Zabić drozdaTekst

Z serii: Salamandra
Z serii: Zabić drozda #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zabić drozda
Zabić drozda
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,80  56,64 
Zabić drozda
Audio
Zabić drozda
Audiobook
Czyta Joanna Koroniewska
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

I wtedy uśmiech­nę­łam się do niego drwiąco.

Mocno pchnął furtkę i popę­dził do bocz­nej ściany domu. Klep­nął ją otwartą dło­nią i zaraz minął nas w dzi­kim pędzie, nie zasta­na­wia­jąc się nawet, czy rajd zakoń­czył się suk­ce­sem. Dill i ja rzu­ci­li­śmy się za nim i dopiero, gdy dysząc ciężko, zatrzy­ma­li­śmy się na naszej bez­piecz­nej weran­dzie, obej­rze­li­śmy się za sie­bie.

Stary dom wyglą­dał tak samo jak zawsze, zwię­dły i z obwi­słym dachem, ale po chwili na naszych oczach w jed­nym z okien poru­szyły się żalu­zje. Mignię­cie. Drobny, led­wie zauwa­żalny ruch, a potem wszystko znie­ru­cho­miało.

Roz­dział 2

Dill opu­ścił nas na początku wrze­śnia, by powró­cić do Meri­dian. Odpro­wa­dzi­li­śmy go do auto­busu na piątą, a potem było mi źle bez niego, póki nie przy­po­mnia­łam sobie, że za tydzień zaczyna się szkoła. W życiu nie cze­ka­łam na nic z więk­szą nie­cier­pli­wo­ścią. Zimą dłu­gie godziny spę­dza­łam w domku na drze­wie z wido­kiem na szkolny dzie­dzi­niec, szpie­gu­jąc gro­mady dzieci przez tele­skop o dwu­krot­nym powięk­sze­niu, który dosta­łam od Jema. Śle­dzi­łam ich zabawy i sta­ra­łam się nie tra­cić z oczu czer­wo­nej kurtki brata, gdy bawił się w ciu­ciu­babkę z rówie­śni­kami, któ­rych małe zwy­cię­stwa i porażki prze­ży­wa­łam w sekre­cie. Pra­gnę­łam do nich dołą­czyć.

Jem zgo­dził się zapro­wa­dzić mnie do szkoły pierw­szego dnia, choć zwy­kle czy­nili to rodzice. Zro­bił to, ponie­waż Atti­cus zapew­nił mnie, że Jem z roz­ko­szą pokaże mi, gdzie jest moja klasa. Mam wra­że­nie, że doszło przy tej oka­zji do pew­nej trans­ak­cji, bo gdy truch­tem mija­li­śmy naroż­nik pose­sji Radleyów, z kie­szeni Jema dobiegł rzadko sły­szany brzęk monet. Gdy zwol­ni­li­śmy, by nor­mal­nym kro­kiem wejść na teren szkoły, Jem pouczył mnie, że pod­czas lek­cji nie powin­nam go nie­po­koić, pro­po­no­wać ode­gra­nia sceny z Tar­zana i Ludzi-Mró­wek, wpra­wiać w zakło­po­ta­nie wzmian­kami o pry­wat­nym życiu ani tym bar­dziej włó­czyć się za nim pod­czas przerw. Ja mia­łam trzy­mać z pierw­sza­kami, a on z pią­to­kla­si­stami. Krótko mówiąc, mia­łam dać mu święty spo­kój.

– To zna­czy, że już nie możemy bawić się razem? – spy­ta­łam.

– W domu będzie tak jak zawsze – odrzekł – ale sama się prze­ko­nasz, że w szkole jest ina­czej.

I rze­czy­wi­ście miał rację. Zanim skoń­czył się pierw­szy pora­nek, panna Caro­line Fisher, nasza nauczy­cielka, zdą­żyła zacią­gnąć mnie na śro­dek klasy i zdzie­lić po ręce linijką, po czym wysłała mnie do kąta, gdzie mia­łam stać aż do połu­dnia.

Miała nie wię­cej niż dwa­dzie­ścia jeden lat, piękne kasz­ta­nowe włosy, różowe policzki i paznok­cie pokryte szkar­łat­nym lakie­rem. Nosiła czó­łenka na wyso­kim obca­sie oraz sukienkę w białe i czer­wone pasy. Wyglą­dała i pach­niała jak mię­towa dra­żetka. Zamiesz­kała po dru­giej stro­nie ulicy, o jeden dom od naszego, u panny Mau­die Atkin­son, w pokoju na pię­trze, od frontu. Gdy panna Mau­die przed­sta­wiła nas jej, Jem przez parę dni cho­dził otu­ma­niony.

Panna Caro­line napi­sała na tablicy swoje nazwi­sko i powie­działa:

– Napi­sa­łam tu, że nazy­wam się Caro­line Fisher. Pocho­dzę z pół­noc­nej Ala­bamy, z hrab­stwa Win­ston.

W kla­sie roz­legł się pomruk nie­pew­no­ści, czy aby naszej nauczy­cielce nie udzie­liły się dzi­wac­twa typowe dla tych stron. (Gdy 11 stycz­nia 1861 roku Ala­bama odłą­czyła się od Unii, hrab­stwo Win­ston odłą­czyło się od Ala­bamy – wie­działo o tym każde dziecko w May­comb). Pół­nocna część Ala­bamy pełna była zakła­dów spi­ry­tu­so­wych, hut, prze­my­słow­ców, repu­bli­ka­nów, pro­fe­so­rów i innych typów bez szcze­gól­nego rodo­wodu.

