Zabić drozdaTekst

Z serii: Salamandra
Z serii: Zabić drozda #1
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Zabić drozda
Zabić drozda
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,80  56,64 
Zabić drozda
Audio
Zabić drozda
Audiobook
Czyta Joanna Koroniewska
37,90  27,67 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla pana Lee i Alice

przez wzgląd na Miłość i Sym­pa­tię

Praw­nicy, jak sądzę, też byli kie­dyś dziećmi.

Char­les Lamb

Część pierw­sza

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Roz­dział 1

Mój brat Jem, gdy miał pra­wie trzy­na­ście lat, paskud­nie zła­mał sobie rękę w łok­ciu. Gdy wyzdro­wiał i prze­stał się lękać, że już ni­gdy nie będzie mógł grać w fut­bol, rzadko wra­cał myślą do tej kon­tu­zji. Jego lewe ramię było nie­znacz­nie krót­sze od pra­wego; gdy stał albo cho­dził, jego dłoń wisiała pro­sto­pa­dle do ciała, z kciu­kiem rów­no­le­głym do uda. Nie przej­mo­wał się tym jed­nak, skoro mógł poda­wać i wyko­py­wać piłkę.

Gdy minęło wystar­cza­jąco wiele lat, aby­śmy się nauczyli spo­glą­dać wstecz, roz­ma­wia­li­śmy cza­sem o wyda­rze­niach, które dopro­wa­dziły do jego wypadku. Ja twier­dzę, że zaczęli Ewel­lo­wie, ale Jem, cztery lata star­szy ode mnie, powie­dział, że zaczęło się znacz­nie wcze­śniej – podobno tego lata, gdy przy­je­chał do nas Dill i pod­su­nął nam pomysł na to, jak wywa­bić Boo Radleya.

Odrze­kłam mu, że jeśli koniecz­nie chce spoj­rzeć na sprawę sze­rzej, to powi­nien zacząć od Andrew Jack­sona. Bo gdyby gene­rał Jack­son nie pognał Kri­ków wzdłuż rzeki, Simon Finch ni­gdy nie powio­sło­wałby tak daleko wodami Ala­bamy, a gdyby tego nie zro­bił – co by było z nami? Byli­śmy za duzi na to, by roz­strzy­gać spory za pomocą pię­ści, więc zapy­ta­li­śmy Atti­cusa. Ojciec powie­dział, że oboje mamy rację.

Nie­któ­rzy człon­ko­wie naszej rodziny Połu­dniow­ców wsty­dzili się tego, że brak w naszym drze­wie gene­alo­gicz­nym uczest­ni­ków bitwy pod Hastings – po któ­rej­kol­wiek ze stron. Mie­li­śmy tylko Simona Fin­cha, apte­ka­rza-myśli­wego z Korn­wa­lii, któ­rego poboż­ność ustę­po­wała jedy­nie skąp­stwu. W Anglii ziry­to­wały go prze­śla­do­wa­nia ludzi, któ­rzy sami sie­bie nazy­wali meto­dy­stami, ze strony ich bar­dziej libe­ral­nych braci – ziry­to­wały tak bar­dzo, że Simon, który także nazy­wał sie­bie meto­dy­stą, wybrał się za Atlan­tyk, do Fila­del­fii, a potem na Jamajkę, następ­nie do Mobile i jesz­cze do Saint Ste­phens. Pamię­ta­jąc o napo­mnie­niach Johna Wesleya na temat uży­wa­nia nazbyt licz­nych słów w trans­ak­cjach kupna i sprze­daży, Simon wzbo­ga­cił się, han­dlu­jąc lekami, lecz nie zaznał szczę­ścia, gdyż kusiło go to, co – jak wie­dział – nie służy chwale Pana: na przy­kład złota biżu­te­ria i kosz­towne stroje. Dla­tego też Simon, zapo­mniaw­szy prze­stróg swego nauczy­ciela na temat posia­da­nia ludz­kiego inwen­ta­rza, zaku­pił trzech nie­wol­ni­ków i z ich pomocą zało­żył farmę nad brze­giem Ala­bama River, mniej wię­cej sześć­dzie­siąt kilo­me­trów powy­żej Saint Ste­phens. Powró­cił do mia­sta tylko raz, by zna­leźć sobie żonę, która uro­dziła mu wiele córek. Dożył sędzi­wego wieku i umarł bogaty.

Zwy­czaj w rodzi­nie był taki, że męż­czyźni pozo­sta­wali na far­mie Simona, Finch’s Lan­ding, i żyli z uprawy bawełny. Gospo­dar­stwo było samo­wy­star­czalne; skromne w porów­na­niu z oko­licz­nymi impe­riami Lan­ding pro­du­ko­wało wszystko, co potrzebne do życia, prócz lodu, mąki pszen­nej oraz odzieży, którą dostar­czano stat­kami z Mobile.

Simon zapewne z bez­silną wście­kło­ścią potrak­to­wałby nie­po­koje mię­dzy Pół­nocą a Połu­dniem, gdyż za ich sprawą jego przod­ko­wie stra­cili wszystko prócz ziemi. Tra­dy­cja utrzy­my­wa­nia się z jej pło­dów prze­trwała jed­nak bez szwanku aż do dwu­dzie­stego stu­le­cia, kiedy to mój ojciec, Atti­cus Finch, poje­chał do Mont­go­mery zgłę­biać prawo, jego brat zaś – do Bostonu na stu­dia medyczne. Ich sio­stra, Ale­xan­dra, pozo­stała w Lan­ding: wyszła za mąż za mało­mów­nego osob­nika, który więk­szość czasu spę­dzał w hamaku nad rzeką, roz­my­śla­jąc głów­nie o tym, jak wiele ryb zła­pało się już na haczyki.

