Książka z obrazkami bez obrazków

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Hans Christian Andersen

Książka z obrazkami bez obrazków

przełożyła Jadwiga Przybyszewska

Armoryka

Sandomierz

Projekt okładki: Juliusz Susak

Tekst wg edycji:

Hans Christian Andersen

Książka z obrazkami bez obrazków

Księgarnia Wilhelma Zukerkandla

Lwów-Złoczów 1932

Zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Armoryka

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

ISBN 978-83-7950-968-3

To rzeczywiście dziwne!

Wtedy, gdy czuję najgoręcej i najgłębiej, mam wrażenie, że ręce i język są jakby spętane i ani nie mogę barwą oddać, ani wypowiedzieć tego, co we mnie żyje. A przecież jestem malarzem, tak mówi moje oko i takie jest ogólne zdanie tych, którzy moje szkice i obrazy widzieli.

Jestem zresztą biednym drapichrustem, mieszkam w jednej z najciaśniejszych uliczek, ale światła mam w bród, bo mieszkam podniebnie z widokiem na wszystkie dachy. W pierwszych dniach, gdym przybył do miasta, uczułem się nad wyraz skrępowanym i osamotnionym; zamiast lasów i zielonych pagórków, za cały widnokrąg miałem jedynie szare kominy. Nie miałem przytem żadnego przyjaciela, nie witała mnie żadna znajoma twarz.

Jednego dnia stałem bardzo przygnębiony przy oknie, otworzyłem je i wychyliłem się z niego. Nie umiem powiedzieć, jaka radość mnie nagle ogarnęła! Ujrzałem znaną mi twarz, okrągłą, serdeczną twarz mego najlepszego przyjaciela z odległych, rodzinnych stron: był to księżyc, stary, kochany księżyc, niezmiennie ten sam, taki samiuteniek, jak ten który poprzez gałęzie wierzb nad moczarami do mnie zaglądał. Posłałem mu rękoma całusy, właśnie świecił całą pełnią do mego poddasza i przyrzekł mi co wieczór, gdy wyjdzie na przechadzkę, do mnie na chwilę zaglądnąć. Tego swego przyrzeczenia dotychczas sumiennie dotrzymywał, szkoda jeno, że może tylko przez tak krótki czas u mnie pozostawać. A ile razy mnie odwiedza, opowiada mi to i owo, co widział przeszłej nocy, albo i tego samego wieczoru. „Namaluj teraz to, co ci opowiadam, mówił mi, gdy mnie pierwszy raz odwiedził. Z pewnością będzie z tego wcale piękna książka z obrazkami”. Według tej rady postępowałem przez dużo wieczorów i mógłbym dać na swój sposób nową rzecz z tysiąca i jednej nocy w obrazach, ale byłoby tego za wiele; te które daję nie są wyborem, postępują po sobie, tak jak je słyszałem. Jakiś wielki, genialny malarz, poeta albo muzyk mógłby z tego więcej zrobić, gdyby chciał; to co ja daję, są to tylko lekko narzucone kontury a w międzyaktach moje własne myśli, bo nie każdego wieczoru odwiedzał mnie księżyc, przeciwnie niejednokrotnie zasłaniał go jeden obłok a czasami i dwa.

Pierwszy wieczór.

„Ubiegłej nocy”, to są własne słowa księżyca, „szybowałem poprzez czyste powietrze Indyi; przeglądałem się w Gangesie, promienie moje próbowały się przedrzeć poprzez gęste sploty starych platanów, które tworzą sklepienia w kształt żółwich pancerzy. Nagle wyszło z gęstwiny dziewczę hinduskie, lekkie, jak gazela, piękne, jak Ewa; było w niej coś powiewnego a przecież równocześnie gibkiego i silnego cór Hindostanu! Mogłem widzieć jej myśli poprzez delikatną skórę; cierniste ljany rozdzierały jej sandały, ale szybko kroczyła naprzód. Drapieżny zwierz, co wracał od rzeki, gdzie ugasił swe pragnienie, odskoczył z lękiem, bo dziewczę trzymało w ręku palący się kaganek; widziałem młodą krew, przeświecającą poprzez delikatne palce, którymi osłaniała płomień. Zbliżyła się do rzeki, opuściła kaganek na powierzchnię strumienia i popłynął z prądem. Płomień migotał i słaniał się, jakby miał lada chwila zgasnąć, ale przecież się palił, a czarne, błyszczące oczy dziewczęcia śledziły go poprzez długie, jedwabiste rzęsy z głęboką miłością. Wiedziała przecież: że jeżeli płomień tak długo palić się będzie, jak długo go swym wzrokiem dosięgnie, ukochany jej żyje jeszcze, jeżeli zaś prędzej zgaśnie, umarł. I kaganek płonął i drżał i jej serce płonęło i drżało. Padła na kolana i poczęła się modlić, a obok w trawie leżał oślizły wąż, ale ona myślała tylko o Bramie i o swym ukochanym. „Żyje!” krzyknęła radośnie, a szczyty gór odpowiedziały jej echem: „żyje!”

