Już mnie nie oszukasz

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Już mnie nie oszukasz
Już mnie nie oszukasz
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 70,90  56,72 
Już mnie nie oszukasz
Audio
Już mnie nie oszukasz
Audiobook
Czyta Filip Kosior
34,90 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Ale chlew.

Claire się uśmiechnęła.

– Właśnie, dziękuję. Tylko poczekaj.

Mai brakowało kreatywności do czegoś takiego. Nie dostrzegała potencjału. Claire to potrafiła. Miała do tego smykałkę. Wkrótce na widok jej domu nasuwały się już tylko określenia „radosny” i „przytulny”. Całe miejsce zaczęło przypominać dziecięcy kolorowy rysunek, na którym zawsze świeci słońce, a kwiaty są wyższe od drzwi wejściowych.

Teraz po tym wszystkim nic nie zostało.

Eddie czekał na nich przed drzwiami. Widać było w nim takie same zmiany jak w domu – inaczej wyglądał przed śmiercią Claire, potem wyblakł i poszarzał.

– Jak poszło? – spytał córkę.

– Przegrałyśmy – odrzekła Alexa.

– Ojej, przykro mi.

Dziewczynka cmoknęła ojca w policzek, po czym oboje z bratem pośpiesznie weszli do domu. Eddie zawahał się, ale wpuścił Mayę do środka. Miał na sobie czerwoną flanelową koszulę i dżinsy, a Maya znów wyczuła od niego zbyt silną woń płynu do ust.

– Mogłem ich odebrać – zaczął się tłumaczyć.

– Nie – odparła Maya – nie mogłeś.

– Nie miałem zamiaru… Napiłem się dopiero, jak powiedziałaś, że ich przywieziesz.

Nie odezwała się słowem. Pudła wciąż stały w kącie. Rzeczy Claire. Eddie jeszcze nie przeniósł ich do piwnicy ani do garażu. Piętrzyły się w salonie jak zbiory szalonego kolekcjonera.

– Mówię prawdę – dodał. – Nigdy nie siadam za kółko po alkoholu.

– Prawdziwy z ciebie ideał, Eddie.

– Ale się wywyższasz.

– Wcale nie.

– Mayu?

– Słucham?

Na podbródku i prawym policzku miał kępki zarostu – przegapił je podczas golenia. Claire by je dostrzegła, zwróciła mu uwagę i dopilnowała, żeby nie wyszedł z domu w tak niechlujnym stanie.

– Nie piłem, kiedy ona żyła – rzekł cicho.

Maya nie wiedziała, co odpowiedzieć, więc milczała.

– To znaczy od czasu do czasu się napiłem, ale…

– Wiem, co chcesz powiedzieć – przerwała mu. – Lepiej już pójdę. Zajmij się nimi.

– Dzwonili do mnie ze związku piłkarskiego.

– No tak.

– Wygląda na to, że narobiłaś tam dzisiaj zamieszania.

Wzruszyła ramionami.

– Po prostu porozmawiałam sobie z trenerem o przepisach.

– Kto dał ci takie prawo?

– Twój syn. Zadzwonił po mnie, żebym pomogła twojej córce.

– I wydaje ci się, że jej pomogłaś?

Maya milczała.

– Myślisz, że taki dupek jak Phil zapomni o tym? Myślisz, że nie znajdzie sposobu, aby odegrać się na Alexie?

– Lepiej, żeby nie próbował.

– Bo co? – żachnął się Eddie. – Znowu się nim zajmiesz?

– Tak, Eddie. Jeśli to będzie konieczne. Będę jej broniła, dopóki starczy mi sił.

– Ściągając spodenki trenerowi?

– Robiąc to, co konieczne.

– Czy ty w ogóle wiesz, co mówisz?

– Jak najbardziej. Obiecałam, że będę stała za nią murem. Wiesz dlaczego? Ponieważ nikt inny tego nie zrobi.

Wzdrygnął się, jakby go spoliczkowała.

– Wynoś się z mojego domu.

– Dobrze. – Ruszyła w stronę drzwi, ale jeszcze przystanęła i odwróciła się do Eddiego. – Tak przy okazji, twój dom wygląda jak szalet. Doprowadź go do porządku.

– Powiedziałem, żebyś się wynosiła. I przez jakiś czas lepiej tutaj nie przychodź.

Zatrzymała się.

