Zabić drozdaTekst

Z serii: Salamandra
Z serii: Zabić drozda #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zabić drozda
Zabić drozda
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,80  56,64 
Zabić drozda
Audio
Zabić drozda
Audiobook
Czyta Joanna Koroniewska
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Roz­dział 6

Tak – odrzekł nasz ojciec, gdy Jem spy­tał go, czy możemy posie­dzieć nad oczkiem wod­nym w ogro­dzie panny Rachel z Dil­lem, dla któ­rego była to ostat­nia noc w May­comb. – Poże­gnaj­cie go ode mnie i powiedz­cie, że zoba­czymy się następ­nego lata.

Prze­sko­czy­li­śmy nad niskim mur­kiem, który oddzie­lał ogród panny Rachel od naszego pod­jazdu. Jem zaświ­stał jak prze­piór, a Dill odpo­wie­dział mu zaraz z ciem­no­ści.

– Powie­trze stoi – powie­dział Jem. – Spójrz­cie tam.

Wska­zał na wschód, gdzie ponad wierz­choł­kami hikor rosną­cych w ogro­dzie panny Mau­die wisiał olbrzymi księ­życ.

– To przez niego wydaje się jesz­cze gorę­cej – wyja­śnił.

– Widać na nim krzyż? – spy­tał Dill, nie pod­no­sząc głowy, zajęty szy­ko­wa­niem papie­rosa z kawałka sznurka i bibuły.

– Nie, dziś tylko panią. Nie pal tego, Dill, bo zasmro­dzisz całą oko­licę.

Na księ­życu nad May­comb widać było damę, która sie­działa przy toa­letce i cze­sała włosy.

– Będzie nam cie­bie bra­ko­wać – powie­dzia­łam. – Myślisz, że powin­ni­śmy mieć oko na pana Avery’ego?

Pan Avery miesz­kał po dru­giej stro­nie ulicy, naprze­ciwko domu pani Henry Lafay­ette Dubose. Poza tym, że co nie­dzielę brał sobie z tacy kościel­nej resztę, pan Avery znany był z tego, że każ­dego wie­czoru aż do dwu­dzie­stej pierw­szej sie­dział na weran­dzie i kichał. Pew­nego razu mie­li­śmy wyjąt­kową oka­zję być świad­kami pokazu, który musiał być ostatni w jego wyko­na­niu, gdyż mimo pil­nych obser­wa­cji ni­gdy już go nie zoba­czy­li­śmy. Otóż gdy scho­dzi­li­śmy z Jemem po schod­kach przy domu panny Rachel, powstrzy­mał nas Dill:

– Rany, patrz­cie tam!

Wska­zał na drugą stronę ulicy. W pierw­szej chwili nic nie zauwa­ży­li­śmy, jeśli nie liczyć domu poro­śnię­tego blusz­czem kudzu, ale gdy przy­pa­trzy­li­śmy się lepiej, dostrze­gli­śmy łuk wody wypły­wa­ją­cej spo­mię­dzy listo­wia i spa­da­ją­cej w żółty krąg świa­tła latarni; byli­śmy zgodni, że od źró­dła do miej­sca lądo­wa­nia musiało być co naj­mniej trzy metry. Jem twier­dził, że pan Avery się prze­li­czył, a Dill, że musiał pić cztery litry wody dzien­nie. Wyni­kły stąd dys­kurs na temat odle­gło­ści względ­nej oraz odpo­wied­niej bie­gło­ści w sztuce spra­wił, że znów poczu­łam się odtrą­cona, jako że w tej kwe­stii zupeł­nie nie byłam uta­len­to­wana.

Dill prze­cią­gnął się, ziew­nął i ode­zwał nad wyraz swo­bod­nie:

– Wie­cie co? Przej­dziemy się.

Brzmiało mi to podej­rza­nie. Nikt w May­comb nie miał zwy­czaju spa­ce­ro­wać.

– Dokąd, Dill?

Ski­nął głową w kie­runku połu­dnio­wym.

– Dobra – zgo­dził się Jem. Gdy zapro­te­sto­wa­łam, dodał sło­dziutko: – Nie musisz iść z nami, Majowy Aniołku.

– Wy też nie musi­cie iść. Pamię­tasz…

Jem nie nale­żał do tych, co długo roz­pa­mię­tują porażki; wyda­wało się, że z wypo­wie­dzi Atti­cusa nauczył się jedy­nie co nieco na temat krzy­żo­wego ognia pytań.

– Nie zamie­rzamy nic robić, Skau­cie. Po pro­stu przej­dziemy się do latarni i z powro­tem.

Poszli­śmy chod­ni­kiem w cał­ko­wi­tym mil­cze­niu, słu­cha­jąc, jak huś­tawki na weran­dach skrzy­pią pod cię­ża­rem gęstego powie­trza i jak szem­rzą głosy doro­słych, któ­rzy miesz­kali przy naszej ulicy. Od czasu do czasu sły­sze­li­śmy śmiech panny Ste­pha­nie Craw­ford.

– No i? – spy­tał Dill.

– W porządku – odparł Jem. – Może już pój­dziesz do domu, Skau­cie?

– Co zamier­za­cie?

Pro­ste: zamie­rzali zaj­rzeć przez oblu­zo­waną okien­nicę w nadziei, że zoba­czą Boo Radleya. Jeśli nie chcia­łam iść z nimi, mogłam wró­cić pro­sto do domu i trzy­mać moją pulchną gębu­się na kłódkę, to wszystko.