Panna Caro­line roz­po­częła dzień od prze­czy­ta­nia nam histo­ryjki o kotach. Pro­wa­dziły one dłu­gie roz­mowy mię­dzy sobą, nosiły prze­myślne ubranka i miesz­kały w cie­płym domku pod kuchenką. Gdy pani Kotka kupo­wała w skle­pie por­cję myszy w pole­wie cze­ko­la­do­wej, cała klasa wier­ciła się już jak wia­dro gąsie­nic. Wyda­wało się, że panna Caro­line ani tro­chę nie poj­muje, że obszar­pane pierw­szaki w dre­li­cho­wych koszu­lach i spód­ni­cach z wor­ków po mące, z któ­rych więk­szość zaj­mo­wała się tłu­cze­niem bawełny i kar­mie­niem świń, odkąd tylko nauczyły się cho­dzić, są abso­lut­nie odporne na uroki lite­rac­kiej fik­cji. Doczy­taw­szy opo­wieść do końca, powie­działa:

– Czy to nie śliczna histo­ria?

Potem zaś pode­szła do tablicy, wypi­sała na niej cały alfa­bet wiel­kimi, kan­cia­stymi lite­rami, odwró­ciła się w stronę klasy i spy­tała:

– Czy ktoś wie, co to jest?

Wszy­scy wie­dzieli, ponie­waż pierw­sza klasa skła­dała się w więk­szo­ści z tych, co w zeszłym roku nie zdali do dru­giej.

Przy­pusz­czam, że wybrała mnie, bo pamię­tała moje imię. Gdy czy­ta­łam alfa­bet, pomię­dzy jej brwiami poja­wiła się cie­niutka linia, a gdy skoń­czy­łam więk­szość pierw­szej czy­tanki oraz arty­kuł o noto­wa­niach gieł­do­wych z „The Mobile Regi­ster”, panna Caro­line odkryła, że naprawdę umiem czy­tać, i w jej spoj­rze­niu poja­wił się nie­smak. Kazała mi popro­sić ojca, żeby wię­cej mnie nie uczył, gdyż może mi to prze­szko­dzić w dosko­na­le­niu sztuki czy­ta­nia.

– Nie uczył? – powtó­rzy­łam zdzi­wiona. – On mnie niczego nie uczył, panno Caro­line. Atti­cus nie ma czasu, żeby mnie cze­go­kol­wiek uczyć – doda­łam, gdy nauczy­cielka z uśmie­chem potrzą­snęła głową. – Wie­czo­rami jest tak zmę­czony, że tylko sie­dzi w salo­nie i czyta.

– Skoro nie on cię nauczył, to kto? – spy­tała pogod­nie panna Caro­line. – Ktoś prze­cież musiał. Nie przy­szłaś chyba na świat z umie­jęt­no­ścią czy­ta­nia „The Mobile Regi­ster”?

– Jem twier­dzi, że tak. Prze­czy­tał o tym w książce, w któ­rej wystę­po­wa­łam jako Bul­l­finch, nie Finch. Mówi też, że naprawdę nazy­wam się Jean Louise Bul­l­finch, że pod­mie­niono mnie, gdy się uro­dzi­łam, i że naprawdę jestem…

Panna Caro­line naj­wy­raź­niej uwa­żała, że kła­mię.

– Nie dajmy się ponieść fan­ta­zji, moja droga – prze­rwała mi. – I naprawdę powiedz ojcu, żeby już cię nie uczył. Naj­le­piej zaczy­nać czy­ta­nie z cał­kiem świe­żym umy­słem. Powiedz, że odtąd przejmę jego dzieło i spró­buję napra­wić szkody…

– Pro­szę pani…

– Twój ojciec nie zna się na naucza­niu. A teraz możesz usiąść.

Wymam­ro­ta­łam prze­pro­siny i usia­dłam, roz­my­śla­jąc nad moją zbrod­nią. Ni­gdy z roz­my­słem nie uczy­łam się czy­tać, a jed­nak pota­jem­nie zgłę­bia­łam świat codzien­nych gazet. Dłu­gie godziny w kościele – może wtedy się nauczy­łam? Nie pamię­tam, żebym kie­dy­kol­wiek nie umiała przeczy­tać hymnu. Teraz, gdy zaczę­łam się nad tym zasta­na­wiać, uświa­do­mi­łam sobie, że umie­jęt­ność czy­ta­nia poja­wiła się we mnie sama, tak samo jak umie­jęt­ność zapi­na­nia pasa w mun­durku na ple­cach, bez oglą­da­nia się, albo wią­za­nia sznu­ro­wa­deł na dwie pętelki. Nie pamię­ta­łam chwili, w któ­rej linie zna­ków pod poru­sza­ją­cym się pal­cem Atti­cusa zaczęły dzie­lić się na słowa; wiem tylko, że wpa­try­wa­łam się w nie całymi wie­czo­rami, słu­cha­jąc naj­now­szych wia­do­mo­ści o nowych usta­wach albo pamięt­ni­ków Lorenza Dowa – wszyst­kiego, co Atti­cus aku­rat czy­tał, gdy wła­zi­łam mu na kolana. Aż do chwili, gdy się prze­stra­szy­łam, że stracę tę umie­jęt­ność, nie kocha­łam czy­ta­nia. Bo czy można kochać oddy­cha­nie?

