Zabić drozdaTekst

Z serii: Salamandra
Z serii: Zabić drozda #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zabić drozda
Zabić drozda
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,80  56,64 
Zabić drozda
Audio
Zabić drozda
Audiobook
Czyta Joanna Koroniewska
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie wie. Gdyby wie­dział, toby nam powie­dział.

Ja nie byłam taka pewna, ale Jem odparł, że zacho­wuję się jak dziew­czyna, bo to dziew­czyny zawsze coś sobie wyobra­żają i dla­tego inni ludzie tak bar­dzo ich nie­na­wi­dzą. I że jeśli i ja zacznę się tak zacho­wy­wać, to on po pro­stu sobie pój­dzie i znaj­dzie kogoś innego do zabawy.

– W porządku, kon­ty­nu­ujemy – powie­dział. – Prze­ko­na­cie się, że mam rację.

Przy­by­cie Atti­cusa było dru­gim powo­dem, dla któ­rego nie chcia­łam się już bawić w ten spo­sób. Pierw­szy powód poja­wił się owego dnia, kiedy wto­czy­łam się na podwórko Radleyów. Przez całe to trzę­sie­nie głową, napady nud­no­ści i wrza­ski Jema prze­bił się pewien dźwięk, tak cichy, że led­wie go posły­sza­łam. Ktoś w domu się śmiał.

Roz­dział 5

Moje maru­dze­nie wresz­cie poko­nało Jema – wie­dzia­łam, że tak będzie – i ku mojej uldze na jakiś czas zwol­ni­li­śmy tempo naszej zabawy. Jem wciąż jed­nak utrzy­my­wał, że Atti­cus nie zabro­nił nam jej kon­ty­nu­ować, a to ozna­czało, że możemy. Na wypa­dek, gdyby Atti­cus kie­dyś jed­nak zabro­nił, Jem miał plan ratun­kowy: zmie­ni­li­by­śmy imiona postaci i już nikt nie mógłby nam zarzu­cić, że powta­rzamy rze­czy­wi­ste sytu­acje.

Dill z całego serca popie­rał ten plan dzia­ła­nia. Coraz bliż­szy Jemowi, dla mnie pomału sta­wał się utra­pie­niem. Popro­sił mnie na początku lata, żebym za niego wyszła, i zaraz o tym zapo­mniał. Wyróż­nił mnie, ozna­czył jako swoją wła­sność, powie­dział, że jestem jedyną dziew­czyną, jaką kie­dy­kol­wiek poko­cha, a potem mnie zanie­dbał. Zbi­łam go za to dwa razy, ale nie pomo­gło – jesz­cze bar­dziej zbli­żył się do Jema. Spę­dzali razem całe dnie, sie­dząc w domku na drze­wie, knu­jąc i kom­bi­nu­jąc. Wołali mnie tylko wtedy, gdy potrze­bo­wali dodat­ko­wej pary rąk. Ja jed­nak na jakiś czas ode­rwa­łam się od ich coraz śmiel­szych pla­nów i ryzy­ku­jąc, że będę nazy­wana dziew­czy­y­yną, spę­dza­łam więk­szość ostat­nich wie­czo­rów tego lata z panną Mau­die Atkin­son, na weran­dzie jej domu.

Zawsze wolno nam było hasać po jej ogro­dzie, jeśli tylko trzy­ma­li­śmy się z dala od aza­lii, lecz tak naprawdę nasze sto­sunki z nią nie były jasno okre­ślone. Zanim Jem i Dill cał­kiem wyklu­czyli mnie ze swo­ich pla­nów, była tylko jedną z pań sąsia­dek, choć trzeba powie­dzieć, że przy­jaź­nie nasta­wioną.

Cichy układ z panną Mau­die pozwa­lał nam bawić się na jej traw­niku, czę­sto­wać się musz­ka­te­lami, ale bez wska­ki­wa­nia na altanę, oraz buszo­wać po podwó­rzu na tyłach domu. Była to umowa tak dobra, że rzadko roz­ma­wia­li­śmy z naszą sąsiadką, chcąc zacho­wać deli­katną rów­no­wagę tej koeg­zy­sten­cji; teraz jed­nak zacho­wa­nie Jema i Dilla kazało mi zbli­żyć się do panny Mau­die.