– Ale po co, u licha, zwle­ka­li­ście z tym aż do tej nocy?

Bo w nocy nikt by ich nie zoba­czył. Bo Atti­cus był o tej porze tak zaczy­tany, że nie zauwa­żyłby nawet powrotu Pana. Bo gdyby Boo Radley ich zabił, stra­ci­liby naj­wy­żej rok szkolny, a nie waka­cje. Bo w końcu łatwiej było zaj­rzeć do ciem­nego domu w nocy niż za dnia. Czy zro­zu­mia­łam?

– Jem, pro­szę cię…

– Skaut. Powta­rzam ostatni raz: zamknij dziób albo wra­caj do domu, bo Bóg mi świad­kiem, że z każ­dym dniem bar­dziej przy­po­mi­nasz dziew­czynę.

Po tych sło­wach nie mia­łam już wyboru, musia­łam do nich dołą­czyć. Uzna­li­śmy, że naj­le­piej będzie przejść pod wysoką siatką dru­cianą na tyłach pose­sji Radleyów, gdzie mniej­sze było ryzyko, że ktoś nas zauważy. Płot ota­czał roz­le­gły ogród i wąską drew­nianą wygódkę.

Jem uniósł dolny drut i gestem wska­zał Dil­lowi miej­sce. Prze­szłam zaraz po nim i pod­trzy­ma­łam siatkę dla Jema. Led­wie się prze­ci­snął.

– Abso­lutna cisza – szep­nął. – Uwa­żaj­cie na grządki kapu­sty; chrzęst liści umar­łego by obu­dził.

Pamię­ta­jąc o tym, robi­łam może jeden krok na minutę. Przy­spie­szy­łam nieco, gdy zoba­czy­łam Jema daleko w prze­dzie, jak machał do mnie w świe­tle księ­życa. Dotar­li­śmy do furtki oddzie­la­ją­cej ogród od podwórka za domem. Jem poru­szył nią lekko. Zaskrzy­piała.

– Spluń na nią – szep­nął Dill.

– Zała­twi­łeś nas, Jem – wymam­ro­ta­łam. – Łatwo się stąd nie wyrwiemy.

– Ciii… Spluń, Skau­cie.

Plu­li­śmy na zawiasy, aż nam zaschło w gar­dłach. Wresz­cie Jem powoli otwo­rzył furtkę na oścież, aż oparła się o siatkę. Byli­śmy na podwórku.

Tyły domo­stwa Radleyów pre­zen­to­wały się jesz­cze mniej zachę­ca­jąco niż część fron­towa. Byle jaki ganek cią­gnął się przez całą dłu­gość domu. W ścia­nie zoba­czy­łam dwoje drzwi i dwoje ciem­nych okien pomię­dzy nimi. Nie było ład­nej kolumny; zwy­kła surowa kan­tówka pod­pie­rała skraj dachu. Stary pie­cyk stał w kącie ganku, a nad nim wie­szak na kape­lu­sze z kawał­kiem lustra lśnił oso­bli­wie w świe­tle księ­życa.

– Aaaa… – ode­zwał się cicho Jem, uno­sząc stopę.

– Co jest?

– Kur­czaki – sap­nął.

O tym, że powin­ni­śmy uni­kać nie­wi­dzial­nego zagro­że­nia ze wszyst­kich kie­run­ków, upew­nił nas Dill, który skra­da­jąc się przed nami, szep­nął nagle:

– B…o…ż…e…

Pod­peł­zli­śmy do bocz­nej ściany domu, pod okno z obwi­słą okien­nicą. Para­pet znaj­do­wał się kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów nad głową Jema.

– Pomogę ci wejść – szep­nął do Dilla. – Albo cze­kaj.

Jem zła­pał swój lewy nad­gar­stek i mój prawy, a ja zła­pałam mój lewy i jego prawy. Przy­kuc­nę­li­śmy i Dill sta­nął na koszyku z naszych rąk. Unie­śli­śmy go i chwy­cił się para­petu.

– Prędko – syk­nął Jem. – Długo nie wytrzy­mamy.

Dill stuk­nął mnie w ramię i opu­ści­li­śmy go na zie­mię.

– Co widzia­łeś?

– Nic. Zasłonki. Ale gdzieś tam pali się małe świa­tło.

– Zabie­rajmy się stąd – wysa­pał Jem. – Chodźmy z powro­tem na tyły. Ciii… – dorzu­cił ostrze­gaw­czo, widząc, że chcę zapro­te­sto­wać.

– Spraw­dzimy jesz­cze okno z tyłu.

– Nie, Dill – odpo­wie­dzia­łam.

Dill przy­sta­nął, prze­pusz­cza­jąc Jema. Gdy Jem oparł stopę na pierw­szym stop­niu, deska zaskrzy­piała. Znie­ru­cho­miał, a potem stop­niowo prze­rzu­cił cię­żar na drugą nogę. Tym razem sto­pień wytrzy­mał. Jem pomi­nął dwa kolejne i posta­wił nogę wprost na ganku. Pod­cią­gnął się i długą chwilę balan­so­wał na skraju. Wresz­cie uchwy­cił rów­no­wagę i opadł na kolana. Ruszył w kie­runku okna, uniósł głowę i zaj­rzał do środka.