Gdy mój ojciec został przy­jęty do pale­stry, powró­cił do May­comb i otwo­rzył prak­tykę. Miej­sco­wość ta, poło­żona może trzy­dzie­ści kilo­me­trów na wschód od Finch’s Lan­ding, jest sto­licą hrab­stwa May­comb. W jego pokoju w gma­chu sądu nie było wielu sprzę­tów poza wie­sza­kiem na kape­lu­sze, splu­waczką, sza­chow­nicą i nie­ska­zi­tel­nie czy­stym egzem­pla­rzem Kodeksu Ala­bamy. Jego dwaj pierwsi klienci byli ostat­nimi oso­bami, które powie­szono w wię­zie­niu hrab­stwa May­comb. Atti­cus nama­wiał, by sko­rzy­stali z łaska­wo­ści sta­no­wego prawa i przy­znali się do mor­der­stwa dru­giego stop­nia, co pozwo­li­łoby im oca­lić życie, ale miał do czy­nie­nia z Haver­for­dami, a to nazwi­sko było w hrab­stwie May­comb syno­ni­mem osła. Tak się zło­żyło, że Haver­for­do­wie uśmier­cili naj­lep­szego kowala w mie­ście pod­czas sprzeczki, któ­rej przy­czyną było rze­kome zawłasz­cze­nie kla­czy. Byli na tyle nie­roz­sądni, że uczy­nili to w obec­no­ści trzech świad­ków, a następ­nie utrzy­my­wali, iż naj­lep­szą linią obrony na taką oka­zję jest twier­dze­nie: „Nale­żało mu się, sukin­sy­nowi”. Trwali też upar­cie przy tym, że nie są winni mor­der­stwa pierw­szego stop­nia, i dla­tego Atti­cus nie­wiele mógł zro­bić dla swych klien­tów poza tym, że towa­rzy­szył im w zej­ściu z tego świata – i chyba wła­śnie to zda­rze­nie zapo­cząt­ko­wało głę­boką nie­chęć mego ojca do prak­ty­ko­wa­nia prawa kar­nego.

W ciągu pierw­szych pię­ciu lat życia w May­comb Atti­cus prak­ty­ko­wał w zasa­dzie głów­nie eko­no­mię, a następ­nie przez kilka lat inwe­sto­wał swe zarobki w edu­ka­cję brata. John Hale Finch był dzie­sięć lat młod­szy od mojego ojca; stu­dia medyczne wybrał w cza­sach, gdy nie opła­cała się uprawa bawełny. Lecz kiedy już wujek Jack sta­nął na nogi, Atti­cus zaczął osią­gać przy­zwo­ity dochód ze swej prak­tyki. Lubił May­comb – uro­dził się i wycho­wał w tym hrab­stwie – znał tutej­szych ludzi, oni znali jego, a dzięki przed­się­bior­czo­ści Simona Fin­cha był też spo­krew­niony z nie­mal każdą rodziną w mie­ście.

May­comb było stare, ale gdy ja je pozna­wa­łam – było już nie tylko stare, ale i zmę­czone. W desz­czowe dni ulice zmie­niały się w rdzawe strugi błota, chod­niki pora­stały trawą, a budy­nek sądu przy głów­nym placu zapa­dał się w sobie. Mam wra­że­nie, że było wtedy gorę­cej: czarny kun­del cier­piał w let­nie dni, kości­ste muły zaprzę­żone do dwu­kó­łek oga­niały się od much w nie przy­no­szą­cym chłodu cie­niu dębów rosną­cych na placu. Sztywne koł­nie­rzyki panów mię­kły już o dzie­wią­tej rano. Panie, które brały kąpiel przed połu­dniem i po popo­łu­dnio­wej drzemce, o zmroku przy­po­mi­nały już roz­mię­kłe ciastka z lukrem z potu i won­nego talku.

Ludzie poru­szali się wolno. Nie­spiesz­nie prze­mie­rzali plac, powłó­cząc nogami, zaglą­dali do ota­cza­ją­cych go skle­pów i wcale nie liczyli się z cza­sem. Doba miała dwa­dzie­ścia cztery godziny, ale wyda­wała się dłuż­sza. Pośpiech nie ist­niał, bo nie było dokąd się spie­szyć, nie było nic do kupie­nia i bra­ko­wało pie­nię­dzy, by cokol­wiek kupić; nie było też niczego cie­ka­wego do oglą­da­nia poza gra­ni­cami hrab­stwa May­comb. A jed­nak dla nie­któ­rych był to czas nie­okre­ślo­nego opty­mi­zmu: hrab­stwo May­comb dowie­działo się nie­dawno, że nie musi się bać niczego prócz samego stra­chu.

Miesz­ka­li­śmy przy głów­nej ulicy dziel­nicy wil­lo­wej – Atti­cus, Jem, ja, no i nasza kucharka Cal­pur­nia. Z ojca byli­śmy zado­wo­leni: bawił się z nami, czy­tał nam i trak­to­wał nas z uprzejmą bez­stron­no­ścią.