– Słucham?

– Nie chcę, żebyś spotykała się z moimi dziećmi.

– Twoimi…? – Maya podeszła bliżej. – Możesz mi to wyjaśnić?

Gniew w jego oczach już osłabł. Eddie przełknął ślinę i odwrócił wzrok.

– Nie rozumiesz tego.

– Czego nie rozumiem?

– To ty toczyłaś wojnę, żeby pozostali nie musieli tego robić. Kiedyś dzięki tobie czuliśmy się bezpieczni.

– Kiedyś?

– Tak.

– Co masz na myśli?

W końcu popatrzył jej w oczy.

– Śmierć idzie za tobą krok w krok, Mayu.

Stała jak wryta. Gdzieś w oddali ktoś włączył telewizor. Usłyszała stłumione wiwaty.

Eddie zaczął odliczać na palcach.

– Wojna. Claire. Teraz Joe.

– Obwiniasz mnie za to?

Otworzył i zamknął usta. Po chwili się odezwał:

– Sam nie wiem, może śmierć znalazła cię w jakiejś zasranej dziurze na pustyni. A może zawsze ją w sobie nosiłaś i w końcu wypuściłaś na wolność lub pozwoliłaś, żeby podążyła za tobą do domu.

– Mówisz bez sensu, Eddie.

– Możliwe. Kurczę, lubiłem Joego. To był dobry człowiek. A teraz on także odszedł. – Podniósł na nią wzrok. – Nie chcę, żeby ktoś inny, kogo kocham, był następny.

– Wiesz, że nie pozwoliłabym nikomu skrzywdzić Daniela ani Alexy.

– Sądzisz, że masz taką władzę, Mayu?

Nie odpowiedziała.

– Nie chciałaś także, aby ktokolwiek skrzywdził Claire albo Joego. I jak to się skończyło?

Napnij, rozluźnij.

– Opowiadasz bzdury, Eddie.

– Wynoś się z mojego domu. Wynoś się i nigdy tu nie wracaj.

Rozdział 4

Tydzień później czerwony buick verano znów się pojawił.

Maya wracała do domu po zbyt długim dniu wypełnionym lekcjami pilotażu. Była zmęczona, głodna i chciała tylko znaleźć się już w domu i zmienić Isabellę. Tymczasem ten cholerny czerwony buick powrócił.

Jak powinna to rozegrać?

Zaczęła rozpatrywać różne możliwości, a wtedy buick skręcił. Kolejny przypadek czy raczej kierowca doszedł do wniosku, że Maya po prostu wraca do domu? Była gotowa się założyć, że to drugie.

Kiedy podjechała pod dom, brat Isabelli, Hector, czekał obok swojego pick-upa. Zazwyczaj odwoził siostrę, kiedy skończył pracę w ogrodzie.

– Dzień dobry, pani Burkett.

– Cześć, Hectorze.

– Właśnie skończyłem rabatki. – Miał bluzę z kapturem zapiętą pod samą szyję. Dziwny strój na taki upał. – Podobają się pani?

– Wyglądają świetnie. Mogłabym cię prosić o przysługę?

– Oczywiście.

– W domu mojej siostry przydałoby się wykonać kilka prac. Jeśli dodatkowo ci zapłacę, czy mógłbyś tam skosić trawę i może trochę posprzątać?

Hector sprawiał wrażenie nieco zakłopotanego tym pytaniem. Jego rodzina pracowała wyłącznie dla Burkettów, którzy wypłacali mu pensję.

– Najpierw uzgodnię to z Judith – obiecała Maya.

– W takim razie zgoda, chętnie się tym zajmę.

Kiedy ruszyła w stronę domu, zabrzęczał jej telefon. Dostała SMS-a od Alexy.

W sobotę mecz. Będziesz?

Po zeszłotygodniowym incydencie z trenerem Philem postanowiła nie przychodzić na mecz. Chociaż wiedziała, że Eddie nie ma racji, jego oskarżenia nie dawały jej spokoju. Cała ta teoria o śmierci „idącej za nią krok w krok” była nieracjonalnym bełkotem. Ale może ojciec ma prawo być nieracjonalny, gdy chodzi o jego dzieci – przynajmniej przez jakiś czas.