W tym momen­cie zoba­czy­łam cień. Był to cień czło­wieka w kape­lu­szu. W pierw­szej chwili zda­wało mi się, że to drzewo, ale prze­cież nie było wia­tru, a pnie zazwy­czaj nie spa­ce­rują. Tylny ganek tonął w księ­ży­co­wej poświa­cie, a cień, widoczny jak na dłoni, prze­su­wał się po deskach wprost ku Jemowi.

Dill też już go zoba­czył. Przy­ło­żył dło­nie do twa­rzy.

Jem zoba­czył cień dopiero wtedy, gdy zna­lazł się w jego pla­mie. Zakrył głowę ramio­nami i zamarł.

Cień zatrzy­mał się może o pół metra za jego ple­cami. Luźno zwi­sa­jące ramię odda­liło się od boku, znowu opa­dło i znie­ru­cho­miało. A potem cień zawró­cił, prze­su­nął się znów po ciele Jema, prze­ma­sze­ro­wał po ganku i znik­nął za domem, czyli tam, skąd przy­szedł.

Jem pode­rwał się i ruszył galo­pem w naszą stronę. W pędzie otwo­rzył furtkę, wypu­ścił nas i zago­nił na ścieżkę mię­dzy grząd­kami kapu­sty. W poło­wie drogi potknę­łam się i w tym samym momen­cie oko­licą wstrzą­snął huk wystrzału.

Dill i Jem zanur­ko­wali tuż obok mnie. Jem wydu­kał przez łzy:

– Płot przy szkole! Sprin­tem, Skau­cie!

Jem przy­trzy­mał drut na dole, prze­peł­zli­śmy z Dil­lem na drugą stronę i już byli­śmy w poło­wie drogi do bez­piecz­nej kry­jówki pod dębem na szkol­nym boisku, gdy wyczu­li­śmy, że nie ma z nami Jema. Pobie­gli­śmy z powro­tem i zoba­czy­li­śmy, że wciąż siłuje się z siatką, stop­niowo wyśli­zgu­jąc się ze spodni. Do dębu dobiegł w samych szor­tach.

Bez­pieczni pod drze­wem, pozwo­li­li­śmy sobie na chwilę odrę­twie­nia, ale umysł Jema pra­co­wał na wyso­kich obro­tach.

– Musimy wra­cać do domu. Będą się zasta­na­wiać, gdzie jeste­śmy.

Pobie­gli­śmy przez boisko, prze­leź­li­śmy pod pło­tem na Jele­nie Pastwi­sko za naszym domem, prze­sko­czy­li­śmy nad siatką i zanim Jem pozwo­lił nam się zatrzy­mać na odpo­czy­nek, byli­śmy już na schod­kach wio­dą­cych na werandę.

Uspo­ko­iw­szy odde­chy, moż­li­wie swo­bod­nym kro­kiem wyszli­śmy na podwórko przed domem. Wyj­rze­li­śmy na ulicę i zoba­czy­li­śmy krąg sąsia­dów przed furtką Radleyów.

– Lepiej tam pójdźmy – ode­zwał się Jem. – Zdzi­wią się, jeśli nas tam nie zoba­czą.

 

Pan Nathan Radley stał przy furtce, ze strzelbą na ramie­niu. Atti­cus towa­rzy­szył pan­nie Mau­die i pan­nie Ste­pha­nie Craw­ford. Panna Rachel i pan Avery stali opo­dal. Nikt nie zauwa­żył, że się zbli­żamy.

Sta­nę­li­śmy obok panny Mau­die, która teraz dopiero się rozej­rzała.

– Gdzie­ście się podzie­wali, że nie widzie­li­ście takiego poru­sze­nia?

– A co się stało? – spy­tał Jem.

– Pan Radley strze­lił do Murzyna, który mu buszo­wał w kapu­ście.

– Ach tak. Tra­fił go?

– Nie – odparła panna Ste­pha­nie. – Celo­wał w powie­trze. Ale nastra­szył go tak, że Murzyn zbladł. Mówi, że jeśli kto zoba­czy w sąsiedz­twie bia­łego czar­nu­cha, to na pewno będzie ten. I że w dru­giej lufie ma kulę na wypa­dek, gdyby znowu go usły­szał w ogro­dzie, i tym razem na pewno nie będzie mie­rzył w niebo, czy to będzie pies czy Murzyn, czy… Jemie Fin­chu!

– Tak, pro­szę pani?

– Synu, gdzie twoje spodnie? – wtrą­cił się Atti­cus.

– Spodnie, ojcze?

– Spodnie.

Prze­grana sprawa. W samych szor­tach przed Bogiem i wszyst­kimi… Wes­tchnę­łam.

– Eee… panie Finch?

W bla­sku latarni ulicz­nej widzia­łam, że coś się lęgnie w gło­wie Dilla. Oczy mu się roz­sze­rzyły, a pulchna twarz che­ru­bina stała się jesz­cze krą­glej­sza.

– O co cho­dzi, Dill? – spy­tał Atti­cus.

– Ja… ja je od niego wygra­łem – odparł wykręt­nie Dill.

– Wygra­łeś? Jak to?

Dill podra­pał się za uchem, a potem prze­su­nął dłoń na czoło.

– Gra­li­śmy w roz­bie­ra­nego pokera nad oczkiem wod­nym – wyja­śnił.

Ode­tchnę­li­śmy z Jemem. Sąsie­dzi jakby zesztyw­nieli, ale wyglą­dali na usa­tys­fak­cjo­no­wa­nych. Tylko co to był ten roz­bie­rany poker?