Z Cal­pur­nią było zgoła ina­czej. Chuda i kości­sta, miała krótki wzrok i wiecz­nie mru­żyła oczy; jej dłoń była sze­roka jak listwa od łóżka i dwa razy tward­sza. Wiecz­nie wyga­niała mnie z kuchni, za każ­dym razem pyta­jąc, dla­czego nie jestem taka grzeczna jak Jem, choć dobrze wie­działa, że on jest star­szy; zawsze też wołała mnie do domu, kiedy wcale nie byłam na to gotowa. Toczy­ły­śmy epic­kie, ale i jed­no­stronne bitwy. Cal­pur­nia nie­odmien­nie wygry­wała, głów­nie dla­tego, że Atti­cus brał jej stronę. Była z nami, odkąd uro­dził się Jem i odkąd się­ga­łam pamię­cią, wyczu­wa­łam jej przy­tła­cza­jącą obec­ność.

Nasza matka umarła, gdy mia­łam dwa lata, nie odczu­łam więc jej odej­ścia. Była z Gra­ha­mów z Mont­go­mery; Atti­cus poznał ją, gdy po raz pierw­szy wybrano go do sta­no­wego zgro­ma­dze­nia. Był już męż­czy­zną w śred­nim wieku, pięt­na­ście lat star­szym od niej. Jem był owo­cem pierw­szego roku ich mał­żeń­stwa; cztery lata póź­niej ja przy­szłam na świat, a dwa lata po tym nasza matka umarła nagle na zawał. Podobno to rodzinna przy­pa­dłość Gra­ha­mów. Nie tęsk­ni­łam za nią, ale mam wra­że­nie, że Jem tak. Pamię­tał ją wyraź­nie i cza­sem w samym środku gry wzdy­chał prze­cią­gle i odcho­dził, by bawić się samot­nie za gara­żem. Wie­dzia­łam, że gdy jest w takim nastroju, lepiej go nie naga­by­wać.

Gdy mia­łam pra­wie sześć lat, a Jem pra­wie dzie­sięć, gra­nice naszego let­niego tery­to­rium (w zasięgu głosu Cal­pur­nii) wyzna­czały dom pani Henry Lafay­ette Dubose, sto­jący dwie pose­sje na pół­noc od naszego, oraz dom Radleyów, o trzy pose­sje na połu­dnie. Ni­gdy nas nie kusiło, by je prze­kra­czać. Miesz­kań­cem domu Radleyów była nie­znana istota, a sam jej opis wystar­czał, byśmy całymi dniami byli aniel­sko grzeczni; pani Dubose była zaś istną dia­blicą.

 

Wła­śnie tam­tego lata przy­je­chał do nas Dill.

Raz wcze­snym ran­kiem, gdy zaczy­na­li­śmy zabawę na podwó­rzu, usły­sze­li­śmy z Jemem jakiś dźwięk dobie­ga­jący z oko­lic grządki jar­mużu w ogro­dzie naszej sąsiadki, panny Rachel Haver­ford. Pode­szli­śmy do dru­cia­nej siatki, żeby spraw­dzić, czy to nie szcze­niak – rat ter­rierka panny Rachel spo­dzie­wała się mło­dych – a tym­cza­sem zoba­czy­li­śmy, że ktoś tam sie­dzi i patrzy w naszą stronę. W tej pozy­cji nie był wiele wyż­szy od kapu­ścia­nych liści. Spo­glą­da­li­śmy na niego, aż powie­dział:

– Hej.

– Hej – odparł przy­jaź­nie Jem.

– Nazy­wam się Char­les Baker Har­ris – rzekł nie­zna­jomy. – Umiem czy­tać.

– Co z tego? – spy­ta­łam.

– Pomy­śla­łem, że to was zain­te­re­suje. Bo jeśli macie coś, co trzeba by prze­czy­tać, mogę to zro­bić…

– Ile masz lat? – spy­tał Jem. – Cztery i pół?

– Pra­wie sie­dem.

– No to nic dziw­nego – odparł Jem, kciu­kiem wska­zu­jąc na mnie. – Ta mała, Skaut, czyta od uro­dze­nia, a jesz­cze nie cho­dzi do szkoły. A ty nie za duży jesteś, jak na pra­wie sie­dem.

– Jestem mały, ale stary.

Jem odgar­nął włosy, by przyj­rzeć mu się lepiej.

– Może byś tu prze­lazł, Char­le­sie Bake­rze Har­ri­sie? – zagad­nął po chwili. – Boże, ale cię nazwali.

– Nie śmiesz­niej niż cie­bie. Cio­cia Rachel mówi, że nazy­wasz się Jeremy Atti­cus Finch.

Jem spoj­rzał na niego spode łba.

– Do mnie to pasuje, bo jestem duży – skwi­to­wał. – A ty jesteś krót­szy od wła­snego nazwi­ska.

– Mówią na mnie Dill – odrzekł mu Dill, z tru­dem prze­ci­ska­jąc się pod siatką.

– Lepiej górą niż dołem – dora­dzi­łam. – Skąd jesteś?