Nie­na­wi­dziła swo­jego domu: czas spę­dzony we wnę­trzu był cza­sem stra­co­nym. Była wdową, kobietą kame­le­onem, uwi­ja­jącą się mię­dzy grząd­kami w sta­rym słom­ko­wym kape­lu­szu i męskim dre­li­chu; po kąpieli o sie­dem­na­stej, gdy poja­wiała się na weran­dzie, obej­mo­wała łaskawe pano­wa­nie nad całą ulicą.

Uwiel­biała wszystko, co wyra­stało z ziemi naszego Pana, nawet chwa­sty. Z jed­nym wyjąt­kiem: gdy zoba­czyła w ogro­dzie choćby źdźbło cibory, urzą­dzała zaraz drugą bitwę nad Marną. Pędziła z cyno­wym wia­der­kiem i pry­skała od dołu sub­stan­cją tak tru­jącą, że wedle jej słów mogłaby ona zabić nas wszyst­kich bez trudu, gdy­by­śmy tylko zna­leźli się w polu raże­nia.

– Dla­czego po pro­stu nie spró­buje pani tego wyrwać? – spy­ta­łam pew­nego razu, gdy na moich oczach roze­grała się kam­pa­nia prze­ciwko list­kowi nie mie­rzą­cemu wię­cej niż osiem cen­ty­me­trów.

– Wyrwać? Wyrwać, moje dziecko? – Pod­nio­sła zwię­dły pęd i kciu­kiem prze­cią­gnęła wzdłuż wątłej łodyżki, wyci­ska­jąc drob­niut­kie zia­renka. – Wystar­czy jedno takie, żeby cibora zruj­no­wała cały ogród. Spójrz tutaj. Jesie­nią te dro­biny wysy­chają i wiatr roz­dmu­chuje je na całe hrab­stwo May­comb! – W ustach panny Mau­die brzmiało to jak opis biblij­nej plagi.

Mówiła szorstko, jak na miesz­kankę hrab­stwa May­comb. Wołała na nas po imie­niu i nazwi­sku, a gdy się uśmie­chała, odsła­niała dwa złote czu­beczki nasa­dzone na kły. Gdy w podzi­wie wyra­zi­łam raz nadzieję, że kie­dyś też będę takie miała, odrze­kła:

– No to patrz.

Jed­nym ruchem języka wypchnęła mostek, a ów gest zaufa­nia tylko sce­men­to­wał naszą przy­jaźń.

Łaska­wość panny Mau­die roz­cią­gała się też na Jema i Dilla, kiedy już zda­rzyło im się prze­rwać na chwilę dzi­kie goni­twy; kon­su­mo­wa­li­śmy wtedy owoce dotąd ukry­tego talentu panny Mau­die. Pie­kła naj­lep­sze cia­sta w całej oko­licy. Gdy już pozy­skała nasze zaufa­nie, za każ­dym razem gdy upie­kła jedno duże i trzy małe cia­sta, wołała ku prze­ciw­le­głej stro­nie ulicy:

– Jemie Fin­chu, Skau­cie Fin­chu, Char­le­sie Bake­rze Har­ri­sie, przy­by­waj­cie!

Zawsze nagra­dzała szyb­kość, z jaką zja­wia­li­śmy się w jej domu.

Latem wie­czory są dłu­gie i spo­kojne. Naj­czę­ściej sia­da­ły­śmy z panną Mau­die w mil­cze­niu na jej weran­dzie, patrząc, jak w miarę opa­da­nia sło­necz­nej tar­czy niebo z żół­tego staje się różowe i jak jaskółki krążą coraz niżej nad domami, po czym wresz­cie zni­kają za dachami szkoły.

– Panno Mau­die – spy­ta­łam pew­nego wie­czoru – czy sądzi pani, że Boo Radley jesz­cze żyje?

– Na imię mu Arthur i żyje – odrze­kła. Bujała się nie­spiesz­nie w wiel­kim dębo­wym fotelu na bie­gu­nach. – Czu­jesz, jak pachną moje mimozy? W taki wie­czór to jak aniel­ski oddech.

– Tak, psze pani. A skąd pani wie?

– Co takiego, moje dziecko?