Nie mie­li­śmy oka­zji dowie­dzieć się tego. Panna Rachel włą­czyła się nagle z mocą syreny alar­mo­wej:

– Na rany Chry­stusa, Dillu Har­ri­sie! Hazard nad moją sadzawką?! Już ja ci dam roz­bie­ra­nego pokera, mój panie!

Atti­cus oca­lił Dilla przed natych­mia­sto­wym poćwiar­to­wa­niem.

– Chwi­leczkę, panno Rachel – powie­dział. – Ni­gdy w życiu nie sły­sza­łem, żeby robili coś takiego. Naprawdę gra­li­ście w karty?

Jem odbił piłkę z zamknię­tymi oczami:

– Nie, ojcze, tylko zapał­kami.

Podzi­wia­łam mojego brata. Zapałki były nie­bez­pieczne, ale karty ozna­cza­łyby śmierć.

– Jem, Skaut – powie­dział Atti­cus. – Nie chcę wię­cej sły­szeć o poke­rze w żad­nej postaci. Jem, idź do Dilla po spodnie. Doga­daj­cie się jakoś.

– Nie martw się, Dill – ode­zwał się Jem, gdy wra­ca­li­śmy truch­tem. – Ona ci nic nie zrobi, Atti­cus ją prze­kona. Szybko ruszy­łeś głową, chło­pie. Posłu­chaj… sły­szysz?

Zatrzy­ma­li­śmy się i usły­sze­li­śmy głos Atti­cusa:

– … nic poważ­nego… wszy­scy przez to prze­cho­dzą, panno Rachel…

Dill się uspo­koił, ale Jem i ja – nie. Pozo­stał prze­cież pro­blem: rano Jem musiał poka­zać ojcu spodnie.

– Dał­bym ci moje – zapro­po­no­wał Dill, gdy sta­nę­li­śmy przy schod­kach do domu panny Rachel.

Jem odparł, że i tak się w nie nie zmie­ści, ale dzię­kuje. Poże­gna­li­śmy się i Dill wszedł do domu. Naj­wy­raź­niej przy­po­mniał sobie, że jeste­śmy zarę­czeni, bo zaraz wybiegł z powro­tem i poca­ło­wał mnie prze­lot­nie na oczach Jema.

– Macie pisać, jasne? – zawo­łał jesz­cze, gdy odcho­dzi­li­śmy.

Nawet gdyby Jem bez­piecz­nie wró­cił do domu w spodniach, tej nocy i tak nie spa­li­by­śmy zbyt dobrze. Każdy dźwięk, który dobie­gał w oko­lice mojego skła­da­nego łóżka na weran­dzie od ogrodu, wyda­wał się trzy razy gło­śniej­szy niż zwy­kle. Każde skrzyp­nię­cie stopy na żwi­rze ozna­czało, że nad­cho­dzi żądny zemsty Boo Radley. Każdy prze­cho­dzący opo­dal, roze­śmiany Murzyn też mógł być Boo Radleyem, który wyrwał się na wol­ność i poszu­kuje nas. Owady ude­rza­jące o moski­tierę były sza­lo­nymi pal­cami Boo Radleya, roz­ry­wa­ją­cymi drut na strzępy. Mio­dle w naszym ogro­dzie wyda­wały się chore, pochy­lały się nad nami jak żywe istoty. Lewi­to­wa­łam więc mię­dzy snem a jawą, póki nie usły­sza­łam mru­cze­nia Jema.

– Śpisz, Trzy­oka?

– Zwa­rio­wa­łeś?

– Ciii… Atti­cus zga­sił świa­tło.

W blak­ną­cym już świe­tle księ­życa zoba­czy­łam, że Jem sta­wia nogi na deskach.

– Idę po nie – powie­dział.

Usia­dłam sztywno.

– Nie możesz. Nie pozwolę ci.

Jem siło­wał się już z koszulą.

– Muszę.

– Spró­buj tylko, a obu­dzę Atti­cusa.

– Spró­buj tylko, a cię zabiję.

Pocią­gnę­łam go w dół, żeby usiadł na moim łóżku. Pró­bo­wa­łam prze­mó­wić mu do rozumu.

– Pan Nathan znaj­dzie je rano, Jem. Wie, że je zgu­bi­łeś. Gdy je pokaże Atti­cu­sowi, będzie dość kiep­sko, ale nic poza tym. Kładź się do łóżka.

– Wiem, co będzie – odparł Jem. – I wła­śnie dla­tego idę po nie.

Poczu­łam mdło­ści. Chciał tam wró­cić cał­kiem sam, a ja pamię­ta­łam słowa panny Ste­pha­nie, że w dru­giej lufie strzelby pana Nathana czeka kula dla psa czy Murzyna… Jem wie­dział o tym jesz­cze lepiej niż ja.

Byłam zde­spe­ro­wana.

– Posłu­chaj mnie, Jem, nie warto. Lanie może i boli, ale nie trwa długo. A on ci łeb odstrzeli, Jem. Pro­szę cię…

Wes­tchnął cier­pli­wie.

– To jest tak, Skau­cie – odpo­wie­dział cicho. – Atti­cus nie sprał mnie jesz­cze ni­gdy, odkąd pamię­tam. I chcę, żeby tak pozo­stało.

To była myśl. Mia­łam wra­że­nie, że Atti­cus gro­ził nam tylko raz na jakiś czas.

– Chcesz powie­dzieć, że ni­gdy jesz­cze cię nie przy­ła­pał?