Dill pocho­dził z Meri­dian w Mis­si­sipi, spę­dzał lato u cioci Rachel i od tej pory miał się poja­wiać w May­comb co roku o tej porze. Jego rodzina pocho­dziła z naszego hrab­stwa. Matka Dilla, która pra­co­wała u foto­grafa w Meri­dian, wysta­wiła jego zdję­cie w kon­kur­sie „Piękne dziecko” i wygrała pięć dola­rów. Oddała nagrodę Dil­lowi, a on wydał wszystko, by dwa­dzie­ścia razy pójść do kina.

– Tu nie pusz­czają porząd­nych fil­mów, tylko cza­sem o Jezu­sie, w gma­chu sądu – powie­dział Jem. – Widzia­łeś coś cie­ka­wego?

Dill widział Dra­culę. To wystar­czyło, by Jem zaczął spo­glą­dać na niego z namiastką sza­cunku.

– Opo­wiedz nam – roz­ka­zał.

Dill był oso­bliwy. Nosił nie­bie­skie lniane szorty przy­pięte do koszulki; jego białe jak śnieg włosy przy­le­gały do głowy jak kaczy puch; choć rok młod­sza, byłam odeń wyż­sza. Gdy snuł swą opo­wieść, jego błę­kitne oczy na prze­mian zapa­lały się i ciem­niały, a jego śmiech był nagły i pełen rado­ści. Odru­chowo pocią­gał wciąż za kosmyk wło­sów, ster­czący mu nad czo­łem.

Gdy Dill starł już Dra­culę na proch, a Jem orzekł, że film musi być lep­szy od książki, spy­ta­łam Dilla, gdzie jest jego ojciec.

– Nawet o nim nie wspo­mnia­łeś.

– Nie mam ojca.

– Umarł?

– Nie…

– Skoro nie umarł, to musisz go mieć, tak czy nie?

Dill się zaru­mie­nił, a Jem kazał mi mil­czeć, co nie­chyb­nie ozna­czało, że Dill został prze­zeń dosta­tecz­nie spraw­dzony i zaak­cep­to­wany. Resztę lata spę­dzi­li­śmy na upra­wia­niu typo­wych przy­jem­no­ści, to jest: prze­bu­do­wu­jąc domek usy­tu­owany w kona­rach wiel­kich mio­dli, które rosły na naszym podwó­rzu, awan­tu­ru­jąc się i prze­ra­bia­jąc listę dra­ma­tów podwór­ko­wych opar­tych na dzie­łach Oli­vera Optica, Vic­tora Apple­tona i Edgara Rice’a Bur­ro­ughsa. Dobrze, że był z nami Dill – odgry­wał w tych insce­ni­za­cjach role, które daw­niej nale­żały do mnie: był małpą w Tar­za­nie, panem Crab­tree w The Rover Boys czy panem Damo­nem w Tomie Swif­cie. Stał się naszym kie­szon­ko­wym Mer­li­nem z głową pełną eks­cen­trycz­nych pomy­słów, dzi­wacz­nych tęsk­not i oso­bli­wych upodo­bań.

Jed­nakże pod koniec sierp­nia nasz reper­tuar stra­cił na atrak­cyj­no­ści od nad­miaru przed­sta­wień i wła­śnie wtedy Dill pod­su­nął nam pomysł wywa­bie­nia Boo Radleya.

Domo­stwo Radleyów fascy­no­wało Dilla. Mimo naszych wyja­śnień i ostrze­żeń przy­cią­gało go jak Księ­życ wodę, choć jedy­nie do naroż­nej latarni, w bez­piecz­nej odle­gło­ści od bramy pose­sji. Sta­wał przy niej, obej­mo­wał ramio­nami gruby słup i patrzył w zamy­śle­niu.

Pose­sja Radleyów wci­nała się ostrym zakrę­tem za nasz dom. Idąc na połu­dnie, docho­dziło się do ganku; chod­nik skrę­cał tam i biegł dalej wzdłuż podwórka. Dom był nie­wy­soki i nie­gdyś biały; miał roz­le­gły ganek i zie­lone okien­nice, ale całość dawno już pociem­niała, dosto­so­wu­jąc się do sza­ro­ści oto­cze­nia. Zbu­twiały od desz­czu gont zwie­szał się nisko nad werandą; roz­ło­ży­ste dęby nie dopusz­czały do niej słońca. Chwiejne resztki ogro­dze­nia strze­gły ni­gdy nie zamia­ta­nego podwórka przed domem, buj­nie poro­śnię­tego dzi­kimi tra­wami i tyto­niem.

W domu rezy­do­wał zaś zło­wrogi duch. Ludzie mówili, że naprawdę ist­nieje, ale my z Jemem ni­gdy go nie widzie­li­śmy. Mówili też, że wycho­dzi nocą, gdy księ­życ stoi nisko, żeby zaglą­dać ludziom w okna. Gdy komuś pod­mar­zły aza­lie, mówili, że to jego oddech je zmro­ził. Wszyst­kie drobne prze­stęp­stwa w May­comb były jego sprawką. Pew­nego razu seria ponu­rych noc­nych wyda­rzeń rzu­ciła na mia­sto cień stra­chu: ktoś oka­le­czał kur­czaki i zwie­rzęta domowe miesz­kań­ców May­comb. I choć sprawcą był Sza­lony Addie, który potem uto­pił się w Wirze Bar­kera, ludzie wciąż spo­glą­dali podejrz­li­wie na dom Radleyów, nie chcąc wyzbyć się pier­wot­nych podej­rzeń. Żaden Murzyn nie prze­szedłby nocą obok tej pose­sji, chyba że drugą stroną ulicy, pogwiz­du­jąc dla kurażu. Teren szkoły sąsia­do­wał z zaple­czem pose­sji Radleyów. Orzesz­niki rosnące na podwó­rzu gubiły owoce nad naszym boiskiem, ale dzieci nawet ich nie doty­kały: orze­chy Radleyów zabi­jają. Piłka base­bal­lowa, która wpa­dła na ich podwó­rze, była stra­cona i nikt tego nie kwe­stio­no­wał.