Wie­dzia­łam, że zde­ner­wo­wa­łam pannę Caro­line, dałam więc już spo­kój i patrzy­łam w okno aż do prze­rwy, pod­czas któ­rej Jem zna­lazł mnie w gro­ma­dzie pierw­szo­kla­si­stów na szkol­nym boisku. Zapy­tał, jak sobie radzę. Opo­wie­dzia­łam mu.

– Gdyby nie to, że musia­łam zostać, wyszła­bym. Jem, ta prze­klęta pani twier­dzi, że Atti­cus uczył mnie czy­ta­nia i że powi­nien prze­stać…

– Nie martw się, Skau­cie – prze­rwał mi Jem. – Nasza nauczy­cielka mówi, że panna Caro­line poznała w col­lege’u nową metodę ucze­nia i wła­śnie ją wpro­wa­dza. Nie­długo we wszyst­kich kla­sach będzie tak samo. Cho­dzi o to, że nie trzeba będzie dużo się uczyć z ksią­żek. Wiesz, to jest tak, że jak chcesz się cze­goś dowie­dzieć o kro­wach, to idziesz taką wydoić, rozu­miesz?

– Tak, Jem, ale ja nie chcę się uczyć o kro­wach, ja…

– Ależ chcesz. Musisz wie­dzieć wszystko o kro­wach, bo są ważną czę­ścią życia w hrab­stwie May­comb.

Zado­wo­li­łam się zada­niem Jemowi pyta­nia, czy aby nie osza­lał.

– Pró­buję ci tylko wyja­śnić nową metodę naucza­nia w pierw­szej kla­sie, uparta kozo. To się nazywa Sys­tem Dzie­siętny Deweya.

Jako że ni­gdy nie kwe­stio­no­wa­łam twier­dzeń Jema, nie widzia­łam powodu, by tym razem miało być ina­czej. Sys­tem Dzie­siętny Deweya w wyko­na­niu panny Caro­line pole­gał mię­dzy innymi na tym, że machała ku nam kar­tami, na któ­rych wid­niały słowa „tak”, „kot”, „lot”, „pan” oraz „ona”. Zdaje się, że nie ocze­ki­wała od nas żad­nego komen­ta­rza, toteż podzi­wia­li­śmy to impre­sjo­ni­styczne obja­wie­nie w mil­cze­niu. Nudzi­łam się, więc zaczę­łam pisać list do Dilla. Panna Caro­line przy­ła­pała mnie na tym i powie­działa, że ojciec koniecz­nie ma prze­stać mnie uczyć.

– Poza tym – dodała – w pierw­szej kla­sie uczymy się liter dru­ko­wa­nych. Pisane poznasz dopiero w trze­ciej kla­sie.

Wino­waj­czy­nią była Cal­pur­nia. Robiła to chyba po to, żebym nie dopro­wa­dzała jej do szału w desz­czowe dni. Szy­ko­wała dla mnie zada­nie, naj­pierw zde­cy­do­wa­nymi ruchami kre­śląc alfa­bet u szczytu strony w bloku, a następ­nie prze­pi­su­jąc poni­żej roz­dział z Biblii. Gdy zado­wa­la­jąco odtwo­rzy­łam jej kali­gra­fię, dosta­wa­łam kromkę chleba z masłem i cukrem. W swej nauczy­ciel­skiej pasji nie była spe­cjal­nie sen­ty­men­talna: rzadko satys­fak­cjo­no­wało ją moje pisa­nie i rzadko mnie nagra­dzała.

 

– Ręka do góry wszy­scy, któ­rzy idą na lunch do domu – powie­działa panna Caro­line, prze­ry­wa­jąc mi nie­miłe roz­wa­ża­nia o Cal­pur­nii. Poto­czyła wzro­kiem po dzie­ciach z mia­sta, które unio­sły dło­nie. – Kto przy­niósł lunch ze sobą, niech położy go teraz na ławce.

Zni­kąd poja­wiły się wia­derka z melasą i na sufi­cie zatań­czyły meta­liczne odbla­ski. Panna Caro­line prze­szła mię­dzy ław­kami, przy­glą­da­jąc się zawar­to­ści pude­łek; przy jed­nych kiwała głową z apro­batą, a przy innych lekko marsz­czyła brwi. Zatrzy­mała się przy sto­liku Wal­tera Cun­nin­ghama.

– Gdzie twój lunch? – spy­tała.

Po twa­rzy Wal­tera Cun­nin­ghama wie­dzie­li­śmy wszy­scy, że ma robaki. Takie, które można zła­pać, lata­jąc boso po sto­dole czy chle­wie. Gdyby Wal­ter miał buty, na pewno wło­żyłby je w pierw­szym dniu roku szkol­nego, a potem nie uży­wał aż do połowy zimy. Miał jed­nak tylko czy­stą koszulę i schlud­nie poce­ro­wane ogrod­niczki.

– Zapo­mnia­łeś dziś wziąć go z domu? – inda­go­wała panna Caro­line.

Wal­ter patrzył pro­sto przed sie­bie. Zauwa­ży­łam, że w jego chu­dej szczęce drgnął mię­sień.

– Zapo­mnia­łeś? – powtó­rzyła panna Caro­line.

Szczęka Wal­tera drgnęła ponow­nie.

– Taa, psze pani – wymam­ro­tał wresz­cie.

Panna Caro­line wró­ciła do swego biurka i otwo­rzyła torebkę.