– Może i tak. Ale chcę, Skau­cie, żeby tak pozo­stało. Nie powin­ni­śmy byli tam iść.

Myślę, że wła­śnie wtedy po raz pierw­szy zaczę­li­śmy odda­lać się od sie­bie. Wcze­śniej zda­rzało mi się nie rozu­mieć Jema, ale były to tylko chwile zdu­mie­nia. Tym razem nie poj­mo­wa­łam go ani tro­chę.

– Pro­szę – szep­nę­łam bła­gal­nie – zasta­nów się nad tym cho­ciaż przez chwilę. Ty sam, w takim miej­scu…

– Zamknij się!

– Prze­cież nie będzie tak, że Atti­cus ni­gdy wię­cej się do cie­bie nie ode­zwie czy coś w tym guście… Obu­dzę go, Jem, przy­się­gam, że go obu­dzę…

Jem chwy­cił mnie za koł­nierz pidżamy i ści­snął mocno.

– No to idę z tobą – wychar­cza­łam.

– Nie idziesz, za bar­dzo hała­su­jesz.

Byłam bez­u­ży­teczna. Otwo­rzy­łam tylne drzwi i przy­trzy­ma­łam, póki nie zszedł na dół. Musiała być już druga w nocy. Księ­życ zacho­dził i cie­nie krat z wolna top­niały w roz­mytą nicość. Poły bia­łej koszuli Jema uno­siły się i opa­dały jak mały duszek, który w tańcu usi­łuje uciec przed poran­kiem. Lekki wiatr, który wła­śnie się zerwał, chło­dził strużki potu spły­wa­jące mi po bokach.

Poszedł od tyłu, przez Jele­nie Pastwi­sko, przez boisko szkolne i dookoła ogro­dze­nia, pomy­śla­łam – a przy­naj­mniej w tam­tym kie­runku się odda­lił. Była to dłuż­sza droga, więc nie nad­szedł jesz­cze czas, żeby zacząć się mar­twić. Cze­ka­łam, wciąż nasłu­chu­jąc, czy nie ode­zwie się dwu­rurka pana Radleya. Wyda­wało mi się, że sły­szę skrzy­pie­nie naszego ogro­dze­nia, ale był to tylko kaprys wyobraźni.

A potem roz­legł się kaszel Atti­cusa. Wstrzy­ma­łam oddech. Cza­sem, gdy uda­wa­li­śmy się o pół­nocy na piel­grzymki do toa­lety, widzie­li­śmy, że wciąż czyta. Mówił, że czę­sto budzi się w środku nocy, spraw­dza, co u nas, i czyta, żeby znowu zasnąć. Cze­ka­łam, czy nie zapali się świa­tło, wbi­ja­jąc wzrok w ciem­ność holu. Nie włą­czyło się jed­nak i mogłam ode­tchnąć z ulgą.

Nocne owady udały się na spo­czy­nek, za to owoce mio­dli raz po raz bęb­niły o dach, gdy dmuch­nął wiatr. W pustce i ciem­no­ści roz­brzmie­wało z daleka szcze­ka­nie psów.

Wresz­cie się poja­wił; wra­cał do mnie. Plama jego bia­łej koszuli bły­snęła ponad pło­tem i stop­niowo zaczęła rosnąć. Wspiął się po stop­niach, zamknął drzwi na zasuwkę i usiadł na swoim łóżku polo­wym. Bez słowa uniósł w ręku spodnie. Poło­żył się i przez czas jakiś wyczu­wa­łam, że jego posła­nie drży. W końcu jed­nak znie­ru­cho­miał. Nie sły­sza­łam już, żeby się poru­szył.

Roz­dział 7

Jem pozo­stał humo­rza­sty i mil­czący przez cały tydzień. Idąc za radą, którą dosta­łam kie­dyś od Atti­cusa, spró­bo­wa­łam wejść w jego skórę i pocho­dzić w niej troszkę. Gdy­bym to ja zna­la­zła się samot­nie opo­dal pose­sji Radleyów, następ­nego popo­łu­dnia odbyłby się mój pogrzeb. I dla­tego zosta­wi­łam Jema w spo­koju, sta­ra­jąc się nie doku­czać mu ani tro­chę.

Zaczął się rok szkolny. Druga klasa była rów­nie marna jak pierw­sza, albo i gor­sza – wciąż machali do nas kart­kami i nie pozwa­lali czy­tać oraz pisać. Postępy panny Caro­line w naucza­niu nowej pierw­szej klasy można było sza­co­wać po czę­sto­tli­wo­ści wybu­chów śmie­chu w sąsied­niej sali; na szczę­ście wspar­cia w utrzy­my­wa­niu porządku udzie­lali jej ci, któ­rzy jak zwy­kle powta­rzali klasę. Jedyną korzy­ścią z pro­mo­cji do dru­giej klasy było to, że zosta­wa­łam w szkole tak długo jak Jem i zazwy­czaj o trze­ciej wra­ca­li­śmy razem do domu.

Pew­nego popo­łu­dnia, gdy szli­śmy przez boisko, Jem wyznał nie­spo­dzie­wa­nie:

– O czymś ci nie powie­dzia­łem.

Jako że było to pierw­sze pełne zda­nie, jakie wygło­sił od paru dni, odrze­kłam zachę­ca­jąco:

– Na temat?

– Na temat tam­tej nocy.

– W ogóle nic mi o niej nie powie­dzia­łeś – uści­śli­łam.