– Że B… pan Arthur jesz­cze żyje.

– Cóż za maka­bryczne pyta­nie. No, ale i temat cokol­wiek maka­bryczny. Wiem, że on żyje, Jean Louise, ponie­waż jesz­cze nie widzia­łam, żeby go wyno­sili.

– Może umarł i wepchnęli go do komina?

– A skąd ci to przy­szło do głowy?

– Jem uważa, że tak zro­bili.

– S-ss-ss. Z każ­dym dniem coraz bar­dziej przy­po­mina mi Jacka Fin­cha.

Panna Mau­die od dzie­ciń­stwa znała się z wuj­kiem Jac­kiem Fin­chem, bra­tem Atti­cusa. Nie­mal rówie­śnicy, dora­stali razem w Finch’s Lan­ding. Panna Mau­die była córką gospo­da­rza z sąsiedz­twa, dok­tora Franka Buforda. Jego pro­fe­sją była medy­cyna, a obse­sją wszystko, co rosło w ziemi, pozo­stał więc biedny. Wujek Jack Finch ogra­ni­czył swą pasję grze­ba­nia w gle­bie do skrzy­nek za oknem domu w Nashville i pozo­stał bogaty. Widy­wa­li­śmy go co roku na święta Bożego Naro­dze­nia i wtedy wołał na drugą stronę ulicy, do panny Mau­die, żeby za niego wyszła. Ona zaś odkrzy­ki­wała mu:

– Gło­śniej, Jacku Fin­chu, to usły­szą cię i na poczcie, ale ja jakoś jesz­cze nie dosły­sza­łam!

Uwa­ża­li­śmy z Jemem, że to dość ory­gi­nalny spo­sób pro­po­no­wa­nia damie mał­żeń­stwa, ale w końcu sam wujek Jack był dziwny. Twier­dził, że od czter­dzie­stu lat bez­sku­tecz­nie usi­łuje wku­rzyć pannę Mau­die, że jest bez wąt­pie­nia ostat­nią osobą na świe­cie, którą ona chcia­łaby poślu­bić, za to na pewno pierw­szą, z którą chcia­łaby się draż­nić, i że naj­lep­szą obroną przed nią jest zacie­kły atak, co oczy­wi­ście dosko­nale rozu­mie­li­śmy.

– Arthur Radley po pro­stu sie­dzi w domu – powie­działa panna Mau­die. – Nie sie­działabyś w domu, gdy­byś nie chciała wycho­dzić?

– Tak, pro­szę pani, ale ja chcia­ła­bym wycho­dzić. Dla­czego on nie chce?

Panna Mau­die zmru­żyła oczy.

– Znasz tę histo­rię rów­nie dobrze jak ja.

– Ale ni­gdy nie sły­sza­łam dla­czego. Nikt mi ni­gdy nie powie­dział.

Panna Mau­die popra­wiła mostek w ustach.

– Jak wiesz, stary pan Radley był bap­ty­stą obmy­wa­ją­cym stopy…

– Pani też jest, prawda?

– Nie jestem aż tak suro­wych oby­cza­jów, moje dziecko. Jestem zwy­kłą bap­tystką.

– To wy nie wszy­scy wie­rzy­cie w to obmy­wa­nie stóp?

– Wie­rzymy. W domo­wym zaci­szu, w wan­nie.

– Ale my nie możemy się z wami łączyć w wie­rze i w ogóle…

Uznaw­szy widać, że łatwiej będzie zde­fi­nio­wać pry­mi­tywną postać wiary bap­ty­stów niż brak wspól­noty ducho­wej wyznań, panna Mau­die odpo­wie­działa:

– Obmy­wa­jący stopy wie­rzą, że wszystko, co jest przy­jem­no­ścią, jest też grze­chem. Wiesz, że nie­któ­rzy z nich pew­nej soboty wyleźli z lasu i prze­cho­dząc obok mojego domu powie­dzieli, że pójdę do pie­kła razem z moimi kwiat­kami?

– Z kwiat­kami?

– Tak jest, panienko. Że będą się sma­żyć razem ze mną. Uznali, że spę­dzam za wiele czasu na bożym świe­cie, a za mało w domu, nad Biblią.