– Masz tu ćwierć­do­la­rówkę – zwró­ciła się do Wal­tera. – Idź, zjedz sobie coś w mie­ście. Jutro oddasz mi pie­nią­dze.

Wal­ter potrzą­snął głową.

– Nie, dzię­kuję, psze pani – odparł cicho.

W gło­sie panny Caro­line poja­wił się ton znie­cier­pli­wie­nia.

– Podejdź tu i weź pie­nią­dze.

Wal­ter raz jesz­cze potrzą­snął głową.

Gdy uczy­nił to po raz trzeci, ktoś szep­nął:

– No powiedz jej, Skaut.

Rozej­rza­łam się i zoba­czy­łam, że więk­szość dzie­cia­ków z mia­sta oraz cała grupa dojeż­dża­ją­cych spo­glą­dają na mnie. Roz­ma­wia­łam z panną Caro­line już dwa razy, a to utwier­dziło ich w nie­win­nym prze­ko­na­niu, że zna­jo­mość rodzi zro­zu­mie­nie.

Uli­to­wa­łam się i prze­mó­wi­łam w imie­niu Wal­tera.

– Eee… panno Caro­line?

– Słu­cham, Jean Louise.

– Panno Caro­line, to Cun­nin­gham.

I usia­dłam.

– Co takiego, Jean Louise?

Zda­wało mi się, że wyra­zi­łam się wystar­cza­jąco jasno. Dla nas przy­naj­mniej było to oczy­wi­ste: Wal­ter sie­dzi i nie wie, co powie­dzieć, ponie­waż nie zapo­mniał lun­chu, ale zwy­czaj­nie go nie miał. Nie miał go tego dnia i nie miał mieć naza­jutrz ani też następ­nego dnia. Praw­do­po­dob­nie ni­gdy w życiu nie widział trzech ćwierć­do­la­ró­wek jed­no­cze­śnie.

Spró­bo­wa­łam jesz­cze raz:

– Wal­ter jest z Cun­nin­gha­mów, panno Caro­line.

– Prze­pra­szam, Jean Luise, ale nie zro­zu­mia­łam.

– Nic nie szko­dzi, pro­szę pani, nie­długo będzie pani znała wszyst­kie rodziny z oko­licy. Cun­nin­gha­mo­wie ni­gdy nie biorą cze­goś, za co nie mogą zapła­cić… ani darów z kościoła, ani bonów zapo­mo­go­wych. Ni­gdy niczego od nikogo nie wzięli. Żyją z tego, co mają. Nie mają wiele, ale jed­nak żyją.

Moja szcze­gó­łowa zna­jo­mość Cun­nin­gha­mo­wego ple­mie­nia – a przy­naj­mniej jed­nego jego odłamu – była owo­cem zda­rzeń poprzed­niej zimy. Ojciec Wal­tera był klien­tem Atti­cusa. Po nud­nej wie­czor­nej roz­mo­wie w naszym salo­nie, doty­czą­cej majo­ratu, pan Cun­nin­gham powie­dział, sta­jąc u drzwi:

– Panie Finch, nie wiem, czy kie­dy­kol­wiek zdo­łam to panu wyna­gro­dzić.

– Niech to będzie ostat­nie z two­ich zmar­twień, Wal­te­rze – odparł Atti­cus.

Gdy spy­ta­łam Jema, co to jest majo­rat, dowie­dzia­łam się, że to taka pie­kiel­nie dotkliwa majowa rata. Zaraz potem zapy­ta­łam Atti­cusa, czy pan Cun­nin­gham kie­dyś nam zapłaci.

– Nie pie­niędzmi – odpo­wie­dział. – Ale zanim skoń­czy się rok, dostanę zapłatę. Obser­wuj­cie.

Obser­wo­wa­li­śmy. Pew­nego ranka zna­leź­li­śmy z Jemem na podwó­rzu stertę drewna na opał. Póź­niej na schod­kach przed tyl­nymi drzwiami poja­wił się worek orze­chów hiko­ro­wych. Na Boże Naro­dze­nie dosta­li­śmy skrzynkę sadzo­nek kol­co­woju i ostro­krzewu. Wio­sną, gdy zna­leź­li­śmy stary worek pełen mło­dej rzepy, Atti­cus oznaj­mił, że pan Cun­nin­gham spła­cił dług z nawiązką.

– Dla­czego płaci ci w taki spo­sób? – spy­ta­łam.

– Bo tylko tak może. Nie ma pie­nię­dzy.

– Atti­cu­sie, czy my jeste­śmy biedni?

Atti­cus ski­nął głową.

– W rze­czy samej.

Jem zmarsz­czył nos.

– Tak biedni jak Cun­nin­gha­mo­wie?

– Nie­zu­peł­nie. Cun­nin­gha­mo­wie miesz­kają na wsi, są far­me­rami. To w nich kry­zys ude­rzył naj­moc­niej.

Atti­cus powie­dział nam też, że ludzie wol­nych zawo­dów zbied­nieli wła­śnie dla­tego, że far­me­rzy nie mają pie­nię­dzy. Hrab­stwo May­comb to kra­ina rol­ni­cza; w tam­tym cza­sie trudno było leka­rzom, den­ty­stom czy praw­ni­kom choćby o naj­drob­niej­szy zaro­bek. Sprawa majo­ratu była tylko jed­nym z wielu utra­pień pana Cun­nin­ghama; reszta ziemi była zasta­wiona i marne dochody prze­zna­czał na spłatę odse­tek. Gdyby się posta­rał, mógł dostać pracę z urzędu zatrud­nie­nia, lecz wtedy stra­ciłby zie­mię. Pan Cun­nin­gham wolał gło­do­wać, byle zatrzy­mać ją w swo­ich rękach i móc gło­so­wać wedle uzna­nia. Cun­nin­ghamowie bowiem, jak wyja­śnił nam Atti­cus, byli twar­dymi ludźmi.