Ponura histo­ria tego domu zaczęła się wiele lat przed tym, nim Jem i ja przy­szli­śmy na świat. Radley­owie, choć mile widziani w całym mie­ście, woleli trzy­mać się na ubo­czu, co było wykro­cze­niem w May­comb nie­wy­ba­czal­nym. Nie cho­dzili do kościoła – a była to pod­sta­wowa roz­rywka miesz­kań­ców naszego mia­sta – tylko odda­wali cześć Bogu we wła­snym domu. Pani Radley rzadko – jeśli w ogóle – wybie­rała się na drugą stronę ulicy, by wypić przed­po­łu­dniową kawę z sąsiad­kami; ni­gdy nato­miast nie wstą­piła do kółka misyj­nego. Każ­dego dnia o jede­na­stej trzy­dzie­ści masze­ro­wała do cen­trum i wra­cała do domu już o dwu­na­stej, nio­sąc cza­sem papie­rową torbę, w któ­rej zda­niem obser­wa­to­rów z sąsiedz­twa, znaj­do­wały się codzienne zakupy. Do dziś nie wiem, z czego żył stary pan Radley – Jem mówił, że „kupo­wał bawełnę”; to takie eufe­mi­styczne okre­śle­nie próż­niac­twa – tak czy owak, pań­stwo Radley i ich dwaj syno­wie miesz­kali w May­comb od nie­pa­mięt­nych cza­sów.

Okien­nice i drzwi ich domu były w nie­dziele zamknięte – to kolejne odstęp­stwo od oby­cza­jów panu­ją­cych w naszym mie­ście, bo zamknięte drzwi ozna­czać mogły jedy­nie cho­robę lub fatalną pogodę. Nie­dziela była dniem ofi­cjal­nych wizyt popo­łu­dnio­wych: panie wkła­dały gor­sety, pano­wie płasz­cze, a dzieci – buty. Lecz sąsie­dzi nie wspi­nali się ni­gdy w nie­dzielne popo­łu­dnie po schod­kach do domu Radleyów, by zawo­łać „Hej!” Nie było w nim drzwi z moski­tierą – pyta­łam nawet Atti­cusa, czy daw­niej były, i dowie­dzia­łam się, że tak, ale zanim się uro­dzi­łam.

Wedle miej­sco­wej legendy, gdy młod­szy z Radleyów był nasto­lat­kiem, poznał paru Cun­nin­gha­mów z Old Sarum, potom­ków licz­nego i dzi­wacz­nego ple­mie­nia z pół­noc­nej czę­ści hrab­stwa. Wraz z nimi stwo­rzył coś, co naj­bar­dziej przy­po­mi­nało gang ze wszyst­kich grup, jakie kie­dy­kol­wiek widziano w May­comb. Nie­wiele zdzia­łali, ale wystar­czyło, by dys­ku­to­wano o nich w mie­ście i publicz­nie wygła­szano ostrze­że­nia z trzech mów­nic. Krę­cili się w oko­licy zakładu fry­zjer­skiego, w nie­dziele jeź­dzili auto­bu­sem do kina w Abbot­t­sville, bywali na tań­cach w zna­nej w całym hrab­stwie nad­rzecz­nej szu­lerni Dew-Drop Inn & Fishing Camp i wresz­cie eks­pe­ry­men­to­wali z nie­le­galną whi­skey. Nikt w całym May­comb nie miał dość tupetu, by powie­dzieć panu Radley­owi, że jego syn wpadł w złe towa­rzy­stwo.

Pew­nego wie­czoru w przy­pły­wie mło­dzień­czej fan­ta­zji chłopcy posta­no­wili zaba­wić się jazdą poży­czo­nym gru­cho­tem – tyłem, wokół placu. Nie dali się przy tym aresz­to­wać sędzi­wemu woź­nemu, panu Con­ne­rowi, a na doda­tek zamknęli go w wychodku przy budynku sądu. W mie­ście posta­no­wiono więc, że trzeba dzia­łać. Pan Con­ner powie­dział, że roz­po­znał wszyst­kich spraw­ców; uparł się, że nie popu­ści żad­nemu z nich, i tak oto chłopcy sta­nęli przed sądem opie­kuń­czym, oskar­żeni o zakłó­ce­nie porządku, napaść i uszko­dze­nie ciała oraz uży­wa­nie obraź­li­wego i wul­gar­nego języka w obec­no­ści kobiety. Sędzia zapy­tał, dla­czego pan Con­ner dołą­czył ten ostatni zarzut. Pan Con­ner odpowie­dział mu na to, że sprawcy prze­kli­nali tak gło­śno, iż bez wąt­pie­nia sły­szała ich każda dama w May­comb. Sędzia zade­cy­do­wał, że chłopcy tra­fią do szkoły tech­nicz­nej, do któ­rej nie­kiedy wysy­łano mło­dzież tylko po to, by zapew­nić jej wyży­wie­nie i przy­zwo­ity dach nad głową – nie było to żadne wię­zie­nie i żadna ujma na hono­rze. Pan Radley był jed­nak innego zda­nia. Prze­ko­nał sędziego, że dopil­nuje, by Arthur nie spra­wiał wię­cej kło­po­tów, jeśli tylko zosta­nie uwol­niony. Sędzia z zado­wo­le­niem przy­stał na tę pro­po­zy­cję, ponie­waż wie­dział, że może pole­gać na sło­wie pana Radleya.