Moja ufność w ewan­ge­lię skar­lała cokol­wiek na myśl o pan­nie Mau­die gotu­ją­cej się na żywym ogniu w roz­ma­itych pro­te­stanc­kich pie­kłach. To prawda, że miała cięty język i że nie piel­grzy­mo­wała po oko­licy, czy­niąc dobro, jak czy­niła to panna Ste­pha­nie Craw­ford. Lecz gdy nikt, kto miał choć odro­binę roz­sądku, nie ufał pan­nie Ste­pha­nie, Jem i ja pokła­da­li­śmy nie­mało wiary w pan­nie Mau­die. Ni­gdy na nas nie naskar­żyła, ni­gdy nie bawiła się z nami w kotka i myszkę, ani tro­chę nie inte­re­so­wało jej nasze pry­watne życie. Była naszą przy­ja­ciółką. Trudno było mi pojąć, jakim cudem tak roz­sądna osoba mogła żyć spo­koj­nie w obli­czu zagro­że­nia wie­czy­stymi mękami.

– To nie­spra­wie­dliwe, panno Mau­die. Jest pani naj­lep­szą damą, jaką znam.

Panna Mau­die uśmiech­nęła się sze­roko.

– Dzię­kuję panience. Rzecz w tym, że zda­niem obmy­wa­czy stóp kobieta z defi­ni­cji równa się grze­chowi. Bo widzisz, oni rozu­mieją Biblię bar­dzo dosłow­nie.

 

– I dla­tego pan Arthur wciąż sie­dzi w domu? Żeby trzy­mać się z dala od kobiet?

– Nie mam poję­cia.

– Według mnie to bez sensu. Gdyby pan Arthur chciał tra­fić do nieba, w końcu wyszedłby cho­ciaż na ganek. Atti­cus mówi, że ludzie, co kochają Boga jak sie­bie…

Panna Mau­die prze­stała się koły­sać, a jej głos był tward­szy, gdy mówiła:

– Za młoda jesteś, żeby to zro­zu­mieć. Cza­sem Biblia w ręku czło­wieka jest bar­dziej nie­bez­pieczna niż butelka whi­skey w ręku… w ręku two­jego ojca.

Byłam wstrzą­śnięta.

– Atti­cus nie pije whi­skey – powie­dzia­łam. – Ni­gdy w życiu nie wypił ani kro­pli… No nie, raz wypił. Mówił mi, że spró­bo­wał i mu nie sma­ko­wała.

Panna Mau­die roze­śmiała się.

– Nie mówi­łam o twoim ojcu – ode­zwała się po chwili. – Cho­dziło mi o to, że choćby Atti­cus Finch się upił, nie byłby tak groź­nym męż­czy­zną jak nie­któ­rzy w naj­lep­szych chwi­lach swego życia. Po pro­stu nie­któ­rzy już tacy są… tak bar­dzo mar­twią się tym, co ich czeka w zaświa­tach, że nie mają czasu nauczyć się żyć na tym świe­cie. Wystar­czy spoj­rzeć na ulicę, żeby zoba­czyć skutki.

– A myśli pani, że to wszystko prawda, co mówią o B… o Arthu­rze?

– Co takiego?

Opo­wie­dzia­łam.

– Trzy czwarte gada­niny kolo­ro­wych i jedna czwarta plo­tek Ste­pha­nie Craw­ford – orze­kła ponuro panna Mau­die. –Ste­pha­nie Craw­ford powie­działa mi kie­dyś, że obu­dziła się w środku nocy i zoba­czyła, że on patrzy na nią zza okna. Spy­ta­łam: i co zro­bi­łaś, Ste­pha­nie, posu­nę­łaś się w łóżku, żeby zro­bić mu miej­sce? Wtedy przy­mknęła się na jakiś czas.

W to nie wąt­pi­łam. Sam głos panny Mau­die wystar­czał, żeby każdy się przy­mknął.

– Nie, moja mała – kon­ty­nu­owała. – To tylko smutny dom. Pamię­tam Arthura Radleya jako dziecko. Zawsze był dla mnie miłym chłop­cem, cokol­wiek mówili o nim ludzie. Moim zda­niem, był dobrze wycho­wany.

– Myśli pani, że jest sza­lony?