Przed laty, kiedy urodził się Daniel, Claire i Eddie ustanowili Mayę prawnym opiekunem, najpierw Daniela, a potem obojga dzieci, na wypadek gdyby zostały sierotami. Już wtedy, chociaż jeszcze nie przypuszczała, jak tragiczny okaże się los, Claire wzięła Mayę na bok i oznajmiła:

– Jeśli coś mi się stanie, Eddie sobie nie poradzi.

– Dlaczego tak mówisz?

– To dobry człowiek. Ale nie jest silny. Musisz przy nim być, bez względu na wszystko.

Nie musiała dodawać: „Obiecaj mi” ani niczego w tym stylu. Claire wiedziała. Maya także. Potraktowała poważnie tę odpowiedzialność oraz obawy siostry i chociaż teraz mogła przez krótki czas stosować się do życzeń Eddiego, nawet on rozumiał, że to nie potrwa wiecznie.

Odpisała Alexie: „Kurczę, nie mogę. W pracy mam kocioł. Do zobaczenia wkrótce? Buziaki”.

Zmierzając do tylnych drzwi, wróciła myślami do tamtego dnia w Camp Arifjan w Kuwejcie. W bazie było południe, a w Stanach piąta rano, gdy zadzwonił telefon.

– To ja – powiedział Joe łamiącym się głosem. – Mam złe wieści.

To dziwne, pomyślała w tej krótkiej chwili spokoju, zanim jej świat legł w gruzach, że oto znalazła się po drugiej stronie. Te straszliwe wiadomości telefoniczne zazwyczaj pochodziły z Bliskiego Wschodu i trafiały na zachód, do Stanów Zjednoczonych. Oczywiście sama nigdy ich nie przekazywała. Obowiązywał konkretny protokół. „Oficer powiadamiający o śmierci” – tak, istnieje ktoś taki – osobiście informował rodzinę. Cóż za praca. Nikt się do niej nie zgłaszał – byli „wyznaczani na ochotnika”, jak mawiano w wojsku. Oficer powiadamiający wkładał oficjalny mundur, wsiadał do samochodu razem z pastorem, pukał do twoich drzwi i wygłaszał wyuczoną na pamięć formułkę.

– Co się stało? – spytała Joego.

Cisza. Najgorsza cisza, jakiej doświadczyła.

– Joe?

– Chodzi o Claire – odrzekł, a Maya poczuła, jak coś w jej wnętrzu rozpada się w pył.

Otworzyła tylne drzwi. Lily siedziała na kanapie i rysowała zieloną kredką. Nie podniosła oczu, kiedy matka pojawiła się w progu, ale Mai to nie przeszkadzało. Lily potrafiła się niesamowicie skupiać. W tej chwili koncentrowała się na rysunku. Isabella wstała powoli, jakby bała się, że obudzi dziewczynkę, i podeszła do Mai.

– Dziękuję, że zostałaś dłużej – odezwała się Maya.

– Żaden problem.

Lily podniosła wzrok i uśmiechnęła się do nich, a one odwzajemniły uśmiech i do niej pomachały.

– Jak się dzisiaj zachowywała?

– Wspaniale. – Isabella ze smutkiem popatrzyła na Lily. – Nie ma o niczym pojęcia.

Niania każdego dnia mówiła coś w tym stylu.

– Do zobaczenia rano – powiedziała Maya.

– Tak, pani Burkett.

Maya usiadła obok córki, słysząc, jak pick-up Hectora odjeżdża spod domu. Patrzyła, jak zdjęcia zmieniają się w ramce cyfrowej z kamerą, i zdawała sobie sprawę, że wszystko, co robi, jest rejestrowane. Sprawdzała nagrania każdego dnia, aby upewnić się, że Isabella nie… no właśnie, po co sprawdzała? Zresztą nieważne, na nagraniach zazwyczaj nic się nie działo. Maya nigdy wcześniej nie obserwowała siebie bawiącej się z Lily. To było dziwne uczucie. Jednak równie dziwna była sama świadomość, że w pokoju jest kamera, jakby z tego powodu Maya musiała się inaczej zachowywać. Czy obecność kamery częściowo wpływała na kontakty Mai z córką? Zapewne tak.

 

– Co rysujesz? – spytała.

– Nie wiesz?

Na kartce widać było esy-floresy.

– Nie.

Lily sprawiała wrażenie dotkniętej.

Maya wzruszyła ramionami.

– Możesz mi powiedzieć?

