. Jak wtedy na ławce w altance zamykam oczy i wsłuchuję się w bicie własnego serca.

Zdarza mi się myśleć, że mniej więcej zrozumiałem, co to za koło, ale kiedy dłużej się nad tym zastanawiam, znów przestaję pojmować. I tak bez końca. Prawdopodobnie koło, o którym mówił starszy pan, nie jest konkretną figurą geometryczną, a czymś istniejącym tylko w ludzkiej świadomości. Tak sądzę. Kiedy kogoś całym sercem kochamy, głęboko komuś współczujemy, idealistycznie podchodzimy do świata albo odkrywamy w sobie wiarę (czy coś do niej podobnego), bardzo naturalnie pojmujemy, czym jest to koło, i akceptujemy je – takie są oczywiście tylko moje niejasne przypuszczenia.

Po to masz rozum, żeby zastanawiać się nad trudnymi kwestiami. Żeby jakoś pojąć to, co niezrozumiałe. Oto właśnie śmietanka życia. Cała reszta jest nudna i do niczego. Tak powiedział ten siwy starszy pan. W tamto zachmurzone popołudnie późną jesienią na szczycie wzgórza w Kobe. Miałem wtedy przy sobie niewielki bukiet czerwonych kwiatów. Nawet teraz, gdy coś mi się przydarza, zastanawiam się ciągle nad tym szczególnym kołem albo nad tym, co jest nudne i do niczego, a także nad tym szczególnym crème de la crème, które powinienem w sobie mieć.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?