Pozo­stali chłopcy tra­fili do szkoły tech­nicz­nej i uzy­skali naj­lep­sze wykształ­ce­nie śred­nie, jakie można było zdo­być w całym sta­nie; jeden z nich tra­fił nawet na poli­tech­nikę w Auburn. Drzwi domu Radleyów były zaś teraz zamknięte nie tylko w dni powsze­dnie, ale i w nie­dziele, a przez kolej­nych pięt­na­ście lat Arthura nikt już nie zoba­czył.

W końcu jed­nak nad­szedł dzień, który Jem led­wie pamię­tał: dzień, w któ­rym nie on sam, ale kilka innych osób usły­szało i zoba­czyło Boo Radleya. Powie­dział mi, że Atti­cus ni­gdy nie mówił wiele na temat Radleyów; gdy Jem zada­wał pyta­nie, ojciec zwy­kle kazał mu zająć się wła­snymi spra­wami i zosta­wić Radleyów w spo­koju, do któ­rego mieli prawo. Kiedy jed­nak to się stało, według Jema Atti­cus pokrę­cił głową, pomru­ku­jąc: „Mm, mm, mm”.

I dla­tego więk­szość infor­ma­cji Jem zasły­szał od panny Ste­pha­nie Craw­ford, miej­sco­wej plot­karki, która ponoć wie­działa o wszyst­kim. Według niej, Boo sie­dział w salo­nie i wyci­nał arty­kuł z „The May­comb Tri­bune”, by wkleić go do albumu. Jego ojciec wszedł do pokoju, a gdy prze­cho­dził obok, Boo wbił nożyczki w jego nogę, wycią­gnął, wytarł o spodnie i powró­cił do prze­rwa­nego zaję­cia.

Pani Radley wybie­gła na ulicę, wrzesz­cząc, że Arthur ich wszyst­kich poza­bija, ale gdy na miej­scu poja­wił się sze­ryf, Boo wciąż sie­dział grzecz­nie w salo­nie, tnąc „Tri­bune”. Miał wtedy trzy­dzie­ści trzy lata.

Według panny Ste­pha­nie, pan Radley powie­dział, że żaden Radley nie trafi ni­gdy do zakładu opie­kuń­czego, gdy zasu­ge­ro­wano mu, że sezon spę­dzony w Tusca­lo­osie dobrze by zro­bił bied­nemu Boo. Boo jed­nak nie był sza­lony, tylko od czasu do czasu bar­dzo ner­wowy. Pan Radley zgo­dził się, że należy na jakiś czas zamknąć syna, lecz nale­gał, by nie przed­sta­wiano mu żad­nych zarzu­tów – Boo prze­cież nie był prze­stępcą. Sze­ryf nie miał sumie­nia umie­ścić go w wię­zie­niu razem z Murzy­nami, osta­tecz­nie więc zamknięto Boo w piw­nicy gma­chu sądu.

W umy­śle Jema powrót Boo do domu był wspo­mnie­niem dość mgli­stym. Według panny Ste­pha­nie Craw­ford, nie­któ­rzy człon­ko­wie rady poin­for­mo­wali pana Radleya, że jeśli Boo posie­dzi jesz­cze tro­chę w zaple­śnia­łej piw­nicy, może umrzeć. Poza tym, nie mógł prze­cież żyć w nie­skoń­czo­ność na koszt hrab­stwa.

Nikt nie wie­dział, jaką formę zastra­sza­nia wybrał pan Radley, żeby utrzy­mać Boo z dala od ludz­kich spoj­rzeń, ale Jem przy­pusz­czał, że więk­szość czasu Boo spę­dzał przy­kuty łań­cu­chem do łóżka. Jego ojciec jed­nak był innego zda­nia; twier­dził, że ist­nieją inne spo­soby na zamie­nie­nie czło­wieka w ducha.

 

Mam w pamięci obraz pani Radley, raz na jakiś czas otwie­ra­ją­cej fron­towe drzwi, by wyjść na skraj ganka i pod­lać kanny. Pamię­tam też, że oboje z Jemem widy­wa­li­śmy każ­dego dnia pana Radleya, gdy wycho­dził do mia­sta i wra­cał. Był chu­dym, kan­cia­stym męż­czy­zną o oczach tak bez­barw­nych, że nawet nie odbi­jały świa­tła. Miał wydatne kości policz­kowe i sze­ro­kie usta, przy czym górna warga była wąska, a dolna znacz­nie peł­niej­sza. Panna Ste­pha­nie Craw­ford mówiła, że sztywno trzy­mał się Słowa Bożego, które było dlań jedy­nym pra­wem, a my jej wie­rzy­li­śmy, bo istot­nie pan Radley kro­czył sztywno, jakby połknął tyczkę.

