Zabić drozdaTekst

Z serii: Salamandra
Z serii: Zabić drozda #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zabić drozda
Zabić drozda
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,80  56,64 
Zabić drozda
Audio
Zabić drozda
Audiobook
Czyta Joanna Koroniewska
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

W bez­piecz­nej odle­gło­ści odwró­cił się jesz­cze i krzyk­nął:

– Donoś sobie i niech cię dia­bli! Jesz­cze się taka zasmar­kana bel­fer­ska łajza nie uro­dziła, która by mnie do czego zmu­siła! Niczego mi nie każesz, paniu­siu. Zapa­mię­taj sobie, nie ty każesz mi wyjść!

Zacze­kał cier­pli­wie, aż się roz­pła­kała, i wtedy dopiero wyszedł ze szkoły.

Zaraz potem stło­czy­li­śmy się wokół jej biurka, pró­bu­jąc pocie­szyć ją na różne nasze spo­soby. On był naprawdę podły… poni­żej pasa… zasłu­guje pani na lep­szych uczniów… to nie jest zacho­wa­nie godne miesz­kańca May­comb… niech pani się nie trapi… panno Caro­line, może prze­czyta nam pani opo­wia­da­nie? Ta poranna histo­ria o kotach była naprawdę śliczna…

Panna Caro­line uśmiech­nęła się, wytarła nos i powie­działa:

– Dzię­kuję, moi dro­dzy.

Kazała nam wró­cić na miej­sca, otwo­rzyła książkę i ponow­nie zadzi­wiła pierw­szą klasę dłu­gim opo­wia­da­niem o ropu­sze, która miesz­kała w holu.

Gdy po raz czwarty tego dnia mija­łam pose­sję Radleyów – w tym dwa razy w peł­nym galo­pie – mój smu­tek dorów­ny­wał już nastro­jowi ich domu. Jeżeli reszta roku szkol­nego miała być rów­nie dra­ma­tyczna jak pierw­szy dzień, być może zapo­wia­dała się w miarę cie­ka­wie, ale per­spek­tywa spę­dze­nia dzie­wię­ciu mie­sięcy bez czy­ta­nia i pisa­nia spra­wiała, że mia­łam ochotę zwiać.

Póź­nym popo­łu­dniem plany mojej podróży były pra­wie gotowe. Nie bar­dzo chciało mi się ści­gać, gdy pędzi­li­śmy z Jemem chod­ni­kiem na spo­tka­nie Atti­cu­sowi powra­ca­ją­cemu z pracy. Zawsze tak robi­li­śmy: bie­gli­śmy do niego, gdy tylko wyła­niał się zza rogu ulicy na wyso­ko­ści poczty. Mia­łam wra­że­nie, że zapo­mniał już o mojej wpadce pod­czas lun­chu; bez prze­rwy wypy­ty­wał mnie o szkołę. Odpo­wia­da­łam mono­sy­la­bami, a on nie naci­skał.

Zdaje się, że Cal­pur­nia wyczuła, jak paskudny dzień mia­łam za sobą: pozwo­liła mi patrzeć, jak szy­kuje kola­cję.

– Zamknij oczy, otwórz buzię, a czeka cię nie­spo­dzianka – powie­działa.

Nie­czę­sto pie­kła chrupki chleb, zawsze tłu­ma­cząc się bra­kiem czasu, ale skoro oboje byli­śmy tego dnia w szkole, pro­blem prze­stał ist­nieć. Wie­działa, jak uwiel­biam ten chleb.

– Tęsk­ni­łam dziś za wami – powie­działa. – Koło dru­giej zro­biło się w domu tak pusto, że musia­łam włą­czyć radio.

– Dla­czego? Prze­cież i tak ni­gdy nie sie­dzimy z Jemem w domu, chyba że aku­rat pada.

– Wiem – odparła – ale zawsze przy­naj­mniej jedno z was jest w zasięgu głosu. Cie­kawe, ile czasu spę­dzam codzien­nie na woła­niu was… Cóż – dodała, wsta­jąc z kuchen­nego krze­sła – zapewne tyle, ile potrzeba na wypie­cze­nie chrup­kiego pie­czywa. Bie­gnij już, ja nakryję do kola­cji.

Cal­pur­nia schy­liła się i poca­ło­wała mnie. Pobie­głam, zasta­na­wia­jąc się, co też w nią wstą­piło. Chciała się ze mną pogo­dzić, na pewno o to cho­dziło. Zawsze była dla mnie zbyt surowa, aż wresz­cie pojęła swój błąd i poża­ło­wała, ale była nazbyt uparta, by powie­dzieć mi o tym wprost. Tego dnia mia­łam już dość nie­spo­dzie­wa­nych wypad­ków.

Po kola­cji Atti­cus usiadł w fotelu z gazetą i zawo­łał:

– Skaut, gotowa do czy­ta­nia?

Pan Bóg zrzu­cił na moje barki cię­żar ponad siły. Wyszłam na ganek fron­towy; Atti­cus podą­żył za mną.

– Coś się stało, Skau­cie?

Powie­dzia­łam mu, że nie czuję się naj­le­piej i że jeśli nie ma nic prze­ciwko temu, nie pójdę wię­cej do szkoły.

Atti­cus usiadł na huś­tawce i skrzy­żo­wał nogi. Jego palce powę­dro­wały w stronę zegarka kie­szon­ko­wego; mawiał, że tylko tak potrafi myśleć. Cze­kał w zachę­ca­ją­cym mil­cze­niu na moje argu­menty.

