Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Hanna Łochocka
O wróbelku Elemelku


Wydawnictwo NASZA KSIĘGARNIA

O wróbelku Elemelku

Spis treści

Okładka Karta tytułowa Zajrzyj na strony O wróbelku Elemelku Jak wróbelek Elemelek w szkole uczył się literek Jak wróbelek Elemelek leśną dróżką szedł w niedzielę Jak wróbelek Elemelek był proszony na wesele Jak wróbelek na wycieczkę z myszką wybrał się nad rzeczkę O wróbelku Elemelku, o ziemniaku i bąbelku Kamizelka Elemelka O wróbelku Elemelku i o jego pantofelku O zziębniętym Elemelku, pustym brzuszku i rondelku Wróbelek Elemelek i jego przyjaciele Jak w kostiumie Elemelka nagle zmiana zaszła wielka Jak choruje Elemelek, jak go leczą przyjaciele Jak czerwony parasolik smokiem został mimo woli Telemelefonik Jak z kogutem na kościele spotkał się raz Elemelek O czereśniach, o straszku, o brudasie Łukaszku Elemelek w nocnej porze podróżuje aż nad morze Jak to mały Elemelek w wielkim morzu brał kąpiele Elemele–stop! Psoty i kłopoty wróbelka Elemelka Jak wróbelek Elemelek zamieszania zrobił wiele Elemelek z wrogiem toczy boje srogie Elemelek i precelek Jak wróbelek, niebożę, siadł na wentylatorze O kwoczce w koszyku i smoczym języku Jak to nikt przy egzaminie byle czym się nie wywinie Elemelek w naszyjniku: trochę strachu, dużo krzyku Jak nieduży tranzystorek Elemelka ostrzegł w porę Elemelek mąkę miele Czy łatwo być bramkarzem, to zaraz się okaże Jak wróbelek, niezbyt długo, może czasem być papugą Ptaszek, z torby wypuszczony, śle życzenia w różne strony Posłuchaj o wróbelku Elemelku Karta redakcyjna

Zajrzyj na strony

www.nk.com.pl

Znajdź nas na Facebooku

www.facebook.com/WydawnictwoNaszaKsiegarnia

Nasza oferta lektur i książek edukacyjnych http://www.nk.com.pl/lektury-i-edukacja/7/kategoria.html

O wróbelku Elemelku

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Jak wróbelek Elemelek w szkole uczył się literek

Rzekł wróbelek Elemelek:

– Chcę nauczyć się literek. Jakże to? Analfabeta? Niepiśmienny? Oho, gdzie tam! To już wolę, choć w mozole, siedzieć w szkole w uczniów kole i od jutra, wiedzcie o tym, zabieram się do roboty.

Właśnie sowa wraz z dzięciołem założyli w lesie szkołę, i to nawet niedaleko, na pagórku, tuż za rzeką. Po cóż się namyślać wiele? Umył dziobek Elemelek, przetarł oczy, strzepnął piórka i frrr! Ot – za rzeką górka.

Rzekł dyrektor, stary dzięcioł:

– Przyjąć cię do szkoły? Z chęcią! Dziobek czysty masz, wróblasku, oczka bystre, pełne blasku, byleś pilny był, wytrwały, będziesz uczniem doskonałym.

W szkole uczy pani sowa. Mądra głowa, ani słowa! Okulary ma na dziobie i pazurkiem ostrym skrobie różnych liter piękne wzory na tablicy z ciemnej kory.

Rzekła ptaszkom:

– Miłe ptaszki! Tu nauka, nie igraszki. Myśleć trzeba mądrze, bystrze. A przynieście też w tornistrze listki gładkie i zielone, pióro ładnie zaostrzone i atrament jagodowy. Pewnie macie już gotowy?

Pierwsza lekcja poszła składnie. Druga lekcja – jeszcze ładniej. Piszą ptaszki, jak kto może, ten na liściu, ten na korze. „A” litera ma dwie nóżki. „B” litera ma dwa brzuszki. „C” litera, niby wężyk, zakręciła się w półksiężyc.

Powiedziała pani sówka:

– W poniedziałek jest klasówka. Proszę listek przynieść świeży i powtórzyć jak należy trzy litery: „A”, „B” i „C”, bo zabiorę wam tablicę i z pamięci pisać każę tę literkę, którą wskażę.