Drugi wieczór.

Wczoraj opowiadał mi księżyc: „Spojrzałem w dół, w małe podwórko otoczone domostwem, i ujrzałem kwokę z jedenaściorgiem piskląt. Ładne, małe dziewczątko w podskokach biegało naokoło nich; kwoka gdakała i rozpościerała wystraszone skrzydła nad swemi małemi kurczętami. Na to wyszedł ojciec dziewczynki i gniewał się, a ja popłynąłem dalej i nie myślałem już o tem więcej, ale dziś wieczorem, właśnie upłynęło kilka minut, spojrzałem znowu w to samo podwórko. Było zupełnie cicho, ale wkrótce wyszło małe dziewczę, zakradło się cichaczem do kurnika, schwyciło za klamkę i wsunęło się po cichu do kwoki i do piskląt. Te podniosły krzyk i rozbiegły się na wszystkie strony, dziewczę je goniło, widziałem to dokładnie, bom patrzył poprzez szczelinę w murze. Rozgniewałem się na dobre na niegrzeczne dziecko i ucieszyłem się, gdy ojciec nadszedł i więcej się jeszcze rozsrożył aniżeli wczoraj i chwycił je za ramię. Podrzuciło głowę, dwie łzy stały w jej niebieskich oczach. „Co ty tu robisz?”, zapytał. „Chciałam wejść”, mówiła płacząc, „pocałować kwokę i prosić ją o przebaczenie za to, com wczoraj zrobiła; alem tego tobie powiedzieć nie mogła”. Ojciec pocałował słodką, niewinną dziewczynkę w czoło, a ja także całowałem jej oczy i usta”.

Trzeci wieczór.

„W ciasnej uliczce, w pobliżu tego miejsca, gdzie jest tak wązką, że zaledwie minutę mogę promieniem swym ściany domów musnąć — ale ta jedna minuta wystarcza mi, by poznać świat, który tam żyje — ujrzałem kobietę. Szesnaście lat upłynęło, jak była dzieckiem i bawiła się na wsi w starym ogrodzie probostwa. Krzaki róż stare i przekwitłe zarastały ogrodowe ścieżki i długimi dzikimi pędami czepiały się jabłoni. Tylko tu i owdzie wykwitało kwiecie róż; nie była wprawdzie tak piękną, jak na królowę kwiatów przystało, miała i ona jednak barwę i woń. Córka proboszcza wydawała mi się kwieciem o wiele piękniejszem; siedziała na stołeczku pod dziko rozrosłym żywopłotem i całowała swą lalkę w popękane tekturowe policzki. Dziesięć lat później zobaczyłem ją znowu, zobaczyłem ją w balowej sali, była wtedy najbogatszego kupca strojną narzeczoną. Cieszyłem się jej szczęściem, szukałem jej w ciche wieczory. Ach, ale nikt nie myśli o mych przejrzystych oczach, o moim szczerem spojrzeniu! Moja róża wypuściła też dzikie pędy, jak róże w ogrodzie probostwa. Szare, codzienne życie ma też swoją tragedyę, dzisiaj widziałem ostatni jej akt. W ciasnej uliczce leżała śmiertelnie chora na łóżku, a niegodziwy gospodarz, jej pan jedyny, brutalnie i zimno zerwał z niej kołdrę. „Wstawaj, zawołał, twoje wybladłe policzki wystraszają gości, uróżuj się i przystrój i postaraj się o pieniądze, albo wyrzucę cię na ulicę!” — „W moich piersiach śmierć gości, szepnęła, ach, pozwól mi spocząć!” Lecz on szarpnął ją i podniósł, wymalował jej policzki, włożył róże w jej włosy, posadził ją w oknie, postawił światło obok niej i wyszedł. Patrzyłem bezustannie na nią, siedziała bez ruchu, ręce opadły jej na kolana. Wiatr zatrzasnął okno, tak że rozbita szyba z brzękiem wyleciała, ale ona siedziała cicho; firanki powiewały w okół niej, jak płomienie, nie żyła. W otwartem oknie prawiła kazanie umarła moralność, moja róża z ogrodu probostwa!”