A jako że nie mieli pie­nię­dzy, by zapła­cić za usługi praw­nika, pła­cili nam tym, czym mogli.

– Wie­cie – mówił Atti­cus – że dok­tor Rey­nolds pra­cuje podob­nie? Bie­rze na przy­kład buszel ziem­nia­ków za przy­ję­cie porodu. A teraz, panno Skaut, jeśli posłu­chasz mnie uważ­nie, opo­wiem ci, czym naprawdę jest majo­rat. Defi­ni­cje Jema nie­kiedy nie­mal tra­fiają w sedno.

Gdy­bym mogła wyja­śnić to wszystko pan­nie Caro­line, oszczę­dzi­ła­bym sobie pew­nych kło­po­tów, a jej zaże­no­wa­nia, lecz w wyja­śnia­niu spraw nie byłam tak świetna, jak Atti­cus. Powie­dzia­łam więc:

– Zawsty­dza go pani, panno Caro­line. Wal­ter nie ma w domu dwu­dzie­stu pię­ciu cen­tów, które mógłby oddać, a pani nie potrze­buje drewna na opał.

Panna Caro­line stała chwilę cał­kiem nie­ru­chomo, a potem cap­nęła mnie za koł­nierz i zacią­gnęła do swego biurka.

– Jean Louise, wystar­czy mi two­ich wybry­ków na ten pora­nek – powie­działa. – To pod każ­dym wzglę­dem fatalny począ­tek roku szkol­nego, moja droga. Wycią­gnij rękę.

Pomy­śla­łam, że napluje mi na dłoń, bo tylko po to wycią­gało się w May­comb rękę – był to z dawien dawna przy­jęty spo­sób zatwier­dza­nia ust­nych umów. Zasta­na­wia­jąc się, jakiego to targu dobi­łam, spoj­rza­łam pyta­jąco na klasę, ale odpo­wie­działy mi wyłącz­nie zdzi­wione spoj­rze­nia. Panna Caro­line zaś się­gnęła po linijkę, wymie­rzyła sześć szyb­kich ude­rzeń i kazała mi sta­nąć w kącie. Kiedy moi kole­dzy wresz­cie pojęli, że panna Caro­line mnie zbiła, przez klasę prze­to­czyła się fala śmie­chu.

Kolejną falę wywo­łało oświad­cze­nie nauczy­cielki, że podobny los czeka pozo­sta­łych. Śmiech ustał dopiero, gdy na pierw­sza­ków padł cień panny Blo­unt. Rodo­wita miesz­kanka May­comb, jak dotąd nie wpro­wa­dzona w wie­dzę tajemną Sys­temu Dzie­sięt­nego, sta­nęła w drzwiach, oparła dło­nie na bio­drach i obwie­ściła:

– Jeśli usły­szę jesz­cze jeden dźwięk docho­dzący z tej sali, spalę was wszyst­kich żyw­cem. Panno Caro­line, przez te hałasy szó­sta klasa nie może się sku­pić na pira­mi­dach!

Mój pobyt w kącie nie trwał długo. Ura­to­wana przez dzwo­nek panna Caro­line w mil­cze­niu obser­wo­wała, jak ucznio­wie gęsiego udają się na lunch. Jako że wycho­dzi­łam ostat­nia, zoba­czy­łam jesz­cze, jak nasza pani opada ciężko na krze­sło i ukrywa twarz w dło­niach. Gdyby spró­bo­wała być dla mnie bar­dziej przy­ja­ciel­ska, może byłoby mi jej żal. Była cał­kiem ładna.

Roz­dział 3

Dorwa­nie Wal­tera Cun­nin­ghama dostar­czyło mi miłych wra­żeń, ale gdy wci­ska­łam jego nos w piach szkol­nego boiska, pod­szedł do mnie Jem i kazał prze­stać.

– Jesteś więk­sza – zauwa­żył.

– A on ma pra­wie tyle lat co ty – odpar­łam. – Przez niego mia­łam fatalny począ­tek roku.

– Puść go, Skau­cie. Dla­czego?

– Nie miał ze sobą lun­chu – odpo­wie­dzia­łam i wyja­śni­łam mu swój udział w żywie­nio­wych kło­po­tach Wal­tera.

Wal­ter tym­cza­sem pod­niósł się i sta­nął obok bez słowa, słu­cha­jąc naszej roz­mowy. Jego pię­ści były wciąż na wpół zaci­śnięte, jakby spo­dzie­wał się zma­so­wa­nego ataku z naszej strony. Tup­nę­łam, żeby go odstra­szyć, lecz Jem uniósł rękę, powstrzy­mu­jąc mnie, i spoj­rzał pyta­jąco na Wal­tera.

– Twoim tatą jest pan Wal­ter Cun­nin­gham z Old Sarum? – spy­tał.

Wal­ter kiw­nął głową.

Wyglą­dał, jakby kar­miono go pokar­mem dla rybek. Jego oczy, rów­nie błę­kitne jak oczy Dilla Har­risa, były wod­ni­ste i zaczer­wie­nione, a twarz bez­barwna, jeśli nie liczyć różo­wego i wil­got­nego czu­beczka nosa. Zaci­snął palce na szel­kach ogrod­ni­czek, ner­wowo trą­ca­jąc meta­lowe zaczepy.