Chciał powtarzać Elemelek trzy litery przez niedzielę. Ale tak się jakoś stało, że miał czasu bardzo mało. Bo to gołąb wpadł z wizytą, opowiadał tamto i to, potem myszka jedna mała przebiegała, coś dodała. Tu dwa słówka, tam trzy słówka, wywiązała się rozmówka i wróbelek, przyznam z żalem, nie powtórzył liter wcale.

Rano – ósma jest godzina, lekcja zaraz się zaczyna. Pan dyrektor w samą porę osiem razy kuje w korę.

Siedzą ptaszki, kręcą główką, drżą im serca przed klasówką, czarne oczka patrzą w sowę.

Rzekła sowa:

– Czy gotowe? Tak? Więc cisza, ani słowa. Proszę ładnie narysować „B” literkę, lecz z pamięci. Nie oglądać się, nie kręcić.

Elemelek skrzydłem skrobie głowę. Ot, dogodził sobie! „B” litery, proszę pani, nie pamięta ani–ani. Czy jest długa? Czy okrągła? Czy wydęta? Czy pociągła? „B” literka? Ani mowy! Wyleciała całkiem z głowy.

Elemelek koło dudka siedzi, a że gałąź krótka, więc wróbelek, trudna rada, zerka bokiem do sąsiada.

Dudek stawia kreski grube. Ma na czubku głowy czubek, czubkiem trzęsie, dziób otwiera, pisze. Jest już „B” litera. Elemelek na swym listku w ślad za dudkiem pisze wszystko: brzuszek jeden, drugi, trzeci...

Dzięcioł puka:

– Kończcie, dzieci!

Liście gładkie i zielone już przed sową rozłożone. Sprawdza sowa, stopnie stawia, tu pochwali, tam poprawia.

Piątkę dała sikoreczce, dwóm gołąbkom po czwóreczce, a jaskółka z żółtą wilgą trójkę plus dostały tylko. Trochę to zmartwiło sójkę, że z minusem miała trójkę, a już stopnie całkiem chude z Elemelkiem dostał dudek.

– Spójrzcie, dudek wraz z wróbelkiem porobili błędy wielkie. Jakże to, powiedzcie sami, pisać „B” z trzema brzuszkami? Skąd i kiedy, moje dzieci, wyrósł nagle brzuszek trzeci? Oto są lenistwa skutki: w pierwszej ławce – aż dwa dudki!

Aj, najadł się wstydu wiele ten wróbelek Elemelek! Chyba skusił go zły duszek, by od dudka ściągnąć brzuszek? Więc rzekł:

– Odtąd, pani sowo, będę zawsze, daję słowo, wiedzieć, ile kto ma brzuszków. Nie chcę siedzieć wśród leniuszków!

Jak wróbelek Elemelek leśną dróżką szedł w niedzielę

Leśna dróżka już od rana jest ogromnie uczęszczana. Gdzie popatrzeć, z każdej strony ruch panuje ożywiony.

Biegną sarny i wiewiórki, zając chyżo zbiega z górki, przelatują ptaków stada, lisek się ostrożnie skrada, nawet jeż i dwa ślimaki powolutku suną w krzaki. Ten na tego z nagła wpada, poszturchuje ów sąsiada... Źle się dzieje – ni słowa! Trzeba ruch uregulować.

Więc milicjant już na drodze na czerwonej stoi nodze: długie skrzydła czarno–białe to wskazówki doskonałe. Gdy rozłoży je w tę stronę – przejście dróżką dozwolone, gdy zaś w tamtą – to przechodzień w poprzek ścieżki może chodzić.

A wróbelek Elemelek do swej cioci szedł w niedzielę, skacząc sobie fiku–miku leśną dróżką, po chodniku. Zamyślony, zagapiony, w górę patrzy gdzieś na wrony, idzie prędko, nie uważa, nie wie, na co się naraża.

 

Bo gdy był w połowie drogi, rzekł milicjant – bocian srogi:

– Czyżby przestał już wróbelek leśnym być obywatelem? Czy przepisy i wskazówki wyleciały mu już z główki? Muszę zrobić ci wymówkę: byłbyś oto zdeptał mrówkę, bo przez dróżkę, tę brzozową, szedłeś dziś nieprawidłowo. Trzeba spisać tu protokół!