Jem zbył moje słowa mach­nię­ciem ręką, jakby oga­niał się od koma­rów.

– Kiedy wró­ci­łem po moje bry­czesy… – zaczął po chwili – wiesz, były zwi­nięte w kłąb, gdy się z nich wydo­sta­łem, nie mogłem ich roz­plą­tać. A kiedy po nie wró­ci­łem… – Jem ode­tchnął głę­boko. – Kiedy wró­ci­łem, wisiały zło­żone na pło­cie… jakby na mnie cze­kały.

– Na pło…

– I jesz­cze coś – prze­rwał mi bez­barw­nym gło­sem. – Pokażę ci to w domu. Ktoś je zszył. Nie tak, jak by zro­biła to kobieta, raczej tak, jak ja bym to zro­bił. Krzywo. Pra­wie jakby…

– …ktoś wie­dział, że po nie przyj­dziesz.

Jem się wzdry­gnął.

– Jakby ktoś czy­tał w moich myślach… Jakby umiał prze­wi­dzieć, co zro­bię. A prze­cież nikt nie wie, co zro­bię, Skau­cie, chyba że mnie dobrze zna, prawda?

Pyta­nie Jema zabrzmiało raczej jak bła­ga­nie. Posta­no­wi­łam go pokrze­pić:

– Nikt nie może wie­dzieć, chyba że miesz­kałby z tobą pod jed­nym dachem, a prze­cież nawet ja nie wiem, co wymy­ślisz.

Mija­li­śmy wła­śnie nasze drzewo. W dziu­rze po sęku leżał kłę­bek sza­rego szpa­gatu.

– Nie bierz go, Jem – powie­dzia­łam. – To czy­jaś skrytka.

– Nie wydaje mi się, Skau­cie.

– A wła­śnie, że tak. Ktoś w rodzaju Wal­tera Cun­nin­ghama przy­cho­dzi tu pew­nie na każ­dej prze­rwie i ukrywa swoje rze­czy, a my przy­cho­dzimy i zabie­ramy je. Słu­chaj, zostawmy ten kłę­bek i zacze­kajmy parę dni. Jeśli nie znik­nie, wtedy go weź­miemy, zgoda?

– Zgoda. Może masz rację. Pew­nie jakiś maluch zna­lazł to miej­sce. Ukrywa swoje skarby przed star­szymi. Zauważ, że znaj­du­jemy tu różne rze­czy tylko w cza­sie roku szkol­nego.

– Wła­śnie – odrze­kłam. – Ale też ni­gdy tu nie bywamy pod­czas waka­cji.

Poszli­śmy do domu. Następ­nego ranka szpa­gat leżał tam, gdzie go zosta­wi­li­śmy. Gdy trze­ciego dnia nic się nie zmie­niło, Jem zabrał kłę­bek i scho­wał do kie­szeni. Od tam­tej pory wszystko, co zna­leź­li­śmy w tej dziu­rze, uwa­ża­li­śmy za naszą wła­sność.

Druga klasa była fatalna, lecz Jem zapew­niał mnie, że im będę star­sza, tym cie­ka­wiej będzie w szkole. Mówił, że dopiero w szó­stej kla­sie zaczął się uczyć war­to­ścio­wych rze­czy. Szó­sta klasa podo­bała mu się od samego początku: prze­cho­dził – krótką i nie­zro­zu­miałą dla mnie – Fazę Egip­ską, kiedy to pró­bo­wał cho­dzić bokiem, usta­wia­jąc jedno ramię przed sobą, a dru­gie za sobą, stopy zaś jedna za drugą. Twier­dził, że Egip­cja­nie wła­śnie tak się poru­szali. Odpo­wia­da­łam nie­zmien­nie, że skoro tak cho­dzili, to praw­dzi­wym cudem jest to, że w ogóle coś osią­gnęli. Jem mówił, że osią­gnęli wię­cej niż choćby Ame­ry­ka­nie, bo na przy­kład wyna­leźli papier toa­le­towy oraz wie­czy­ste bal­sa­mo­wa­nie. Gdzie byli­by­śmy dzi­siaj, pytał, gdyby nie ich suk­cesy? Atti­cus pora­dził mi, żebym pomi­jała przy­miot­niki w wypo­wie­dziach Jema, jeśli chcę poznać fakty.

Na połu­dniu Ala­bamy nie ma wyraź­nie wyod­ręb­nio­nych pór roku. Lato dry­fuje w stronę jesieni, a po jesieni cza­sem wcale nie przy­cho­dzi zima, tylko wio­sna, a ona znów sta­pia się z latem. Tego roku jesień była długa i na tyle cie­pła, że wystar­czała lekka kurtka. Pew­nego pogod­nego paź­dzier­ni­ko­wego popo­łu­dnia truch­ta­li­śmy jak zawsze naszą stałą trasą, gdy dziura po sęku znowu przy­kuła naszą uwagę. Tym razem wysta­wało z niej coś bia­łego.

 

Jem pozwo­lił mi czy­nić honory: wyję­łam z drzewa dwa małe ludziki wyrzeź­bione w mydle. Jedna z postaci nosiła chło­pięce ubra­nie, druga miała na sobie pro­stą sukienkę.

Zanim przy­po­mnia­łam sobie, że nie ma żad­nych cza­rów, z piskiem rzu­ci­łam mydlane rzeźby na zie­mię.

Jem pod­niósł je zaraz.