Czwarty wieczór.

„Byłem dzisiaj wieczór w niemieckiej komedyi”, rzekł księżyc. „Było to w małem miasteczku, oborę zamieniono na teatr, to znaczy, przegrody pozostawiono i przystrojono, jak loże, całe belkowanie drewniane oblepiono kolorowym papierem; u nizkiego pułapu wisiał mały żelazny świecznik, a żeby, jak w wielkich teatrach, na dzwonek suflera w górę mógł się podnieść, wmurowano ponad nim otwartą beczkę. „Dzińdzilin!” i mały świecznik zrobił skok na pół łokcia w górę, i wiedziało się, że komedya się rozpoczyna. Młody książę, który z swą małżonką przejeżdżał przez miasto, był obecnym na przedstawieniu, więc cała buda była wyprzedana, tylko pod świecznikiem pozostała mała luka. Tutaj nikt nie siedział, bo świece kapały, kap! kap!

„Widziałem to wszystko, bo tak było wewnątrz szopy gorąco, że musiano wszystkie zasuwy pootwierać, a przez otwory zaglądali z zewnątrz chłopaki i dziewczęta, pomimo, że wewnątrz siedzieli policyanci i kijami grozili. Tuż przy orkiestrze widziało się młodą parę książęcą, siedzącą na dwóch fotelach, na których zwykle burmistrz z swoją żoną zasiadał; ale dzisiaj musieli siedzieć na drewnianych ławkach, jak inni mieszczanie. „Oto patrzcie, jak jeden jastrząb drugiego wypiera”, zauważyły z cicha kobiety, i wskutek tego jeszcze uroczyściej było dokoła; świecznik podskoczył, motłoch co nieco oberwał — a ja — tak, księżyc, byłem obecny podczas tej całej komedyi.

Piąty wieczór.

„Wczoraj, mówił księżyc, spoglądałem na ruchliwy Paryż a wzrok mój wdarł się do wnętrza komnat Luwru”. Stara babusia w nędznem odzieniu (pochodziła z najbiedniejszego ludu) szła za podrzędnym lokajem do wielkiej, próżnej sali tronowej; musiała ją zobaczyć, koniecznie zobaczyć. Kosztowało ją to dużo małych ofiar, dużo pochlebnych słów, zaczem się tam dostała. Złożyła wychudłe ręce i obejrzała się uroczyście w okół, jakby była w kościele. „Tak to tu, powiedziała, tu!” Zbliżyła się do tronu, z którego zwieszał się bogaty, złotem haftowany aksamit. „Tu, powiedziała, tu”. Uklękła i ucałowała purpurę, zdawało mi się, że płakała. „To nie był ten aksamit”, rzekł lokaj, a uśmieszek igrał w około jego ust. „Ale to było tu przecież”, mówiła kobiecina, „tak tu wyglądało!” „Niby tak”, odpowiedział, „ale przecież inaczej; okna były wytłuczone, drzwi na oścież rozwarte, a krew się lała po podłodze! Mogę jednak powiedzieć: mój wnuk umarł na tronie Francyi”. „Umarł”, powtórzyła stara kobieta. Zdaje mi się, że więcej już słów nie padło, opuścili wkrótce salę, zmierzch całkiem przygasł, a światło moje z podwójną siłą padało na bogaty aksamit królewskiego tronu Francyi. Kto był, sądzisz, ta stara kobieta? Opowiem ci całą historyę: było to podczas lipcowej rewolucyi w dniu najświetniejszego zwycięstwa, pod wieczór, kiedy dom każdy był fortecą a każde okno wałem obronnym. Lud oblegał Tuilerye, nawet kobiety i dzieci walczyły między bojownikami, i wtargnęli do komnat i sal. Jakiś biedny wyrostek cały w łachmanach walczył wespół z rosłymi mężami; zakłuty na śmierć kilku bagnetami padł na ziemię. Stało się to w sali tronowej, krwią ociekającego położono na tronie Francyi, rany jego okryto aksamitem a krew zciekała po królewskiej purpurze. Co za obraz! Wspaniała sala, oddziały walczących! Połamana chorągiew leżała na ziemi, trójkolorowy sztandar powiewał nad bagnetami, a na tronie leżał biedny chłopak bladem, rozanielonem obliczem, oczyma zwróconemi ku niebu, podczas gdy członki drgały w przedśmiertnych konwulsyach. Jego odkrytą pierś, jego biedne łachmany pokrywała bogata kapa wyszyta w srebrne lilie. A było przepowiedziane przy chłopca kołysce: umrze na królewskim tronie Francyi! Serce matczyne marzyło o nowym Napoleonie. Promienie moje całowały wieniec nieśmiertelników na jego grobie, całowały nocą czoło starej babusi, gdy widziała we śnie obraz, który ty masz teraz opisać: biedny chłopak na królewskim tronie Francyi!