Elemelek spojrzał wokół czarnym okiem jak ze szkiełka i załamał swe skrzydełka.

– Już się złego cofnąć nie da. Ot i kłopot! Bieda, bieda!

A tymczasem bocian stary wsunął na dziób okulary, spojrzał bystro i na listku zapisuje sobie wszystko.

– Imię pana?

– Elemelek.

– Jaki zawód?

– No... wróbelek.

– Imię ojca?

– Świszczypałek.

– Imię dziadka?

– ...Zapomniałem...

– Gdzie pan mieszka?

– Tam na lewo, trzecia dróżka, czwarte drzewo.

– A gdzie pan jest urodzony?

– W porzuconym gnieździe wrony.

– Niech wróbelek więc pamięta, że w powszedni dzień czy w święta muszą wszyscy, nawet ptaki, na drogowe zważać znaki. Każdy napis, sygnał każdy jest potrzebny, a więc ważny, i nie można jak ta gapa po ulicy sobie człapać. Ten bukowy listek czarny to dla pana mandat karny. Leśna kara dziś wyniesie...

– Oj, czy dużo?

– ...groszy dziesięć.

Elemelek pod skrzydłami miał torebkę z grosikami. Więc zapłacił, schylił główkę i przeprosił grzecznie mrówkę, mówiąc przy tym do bociana:

– Będę odtąd, proszę pana, prawidłowo szedł przez drogę. Zapamiętam tę przestrogę.

Zdaje mi się, że po lesie ta przygoda się rozniesie. Elemelek aż się spocił i spocony szedł do cioci.

Jak wróbelek Elemelek był proszony na wesele

Do wróbelka Elemelka przyszła kartka raz niewielka:

W tę niedzielę na wesele proszę.

Będzie gości wiele,

tańce, śpiew, jedzenie, picie.

Więc prosimy o przybycie

punktualnie o dwunastej:

pierwszy lasek tuż za miastem,

siódma sosna, druga dziupla.

Z poważaniem

Hupla–Hupla

Trzepnął skrzydłem Elemelek.

– Toż to sowie jest wesele! Pani sowa, jak się zdaje, za mąż córkę już wydaje. Pewnie będą gości tłumy. Trzeba chyba łapy umyć?...

Już od rana więc w niedzielę mył się pięknie Elemelek. Chce czy nie chce, trudno – musi. Wziął od wujka kapelusik i krawacik niby maczek, a od babci ciemny fraczek, który bardzo go wyszczuplił – i do dziupli Hupli–Hupli spieszy.

Droga niezbyt długa: siódma sosna, dziupla druga.

Mała sówka, panna młoda, wdzięcznie prosi:

– Jest tu woda z rannej rosy i miód pszczeli, i potrawka w sosie trzmielim.

Z drugiej strony narzeczony niesie placek upieczony z much, komarów i szerszeni – a pięknie się przyrumienił! Są tam szyszki i okruszki, w galarecie musze nóżki, jagodowy jest kisielek i przysmaków innych wiele.

Niedaleko Elemelka stoi słodki sok w butelkach. Gości wiele: z tym przepije, z tym zaśpiewa: „niech nam żyje!”, z tym kisielku podje troszkę, z tym przełamie się pierożkiem, z tamtym zje komarze sadło... Oj, podjadło się, podjadło!

A tu śpiewy i muzyka: ktoś tam ćwierka, ktoś tam bzyka, ktoś wyciąga piękne trele...

– Tańczmy! – woła Elemelek.

Tańczy sowa z wiewióreczką – raz w kółeczko, raz w kółeczko! Tańczy sówka z narzeczonym – z lewej strony, z prawej strony! Chce też tańczyć Elemelek, lecz – cóż tu ukrywać wiele – z przejedzenia, z popijania brzuszek ciąży mu jak bania. Ciążą skrzydła, boli głowa. Co też na to powie sowa? Pot oblewa nieboraczka.

– Ani nawet dopiąć fraczka! Bo też mi się, przyznać muszę, niby balon wydął brzuszek...

Taki taniec – ciężka praca. Skoczy – to się wnet przewraca. Ruszy w lewo – oj, nie może! Ruszy w prawo – jeszcze gorzej! Nóg rozróżnić niepodobna, każda pęta się z osobna. Która prawa? Która lewa? Aż na ziemię zleciał z drzewa.

Goście biorą się pod boki.