Cał­kiem nie­spo­dzie­wa­nie Jem uśmiech­nął się do niego.

– Chodź do nas na obiad, Wal­te­rze – powie­dział. – Będzie nam miło.

Wal­ter się roz­pro­mie­nił i zaraz spo­chmur­niał.

– Nasz tata jest przy­ja­cie­lem two­jego taty – dodał Jem. – Skaut jest wariatką, ale już nie będzie cię bić.

– Nie była­bym taka pewna – wtrą­ci­łam. Dener­wo­wało mnie, że Jem tak się rzą­dzi, ale cenne minuty połu­dnio­wej prze­rwy mijały nie­ubła­ga­nie.

– Zga­dza się, Wal­te­rze, już się na cie­bie nie rzucę. Lubisz fasolkę? Nasza Cal naprawdę świet­nie gotuje.

Wal­ter stał nie­ru­chomo, przy­gry­za­jąc wargę. Pod­da­li­śmy się z Jemem i byli­śmy już pra­wie przy pose­sji Radleyów, gdy Wal­ter zawo­łał:

– Hej, idę z wami!

Kiedy nas dogo­nił, Jem roz­po­czął miłą poga­wędkę:

– Tu mieszka ten, któ­rego nie ma – rzekł ser­decz­nym tonem, wska­zu­jąc na dom Radleyów. – Sły­sza­łeś o nim kie­dyś, Wal­te­rze?

– No chyba – odparł. – Omal nie umar­łem, kiedy pierw­szy raz posze­dłem do szkoły i mię­dzy te hikory… Podobno on sam je poza­tru­wał i prze­chy­lił nad ogro­dze­niem szkoły.

Mia­łam wra­że­nie, że Jem jakby mniej się boi Boo Radleya, kiedy tak Wal­ter i ja idziemy obok niego. Wzięło go nawet na prze­chwałki:

– Kie­dyś pod­sze­dłem aż do samego domu – powie­dział.

– Ktoś, kto raz pod­szedł do samego domu, chyba nie powi­nien wię­cej mijać go bie­giem – powie­dzia­łam do chmu­rek pły­ną­cych nad nami.

– A kto tu biega, panno Doku­czal­ska?

– Ty, kiedy jesteś sam.

Zanim dotar­li­śmy do scho­dów naszego ganku, Wal­ter zdą­żył już zapo­mnieć, że jest Cun­nin­gha­mem. Jem pobiegł do kuchni i popro­sił Cal­pur­nię, żeby usta­wiła dodat­kowy talerz, bo mamy gościa. Atti­cus powi­tał Wal­tera i zaczął z nim dys­ku­sję o zbio­rach, z któ­rej my z Jemem nic nie rozu­mie­li­śmy.

– Nie mogłem ni­gdy skoń­czyć pierw­szej klasy, panie Finch, bo każ­dej wio­sny musia­łem poma­gać tacie w obtłu­ki­wa­niu bawełny, ale tym razem mój młod­szy brat jest już na tyle duży, żeby pra­co­wać w polu.

– Zapła­ci­li­ście za niego buszel ziem­nia­ków? – spy­ta­łam, ale Atti­cus spoj­rzał na mnie i potrzą­snął głową.

Ładu­jąc stertę jedze­nia na swój talerz, Wal­ter dys­ku­to­wał z Atti­cu­sem jak doro­sły z doro­słym, czym wpra­wiał mnie i Jema w zdu­mie­nie. Atti­cus roz­pra­wiał wła­śnie o pro­ble­mach rol­nic­twa, gdy Wal­ter prze­rwał mu, by spy­tać, czy nie mamy melasy. Atti­cus zawo­łał Cal­pur­nię, a ona wró­ciła po chwili, nio­sąc dzba­nek syropu. Zacze­kała, aż Wal­ter sam się obsłuży. Nie żału­jąc sobie, polał i warzywa, i mięso. I pew­nie dolałby sobie melasy do szklanki z mle­kiem, gdy­bym w porę nie spy­tała, co też on, u licha, wyczy­nia.

Srebrny spodek zabrzę­czał, gdy Wal­ter odsta­wił nań dzba­nek, by szybko poło­żyć dło­nie na kola­nach i spu­ścić głowę.

Atti­cus znowu spoj­rzał na mnie i pokrę­cił głową.

– Prze­cież on chciał uto­pić wszystko w syro­pie – obu­rzy­łam się. – Polał sobie wszę­dzie…

W tym momen­cie Cal­pur­nia roz­ka­zała mi, bym natych­miast sta­wiła się w kuchni.

Była wście­kła, a wtedy zaczy­nała popeł­niać błędy gra­ma­tyczne. Gdy była spo­kojna, wyra­żała się rów­nie pra­wi­dłowo jak inni miesz­kańcy May­comb. Atti­cus mówił, że jest lepiej wykształ­cona niż więk­szość kolo­ro­wych.

 

Gdy spoj­rzała na mnie z ukosa, drob­niut­kie zmarszczki wokół jej oczu pogłę­biły się tro­chę.

– Są tacy ludzie, co nie jedzą jak my – szep­nęła z pasją. – Ale nie twoja sprawa zabra­niać im, kiedy zacho­wują się przy stole po swo­jemu. Ten chło­pak jest wasz gość i jeśli zechce zjeść obrus, pozwo­lisz mu na to, sły­sza­łaś?