– Ty sam nie cho­dzi­łeś do szkoły, a jakoś sobie radzisz, więc i ja zostanę w domu. Możesz mnie uczyć, tak jak dzia­dziuś uczył cie­bie i wujka Jacka.

– Nie, nie mogę – odparł Atti­cus. – Muszę zara­biać na życie. Poza tym, gdy­bym zatrzy­mał cię w domu, wsa­dzi­liby mnie do wię­zie­nia. Przed snem dosta­niesz dawkę magne­zji, a jutro pój­dziesz do szkoły.

– Tak naprawdę to nie­źle się czuję.

– Tak przy­pusz­cza­łem. Zatem w czym pro­blem?

Pomału nakre­śli­łam mu pej­zaż nie­szczęść tego dnia.

– …i powie­działa, że źle mnie uczy­łeś i że już ni­gdy nie możemy razem czy­tać. Ojcze, pro­szę cię, nie posy­łaj mnie tam wię­cej.

Atti­cus wstał i poszedł na koniec ganku. Gdy już doko­nał sta­ran­nej inspek­cji rosną­cych tam wiste­rii, wró­cił do mnie.

– Przede wszyst­kim – zaczął – jeśli nauczysz się pro­stej sztuczki, Skau­cie, będziesz się znacz­nie lepiej doga­dy­wała z róż­nymi ludźmi. Ni­gdy do końca nie zro­zu­miesz dru­giego czło­wieka, póki nie roz­wa­żysz spraw z jego punktu widze­nia…

– Ojcze?

– …dopóki nie wej­dziesz w jego skórę i nie poży­jesz w niej tro­chę.

Atti­cus powie­dział, że nauczy­łam się tego dnia wielu rze­czy, a i panna Caro­line przy­swo­iła sobie kilka prawd. Zro­zu­miała na przy­kład, że nie wolno niczego ofia­ro­wać Cun­nin­gha­mom. Gdy­by­śmy jed­nak z Wal­te­rem cho­ciaż na chwilę posta­wili się na jej miej­scu, wie­dzie­li­by­śmy, że popeł­niła zwy­czajną pomyłkę. Nie mogli­śmy prze­cież ocze­ki­wać, że nauczy się w jeden dzień wszyst­kich zasad obo­wią­zu­ją­cych w May­comb; nie powin­ni­śmy obcią­żać jej odpo­wie­dzial­no­ścią za to, czego mogła nie wie­dzieć.

– A niech mnie – wtrą­ci­łam. – Nie wie­dzia­łam, że nie powin­nam jej czy­tać, no i masz, obcią­żyła mnie odpo­wie­dzial­no­ścią! Ale posłu­chaj, Atti­cu­sie, ja wcale nie muszę wra­cać do szkoły! – Nie mogłam usie­dzieć, tak bar­dzo chcia­łam podzie­lić się z nim tą myślą. – Pamię­tasz Bur­risa Ewella? On przy­cho­dzi do szkoły tylko pierw­szego dnia. Pani, która pil­nuje waga­ro­wi­czów, uważa wtedy, że wszystko odbyło się zgod­nie z prze­pi­sami, bo prze­cież zapi­sała jego nazwi­sko…

– Tak nie wolno, Skau­cie – rzekł Atti­cus. – Nie­kiedy, w szcze­gól­nych przy­pad­kach, warto lekko nagiąć prawo, jed­nak w twoim musi ono być sztywne. I dla­tego pój­dziesz do szkoły.

– Nie rozu­miem, dla­czego ja muszę, a on nie.

– To posłu­chaj.

Atti­cus powie­dział mi, że Ewel­lo­wie są hańbą May­comb już od trzech poko­leń. Żaden z nich w swoim życiu nie prze­pra­co­wał uczci­wie ani jed­nego dnia. Tata obie­cał mi, że gdy kie­dyś po świę­tach będzie wywo­ził cho­inkę, zabie­rze mnie ze sobą i pokaże, gdzie i jak miesz­kają Ewel­lo­wie. Byli ludźmi, ale żyli jak zwie­rzęta.

– Mogą pójść do szkoły, kie­dy­kol­wiek zechcą, gdy tylko wykażą choćby cień pra­gnie­nia edu­ko­wa­nia się – mówił Atti­cus. – Są spo­soby na to, żeby zatrzy­mać ich w szkole siłą, ale głu­potą jest zmu­sza­nie ludzi takich jak Ewel­lo­wie do zmiany śro­do­wi­ska…

– Gdy­bym ja nie poszła jutro do szkoły, pew­nie byś mnie zmu­sił.

– Dość tego prze­ko­ma­rza­nia – stwier­dził oschle Atti­cus. – Ty, moja panno Skau­cie Finch, nale­żysz do zwy­kłych ludzi i musisz prze­strze­gać prawa.

Powie­dział mi jesz­cze, że Ewel­lo­wie są człon­kami wyjąt­ko­wego spo­łe­czeń­stwa Ewel­lów. W pew­nych oko­licz­no­ściach zwy­kli ludzie w świe­tle prawa pozwa­lają im korzy­stać z pew­nych przy­wi­le­jów, po pro­stu przy­my­ka­jąc oczy na dzia­ła­nia Ewel­lów. Na przy­kład nie musieli oni ni­gdy cho­dzić do szkoły. Pan Bob Ewell, ojciec Bur­risa, może zasta­wiać sidła poza sezo­nem łowiec­kim.