– Hi–hi–hi! Cóż to za skoki? Spójrzcie tylko, przyjaciele, jak dziś tańczy Elemelek! Czy to tancerz, czy niezgraba? Czy to wróbel, czy to żaba? Zasapany, ciężki, zgrzany – toż to ptaszek ołowiany!

Żartów, uwag, kpin niemało wróbelkowi się dostało. Że w jedzeniu przebrał miarę, słuszną za to poniósł karę. Więc przeprosił Huplę–Huplę i opuścił sowią dziuplę.

– Gdy w gościnę na wesele pójdę – będę jadł niewiele. Bo to tylko łakomczuszki opychają sobie brzuszki. Połknę ziarna dwa niewielkie, miodu łyknę też kropelkę, no, najwyżej ze dwie muchy spałaszuję w cieście kruchym...

Jak wróbelek na wycieczkę z myszką wybrał się nad rzeczkę

Raz wróbelek Elemelek myszce Kiki rzekł:

– W niedzielę na wycieczkę jechać trzeba. Słońce do nas mruga z nieba. Ja na plaży dziób opalę, ty – ogonek.

– Doskonale! – mówi myszka. – Zabrać muszę zasuszonych parę muszek, skórkę sera (przysmak myszek), by nam głód nie skręcał kiszek.

Pozbierali więc specjały, napełnili plecak cały i nazajutrz z rannym słonkiem, wznosząc złoty kurz ogonkiem, biegną dróżką – czyli raczej biegnie myszka, wróblik skacze.

Oto rzeczka, a nad rzeczką rozłożyło się słoneczko i ogony wnet opali.

– Elemelku, patrz: na fali coś kołysze się leciutko. Co to?

– Łódka! Jedźmy łódką! Kawał kory, taki duży, może nam za łódkę służyć!

Właśnie fala korę zniosła na brzeg. Dobrze więc się składa. Z dwóch patyków będą wiosła. Wsiada myszka, bardzo rada, i z wróbelkiem zatykają piękny żagiel z liści młodych, aż go ryby podziwiają, wysunąwszy pyszczki z wody.

Uśmiechnięta myszka Kiki bierze w łapkę dwa patyki i wiosłuje. Elemelka też ochota wzięła wielka, aby sportu popróbować. A więc dalejże wiosłować w jedną, potem w drugą stronę, to skrzydełkiem, to ogonem.

Wiatr zielone wydął żagle, woda lśni... i nagle, nagle – spójrzcie: uciekł brzeg daleko, łódka wartko płynie rzeką, a choć rzeczka niezbyt wielka, strach zdjął myszkę i wróbelka, zimny pot im czoła zrosił...

– Ach, wracajmy! – myszka prosi i wiosłami z lewa, z prawa klepie wodę. Trudna sprawa! Nie pomogą mysie wiosła, kiedy woda łódź poniosła!

Umie fruwać Elemelek, lecz się nie zda to na wiele. Bo czyż mu zostawić wolno biedną małą myszkę polną?

Już trzy łapy i ogonek opryskane, zamoczone, a tą czwartą łapką suchą biedna myszka skrobie ucho, cienko piszcząc, bo co chwila łódka na bok się przechyla. Więc wróbelek dookoła krąży i płaczliwie woła, pełen strachu i frasunku:

– SOS! Ćwir, ćwir! Ratunku! Gdzie jest wodne pogotowie?...

Poruszyło się sitowie, rzekł głos gruby:

– Kwaki, kwaki! A cóż to tam za wrzask taki?

I zielony kaczor duży z wodorostów się wynurzył.

– Ach, kaczorze, mój kaczorze, niech nam kaczor dopomoże! Myszka płynie tam na korze i, niebożę, spaść z niej może!...

Kaczor lśniącą pierś napuszył, kłapnął dziobem, nogą ruszył, trzepnął skrzydłem w bok – i wkrótce znalazł się przy samej łódce, gdzie już Kiki, myszka mała, z trwogi na wpół omdlewała.

A na grzbiecie kaczorowi ptaszek wnet się usadowił. Kaczor popchnął łódkę dziobem ku brzegowi. Tym sposobem myszka jedzie na swej korze, Elemelek – na kaczorze.