– Co się z tobą dzieje? – wrza­snął na mnie, otrze­pu­jąc z nich czer­wo­nawy pył. – Są świetne – dodał. – W życiu nie widzia­łem tak dobrej roboty.

Podał mi obie figurki. Były nie­mal ide­al­nymi minia­tu­rami dwojga dzieci. Chło­piec miał na sobie krót­kie spodenki i szopę wło­sów opa­da­jącą aż na brwi. Spoj­rza­łam na Jema. Na jego gło­wie zoba­czy­łam ząbek brą­zo­wych wło­sów zbie­ga­ją­cych się na czole. Wcze­śniej zupeł­nie nie zwra­ca­łam uwagi na jego fry­zury.

Jem tym­cza­sem spo­glą­dał to na mnie, to na laleczkę. Miała grzywkę, podob­nie jak ja.

– To my – stwier­dził Jem.

– Jak myślisz, kto je zro­bił?

– A znamy w oko­licy kogoś, kto potrafi stru­gać? – spy­tał.

– Pana Avery’ego.

– Pan Avery struga cał­kiem zwy­czaj­nie, nie tak.

Śred­nia wydaj­ność pana Avery’ego nie prze­kra­czała jed­nego ostru­ga­nego polana do kominka tygo­dniowo; zwy­kle robił z niego wyka­łaczkę, którą następ­nie żuł.

– Jest jesz­cze kochaś panny Ste­pha­nie Craw­ford – doda­łam.

– Zgoda, ten potrafi rzeź­bić, ale mieszka na wsi. Czy miałby czas, żeby się nami inte­re­so­wać?

– Może prze­sia­duje na weran­dzie i zamiast patrzeć na pannę Ste­pha­nie, gapi się na nas? Ja na jego miej­scu wła­śnie tak bym robiła.

Jem spo­glą­dał na mnie tak długo, że zapy­ta­łam, o co mu cho­dzi, ale za całą odpo­wiedź musiało mi star­czyć krót­kie „O nic, Skau­cie”. Gdy wró­ci­li­śmy do domu, Jem ukrył ludziki w swo­jej skrzyni.

Nie­spełna dwa tygo­dnie póź­niej zna­leź­li­śmy całe opa­ko­wa­nie gumy do żucia, która bar­dzo nam sma­ko­wała. To, że wszystko, co pocho­dziło z pose­sji Radleyów, było zatrute, jakoś umknęło Jemowi z pamięci.

W kolej­nym tygo­dniu dziura w drze­wie ofia­ro­wała nam zaśnie­działy medal. Jem poka­zał go Atti­cu­sowi i dowie­dzie­li­śmy się, że to medal za dobre lite­ro­wa­nie, bo zanim przy­szli­śmy na świat, w szko­łach hrab­stwa May­comb odby­wały się tur­nieje orto­gra­ficzne i ten, kto naj­le­piej lite­ro­wał słowa, dosta­wał medal. Atti­cus stwier­dził, że ktoś musiał go zgu­bić, i chciał wie­dzieć, czy już pyta­li­śmy sąsia­dów. Jem kop­nął mnie w kostkę, gdy chcia­łam odpowie­dzieć, gdzie zna­leź­li­śmy medal. Zaraz potem spy­tał Atti­cusa, czy nie pamięta, kto zdo­był kie­dyś takie tro­feum, ale ojciec odrzekł, że nie.

Cztery dni póź­niej zna­leź­li­śmy naj­cen­niej­szy dro­biazg: nie­sprawny zega­rek kie­szon­kowy, z łań­cusz­kiem i alu­mi­nio­wym noży­kiem.

– Jem, sądzisz, że to białe złoto?

– Nie wiem. Pokażę Atti­cu­sowi.

Ojciec orzekł, że gdyby wszystko to było nowe, pew­nie byłoby warte z dzie­sięć dola­rów.

– Zamie­ni­łeś się z kimś w szkole? – zapy­tał.

– Ależ nie!

Jem wyjął z kie­szeni zega­rek dziadka, który Atti­cus pozwa­lał mu nosić raz w tygo­dniu, jeśli będzie bar­dzo uwa­żał. Kiedy Jem rze­czy­wi­ście nosił przy sobie tę pamiątkę, zacho­wy­wał się tak, jakby miał w kie­szeni jajko.

– Jeśli nie masz nic prze­ciwko temu, Atti­cu­sie, wolę nosić ten. Może uda mi się go napra­wić?

Gdy urok nowo­ści przy­gasł i nosze­nie dziad­ko­wego zegarka stało się już tylko nie­przy­jem­nym obo­wiąz­kiem, Jem nie czuł już potrzeby spraw­dza­nia czasu co pięć minut.

Z nowym wyko­nał świetną robotę; zostało luzem led­wie kilka drob­nych ele­men­tów oraz sprę­żynka, ale zega­rek wciąż nie cho­dził.

– Ech – wes­tchnął. – On ni­gdy nie ruszy. Skaut?

– Hę?

– Myślisz, że powin­ni­śmy napi­sać list do tego, kto zosta­wia dla nas te wszyst­kie rze­czy?

– Byłoby to bar­dzo uprzejme, Jem, wypada prze­cież podzię­ko­wać… Co się dzieje?

Jem trzy­mał się za uszy, mia­rowo krę­cąc głową na boki.

– Nie rozu­miem… Po pro­stu tego nie rozu­miem… Nie wiem dla­czego, Skau­cie… – Spoj­rzał w stronę salonu. – Chyba powiem Atti­cu­sowi… Nie, lepiej nie.