– To źle, Atti­cu­sie – zauwa­ży­łam.

W hrab­stwie May­comb polo­wa­nie poza sezo­nem było wykro­cze­niem, ale w oczach spo­łecz­no­ści – poważ­nym prze­stęp­stwem.

– Zga­dza się, to wbrew prawu – przy­znał mój ojciec – i na pewno jest to złe, ale kiedy czło­wiek wydaje pie­nią­dze z opieki spo­łecz­nej na marną whi­skey, jego dzieci zwy­kle pła­czą z głodu. Nie znam w oko­licy żad­nego wła­ści­ciela grun­tów, który żało­wałby tym dzie­ciom wszel­kiej zdo­by­czy, jaką zdoła upo­lo­wać ich ojciec.

– Pan Ewell nie powi­nien tego robić…

– Pew­nie, że nie powi­nien, ale on się ni­gdy nie zmieni. Czy w związku z tym prze­nie­siesz swoje nie­za­do­wo­le­nie na jego dzieci?

– Nie, ojcze – mruk­nę­łam, ale jesz­cze nie ska­pi­tu­lo­wa­łam. – Jeśli będę dalej cho­dzić do szkoły, nie wolno nam będzie już ni­gdy czy­tać…

– To cię naprawdę mar­twi, co?

– Tak jest.

Atti­cus spoj­rzał na mnie tak, że wie­dzia­łam, iż mogę cze­goś ocze­ki­wać.

– Wiesz, co to jest kom­pro­mis? – spy­tał.

– Nagi­na­nie prawa?

– Nie. To ugoda osią­gnięta dzięki wza­jem­nym ustęp­stwom – wyja­śnił. – Działa to tak: jeśli uznasz koniecz­ność cho­dze­nia do szkoły, będziemy czy­tali co wie­czór, tak jak zawsze to robi­li­śmy. Umowa stoi?

– Tak jest!

– Uznajmy ją za potwier­dzoną bez zwy­cza­jo­wych for­mal­no­ści – dodał szybko Atti­cus, widząc, że szy­kuję się, by napluć mu w dłoń.

Gdy otwie­ra­łam sia­tecz­kowe drzwi fron­towe, ode­zwał się ponow­nie.

– A przy oka­zji, Skau­cie… Lepiej będzie, jeśli w szkole nie będziesz wspo­mi­nać o naszej umo­wie.

– Dla­czego nie?

– Oba­wiam się, że nasze prak­tyki wywo­ła­łyby dez­apro­batę bar­dziej uczo­nych krę­gów.

Przy­wy­kli­śmy już z Jemem do wypo­wie­dzi ojca, peł­nych słów wzię­tych wprost z praw­ni­czych doku­men­tów, i zawsze mie­li­śmy prawo prze­rwać Atti­cu­sowi, doma­ga­jąc się tłu­ma­cze­nia spraw, które prze­kra­czały nasze poję­cie.

– Hę, ojcze?

– Ni­gdy nie cho­dzi­łem do szkoły – rzekł – ale mam wra­że­nie, że jeśli powiesz pan­nie Caro­line, że czy­tamy co wie­czór, uweź­mie się i na mnie, a tego bar­dzo bym nie chciał.

Tego wie­czoru Atti­cus roz­śmie­szał nas do łez, czy­ta­jąc o czło­wieku, który bez kon­kret­nego powodu sie­dział sobie na masz­cie od flagi. Z tej to przy­czyny Jem spę­dził całą następną sobotę wysoko w domku na drze­wie. Wdra­pał się tam zaraz po śnia­da­niu i sie­dział do zachodu słońca; spę­dziłby tam noc, gdyby nie to, że Atti­cus prze­rwał mu linię zaopa­trze­niową. Przez więk­szość dnia wła­zi­łam i zła­zi­łam z drzewa, zała­twia­łam Jemowi różne sprawy, dono­si­łam lek­turę, posiłki i wodę, a także koce na nocny chłód. Wresz­cie Atti­cus pora­dził mi, żebym prze­stała zwra­cać na Jema uwagę, to sam zej­dzie. Miał rację.

 