 

Szósty wieczór.

„Byłem w Upsali”, mówił księżyc. „Patrzyłem w dół na szerokie równiny pokryte wyschłą trawą i spiekłymi ugorami. Przeglądałem się w jeziorze Fyris, podczas kiedy parowa łódź płoszyła ryby w sitowiu. Podemną kłębiły się chmury i rzucały długie cienie na Wotana, Thora i Freji mogiły. W rzadkim trawniku pokrywającym kurhany są wystrzyżone imiona. Niema tu wodą naniesionych kamieni, w którychby podróżny imię swoje mógł wyryć, niema skał, na którychby je wymalować kazał, dlatego zwiedzający kazali je wystrzydz w trawniku; naga ziemia wygląda w wielkich głoskach i zarysach imion, tworząc istną sieć, która się ponad wielkiem wzgórzem rozpościera; nieśmiertelność, którą najbliższy porost trawy zniweczy. Stał tam na wzgórzu mąż, pieśniarz; wychylił róg miodu okuty szerokim srebrnym pierścieniem i wyszeptał jakieś imię, prosząc wiatru, by nie zdradził jego tajemnicy, ale ja usłyszałem wyszeptane imię i znałem je, hrabiowska korona iskrzyła się nad niem i dlatego pieśniarz nie chciał głośno go wypowiedzieć. Uśmiechnąłem się, bo korona poezyi iskrzyła się nad jego imieniem. A Eleonory d’Este szlachectwo wszak zawisło od Tassa imienia. Wiedziałem także, gdzie kwitnie ta róża piękności!” Gdy to opowiedział księżyc, zakrył go obłok. Oby żaden obłok nie zakrył poecie jego róży!

Siódmy wieczór.