Ni­gdy się do nas nie odzy­wał. Gdy nas mijał, patrząc w zie­mię, mówi­li­śmy „Dzień dobry panu”, a on tylko kasz­lał w odpo­wie­dzi. Jego star­szy syn miesz­kał w Pen­sa­coli; przy­jeż­dżał do May­comb na Boże Naro­dze­nie i był jedną z bar­dzo nie­wielu osób, które kie­dy­kol­wiek przy­cho­dziły i wycho­dziły z tego domu. Ludzie mawiali, że odkąd pan Radley zabrał Arthura z piw­nicz­nego aresztu, dom umarł.

A prze­cież nad­szedł dzień, gdy Atti­cus powie­dział, że nas utłu­cze, jeżeli będziemy hała­so­wać na podwórku, i przy­ka­zał Cal­pur­nii, by pod jego nie­obec­ność zastą­piła go w tym dziele, jeśli tylko wydamy z sie­bie jakiś dźwięk. Pan Radley umie­rał.

Nie spie­szył się zbyt­nio. Drew­niane kozły zagro­dziły drogę po obu stro­nach pose­sji Radleyów, na chod­nik rzu­cono słomę, a ruch skie­ro­wano w boczną alejkę. Dok­tor Rey­nolds par­ko­wał przed naszym domem i szedł do Radleyów za każ­dym razem, gdy został wezwany. Jem i ja całymi dniami cho­dzi­li­śmy na pal­cach. Wresz­cie kozły zabrano i sto­jąc na ganku, zoba­czy­li­śmy, jak pan Radley rusza w swą ostat­nią podróż.

– Tak odcho­dzi naj­po­dlej­szy czło­wiek, w jakiego Bóg kie­dy­kol­wiek tchnął życie – wymru­czała Cal­pur­nia, po czym w zadu­mie splu­nęła na podwó­rze.

Spoj­rze­li­śmy na nią ze zdzi­wie­niem, rzadko bowiem komen­to­wała sprawy bia­łych.

Sąsie­dzi przy­pusz­czali, że po zej­ściu pana Radleya Boo wyj­rzy na świat, ale stało się ina­czej: z Pen­sa­coli powró­cił star­szy brat Arthura, by zająć miej­sce zmar­łego. Róż­nił się od ojca wyłącz­nie wie­kiem. Jem powie­dział, że pan Nathan Radley też zaj­muje się „kupo­wa­niem bawełny”. Pan Nathan jed­nak odzy­wał się do nas, gdy mówi­li­śmy „Dzień dobry”, a cza­sem nawet widy­wa­li­śmy go, jak wra­cał z mia­sta z cza­so­pi­smem w ręku.

Im wię­cej opo­wia­da­li­śmy Dil­lowi o Radley­ach, tym wię­cej chciał wie­dzieć, dłu­żej ster­czał przy­tu­lony do naroż­nej latarni i inten­syw­niej się zasta­na­wiał.

– Zasta­na­wiam się, co on tam pora­bia – mru­czał. – Zdaje się, że wła­śnie wyj­rzał zza drzwi.

– Wycho­dzi tylko, kiedy jest cał­kiem ciemno – wyja­śnił mu Jem. – Panna Ste­pha­nie Craw­ford mówiła, że pew­nego razu obu­dziła się w środku nocy i zoba­czyła go za oknem. Patrzył pro­sto na nią… Jego głowa wyglą­dała jak czaszka. Nie sły­sza­łeś go ni­gdy w nocy, Dill? Cho­dzi mniej wię­cej tak… – Jem zaszu­rał nogami na żużlu. – Jak myślisz, dla­czego panna Rachel tak sta­ran­nie zamyka na noc drzwi? Wiele razy widzia­łem rano w ogro­dzie jego ślady. Jed­nej nocy sły­sza­łem nawet, jak skro­bał w moski­tierę na tyłach domu, ale ulot­nił się, zanim przy­szedł Atti­cus.

– Cie­kawe, jak on wygląda – zasta­na­wiał się Dill.

Jem podał mu roz­sądny opis: sądząc po śla­dach, Boo miał mniej wię­cej dwa metry wzro­stu; jadał surowe wie­wiórki i koty, jeśli udało mu się je zła­pać, i dla­tego miał plamy krwi na dło­niach, bo kto­kol­wiek pożarłby surowe mięso, ni­gdy nie zmyłby z rąk śla­dów posoki. Na twa­rzy miał długą bli­znę o poszar­pa­nych brze­gach; nie­liczne zęby Boo miały być żółte i popsute; oczy miał wyłu­pia­ste i śli­nił się nie­ustan­nie.

– Spró­bujmy go wywa­bić – zapro­po­no­wał Dill. – Chciał­bym zoba­czyć, jak naprawdę wygląda.

Jem powie­dział, że jeśli Dill tak bar­dzo chce zgi­nąć, to wystar­czy, że podej­dzie do tego domu i zapuka do fron­to­wych drzwi.

Nasza pierw­sza wyprawa doszła do skutku tylko dla­tego, że Dill posta­wił Sza­rego Ducha prze­ciwko dwóm Tomom Swi­ftom na to, że Jem nie zbliży się do domu Radleyów bar­dziej niż do furtki w ogro­dze­niu. A Jem w całym swoim życiu nie odrzu­cił ani jed­nego wyzwa­nia.