Roz­dział 4

Pozo­stałe dni w szkole nie były bar­dziej obie­cu­jące niż pierw­szy. Były w isto­cie nie koń­czą­cym się ni­gdy Pro­jek­tem, który nie­spiesz­nie ewo­lu­ował w Blok, a wszystko to pole­gało na tym, że stan Ala­bama wyda­wał mają­tek na papier i kredki woskowe w peł­nej dobrych inten­cji, ale darem­nej pró­bie naucze­nia mnie życia w gru­pie. To, co Jem nazy­wał Sys­te­mem Dzie­sięt­nym Deweya, pod koniec pierw­szego roku mojej edu­ka­cji przy­jęło się już w całej szkole, tak więc nie mia­łam oka­zji porów­nać go z innymi tech­ni­kami peda­go­gicz­nymi. Mogłam jedy­nie roz­glą­dać się uważ­nie: Atti­cus i mój wuj, któ­rzy mieli szkołę w domu, wie­dzieli wszystko, a przy­naj­mniej jeden wie­dział to, czego nie wie­dział drugi. Co wię­cej, nie mogło ujść mojej uwagi, że ojciec co roku był wybie­rany do sta­no­wego ciała usta­wo­daw­czego, za każ­dym razem bez sprze­ciwu, cał­kiem nie­świa­dom prak­tyk, które moi nauczy­ciele uwa­żali za nie­zbędny waru­nek kształ­to­wa­nia Dobrego Oby­wa­tel­stwa. Wyda­wało się, że Jem, wycho­wany po tro­sze w sys­te­mie dzie­sięt­nym, a po tro­sze w sta­rym sys­te­mie oślej ławki, funk­cjo­nuje popraw­nie i w gru­pie, i jako jed­nostka, ale aku­rat on był doprawdy fatal­nym przy­kła­dem, żaden bowiem stwo­rzony ludzką ręką sys­tem edu­ka­cyjny nie mógłby go powstrzy­mać od buszo­wa­nia w książ­kach. Jeśli zaś cho­dzi o mnie, to nie wie­działam nic poza tym, co wyczy­ta­łam w cza­so­pi­śmie „Time” oraz wszel­kich innych źró­dłach słowa pisa­nego, jakie tylko zna­la­złam w domu. Teraz jed­nak, gdy w okrop­nie leni­wym tem­pie nio­sły mnie tryby sys­temu edu­ka­cyj­nego hrab­stwa May­comb, nie mogłam się oprzeć wra­że­niu, że cze­goś się mnie pod­stęp­nie pozba­wia. Nie wie­działam jesz­cze czego, ale jakoś nie mogłam uwie­rzyć, że wła­dze sta­nowe chciały mi zafun­do­wać dwa­na­ście lat nie­ustan­nej nudy.

W pierw­szym roku nauki koń­czy­łam zaję­cia trzy­dzie­ści minut wcze­śniej niż Jem, który zosta­wał w szkole do pięt­na­stej. W dro­dze do domu prze­bie­ga­łam obok pose­sji Radleyów jak naj­szyb­ciej i zatrzy­my­wa­łam się bez­piecz­nie dopiero przy naszym ganku. Pew­nego popo­łu­dnia, gdy tak pędzi­łam, coś przy­kuło mój wzrok, i to na tyle sku­tecz­nie, że wzię­łam głę­boki wdech, rozej­rza­łam się uważ­nie i zawró­ci­łam.

Na skraju podwó­rza Radleyów rosły dwa dęby; ich korze­nie się­gały pod nawierzch­nię wybo­istej bocz­nej drogi. I wła­śnie pewien szcze­gół w jed­nym z drzew przy­kuł moją uwagę.

Z dziury po sęku, tuż nad pozio­mem moich oczu, wysta­wał kawa­łek sre­berka i mru­gał do mnie w popo­łu­dnio­wym słońcu. Sto­jąc na pal­cach, rozej­rza­łam się w pośpie­chu raz jesz­cze, się­gnę­łam do dziury i wyję­łam dwa kawałki gumy do żucia bez opa­ko­wa­nia.

W pierw­szej chwili chcia­łam wziąć tę gumę do ust jak naj­szyb­ciej, ale zaraz przy­po­mnia­łam sobie, gdzie jestem. Pobie­głam do domu i na ganku dobrze się przyj­rza­łam mojemu łupowi. Guma wyglą­dała na świeżą. Pach­niała i sma­ko­wała jak należy. Poli­za­łam ją i pocze­ka­łam tro­chę. Nie umar­łam, posta­no­wi­łam więc wpa­ko­wać wszystko do ust. Podwój­nie mię­towa marki Wri­gley’s.

Gdy Jem wró­cił do domu, spy­tał, skąd mam taki kawał gumy. Odpo­wie­dzia­łam, że zna­la­złam.

– Skau­cie, nie wolno jeść zna­le­zio­nych rze­czy.

– Nie leżała na ziemi, tylko w drze­wie.

Jem wark­nął cicho.

– Naprawdę. O, w tam­tym, przy dro­dze ze szkoły.

– Wypluj natych­miast!

Wyplu­łam. Smak i tak był już słaby.

– Żułam ją całe popo­łu­dnie i ani nie umar­łam, ani nawet się nie roz­cho­ro­wa­łam.

Jem tup­nął nogą.

– Nie wiesz, że tych drzew nie wolno nawet doty­kać? Zgi­niesz, jeśli to zro­bisz!

– A ty raz dotkną­łeś domu!

– To było coś innego! Idź i dokład­nie wypłucz usta, i to już, sły­szysz?

– Nie wypłu­czę, bo mi smak uciek­nie.

– Jak nie wypłu­czesz, naskarżę Cal­pur­nii!

Wola­łam nie ryzy­ko­wać zatargu z Cal­pur­nią i zro­bi­łam, jak kazał. Mój pierw­szy rok w szkole głę­boko odmie­nił nasze sto­sunki. Tyra­nia Cal, jej nie­spra­wie­dli­wość i wieczne wtrą­ca­nie się w moje sprawy – wszystko to minęło; zostały jedy­nie łagodne pomruki nie­spre­cy­zo­wa­nego nie­za­do­wo­le­nia. Ja zaś zada­wa­łam sobie cza­sem wiele trudu, żeby jej nie pro­wo­ko­wać.

Zbli­żało się lato, na które cze­ka­li­śmy nie­cier­pli­wie z Jemem. To naj­lep­sza ze wszyst­kich pór: mogli­śmy spać na osło­nię­tym moski­tierą tyl­nym ganku, na skła­da­nych łóż­kach; mogli­śmy nawet spró­bo­wać spać w domku na drze­wie. Latem mie­li­śmy wszyst­kie pysz­no­ści, tysiąc barw na łacia­tym wid­no­kręgu pól, a nade wszystko mie­li­śmy Dilla.