– Dwie krowy i gąsienicę.

– Krowa jest zielona?

– To gąsienica.

Na szczęście zadzwonił telefon Mai. Zerknęła na ekran i zobaczyła, że to Shane.

– Jak się trzymasz? – spytał.

– Dobrze.

Cisza. Minęły trzy sekundy, zanim Shane znów się odezwał.

– Podoba mi się ta niezręczna cisza. A tobie?

– Jest świetna. Co słychać?

Byli w zbyt zażyłych stosunkach, żeby pytać: „Jak się trzymasz”. Takie rozmowy nie pasowały do ich relacji.

– Musimy porozmawiać – rzucił.

– Słucham.

– Przyjadę. Jesteś głodna?

– Niespecjalnie.

– Mogę wstąpić do Best of Everything i kupić pizzę z pikantnym kurczakiem.

– Pośpiesz się, cholera.

Rozłączyła się. W Camp Arifjan można było wybrać sobie pizzę na niemal każdy posiłek, ale sos smakował jak skwaśniały keczup, a ciasto miało konsystencję pasty do zębów. Odkąd Maya wróciła do domu, pragnęła tylko pizzy na cienkim cieście, a nigdzie nie robiono lepszej niż w Best of Everything.

Kiedy Shane przyjechał, usiedli we trójkę przy kuchennym stole i zabrali się do pałaszowania pizzy. Lily uwielbiała Shane’a. Uwielbiały go wszystkie dzieci. To z dorosłymi nie najlepiej mu się układało. Cechowały go niezręczność i stoicyzm, który większość ludzi, nastawionych na pozory i sztuczne uśmiechy, uznawała za odpychający. Shane nie znosił czczej gadaniny ani wciskania kitu, typowych dla współczesnego społeczeństwa.

Gdy zjedli pizzę, Lily uparła się, żeby to Shane, a nie Maya, ułożył ją do snu.

Wydął wargi.

– Ale czytanie bajek jest takie nudne.

Lily parsknęła śmiechem. Chwyciła Shane’a za rękę i zaczęła go ciągnąć w stronę schodów.

– Nie, proszę! – zawołał, padając na podłogę.

Dziewczynka zaczęła się jeszcze głośniej śmiać i nie przestawała go ciągnąć. Shane protestował przez całą drogę. Mała potrzebowała dziesięciu minut, żeby zaprowadzić go na górę.

Kiedy dotarli do pokoju Lily, Shane przeczytał jej bajkę, a ona zasnęła tak szybko, że Maya zastanawiała się, czy nie podał jej środka nasennego.

– Szybko poszło – powiedziała, gdy wrócił na dół.

– To część mojego planu.

– Co takiego?

– Zmuszenie jej, żeby ciągnęła mnie na górę. Zmęczyłem ją.

– Sprytnie.

– No cóż.

Oboje wzięli zimne piwo z lodówki i wyszli na podwórko. Zapadł zmierzch. Wilgotne powietrze ich przygniatało, ale kiedy doświadczyłeś pustynnego żaru, dźwigając dwadzieścia kilogramów sprzętu na plecach, żaden upał nie robi już na tobie wrażenia.

– Ładny wieczór – zauważył Shane.

Usiedli przy basenie i zaczęli pić. Pojawiła się między nimi jakaś przepaść, która nie podobała się Mai.

– Przestań – powiedziała.

– Co masz na myśli?

– Traktujesz mnie jak…

– Jak…?

– Jak wdowę. Daj spokój.

Shane pokiwał głową.

– W porządku, moja wina.

– No to o czym chciałeś ze mną porozmawiać? – spytała.

Pociągnął łyk piwa.

– Może to nic ważnego.

– Ale?

– Pojawił się nowy raport wywiadowczy. – Shane wciąż pracował w wojsku, dowodząc lokalnym oddziałem żandarmerii wojskowej. – Wygląda na to, że Corey Rudzinski mógł wrócić do Stanów Zjednoczonych.

Shane czekał na jej reakcję. Maya pociągnęła długi łyk piwa, nie odzywając się słowem.

– Podejrzewamy, że dwa tygodnie temu przekroczył granicę kanadyjską.

– Wydano nakaz jego aresztowania?

– Formalnie nie.