– To żaden gość, Cal, to tylko Cun­nin­gham…

– Milcz już! Nie­ważne kto. Kto tylko wej­dzie do tego domu, jest gość i nie daj Bóg, żebym cię znowu przy­ła­pała na wymą­drza­niu się, jak­byś była nie wia­domo kim! Może i jesteśta lep­sze niż Cun­nin­gha­mo­wie, ale to się nie liczy, kiedy tak lek­ce­wa­żysz gościa. A skoro nie umiesz zacho­wać się przy stole, zjesz tu, w kuchni!

I solid­nym klap­sem Cal­pur­nia posłała mnie przez waha­dłowe drzwi z powro­tem do jadalni. Zabra­łam talerz i dokoń­czy­łam posi­łek w kuchni, wdzięczna, że oszczę­dzono mi upo­ko­rze­nia, jakim byłoby patrze­nie im wszyst­kim w oczy. Powie­dzia­łam Cal­pur­nii, żeby tylko pocze­kała, bo jesz­cze ją urzą­dzę: pew­nego dnia, gdy nie będzie uwa­żała, pójdę i uto­pię się w Wirze Bar­kera, aż jej będzie żal. Poza tym, doda­łam, raz już tego dnia wpa­ko­wała mnie w kło­poty: nauczyła mnie pisać i to wszystko jej wina.

– Prze­stań już się dąsać – odpo­wie­działa.

Jem i Wal­ter wró­cili do szkoły pierwsi; pozo­sta­nie w domu, by naskar­żyć Atti­cu­sowi na nie­spra­wie­dli­wość Cal­pur­nii, warte było samot­nego sprintu obok pose­sji Radleyów.

– A poza tym bar­dziej lubi Jema niż mnie – zakoń­czy­łam i zasu­ge­ro­wa­łam, żeby Atti­cus nie tra­cił wię­cej czasu, tylko natych­miast ją zwol­nił.

– A przy­szło ci kie­dyś do głowy, że Jem przy­spa­rza jej dwa razy mniej zmar­twień niż ty? – Głos Atti­cusa był twardy jak kamień. – Nie zamie­rzam pozby­wać się Cal­pur­nii ani teraz, ani ni­gdy. Bez niej nie prze­ży­li­by­śmy ani jed­nego dnia, nie pomy­śla­łaś o tym? Pomyśl lepiej, jak wiele Cal dla was robi, i licz się z jej sło­wem, sły­sza­łaś?

Wró­ci­łam do szkoły i sumien­nie nie­na­wi­dzi­łam Cal­pur­nii aż do chwili, gdy nagły wrzask prze­rwał moje ponure roz­my­śla­nia. Unio­słam głowę i zoba­czy­łam pannę Caro­line, która stała pośrodku sali. Na jej twa­rzy malo­wało się wiel­kie prze­ra­że­nie. Naj­wy­raź­niej odżyła już na tyle, że mogła kon­ty­nu­ować swą edu­ka­cyjną misję.

– Toto żyje! – krzyk­nęła.

Męska część klasy jak na komendę pospie­szyła jej z pomocą. Boże, pomy­śla­łam, ona się boi myszy. Mały Chuck Lit­tle, obda­rzony feno­me­nalną cier­pli­wo­ścią do wszel­kich żywych stwo­rzeń, powie­dział:

– Dokąd ucie­kła, panno Caro­line? Pro­szę nam prędko powie­dzieć! D.C. – dodał, zwra­ca­jąc się do chłopca, który przy­sta­nął za nim. – D. C., zamknij drzwi, to ją zła­piemy. Prędko, pro­szę pani, w którą stronę pobie­gła?

Lecz panna Caro­line drżą­cym pal­cem wska­zała nie na pod­łogę i nie na biurko, lecz na prze­ro­śnię­tego osob­nika, któ­rego nie zna­łam. Mały Chuck skrzy­wił się i powie­dział łagod­nie:

– Cho­dzi o niego, pro­szę pani? On rze­czy­wi­ście żyje. Wystra­szył panią?

Panna Caro­line wydu­kała z roz­pa­czą:

– Wła­śnie prze­cho­dzi­łam obok, kiedy to wyla­zło z jego wło­sów… tak po pro­stu wyla­zło…

Mały Chuck wyszcze­rzył zęby w sze­ro­kim uśmie­chu.

– Nie ma się co bać wszy, pro­szę pani. Ni­gdy pani takiej nie widziała? Pro­szę się nie bać, niech pani usią­dzie sobie za biur­kiem i tro­chę jesz­cze nas pouczy.

Mały Chuck rów­nież był jed­nym z tych człon­ków popu­la­cji, któ­rzy nie mieli poję­cia, skąd wezmą naj­bliż­szy posi­łek, ale jed­no­cze­śnie uro­dził się dżen­tel­me­nem. Chwy­cił pannę Caro­line pod łokieć i odpro­wa­dził w stronę tablicy.

– Pro­szę się nie dener­wo­wać – mówił. – Nie trzeba bać się wszy. Pobie­gnę tylko po zimną wodę.

Posia­dacz wszy nie wyka­zy­wał naj­mniej­szego zain­te­re­so­wa­nia furorą, którą zro­bił w kla­sie. Prze­su­nął pal­cami po czole i odna­la­zł­szy intruza, zgniótł go mię­dzy kciu­kiem a pal­cem wska­zu­ją­cym.