Ostat­niego dnia dyrek­cja wypu­ściła nas z zajęć wcze­śniej niż zwy­kle i wra­ca­li­śmy do domu razem.

– Zdaje się, że jutro przy­je­dzie stary Dill.

– Raczej poju­trze – odparł Jem. – W Mis­si­sipi koń­czą rok szkolny dzień póź­niej.

Gdy zbli­ża­li­śmy się do dębów rosną­cych na pose­sji Radleyów, po raz setny unio­słam palec, by wska­zać na dziurę po sęku, w któ­rej zna­la­złam gumę do żucia, i raz jesz­cze spró­bo­wać prze­ko­nać Jema, że naprawdę tak było. Nagle zda­łam sobie sprawę, że wska­zuję na nowy kawa­łek sre­berka.

– Widzę, Skau­cie! Widzę…

Jem rozej­rzał się, wycią­gnął rękę i nie­pew­nym ruchem wsu­nął do kie­szeni lśniący paku­ne­czek. Pobie­gli­śmy do domu i dopiero na ganku przyj­rze­li­śmy się bli­żej opa­ko­wa­niu pokry­temu skraw­kami sre­be­rek od gum do żucia. Było to w isto­cie takie pudełko, w jakim zwy­kle kupuje się obrączki ślubne, aksa­mitne i pur­pu­rowe, z malut­kim zapię­ciem, które Jem otwo­rzył. W środku leżały jedna na dru­giej dwie wypo­le­ro­wane drobne monety. Jem przyj­rzał im się z bli­ska.

– Indiań­skie głowy – powie­dział. – Tysiąc dzie­więć­set sześć. Skaut, ta druga jest z tysiąc dzie­więć­setnego. Naprawdę stare.

– Z tysiąc dzie­więć­set­nego… – powtó­rzy­łam. – Słu­chaj…

– Bądź cicho przez chwilę, zasta­na­wiam się.

– Jem, myślisz, że to czy­jaś skrytka?

– Nie, tędy pra­wie nikt nie cho­dzi… no, chyba że to skrytka doro­słego.

– Doro­śli nie mają skry­tek. Myślisz, że powin­ni­śmy zatrzy­mać te monety?

– Nie wiem, Skau­cie. Ale komu mie­li­by­śmy je zwró­cić? W zasa­dzie to jestem pewny, że nikt tędy nie cho­dzi. Cecil woli iść do domu alejką i nad­ra­biać drogi przez mia­sto.

Cecil Jacobs, który miesz­kał przy końcu naszej ulicy, tuż obok urzędu pocz­to­wego, masze­ro­wał do szkoły dobre pół­tora kilo­me­tra każ­dego dnia, by omi­nąć z daleka pose­sję Radleyów oraz starą panią Henry Lafay­ette Dubose. Pani Dubose miesz­kała dwa domy od nas; w sąsiedz­twie pano­wała zgodna opi­nia, iż jest to naj­bar­dziej wredna kobieta, jaka kie­dy­kol­wiek żyła na świe­cie. Jem nie odwa­żył się przejść obok jej domu ina­czej niż u boku Atti­cusa.

– Jak myślisz, Jem, co powin­ni­śmy zro­bić?

Wedle zasad, zna­lazca był wła­ści­cie­lem, jeśli nie udo­wod­niono ist­nie­nia innego tytułu wła­sno­ści. Zerwa­nie czy­jejś kame­lii, łyk mleka pro­sto od krowy panny Mau­die Atkin­son w letni dzień, poży­cze­nie z czy­je­goś krzewu kiści musz­ka­telu – to były sprawy nor­malne w naszej kul­tu­rze etnicz­nej, ale z pie­niędzmi sprawa wyglą­dała zgoła ina­czej.

– Powiem ci co – odparł Jem. – Zatrzy­mamy je do początku roku szkol­nego, a wtedy popy­tamy dzie­ciaki, czy to ich wła­sność. Może któ­re­goś z tych auto­bu­so­wych? Może tak się któ­ryś spie­szył w ostat­nim dniu szkoły, że zapo­mniał? Czy­jeś muszą być te monety, to pewne. Widzisz jakie zadbane? Ktoś je oszczę­dzał.

– Tak, ale po co cho­wał w taki spo­sób gumę do żucia? Prze­cież guma długo nie poleży.

– Nie wiem, Skau­cie. Ale te pie­nią­dze są dla kogoś ważne…

– Jak to, Jem?

– Indiań­skie głowy… Muszą pocho­dzić od Indian. Jest w nich naprawdę silna magia, mogą zapew­nić czło­wie­kowi szczę­ście. Nie sma­żo­nego kur­czaka, gdy nie masz na niego ochoty, ale waż­niej­sze sprawy, jak dłu­gie życie, dobre zdro­wie albo zda­nie testów w szkole. Te monety są dla kogoś cenne. Prze­cho­wam je w mojej skrzyni.