Corey Rudzinski był założycielem CoreyDemaskator, strony internetowej, na której informatorzy mogli bezpiecznie zamieszczać tajne informacje. Wszystko po to, aby ujawniać nielegalne praktyki rządów i wielkich firm. Pamiętacie tamtego południowoamerykańskiego polityka, który przyjmował łapówki od spółek z branży paliwowej? Sprawa wyciekła na CoreyDemaskator. A aferę korupcyjną w policji, z rasistowskimi e-mailami w tle? CoreyDemaskator. A złe traktowanie więźniów w Idaho, zatuszowany wypadek w elektrowni atomowej w Azji, przypadki zatrudniania pań do towarzystwa przez pracowników służb bezpieczeństwa? CoreyDemaskator.

No i oczywiście śmierć cywilów z winy nadgorliwej pilotki wojskowego śmigłowca?

Tak, zgadliście.

Wszystkie te „łupy” zawdzięczano anonimowym informatorom Coreya.

– Mayu?

– On już nie może mnie skrzywdzić.

Shane przekrzywił głowę.

– No co? – rzuciła.

– Nic.

– Nie może mnie skrzywdzić – powtórzyła. – Już ujawnił nagranie.

– Ale nie całe.

Wypiła łyk piwa.

– Nie dbam o to, Shane.

Odchylił się do tyłu.

– Jasne. – Po chwili dodał: – Jak myślisz, dlaczego tego nie zrobił?

– Czego?

– Nie ujawnił ścieżki audio.

To pytanie dręczyło ją bardziej, niż Shane mógł się domyślać.

– Jest demaskatorem – ciągnął Shane. – Więc dlaczego nie ujawnił wszystkiego?

– Nie wiem.

Patrzył przed siebie. Maya znała to spojrzenie.

– Przypuszczam, że masz jakąś teorię? – powiedziała.

– Owszem.

– Zamieniam się w słuch.

– Corey czeka na właściwą chwilę.

Maya zmarszczyła czoło.

– Zyskał olbrzymią popularność dzięki pierwszej części materiału. Kiedy znów będzie szukał rozgłosu, ujawni resztę.

Pokręciła głową.

– Jest jak rekin – dodał Shane. – Rekina ciągle trzeba karmić.

– To znaczy?

– Żeby skutecznie działać, Corey Rudzinski musi nie tylko pogrążać tych, których uważa za skorumpowanych, ale też robić to w taki sposób, by zdobyć jak największą sławę.

– Shane?

– Słucham.

– Naprawdę o to nie dbam. Już odeszłam ze służby. I nawet jestem – westchnienie – wdową. Może robić, co mu się podoba.

Zastanawiała się, czy przekonała Shane’a swoją brawurą, ale w końcu on nie znał całej prawdy.

– Niech ci będzie. – Dopił piwo. – Powiesz mi, co naprawdę się dzieje?

– Co masz na myśli?

– Przeprowadziłem dla ciebie tamto badanie, bez żadnych pytań.

Skinęła głową.

– Dziękuję.

– Dobrze wiesz, że nie przyszedłem tutaj po wyrazy wdzięczności.

Wiedziała.

– Przeprowadzenie tego badania było pogwałceniem przysięgi. A nie owijając w bawełnę, musiałem złamać prawo. Rozumiesz to, prawda?

– Daj spokój, Shane.

– Wiedziałaś, że Joemu grozi niebezpieczeństwo?

– Shane…

– Czy to ty byłaś prawdziwym celem?

Maya na chwilę zamknęła oczy. Dźwięki wściekle na nią nacierały.

– Mayu?

Otworzyła oczy i powoli odwróciła się w jego stronę.

– Ufasz mi? – spytała.

– Nie obrażaj mnie. Ocaliłaś mi życie. Jesteś najlepszym i najodważniejszym żołnierzem, jakiego znam.

Pokręciła głową.

– Najlepsi i najodważniejsi wrócili do ojczyzny w trumnach.

– Nie, Mayu. Oni tylko zapłacili najwyższą cenę. Przeważnie byli po prostu największymi pechowcami. Oboje to wiemy. Znaleźli się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie.

To była prawda. Najlepsi wojownicy wcale nie mają większych szans na przeżycie. W kwestii ofiar wojna to loteria.

Głos Shane’a cicho rozbrzmiewał w ciemności.

– Spróbujesz zająć się tym na własną rękę, czy tak?

Nie odpowiedziała.

– Sama załatwisz tych, co zabili Joego.