– To ja mu powiem za cie­bie.

– Nie rób tego, Skau­cie. Skau­cie?

– Czego?

Przez cały wie­czór wahał się, czy ma mi to powie­dzieć. Jego twarz roz­ja­śniała się, gdy pochy­lał się ku mnie, ale zaraz zmie­niał zda­nie. Tym razem też zmie­nił.

– Eee, nic.

– Masz, napi­szemy list – powie­dzia­łam, pod­su­wa­jąc mu pod nos blok i ołó­wek.

– Zgoda. „Drogi panie…”

– Skąd wiesz, że to pan? Ja idę o zakład, że to panna Mau­die. Od dawna ją podej­rze­wam.

– Eee tam, panna Mau­die nie umie żuć gumy – odparł Jem z sze­ro­kim uśmie­chem. – Za to potrafi cza­sem ład­nie mówić. Kie­dyś pro­po­no­wa­łem jej, żeby sobie pożuła, ale odpo­wie­działa mi, że dzię­kuje, bo guma „przy­wiera jej do pod­nie­bie­nia i pozba­wia daru mowy” – powtó­rzył jej słowa. – Ład­nie powie­działa, nie?

– No. Fak­tycz­nie, cza­sem potrafi ład­nie powie­dzieć. Ale na pewno nie mia­łaby zegarka z łań­cusz­kiem.

– Drogi panie – powtó­rzył Jem. – Doce­niamy to… Nie. Jeste­śmy wdzięczni za wszystko, co wkłada pan dla nas do dziury w drze­wie. Szcze­rze oddany Jeremy Atti­cus Finch.

– Nie będzie wie­dział, kim jesteś, jeśli pod­pi­szesz się w taki spo­sób, Jem.

Jem wyma­zał więc imiona i napi­sał: „Jem Finch”. Ja dopi­sa­łam niżej „Jean Louise Finch (Skaut)”, a mój brat umie­ścił liścik w koper­cie.

Następ­nego ranka w dro­dze do szkoły Jem wyprze­dził mnie bie­giem i zatrzy­mał się przy drze­wie. Odwró­cił się i spoj­rzał na mnie; jego twarz była tru­pio blada.

– Skaut!

Popę­dzi­łam do niego.

Ktoś zace­men­to­wał dziurę po sęku.

– Nie płacz, Skau­cie… Nie płacz już, nie przej­muj się tak… – mru­czał mi do ucha przez całą drogę do szkoły.

Gdy wró­ci­li­śmy do domu na obiad, Jem zjadł bły­ska­wicz­nie, pobiegł na werandę i sta­nął na scho­dach. Podą­ży­łam za nim.

– Jesz­cze nie szedł – zamel­do­wał.

Następ­nego dnia Jem powtó­rzył manewr i tym razem jego czuj­ność została wyna­gro­dzona.

– Dzień dobry, panie Natha­nie – powie­dział.

– Dzień dobry Jem, Skaut – odrzekł pan Radley, nie zatrzy­mu­jąc się.

– Panie Radley! – zawo­łał Jem.

Pan Radley odwró­cił się.

– Panie Radley… czy to pan zace­men­to­wał dziurę w drze­wie przy waszym domu?

– Tak – odparł. – Od góry do dołu.

– Ale dla­czego, pro­szę pana?

– To drzewo umiera. Gdy cho­ruje, trzeba cemen­to­wać takie otwory. Powi­nie­neś już o tym wie­dzieć, Jem.

Jem nie ode­zwał się na ten temat aż do póź­nego popo­łu­dnia. Gdy mija­li­śmy nasze drzewo, w głę­bo­kim zamy­śle­niu pokle­pał cemen­tową plombę. Mia­łam wra­że­nie, że celowo wpra­wia się w jesz­cze gor­szy humor, więc wola­łam trzy­mać się z daleka.

Jak zawsze wyszli­śmy na spo­tka­nie Atti­cu­sowi, gdy tego wie­czoru powra­cał z pracy. Na stop­niach przed domem Jem powie­dział:

– Atti­cu­sie, spójrz, pro­szę, na tamto drzewo.

– Które drzewo, synu?

– To w samym rogu pose­sji Radleyów, prze­cho­dzimy obok niego w dro­dze do szkoły.

– Tak?

– Czy ono umiera?

– Ależ nie, synu. Nie wydaje mi się. Spójrz na liście, wszyst­kie są zie­lone i zdrowe, ani śladu brą­zo­wego nalotu…

– I nawet nie jest chore?

– Jest zdrowe jak ty, Jem. Dla­czego pytasz?

– Bo pan Nathan Radley powie­dział, że ono umiera.

– Może tak jest? Pan Radley z pew­no­ścią wie wię­cej o swo­ich drze­wach niż my.

Atti­cus zosta­wił nas na weran­dzie. Jem oparł się o kolumnę, ryt­micz­nie ocie­ra­jąc się o nią bar­kami.

– Swę­dzi cię, Jem? – spy­ta­łam naj­grzecz­niej jak umia­łam. Nie odpo­wie­dział. – Chodź do domu – doda­łam.

– Za chwilę.

Stał tam aż do nocy, a ja cze­ka­łam na niego. Gdy weszli­śmy do domu, zauwa­ży­łam, że pła­kał; na twa­rzy widać było ślady łez, jed­nak zdzi­wiło mnie, że nie sły­sza­łam szlo­chu.