Dwa dni póź­niej w bla­sku chwały zja­wił się Dill; sam prze­je­chał pocią­giem z Meri­dian do Węzła Kole­jo­wego May­comb (była to nazwa grzecz­no­ściowa, sta­cja ta bowiem znaj­do­wała się w hrab­stwie Abbott), gdzie cze­kała nań panna Rachel. Przy­je­chali do mia­sta jedyną tak­sówką w May­comb. Dill opo­wia­dał nam, że jadł obiad w wago­nie restau­ra­cyj­nym i że w Bay St. Louis widział, jak z pociągu wysia­dają zro­śnięte ze sobą bliź­nięta; mimo gróźb upie­rał się, że to prawda. Naresz­cie pozbył się okrop­nych nie­bie­skich szor­tów przy­pię­tych do koszuli i nosił praw­dziwe krót­kie spodenki z paskiem; przy­brał nieco na wadze, ale nie urósł. Mówił, że widział się z ojcem, który był ponoć wyż­szy od naszego, nosił czarną bródkę (spi­cza­stą) i był pre­ze­sem L & N Rail­road.

– Przez jakiś czas poma­ga­łem maszy­ni­ście – dodał Dill, zie­wa­jąc.

– Prę­dzej mi kak­tus wyro­śnie. Cicho bądź już – prych­nął Jem. – Kogo dziś zagramy?

– Toma, Sama i Dicka – odparł Dill. – Chodźmy przed dom.

Chciał grać sceny z The Rover Boys, bo poja­wiały się w nich trzy porządne posta­cie; miał dość bycia akto­rem cha­rak­te­ry­stycz­nym.

– Ja mam tego dość – oznaj­mi­łam. Mia­łam dość gra­nia Toma Rovera, który nagle traci pamięć w samym środku filmu i ponow­nie poja­wia się w sce­na­riu­szu przy samym końcu, gdy zostaje zna­le­ziony na Ala­sce. – Wymyśl coś nowego, Jem – zapro­po­no­wa­łam.

– Mam dość wymy­śla­nia.

Pierw­szy dzień wol­no­ści i już mie­li­śmy wszyst­kiego dość. Zasta­na­wia­łam się, co nam przy­nie­sie to lato.

Poszli­śmy na podwó­rze przed domem. Dill przy­sta­nął zapa­trzony w posępną fasadę domu Radleyów.

– Czuję… śmierć – powie­dział. – Naprawdę czuję – dodał, gdy kaza­łam mu się zamknąć.

– Chcesz powie­dzieć, że czuć jakiś zapach, kiedy czło­wiek umiera?

– Nie, to zna­czy, że mogę kogoś pową­chać i stwier­dzić, czy ten ktoś umrze. Nauczyła mnie tego jedna star­sza pani. – Dill pochy­lił się i pową­chał mnie. – Jean Louise Finch, umrzesz za trzy dni.

– Dill, jeśli się nie przy­mkniesz, to tak cię trza­snę, że ci się kulasy wygną jak pałąki. Ja nie żar­tuję…

– Spo­kój! – wark­nął Jem. – Zacho­wu­je­cie się, jak­by­ście wie­rzyli w Gorące Opary.

– A ty, jak­byś nie wie­rzył – odpa­ro­wa­łam.

– A co to są Gorące Opary? – spy­tał Dill.

– Nie sze­dłeś ni­gdy nocą po pustej dro­dze i nie prze­cho­dzi­łeś obok gorą­cego miej­sca? – odpo­wie­dział mu pyta­niem Jem. – Gorący Opar to ktoś, kto nie może się dostać do nieba, tylko włó­czy się w pobliżu dróg gdzieś na odlu­dziu. Jeśli przej­dziesz przez takiego, sam umrzesz i będziesz się wałę­sał nocami, wysy­sa­jąc ludziom oddech z płuc…

– Jak można się uchro­nić przed przej­ściem przez taki Opar?

– Nie można – odparł Jem. – Cza­sem roz­cią­gają się na całą sze­ro­kość drogi. Ale jeśli już musisz przez taki przejść, mówisz: „Jasny aniele, z drogi zejdź, zostaw oddech w piersi mej”. Wtedy cię nie oto­czy.

– Nie wierz w ani jedno jego słowo, Dill – wtrą­ci­łam. – Cal­pur­nia mówi, że to tylko murzyń­skie gadki.

Jem spoj­rzał na mnie spode łba, ale rzekł:

– To co, gramy coś czy nie?

– Może poku­lamy się w opo­nie? – zapro­po­no­wa­łam.

Jem wes­tchnął.

– Wiesz prze­cież, że jestem za duży.

– Ale możesz pchać.

Pobie­głam za dom i wycią­gnę­łam spod ganku starą oponę samo­cho­dową. Poto­czy­łam ją na podwórko.

– Ja pierw­sza – zastrze­głam.

Dill powie­dział, że to on powi­nien być pierw­szy, bo dopiero przy­je­chał.

Jem nas roz­są­dził: dostała mi się pierw­sza jazda, Dill miał za to jechać potem nieco dłu­żej. Wci­snę­łam się do wnę­trza opony.

 

Teraz dopiero uświa­do­mi­łam sobie, że Jem się obra­ził, kiedy wyśmia­łam jego teo­rie na temat Gorą­cych Opa­rów, i że cier­pli­wie cze­kał na spo­sob­ność rewanżu. Odpła­cił mi się, pcha­jąc oponę po chod­niku ze wszyst­kich sił. Zie­mia, niebo i domy zlały się przed moimi oczami w sza­loną paletę barw; dusi­łam się i czu­łam pul­so­wa­nie w uszach. Nie mogłam wysta­wić rąk, by zaha­mo­wać, bo upchnę­łam je cia­sno mię­dzy kola­nami a klatką pier­siową. Mogłam jedy­nie mieć nadzieję, że Jem dogoni oponę, w któ­rej tkwi­łam, albo że opona zatrzyma się na jakiejś nie­rów­no­ści chod­nika. Sły­sza­łam jego głos; gonił mnie z krzy­kiem.