Panna Mau­die pokrę­ciła głową.

– Jeśli wtedy nie był, to teraz powi­nien. Ni­gdy nie wia­domo, co się ludziom przy­tra­fia… Co się dzieje w domach za zamknię­tymi drzwiami, jakie sekrety…

– Atti­cus ni­gdy nie robi Jemowi i mnie w domu niczego takiego, czego nie zro­biłby na podwórku – wtrą­ci­łam, czu­jąc się w obo­wiązku bro­nić rodzica.

– Dro­gie dziecko, ja tylko roz­wi­ja­łam opo­wieść, wcale nie mówiąc o waszym ojcu, ale skoro już mam to zro­bić, powiem tak: Atti­cus Finch jest taki sam w domu i na ulicy. Chcia­ła­byś zabrać do domu tro­chę świe­żego cia­sta bisz­kop­to­wego?

Bar­dzo chcia­łam.

Następ­nego ranka, gdy się obu­dzi­łam, wyszłam na podwórko i zasta­łam tam Jema i Dilla pogrą­żo­nych w roz­mo­wie. Kiedy się przy­sia­dłam, jak zwy­kle kazali mi odejść.

– Nie odejdę. To tak samo moje podwórko, jak i twoje, Jemie Fin­chu. I mam takie samo prawo się tu bawić jak ty.

Dill i Jem nara­dzali się przez chwilę.

– Jeśli tu zosta­niesz, będziesz musiała zro­bić, co ci każemy – ostrzegł Dill.

– No pro­szę – odrze­kłam. – Patrz­cie tylko, kto się nagle zro­bił taki ważny.

– Jeśli nie dasz słowa, że zro­bisz to, co ci każemy, niczego się nie dowiesz – cią­gnął Dill.

– Zacho­wu­jesz się tak, jak­byś przez noc urósł dwa­dzie­ścia cen­ty­me­trów! Dobra, o co cho­dzi?

– Zamie­rzamy prze­ka­zać wia­do­mość Boo Radley­owi – odparł spo­koj­nie Jem.

– Niby jak? – Bar­dzo się sta­ra­łam zapa­no­wać nad prze­ra­że­niem, które nara­stało we mnie auto­ma­tycz­nie. Sta­rej pan­nie Mau­die łatwo było mądrzyć się na ganku. Dla nas sprawa wyglą­dała zgoła ina­czej.

Jem zamie­rzał umie­ścić liścik na końcu wędki i wepchnąć mię­dzy okien­nice. Gdyby ktoś się zbli­żał, Dill miał użyć dzwonka.

Dill uniósł prawą rękę. Trzy­mał w niej srebrny dzwo­nek obia­dowy mojej matki.

– Pójdę do bocz­nej ściany – kon­ty­nu­ował Jem. – Patrzy­li­śmy wczo­raj z dru­giej strony ulicy; jest tam oblu­zo­wana okien­nica. Myślę, że uda się przy­naj­mniej poło­żyć wia­do­mość na pod­okien­niku.

– Jem…

– Teraz jesteś już z nami i nie możesz się wyco­fać. Zosta­jesz, panno Doku­czal­ska!

– Dobrze już, dobrze, ale nie chcę stać na war­cie. Jem, ktoś…

– A wła­śnie, że będziesz stać. Za domem. Dill zosta­nie od frontu i jeśli kogoś zoba­czy, zadzwoni. Jasne?

– Zgoda. Co mu napi­sze­cie?

– Pro­simy go bar­dzo grzecz­nie, żeby od czasu do czasu wyszedł i opo­wie­dział nam, co tam pora­bia – wyja­śnił Dill. – Obie­cu­jemy, że go nie skrzyw­dzimy i że kupimy mu lody.

– Zwa­rio­wa­li­ście; on nas poza­bija!

– To mój pomysł – odparł Dill. – Przy­pusz­czam, że jeśli wyj­dzie z domu i tro­chę z nami zosta­nie, dobrze mu to zrobi.

– Skąd wiesz, że i tak nie jest mu dobrze?

– A jak ty byś się czuła, gdy­byś sie­działa w zamknię­ciu sto lat, jada­jąc wyłącz­nie koty? Założę się, że brodę ma aż dotąd…

– Jak twój tata?