To nie było pytanie. Cisza przez chwilę wisiała w powietrzu jak wilgoć.

– Możesz na mnie liczyć, jeśli będziesz potrzebowała pomocy. Wiesz o tym, prawda?

– Wiem – odrzekła, a po chwili dodała: – Ufasz mi, Shane?

– Mogę dać za ciebie głowę.

– Więc zostaw tę sprawę.

• • •

Shane dopił piwo i ruszył w stronę furtki.

– Jeszcze jedna prośba – odezwała się Maya.

Podała mu kartkę.

– Co to jest?

– Numer rejestracyjny czerwonego buicka verano. Muszę się dowiedzieć, do kogo należy to auto.

Shane się skrzywił.

– Nie chcę obrażać żadnego z nas, więc nie zapytam, do czego ci to potrzebne – odrzekł. – Ale to już ostatni prezent.

Pocałował ją po ojcowsku w czubek głowy i wyszedł.

Maya zajrzała do śpiącej córki. Potem poszła przez korytarz do nowocześnie wyposażonej siłowni, którą Joe zbudował, kiedy się tu wprowadzili. Poćwiczyła trochę z niewielkimi obciążeniami – przysiady, wyciskanie na ławeczce, ćwiczenia z hantlami – a następnie wskoczyła na ruchomą bieżnię. Ten dom zawsze wydawał się jej za duży i za elegancki. Rodzina Mai nie była biedna, ale takie bogactwo jej nie odpowiadało. Nigdy nie czuła się tutaj dobrze, ale właśnie tacy byli Burkettowie. Nikt tak naprawdę nie opuszczał rodzinnych włości – ich tereny po prostu się rozrastały.

Solidnie się spociła. Ćwiczenia zawsze poprawiały jej nastrój. Kiedy skończyła, zarzuciła sobie ręcznik na szyję i złapała zimne piwo. Przycisnęła butelkę do czoła. Poczuła przyjemny chłód.

Poruszyła myszką, budząc komputer, i weszła do sieci. Wpisała adres strony CoreyDemaskator i zaczekała, aż ta się załaduje. Inne tego typu strony, na przykład WikiLeaks, wyglądały jak spod sztancy – były bez polotu, monochromatyczne, rzeczowe. Corey zdecydował się na znacznie bardziej efektowny projekt. Na górze widniało motto, zapisane naprzemiennie czcionką różnego kroju: „Zapewniamy ci miejsce, więc demaskuj”.

Z ekranu wylewały się kolory. Miniaturki zachęcały do obejrzenia filmów. Podczas gdy konkurencyjne strony unikały wszelkiej przesady, Corey robił użytek z najbardziej tandetnych sloganów zachęcających do klikania: „Dziesięć przykładów inwigilacji ze strony rządu – numer 7 zwali cię z nóg!”. „Wall Street wyciąga łapy po twoje pieniądze… Nie uwierzysz, co będzie dalej”. „Sądzisz, że policja cię chroni? Zdziwisz się”. „Zabijamy cywilów. Dlaczego generałowie nas nienawidzą?”. „Dwadzieścia oznak tego, że okrada cię twój bank”. „Najbogatsi ludzie na świecie nie płacą podatków – jak możesz do nich dołączyć”. „Którego despotę najbardziej przypominasz? Rozwiąż test”.

Weszła do archiwum i odnalazła dawne nagranie. Nie wiedziała właściwie, dlaczego szukała go na stronie Coreya. Na YouTubie było kilkanaście wersji filmu i mogłaby tam go obejrzeć, ale z jakiegoś powodu czuła, że powinna sięgnąć do źródła.

Ktoś przekazał Coreyowi Rudzinskiemu film przedstawiający coś, co zaczęło się jako misja ratunkowa. Czterej żołnierze, z których trzech Maya znała i kochała, zginęli w zasadzce w Al Qa’im, niedaleko granicy syryjsko-irackiej. Dwaj wciąż żyli, ale utknęli pod ostrzałem wroga. Czarny SUV jechał, żeby ich zabić. Maya i Shane, którzy pędzili z całą mocą silników lekkim śmigłowcem bojowym Boeing MH-6 Little Bird, słyszeli, jak ci dwaj ocalali żołnierze z przerażeniem wołają o pomoc. Obaj sprawiali wrażenie tak cholernie młodych, a Maya wiedziała, że czterej, którzy zginęli, krzyczeli tak samo.