Opona pod­sko­czyła na żwi­rze i prze­to­czyła się na drugą stronę ulicy, a zde­rze­nie z jakąś prze­szkodą spra­wiło, że wystrze­li­łam jak korek i wylą­do­wa­łam na alejce. Krę­ciło mi się w gło­wie i mia­łam mdło­ści; leża­łam na beto­nie, potrzą­sa­jąc głową, by uci­szyć wresz­cie pul­so­wa­nie w uszach. Usły­sza­łam głos Jema:

– Skaut, zabie­raj się stam­tąd, jazda!

Unio­słam głowę i zoba­czy­łam przed sobą schody do domu Radleyów.

– Dalej, Skaut, nie leż tak! – darł się Jem. – Nie możesz wstać?

Sta­nę­łam na drżą­cych nogach.

– Bierz oponę! – pie­klił się Jem. – Nie zosta­wiaj jej tam! Czyś ty zwa­rio­wała?

Gdy odzy­ska­łam orien­ta­cję w tere­nie, pobie­głam w stronę chło­pa­ków tak szybko, jak pozwa­lały na to moje roz­trzę­sione kolana.

– Dla­czego jej nie wzię­łaś? – krzyk­nął Jem.

– A dla­czego sam jej nie weź­miesz? – odkrzyk­nę­łam.

Umilkł.

– No, idź po nią, to prze­cież nie­da­leko, za furtką. O co cho­dzi, prze­cież ty nawet doty­ka­łeś tego domu, nie pamię­tasz?

Jem spoj­rzał na mnie z furią, ale nie mógł mi odmó­wić racji. Pobiegł chod­ni­kiem, prze­brnął przez wodę przy furtce, wpadł na podwó­rze i zabrał oponę.

– A widzisz? – doga­dy­wał mi trium­fu­jąco. – Nic wiel­kiego. Przy­się­gam, Skaut, cza­sem mnie prze­raża to, jak bar­dzo przy­po­mi­nasz zacho­wa­niem dziew­czynę.

Było w tym wię­cej sensu, niż mu się wyda­wało, ale posta­no­wi­łam, że mu o tym nie powiem.

W drzwiach fron­to­wych naszego domu poja­wiła się Cal­pur­nia.

– Czas na lemo­niadę! – zawo­łała. – Nie siedź­cie już na tym słońcu, bo się żyw­cem usma­ży­cie!

Picie lemo­niady w samym środku poranka było naszym let­nim rytu­ałem. Cal­pur­nia posta­wiła na ganku dzba­nek i trzy szklanki, po czym odda­liła się, zajęta swo­imi spra­wami. Nie mar­twiło mnie zbyt­nio, że popa­dłam w nie­ła­skę u Jema. Lemo­niada zawsze popra­wiała mu humor.

Jem wychy­lił dwie szklanki i pokle­pał się po piersi.

– Wiem, co zagramy – oznaj­mił. – Coś nowego, zupeł­nie innego.

– Co? – spy­tał Dill.

– Boo Radleya.

Cza­sem mia­łam wra­że­nie, że głowa Jema jest cał­ko­wi­cie przej­rzy­sta: oczy­wi­ście wymy­ślił tę zabawę tylko po to, żeby mi uświa­do­mić, że nie boi się Radleyów w żad­nej postaci; żeby prze­ciw­sta­wić swój bez­przy­kładny hero­izm mojemu tchó­rzo­stwu.

– Boo Radleya? Niby jak? – zain­te­re­so­wał się Dill.

– Skaut – odparł Jem – ty możesz być panią Radley.

– Sama o tym zade­cy­duję. Nie wydaje mi się…

– O co cho­dzi? – prze­rwał mi Dill. – Jesz­cze masz stra­cha?

– On może wyjść z domu, kiedy wszy­scy będziemy spali… – odrze­kłam.

Jem syk­nął z cicha.

– Ale skąd ma wie­dzieć, w co się bawimy? Poza tym wąt­pię, żeby on tam jesz­cze był. Pew­nie umarł dawno temu i wepchnęli go do komina.

– Jem – ode­zwał się Dill – ja i ty możemy grać, a Skaut niech popa­trzy, skoro się boi.

Byłam pra­wie pewna, że Boo Radley jest w domu, ale nie umia­łam tego udo­wod­nić i dla­tego czu­łam, że naj­le­piej będzie trzy­mać buzię na kłódkę, żeby nie oskar­żyli mnie o wiarę w Gorące Opary, na które to zja­wi­ska byłam prze­cież za dnia cał­ko­wi­cie odporna.

Jem przy­dzie­lił nam role: ja zosta­łam panią Radley i mia­łam jedy­nie wyjść i zamieść ganek. Dill był sta­rym panem Radleyem: spa­ce­ro­wał po chod­niku i kasz­lał, gdy Jem się do niego odzy­wał. Jem, rzecz jasna, grał rolę Boo: cho­wał się pod schod­kami, by od czasu do czasu kwi­czeć i wyć.

Mijały let­nie dni i nasza zabawa nabie­rała roz­ma­chu. Dopra­co­wy­wa­li­śmy ją, doda­wa­li­śmy dia­logi i akcję, aż wresz­cie stwo­rzy­li­śmy mały spek­takl, do któ­rego każ­dego dnia wpro­wa­dza­li­śmy poprawki.