Jeszcze chwila, jeszcze chwila – i brzeg zbawczy się wychyla. Jaskółeczki, co szeregiem gniazda mają tuż nad brzegiem, dały myszce wyczerpanej pół skorupki waleriany, a wróbelek Elemelek także dostał pięć kropelek.

Kiki skarży się cichutko:

– Trudno myszkom jeździć łódką... Choć wróciły mi już siły, mam w ogonku dreszcz niemiły! Dla wzmocnienia teraz muszę zjeść trzy ziarna lub okruszek. I uplotę dziś z wieczora szalik z trawy dla kaczora, bo odwdzięczyć się wypada, że trud sobie dla mnie zadał.

O wróbelku Elemelku, o ziemniaku i bąbelku

Raz wróbelek Elemelek znalazł w polu kartofelek. Nie za duży, nie za mały, do jedzenia doskonały. Lecz ziemniaki na surowo jeść niemiło i niezdrowo. Znacznie lepsze będą one, gdy zostaną upieczone.

Skrzesał iskrę Elemelek, suche liście wokół ściele, dwie gałązki kładzie blisko i już pali się ognisko. A kartofel – czy czujecie? – tak prześlicznie pachnie przecież, tak kusząco się nadyma, że nie sposób wprost wytrzymać.

Nie wytrzymał Elemelek, chce wyciągnąć kartofelek, zjeść go szybko, prędzej, zaraz...

– Ajajaj!...

To ci ambaras!

Macha łapką Elemelek, a na łapce ma bąbelek. Choć niewielki bąbeleczek, jednak boli, jednak piecze.

W lesie leśna jest apteka, Elemelek więc nie zwleka, wznosi skrzydła, mówi: „Lecę” – i za chwilę jest w aptece.

A w aptece siedzi wrona, bardzo mądra i uczona. W czystym, białym jest fartuchu, trąbkę trzyma tuż przy uchu i przez trąbkę chętnie słucha, bowiem jest troszeczkę głucha.

– Chciałbym maść na oparzenie...

– Hę? Coś dać na przeczyszczenie? Weź olejek rycynowy, jutro brzuszek będzie zdrowy.

– Ach, nie brzuszek, wrono miła! Łapka mi się poparzyła i wyskoczył brzydki bąbel.

– Plombę? W ząbek włożyć plombę? Lecz cóż – choć mam leków trzysta, plombę musi dać dentysta.

Więc wróbelek – trudna rada – hyc! wskakuje na stół, siada i wyciąga wprost do wrony swój pazurek poparzony.

Obejrzała wrona palec z każdej strony doskonale, przyłożyła siemię lniane i kazała pić rumianek, bo to ziółko znakomite. Wypisała potem kwitek, grzecznie mówiąc:

– Bardzo proszę wpłacić w kasie cztery grosze.

Trzymał się ten bąbelisko chyba coś przez trzy dni blisko, lecz się w końcu zląkł okładów i gdzieś wyniósł się bez śladu.

Odtąd, jeśli Elemelek piecze sobie kartofelek, to cierpliwie z boku czeka, kiedy ziemniak się przypieka.

Kamizelka Elemelka

Chciał wróbelek Elemelek sprawić sobie kamizelę. Czemuż pióra wróbelkowe wcale nie są kolorowe? Inne ptaki się wystroją w jakąś barwną szatkę swoją, a wróbelek – ot, niebożę: chociaż chciałby, to nie może.

– Szary brzuszek mam i skrzydła. Już ta szarość mi obrzydła. Dosyć tego! Kupię nową kamizelkę kolorową i czy w święto, czy na co dzień w kamizeli będę chodził.

Udał się więc do krawcowej.

– Czy są jakieś wzory nowe na kubraczki, kamizelki?

– Owszem. Wybór mamy wielki. Jaki kolor?

– Ach, jaskrawy! Może coś w kolorze trawy? Albo też w ceglaste paski? Lub niebieskie, jak u kraski?

Materiałów było wiele, lecz grymasił Elemelek. Ten za blady, ten za bury, ów za ciemny, za ponury, tamten troszkę go postarzył, w tym znów jakoś nie do twarzy...

– Ot, pomyślę przez niedzielę, jaką sprawić kamizelę. Lub sąsiada spytam może, w jakim dobrze mi kolorze.

Więc sąsiady wnet do rady.

– Weź w kolorze czekolady – mówi dzięcioł – bo praktyczna, a w dodatku apetyczna.