– Mój tata nie ma brody, tylko… – Dill urwał, jakby pró­bo­wał sobie przy­po­mnieć.

– Ha, przy­ła­pa­łam cię – stwier­dzi­łam. – Jesz­cze dobrze z pociągu nie wysia­dłeś, a już nam opo­wia­da­łeś, że nosi czarną brodę…

– Jeśli ci nie wszystko jedno… zgo­lił ją zeszłego lata! A na dowód mam jesz­cze list od niego. I przy­słał mi dwa dolary!

– Gadaj zdrów. Zdaje mi się, że dosta­łeś też mun­dur kon­nego poli­cjanta? Jakoś ni­gdy go nie zoba­czy­li­śmy. Więc gadaj ile wle­zie, synku…

Dill Har­ris umiał wci­skać naj­do­rod­niej­sze kity, jakie kie­dy­kol­wiek sły­sza­łam. Leciał mię­dzy innymi sie­dem­na­ście razy samo­lo­tem pocz­to­wym, był w Nowej Szko­cji, widział sło­nia, a od dziadka – gene­rała bry­gady Joe Whe­elera – dostał w spadku sza­blę.

– Zamilcz­cie wresz­cie – ode­zwał się Jem. Wci­snął się pod dom i wró­cił zaraz z żółtą, bam­bu­sową wędką. – Sądzisz, że jest dość długa, żeby się­gnąć z chod­nika?

– Ten, kto miał odwagę podejść i dotknąć domu, w ogóle nie powi­nien uży­wać wędki – oznaj­mi­łam. – Może po pro­stu zapu­kasz do drzwi fron­to­wych?

– To… to inna sprawa – odparł Jem. – Ile razy mam ci to powta­rzać?

Dill wyjął z kie­szeni skra­wek papieru i podał Jemowi. Ostroż­nie ruszy­li­śmy w stronę sta­rego domu. Dill zatrzy­mał się przy latarni przed pose­sją Radleyów, a Jem i ja poszli­śmy dalej, chod­ni­kiem rów­no­le­głym do bocz­nej ściany budynku. Szłam krok za Jemem, aż zna­la­złam miej­sce, z któ­rego mia­łam widok na to, co się dzieje za zakrę­tem alejki.

– Droga wolna – powie­dzia­łam. – Żywego ducha.

Jem spoj­rzał przez ramię na Dilla, który ski­nął głową.

Umo­co­waw­szy kartkę do czubka wędki, Jem skie­ro­wał ją nad podwórko Radleyów, w stronę wybra­nego okna. Bra­ko­wało jesz­cze kilku cen­ty­me­trów, by się­gnęła do celu. Jem wychy­lił się naj­da­lej, jak mógł. Długo obser­wo­wa­łam, jak wyko­nuje mocne pchnię­cia wędką, aż wresz­cie opu­ści­łam poste­ru­nek i pode­szłam do niego.

– Nie mogę zrzu­cić kartki – mruk­nął. – A jeśli już zrzu­cam, to nie chce zostać tam, gdzie powinna. Wra­caj na ulicę, Skau­cie.

Wró­ci­łam i znowu wbi­łam wzrok w prze­strzeń za zakrę­tem alejki. Od czasu do czasu spo­glą­da­łam też na Jema, który cier­pli­wie sta­rał się umie­ścić wia­do­mość na pod­okien­niku. Kartka spa­dała wciąż na zie­mię, a Jem dźgał ją wędką już tyle razy, że w mojej wyobraźni Boo Radley – gdyby tylko dostał ją w swoje ręce – miałby poważne kło­poty z odczy­ta­niem tek­stu. Wpa­try­wa­łam się w ulicę, gdy roz­legł się dźwięk dzwonka.

Unio­słam ramię i obró­ci­łam się na pię­cie, by sta­nąć twa­rzą w twarz z Boo Radleyem i jego zakrwa­wio­nymi kłami, ale zoba­czy­łam tylko Dilla dzwo­nią­cego ile sił, tuż pod nosem Atti­cusa.

Jem wyglą­dał tak fatal­nie, że nie mia­łam serca powie­dzieć mu: „A nie mówi­łam?” Wlókł się noga za nogą, cią­gnąc za sobą wędkę.