Dill był uro­dzo­nym łaj­da­kiem: potra­fił odtwo­rzyć każdą rolę cha­rak­te­ry­styczną, jaką mu powie­rzy­li­śmy; umiał nawet wyda­wać się wysoki, jeśli wyma­gała tego dia­bel­skość gra­nej postaci. Dolną gra­nicę jego moż­li­wo­ści wyzna­czała naj­słab­sza rola, a była nią rola Gota. Dość nie­chęt­nie gry­wa­łam wów­czas roz­ma­ite towa­rzy­szące wojow­ni­kowi panie, które poja­wiały się w sce­na­riu­szu. Nie była to zabawa nawet w przy­bli­że­niu tak świetna jak odtwa­rza­nie Tar­zana. Poza tym tego lata pod­czas gra­nia nie odstę­po­wał mnie nie­okre­ślony nie­po­kój. Nie mijał, mimo zapew­nień Jema, że Boo Radley już dawno nie żyje i nic mnie nie dopad­nie, bo on i Cal­pur­nia są przy mnie za dnia, a Atti­cus nocą.

Jem był z kolei uro­dzo­nym boha­te­rem.

Gra­li­śmy cichy, melan­cho­lijny dra­ma­cik utkany ze strzę­pów plo­tek i sąsiedz­kich legend: pani Radley była piękna, póki nie poślu­biła pana Radleya i nie stra­ciła całego majątku. Stra­ciła też więk­szość zębów, włosy oraz prawy palec wska­zu­jący (pomysł Dilla – Boo odgryzł jej palec pew­nej nocy, gdy nie mógł nała­pać sobie kotów i wie­wió­rek do zje­dze­nia). Sie­działa w salo­nie i głów­nie pła­kała, pod­czas gdy Boo poma­lutku demo­lo­wał meble w całym domu.

Razem gra­li­śmy chłop­ców, któ­rzy popa­dli w kon­flikt z pra­wem; zaraz potem wcie­la­łam się w postać sędziego sądu opie­kuń­czego. Dill pro­wa­dził Jema do ciem­nicy, czyli pod schody, popy­cha­jąc go mio­tłą. Jem poja­wiał się zaraz jako sze­ryf, przy­pad­kowy prze­cho­dzień albo panna Ste­pha­nie Craw­ford, która miała wię­cej do powie­dze­nia o Radley­ach niż kto­kol­wiek inny w May­comb.

Gdy nad­cho­dził czas ode­gra­nia wiel­kiej sceny Boo, Jem wcho­dził po kry­jomu do domu, wykra­dał nożyczki z szu­flady pod maszyną do szy­cia, gdy Cal­pur­nia patrzyła w inną stronę, a potem sia­dał na huś­tawce i wyci­nał coś z gazet. Dill prze­cho­dził opo­dal, kasz­lał w stronę Jema, a Jem uda­wał, że zadaje mu cios nożycz­kami w udo. Z mojego punktu obser­wa­cyj­nego wyglą­dało to bar­dzo reali­stycz­nie.

Gdy pan Nathan Radley mijał nas jak co dnia w dro­dze do mia­sta, sta­wa­li­śmy nie­ru­chomo, w mil­cze­niu cze­ka­jąc, aż znik­nie nam z oczu, a potem zasta­na­wia­li­śmy się, co by nam zro­bił, gdyby się domy­ślił. Zaprzesta­wa­li­śmy zabawy i wtedy, gdy poja­wiał się w pobliżu kto­kol­wiek z sąsia­dów. Widzia­łam raz, jak naszej dzia­łal­no­ści przy­glą­dała się z dru­giej strony ulicy panna Mau­die Atkin­son; znie­ru­cho­miała, a jej seka­tor do żywo­płotu zawisł w powie­trzu.

Pew­nego dnia tak bar­dzo byli­śmy zaafe­ro­wani gra­niem roz­działu XXV z Księgi II Rodziny pew­nego czło­wieka, że nie zauwa­ży­li­śmy Atti­cusa, który sta­nął na chod­niku i przy­glą­dał się nam, ude­rza­jąc zwi­nię­tym cza­so­pi­smem o kolano. Wedle poło­że­nia słońca, była dwu­na­sta.

– Co tam odgry­wa­cie? – spy­tał.

– Nic – odparł Jem.

Unik Jema prze­ko­nał mnie, że nasza zabawa jest tajem­nicą, sie­dzia­łam więc cicho.

– W takim razie co robisz z tymi nożycz­kami? Dla­czego nisz­czysz gazetę? Jeśli to dzi­siej­sza, dosta­niesz lanie.

– Nic.

– Co „nic”? – nie pod­da­wał się Atti­cus.

– Nic, ojcze.

– Daj mi te nożyczki – zade­cy­do­wał Atti­cus. – Nie służą do zabawy. A czy ona ma może coś wspól­nego z Radley­ami?

– Nie, ojcze – odparł Jem, czer­wie­niąc się.

– Mam nadzieję – zakoń­czył krótko Atti­cus i wszedł do domu.

– Jem…

– Cicho! Poszedł do salonu, może nas usły­szeć.

Gdy byli­śmy bez­pieczni, na podwó­rzu, Dill spy­tał Jema, czy możemy dalej grać.

– Nie wiem. Atti­cus nie mówił, że nie możemy.

– Jem – ode­zwa­łam się – coś mi się zdaje, że on i tak wie.