Kiedy ona i Shane zobaczyli cel, czekali na potwierdzenie, że mogą działać, ale chociaż wszyscy uważają, że wojskowy sprzęt jest niezawodny, sygnał radiowy ze wspólnego dowództwa w Al Asad wciąż się urywał. Za to doskonale było słychać dwóch żołnierzy błagających o ratunek. Maya i Shane czekali. Oboje przeklinali przez radio, domagając się odpowiedzi od dowództwa, gdy nagle usłyszeli wrzask obu żołnierzy.

Po chwili śmigłowiec Mai strzelił w czarnego SUV-a pociskiem AGM-114 Hellfire. Auto wyleciało wysoko w powietrze. Wkroczyła piechota i uratowała żołnierzy. Obaj zostali ranni, ale przeżyli.

Wtedy wydawało się, że cała ta akcja była szlachetna.

Zadzwonił telefon Mai. Szybko zamknęła przeglądarkę, jakby ktoś przyłapał ją na oglądaniu pornografii. Na ekranie komórki wyświetlił się napis: FARNWOOD, nazwa rodzinnej posiadłości Burkettów.

 

– Słucham?

– Mayu, mówi Judith.

Mama Joego. Minął ponad tydzień od jego śmierci, jednak w jej głosie wciąż słychać było ten sam smutek, jakby wypowiedzenie każdego słowa kosztowało ją wiele bolesnego wysiłku.

– O, witaj, Judith.

– Chciałam spytać, jak sobie radzicie z Lily.

– To miło z twojej strony. Radzimy sobie dobrze, na tyle, na ile to możliwe.

– Miło mi to słyszeć – odrzekła Judith. – Dzwonię także po to, aby ci przypomnieć, że jutro Heather Howell odczyta testament Joego w Bibliotece Farnwood punktualnie o dziewiątej rano.

Bogacze nadają nazwy nawet pokojom.

– Dziękuję, na pewno będę.

– Chcesz, żebyśmy przysłali po ciebie samochód?

– Nie, nie trzeba.

– Może zabierzesz Lily? Bardzo chcielibyśmy, żeby przyjechała.

– Zobaczę, jak się jutro ułożą sprawy, dobrze?

– Oczywiście. Naprawdę… stęskniłam się za nią. Tak bardzo przypomina… Cóż, zatem do jutra.

Judith udało się powstrzymać łzy aż do końca rozmowy.

Maya przez chwilę siedziała nieruchomo. Może rzeczywiście zabierze Lily. A także Isabellę. To jej przypomniało, że powinna sprawdzić kartę z nagraniami z kamery. Nie oglądała ich od dwóch dni, ale w sumie co z tego? Czuła się zmęczona. To mogło zaczekać do rana.

Umyła się. W sypialni stał duży fotel – należący do Joego – na którym teraz usiadła z książką. Czytała nową biografię braci Wright. Próbowała się skupić, ale jej umysł nie chciał się uspokoić.

Corey Rudzinski wrócił do Stanów Zjednoczonych. Czy to zbieg okoliczności?

„Spróbujesz zająć się tym na własną rękę, czy tak?”

Poczuła ostrzegawcze objawy. Zamknęła książkę i szybko wślizgnęła się do łóżka. Zgasiła światło i czekała.

Najpierw pojawiły się poty, następnie wizje – jednak to dźwięki zawsze najdotkliwiej ją atakowały. Dźwięki. Nieustające hałasy, nieprzerwana kakofonia szumu wirników, trzeszczących głosów w radiu, wystrzałów – a także, oczywiście, ludzkie śmiechy, żarty, panika, wrzaski.

Mocno zakryła uszy poduszką, ale to tylko pogorszyło sytuację. Te wszystkie dźwięki jej nie otaczały. Nie odbijały się echem wokół niej. One rozdzierały jej głowę. Szarpały jej tkankę mózgową, drąc na strzępy sny, myśli i pragnienia, niczym gorące odłamki.

Powstrzymała krzyk. Ta noc będzie straszna. Maya będzie potrzebowała pomocy.

Otworzyła szufladę stolika nocnego. Wyjęła buteleczkę i połknęła dwie tabletki klonazepamu.

Lek nie powstrzymał odgłosów, ale po pewnym czasie na tyle je stłumił, że zdołała zasnąć.