„Jest jeden zakątek wybrzeża, gdzie rozpościera się świeży i wonny las dębów i buków; w maju gnieżdżą się tam setki słowików; tuż w pobliżu szumi morze, wieczyście zmienne morze, a między jednym a drugiem ciągnie się szeroki gościniec. Jeden za drugim toczą się po niem wozy, lecz ja nie śledzę ich, moje oczy najchętniej spoczywają na jednym punkcie; jest niem kurhan mocarza. Tysiące ostrożyn i tarni wiją się tam wśród kamieni. Tchnieniem poezyi oddycha tu przyroda. Jak sądzisz, działa ono na ludzi? Opowiem ci, co zeszłego wieczoru i zeszłej nocy tam słyszałem. Najpierw przejeżdżało dwóch bogatych ziemskich właścicieli. „To piękne drzewa!” rzekł jeden. „Dziesięć sągów opału daje jedno z nich!” odrzekł drugi, „zima będzie ostra, zeszłego roku otrzymaliśmy 14 talarów za sąg!” i przejechali. „Obrzydliwa tu droga!” rzekł inny przejeżdżający. „A wszystkiemu winny te przeklęte drzewa”, odpowiedział jego sąsiad, „nie dopuszczają porządnego przewiewu od strony morza!” i z temi słowy pojechali dalej. Potem przejeżdżała poczta; w najpiękniejszem miejscu wszyscy podróżni spali; pocztylion zaś dął w trąbkę, lecz jedyną jego myślą było, że tak pięknie gra a nikt go nie słucha, i z tem omnibus pocztowy przejechał. Potem zjawiło się dwóch junaków na koniach. Tu młodość i szampan szumi we krwi, pomyślałem; spoglądali też z uśmiechem na ustach na mchem pokryte wzgórze i ciemne zarośla. „Tu chciałbym przyjść z Krzysią młynarza!” rzekł jeden i zniknęli. Woń kwiatów upajała, wszelki najlżejszy powiew spoczywał w głębokim śnie, morze zdawało się być częścią nieba, które się nad głęboką doliną rozpięło. Teraz przejeżdżał wóz, sześcioro ludzi na nim siedziało, czterech spało, piąty myślał o swem nowem letniem ubraniu, w którem mu będzie bardzo do twarzy, szósty wychylił się i zapytał woźnicy, czy jest coś uwagi godnego w tej kupie kamieni? „Nie”, odrzekł człowiek, „ale drzewa są warte podziwu!” — „Opowiedz mi coś o nich!” — „O tak, one zasługują na szczególną uwagę! Widzi pan, kiedy zimą śnieg leży tak wysoko, że wszystko wygląda, jak jedna równina, wtedy one są jedynym drogowskazem, którym się można kierować, aby nie wjechać w morze; z tego to powodu zasługują na uwagę!” i z temi słowami pojechali dalej. Teraz nadszedł malarz, oczy jego błyszczały. Nie mówił ani słowa, gwizdał tylko a słowiki śpiewały, jeden głośniej od drugiego. „Stulcie gęby!” krzyknął i zaczął notować wszystkie barwy i plamy: niebieską, liliową, ciemnobrunatną! To da wspaniały obraz. Wchłonął je w siebie, jak zwierciadło odbicia przedmiotów wchłania, i gwizdał marsza Rossiniego. W końcu nadeszło biedne dziewczę, zatrzymało się na kurhanie mocarza, by spocząć, i złożyło swoje tobołki; wdzięczną bladą twarz, nadsłuchując, zwróciła w kierunku lasu, błyszczącemi oczyma spojrzała poprzez morze ku niebu, sądzę, że odmawiała swój Ojczenasz. Ona sama nie zdawała sobie sprawy z uczuć, które ją przenikały, ale ja wiem, że lata całe, nieraz chwila ta i cała otaczająca ją przyroda oczom jej duszy o wiele piękniej i wierniej ukazywać się będzie, jak malarzowi, który w określonych barwach ją sobie zanotował. Promienie moje towarzyszyły jej aż do chwili, kiedy poranny świt czoło jej ucałował!”

Ósmy wieczór.

Ciężkie chmury wisiały na niebie, tak że księżyc swymi promieniami zupełnie nie mógł się przez nie przedrzeć, i ja stałem podwójnie samotny w mojej małej izdebce i patrzyłem w przestrzeń, gdzie on zwykł mi się ukazywać. Myśli moje krążyły daleko naokół, i wzlatywały do mego dużego przyjaciela, który mi co wieczór takie piękne rzeczy opowiadał i tak piękne obrazy pokazywał. Czegóż on nie przeżył! Ślizgał się po wodach potopu, uśmiechał się do arki Noego, jak teraz do mnie, i pocieszał rodzaj ludzki, zapowiadając nowy świat, który z wód wykwitnie. Kiedy dzieci Izraela siedziały nad wodami Babilonu, spozierał smętnie poprzez wierzby, na których wisiały ich harfy. Kiedy Romeo na balkon wstępował i pocałunek miłości, jak myśl Cheruba z ziemi ku niebu wzlatywał, stała w przejrzystem powietrzu jego pełna tarcza, nawpół zakryta czarnymi cyprysami. Widział bohatera św. Heleny, gdy z samotnej rafy daleko poprzez przestwory morza spozierał, a w jego potężnej piersi przewalały się wielkie pomysły. Tak, czego to księżyc opowiedziećby nie mógł! Życie ziemi jest dla niego bajką. Dzisiaj nie widzę cię, stary przyjacielu, nie mogę ku wspomnieniu twych odwiedzin nakreślić żadnego obrazu! — Gdy tak marząc spoglądałem ku obłokom, rozjaśniło się; był to słaby promień księżyca, ale wkrótce znowu przygasł, ciemne obłoki przysłoniły go, ale było to jednak przyjazne wieczorne pozdrowienie, które mi przesyłał.