– Prze­stań już dzwo­nić – pole­cił Atti­cus.

Dill zamknął dzwo­nek w dłoni i zapa­dła taka cisza, że zaraz zama­rzyło mi się, żeby znowu zaczął dzwo­nić. Atti­cus odsu­nął kape­lusz na tył głowy i wsparł dło­nie na bio­drach.

– Jem – ode­zwał się – co ty tam robi­łeś?

– Nic, ojcze.

– Nie wma­wiaj mi takich rze­czy. Odpo­wiedz.

– Ja… Ja tylko pró­bo­wa­łem dać coś panu Radley­owi.

– Co takiego chcia­łeś mu dać?

– Tylko list.

– Pokaż.

Jem podał mu usma­ro­wany kawa­łek papieru. Atti­cus spoj­rzał i spró­bo­wał odczy­tać słowa.

– Dla­czego chce­cie, żeby pan Radley wyszedł?

– Pomy­śle­li­śmy, że może by nas polu­bił… – zaczął Dill, ale umilkł zaraz, napo­tkaw­szy spoj­rze­nie Atti­cusa.

– Synu – rzekł nasz ojciec. – Powiem ci coś, a powiem to tylko raz: prze­stań­cie drę­czyć tego czło­wieka. Do was też się to odnosi.

To, co robił pan Radley, było jego wła­sną sprawą. Gdyby chciał wyjść, uczy­niłby to. Jeżeli miał ochotę zostać w domu, miał do tego pełne prawo i nie musiał zno­sić pod­cho­dów wścib­skich dzieci – a trzeba powie­dzieć, że było to dość łagodne okre­śle­nie na nas. Czy chcie­li­by­śmy, żeby on, Atti­cus, wpa­dał nocą bez puka­nia do naszych poko­jów? A prze­cież wła­śnie to robi­li­śmy panu Radley­owi. Może i jego postę­po­wa­nie wyda­wało nam się dzi­waczne, ale z pew­no­ścią nie było takie dla niego. Poza tym, czy nawet nie przy­szło nam do głowy, że cywi­li­zo­wana komu­ni­ka­cja mię­dzy­ludzka odbywa się raczej przy uży­ciu drzwi fron­to­wych, a nie bocz­nego okna? I wresz­cie, mie­li­śmy trzy­mać się z dala od tego domu, dopóki nie zosta­niemy do niego zapro­szeni; mie­li­śmy porzu­cić tę głu­pią zabawę, na któ­rej nakrył nas Atti­cus, i prze­stać się naigra­wać z jakie­go­kol­wiek miesz­kańca tej ulicy czy tego mia­sta…

– Nie naigra­wa­li­śmy się, nie śmia­li­śmy się z niego – zaopo­no­wał Jem. – My tylko…

– Ach, więc wła­śnie to robi­li­ście?

– Naigra­wa­li­śmy się?

– Nie – odparł Atti­cus. – Odgry­wa­li­ście histo­rię jego życia, ku pokrze­pie­niu serc sąsia­dów.

Jem jakby się odro­binę nadął.

– Nie mówię, że tego nie robi­li­śmy, wcale tego nie mówię!

Atti­cus uśmiech­nął się cierpko.

– Wła­śnie się wyga­da­łeś – powie­dział. – A teraz prze­stań­cie wszy­scy zaj­mo­wać się tymi bzdu­rami.

Jem patrzył na niego z otwar­tymi ustami.

– Chcesz być praw­ni­kiem, prawda?

Usta naszego ojca były podej­rza­nie ści­śnięte, jakby z tru­dem powstrzy­my­wał uśmiech.

Jem uznał, że dys­ku­sja nie ma sensu. Mil­czał.

Gdy Atti­cus wszedł do domu po teczkę, któ­rej zapo­mniał, gdy spie­szył się rano do pracy, Jem wresz­cie pojął, że dał się nabrać na bodaj naj­star­szą praw­ni­czą sztuczkę. Z respek­tem zacho­wał dystans od schod­ków, gdy ojciec wycho­dził z domu. Lecz kiedy Atti­cus zna­lazł się poza zasię­giem głosu, Jem wrza­snął za nim:

– Zda­wało mi się, że chcę być praw­ni­kiem, ale już nie jestem taki pewny!