Panna Caro­line przy­glą­dała się temu z prze­ra­że­niem, ale i fascy­na­cją. Mały Chuck przy­niósł jej wodę w tek­tu­ro­wym kubku; wypiła z wdzięcz­no­ścią i w końcu odzy­skała głos:

– Jak się nazy­wasz, synu?

Chło­pak zatrze­po­tał powie­kami.

– Kto, ja?

Panna Caro­line ski­nęła głową.

– Bur­ris Ewell.

Panna Caro­line zaj­rzała do dzien­nika.

– Mam tu Ewella, ale bez imie­nia… Mógł­byś mi je prze­li­te­ro­wać?

– Nie wiem jak. W domu wołają na mnie po pro­stu Bur­ris.

– Wobec tego, Bur­ris – odrze­kła panna Caro­line – chyba będzie lepiej, jeśli zwol­nię cię z popo­łu­dnio­wych lek­cji. Pój­dziesz do domu i umy­jesz głowę.

Wyjęła z biurka grubą księgę, prze­wer­to­wała ją i odna­la­zł­szy stronę, czy­tała przez chwilę.

– Dobry domowy spo­sób na… Bur­ris, wró­cisz do domu i umy­jesz włosy mydłem ługo­wym. Kiedy skoń­czysz, natrzesz skórę głowy naftą.

– Po co, psze pani?

– Żeby się pozbyć tych no… weszek. Widzisz, Bur­ris, inne dzieci mogą je zła­pać od cie­bie, a tego byś nie chciał, prawda?

Chło­pak wstał. Był naj­brud­niej­szą istotą ludzką, jaką w życiu widzia­łam. Miał ciem­no­szarą szyję, rdzawe grzbiety dłoni i dorodną żałobę za paznok­ciami. Spo­glą­dał na pannę Caro­line czy­stą plamą na twa­rzy, nie więk­szą niż pięść. Nikt nie zwró­cił dotąd na niego uwagi chyba tylko dla­tego, że przez więk­szość ranka panna Caro­line i ja zaba­wia­ły­śmy całą klasę.

– I jesz­cze jedno, Bur­ris – dodała panna Caro­line. – Pro­szę, wykąp się, zanim wró­cisz tu jutro.

Chło­pak zaśmiał się nie­grzecz­nie.

– Pani mnie do domu nie ode­śle. Sam wła­śnie se mia­łem pójść. Odro­bi­łem już szkołę na ten rok.

Panna Caro­line była zdzi­wiona.

– Co to miało zna­czyć?

Chło­pak nie odpo­wie­dział, tylko par­sk­nął pogar­dli­wie.

Jeden ze star­szych uczniów wyja­śnił:

– To jeden z Ewel­lów, psze pani. – Byłam cie­kawa, czy jego wysiłki będą rów­nie daremne jak moje. Panna Caro­line przy­naj­mniej pró­bo­wała wysłu­chać jego wyja­śnień. – Pełno ich w szkole. Przy­cho­dzą zawsze pierw­szego dnia i już nie wra­cają. Pani, która zaj­muje się waga­ro­wi­czami, ściąga ich tu, gro­żąc, że zawia­domi sze­ryfa, ale już nie pró­buje zatrzy­mać ich na dłu­żej. Uważa, że postą­piła zgod­nie z pra­wem, wpi­su­jąc nazwi­sko do dzien­ni­ków i pil­nu­jąc Ewel­lów pierw­szego dnia. Od jutra do końca roku trzeba im zazna­czać nie­obec­ność….

– A co na to ich rodzice? – spy­tała panna Caro­line z auten­tyczną tro­ską.

– Matki nie mają – padła odpo­wiedź – a ojciec nawet się cie­szy.

Całe to przed­sta­wie­nie naj­wy­raź­niej schle­biało Bur­ri­sowi Ewel­lowi.

– Już trzeci rok przy­cho­dzę na pierw­szy dzień do pierw­szej klasy – oznaj­mił z uśmie­chem. – Pew­nie jeśli będę dość mądry, w tym roku przejdę do dru­giej…

– Sia­daj, pro­szę, Bur­ris – prze­rwała mu panna Caro­line. Led­wie to powie­działa, zro­zu­miała, że popeł­niła poważny błąd. Jego pro­tek­cjo­nalna maniera nagle zmie­niła się w gniew.

– A spró­buj mnie zmu­sić, paniu­siu.

Mały Chuck zerwał się na równe nogi.

– Niech pani go puści – pora­dził. – To wredny typ, strasz­nie wredny. Jesz­cze zrobi awan­turę, a prze­cież są tu małe dzieci.

Mały Chuck sam nale­żał do naj­drob­niej­szych, ale gdy tylko Bur­ris Ewell zwró­cił się ku niemu, zaraz wsu­nął prawą dłoń do kie­szeni.

– Uwa­żaj sobie, Bur­ris – powie­dział. – Wolał­bym już cię zabić, niż na cie­bie patrzeć. Idź lepiej do domu.

Bur­ris wyraź­nie prze­stra­szył się dzie­ciaka o połowę młod­szego, a panna Caro­line wyko­rzy­stała jego nie­zde­cy­do­wa­nie.

– Bur­ris, idź do domu. Jeśli tego nie zro­bisz, wezwę dyrek­tora – powie­działa. – Zresztą i tak będę musiała zgło­sić tę sprawę.

Chło­pak par­sk­nął jesz­cze raz i nie­spiesz­nie ruszył w stronę drzwi.