Zasta­na­wiał się nad tym zakła­dem przez trzy dni. Przy­pusz­czam, że honor kochał bar­dziej niż wła­sną głowę, bo Dill prze­ko­nał go dość łatwo:

– Masz stra­cha – powie­dział pierw­szego dnia.

– To nie strach, to respekt – odparł Jem.

Następ­nego dnia Dill rzekł:

– Tak się boisz, że nawet palu­cha nie posta­wisz na ich podwórku.

Jem odpo­wie­dział, że wcale nie i że odkąd cho­dzi do szkoły, codzien­nie mija pose­sję Radleyów.

– Zawsze bie­giem – wtrą­ci­łam.

Dill zała­twił Jema w końcu trze­ciego dnia, powie­dziaw­szy mu, że chło­paki z Meri­dian na pewno nie są tak lękliwe jak ci z May­comb, bo takich stra­chaj­łów to on jesz­cze ni­gdy nie spo­tkał.

Usły­szaw­szy to, Jem poma­sze­ro­wał na róg ulicy, sta­nął przy słu­pie latarni i oparł się o niego, wpa­trzony w furtkę wiszącą koślawo na zawia­sach domo­wej roboty.

– Mam nadzieję, Dillu Har­ri­sie, żeś już sobie wbił do głowy, że on nas wszyst­kich poza­bija – rzekł Jem, gdy do niego dołą­czy­li­śmy. – Nie miej do mnie pre­ten­sji, kiedy ci wydłu­bie oczy. Pamię­taj, że sam zaczą­łeś.

– Wciąż się boisz – wymam­ro­tał cier­pli­wie Dill.

Jem zapra­gnął prze­ko­nać go raz na zawsze, że nie boi się abso­lut­nie niczego.

– Cho­dzi o to, że nie wymy­śli­łem jesz­cze spo­sobu, jak go wywa­bić, żeby nas nie dopadł. – W dodatku musiał myśleć o swo­jej małej sio­strzyczce.

Gdy to powie­dział, zro­zu­mia­łam, że się boi. Mała sio­strzyczka pomy­ślała zaraz o tym, jak kie­dyś rzu­ciła wyzwa­nie, by sko­czył z dachu domu. „A jeśli się zabiję, co będzie z tobą?” – spy­tał ją wtedy. A potem sko­czył i wylą­do­wał cało. Poczu­cie odpo­wie­dzial­no­ści za sio­strę opu­ściło go i nie wra­cało aż do chwili, gdy przy­szło mu się zmie­rzyć z wyzwa­niem pose­sji Radleyów.

– Chcesz zerwać zakład? – zapy­tał Dill. – W takim razie…

– Dill, takie sprawy trzeba dobrze prze­my­śleć – prze­rwał mu Jem. – Niech no się zasta­no­wię… To tak, jak­byś chciał wywa­bić żół­wia ze sko­rupy.

– A jak to się robi? – spy­tał Dill.

– Zapa­lasz pod nim zapałkę.

Powie­dzia­łam Jemowi, że jeśli pod­pali dom Radleyów, poskarżę na niego Atti­cu­sowi.

Dill orzekł, że zapa­la­nie zapałki pod żół­wiem to okru­cień­stwo.

– Nie okru­cień­stwo, tylko per­swa­zja. Prze­cież nie cho­dzi o to, żeby go rzu­cić w ogień – wark­nął Jem.

– A skąd wiesz, że to go nie boli?

– Żół­wie nic nie czują, głą­bie – odparł Jem.

– A byłeś kiedy żół­wiem?

– Rany, Dill! Daj mi chwilę pomy­śleć… Zdaje się, że można nim też pobu­jać…

Jem zasta­na­wiał się tak długo, że Dill wresz­cie zdo­był się na małe ustęp­stwo.

– Nie powiem, że zerwa­łeś zakład, i dam ci Sza­rego Ducha, jeśli tylko pój­dziesz tam i dotkniesz domu.

Jem się roz­pro­mie­nił.

– Dotknę domu i to wszystko?

Dill ski­nął głową.

– Na pewno wszystko? Bo nie chcę, żebyś mi wymy­ślał nie wia­domo co, gdy tylko tu wrócę.

– Tak, to wszystko – odparł Dill. – On pew­nie wysko­czy za tobą, gdy tylko zoba­czy cię na podwó­rzu, a wtedy Skaut i ja rzu­cimy się na niego, przy­du­simy do ziemi i wytłu­ma­czymy, że nie chcemy mu zro­bić krzywdy.

Odda­li­li­śmy się od naroż­nej latarni, prze­szli­śmy na drugą stronę uliczki, przy któ­rej znaj­do­wał się dom Radleyów, i zatrzy­ma­li­śmy się u bramy.

– No, dalej – pona­glił Dill. – Będziemy tuż za tobą.

– Idę już – odparł Jem. – Nie poga­niaj mnie.

Pod­szedł do naroż­nika pose­sji, a potem się cof­nął, zmarsz­czył brwi i podra­pał po gło­wie, z uwagą stu­diu­jąc cał­kiem zwy­czajny teren, jakby szu­kał naj­lep­szej drogi.