Dziewiąty wieczór.

I znowu nadeszły czyste pogodne noce, znowu piękny czas; kilka wieczorów minęło, księżyc stał w pierwszej kwadrze; przyszła mi znowu myśl, by naszkicować obrazek — słuchajcie, co księżyc opowiadał.

„Podążyłem za mewą polarną i za błyszczącym wielorybem, ku wschodnim wybrzeżom Grenlandyi; nagie skały otulone lodem i obłokami mgieł otaczały dolinę, w której wiklina i czarna borówka zakwitły w całej pełni, a biały gwoździk górski rozpościerał słodką woń; światło moje było tam matowe, moja tarcza blada, jak liść lilii wodnej, który oderwany od swej łodygi, tygodnie całe krążył po wodzie. Korona zorzy północnej płonęła, jej pierścień zataczał szeroki krąg, a promienie jej wystrzelały, jak wirujące słupy ognia poprzez całe niebo i mieniły się zielono i czerwono. Mieszkańcy okoliczni zbierali się na tańce i zabawy, nie patrząc już wcale z podziwem na znany im przepych zjawiska. „Pozwólcie duszom umarłych głowami koni morskich grać w piłkę”, myśleli według swojej wiary, i całą duszą oddawali się śpiewom i tańcom. W pośrodku koła stał Grenlandczyk bez futra, z bębenkiem w ręku i rozpoczął śpiew o połowie fok, a chór odpowiadał mu „Iia, eja, a!”, i wyskakiwali w górę w swych białych futrach; wyglądało to, jak bal niedźwiedzi. Oczy i głowy wykonywały najgwałtowniejsze ruchy. Teraz następował sąd i wygłaszanie wyroków. Ci, którzy żyli w niezgodzie, występowali z koła i obrażony śpiewał z miejsca pieśń o występkach swego przeciwnika, zuchwale i szyderczo a wszystko przy wtórze tańca i bębna. Oskarżony odpowiadał równie zręcznie, podczas kiedy zgromadzeni śmiali się i wygłaszali o nich wyroki. Z gór rozlegał się grzmot, to lodowce pękały, a ogromne spadające masy w biegu rozbijały się w pył; była to wspaniała grenlandzka noc letnia. O sto kroków od miejsca zabawy, pod otwartym skórzanym namiotem leżał chory; jeszcze życie pulsowało w jego ciepłej krwi, ale mimo tego musiał umierać, bo on sam w to wierzył i wszyscy otaczający go mocno w to wierzyli; dlatego już teraz zaszyła go żona mocno w skórzane okrycie, ażeby później umarłego nie potrzebować dotykać, i zapytała: „Czy chcesz w górach w twardym śniegu być pochowanym? Przyozdobię to miejsce twoim kajakiem i strzałami, a Angekok będzie na grobie twym tańczył. Albo, może wolisz w morzu być zatopionym?” — „ W morzu!” wyszeptał i z bolesnym uśmiechem skinął głową. „To ciepły namiot letni,” rzekła jego żona, „skacze tam tysiące fok, koń morski spać będzie u twoich nóg, a łowy są pewne i wesołe!” A dzieci wyjąc rozerwały błonę rozpiętą w oknie, aby umierającego do morza zaprowadzić było można, do rozkołysanego morza, które za życia pożywienie, teraz w śmierci wypoczynek mu daje. Nagrobkiem jego będą zmieniające dniem i nocą swój kształt góry lodowe. Na powierzchni jego spocznie foka a ponad nim wzleci albatros”.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?