Sroczka skrzeczy:

– W kratki! W paski! Zapinaną na zatrzaski!

– Także pomysł! – wrona powie. – Sroka zawsze pstro ma w głowie. Trzeba kupić śnieżnobiałą, by do śniegu pasowało.

A wiewiórka:

– Na jesieni modnie ubrać się w desenik. Może w ciapki? Może w koła?

– Elemelku! – jeż zawoła. – Pulowerek zamów sobie! Chcesz? Ja ci na kolcach zrobię.

Doradzały jeszcze szczury, by wziął serdak z mysiej skóry, a dodały też nawiasem, by się w pasie ścisnął pasem.

Biedny mały Elemelek! Na jednego – to za wiele! Siedzi smętny, osowiały, myśli, myśli przez dzień cały, bo też mu się, szczerze powiem, pomieszało wszystko w głowie: kraty modne są czy paski? Z paskiem czy też na zatrzaski? Pulowerek czy serdaczek?

– Ej, już chyba się rozpłaczę...

Aż we wtorek, gdy był w mieście, do spółdzielni trafił wreszcie. Patrzy – wiszą kamizelki zawieszone za pętelki. Skrzydełkami więc zamachał.

– Dłużej się nie będę wahał! Tę czerwoną, pierwszą w rzędzie wezmę. Elegancka będzie.

Piękną, nową kamizelę wdział wróbelek Elemelek, poprzygładzał w lustrze piórka i do lasu sobie furka.

Furka, furka, ale przecież coś go ściska, coś go gniecie, coś pod pachą go uwiera. Jakoś trudno latać teraz...

Spojrzy – siedzi na badylu gil. Więc mówi:

– Panie gilu! Powiedz, bom ciekawy wielce, jak się czujesz w kamizelce? Toż na panu jak ulana leży ona, proszę pana, a mnie, mówiąc między nami, troszkę ciśnie pod pachami.

 

Gil roześmiał się radośnie.

– A bo ona na mnie rośnie! Nie za luźna, nie za ciasna, bo po prostu – moja własna. I ty przecież masz zimową kamizelkę pióreczkową, choć ciemniejszą, popielatą, lecz puszystą, miękką za to. Każde zwierzę cię wyśmieje, gdy ten ciasny kubrak wdziejesz, bo przygnieciesz sobie brzuszek i na brzuszku wytrzesz puszek. Po cóż ci to ubiór taki? Czy go noszą inne ptaki? Po cóż ci tam cudze piórka? Wygodniejsza własna skórka!

O wróbelku Elemelku i o jego pantofelku

Raz wróbelek Elemelek zgubił w śniegu pantofelek. Pantofelek – strata wielka dla wróbelka Elemelka.

Raz, że trudno jest o skórę. Noga marznie też – po wtóre. A po trzecie – wszyscy wiecie, że bez buta źle na świecie!

Przez sobotę i niedzielę szukał butka Elemelek, a raniutko w poniedziałek białej kory wziął kawałek i napisał:

W zeszły piątek

wpadł mi gdzieś pantofel

w kątek,

czerwony, na lewą nogę.

No i znaleźć go nie mogę.

Więc wiadomość podaje się:

Kto go znajdzie, niech odniesie,

a zapłacę groszy wiele.

Z poważaniem –

Elemelek

Przeczytała to wiewiórka, pogrzebała w śnieżnych górkach, poszukała, poszperała, lecz pantofla nie widziała.

Przeczytała także kurka, pogrzebała wśród podwórka.

– Ani widu, ani słychu! Pantofelek wzięło licho!

Szukał jeszcze pewien szczurek, szukał lisek i pies Burek, i dwie myszy, i łasica, słowem – cała okolica.

Choć szukali, lecz bez skutku. A tymczasem w jednym butku skakać musi przez dni wiele nasz wróbelek Elemelek.

Aż raz kiedyś tak się stało, że słoneczko silniej grzało, mocniej grzało i świeciło, trochę śniegu roztopiło.

Patrzy szczurek i pies Burek: sterczy coś wśród śnieżnych górek. Patrzy kurka i wiewiórka: cóż tam błyszczy w śnieżnych górkach?

– Ach, nie trzeba wiele pytać! To pantofel jest i kwita! A nagroda czeka wielka za pantofel Elemelka.

Jak nie skoczy piesek Burek, lisek–łysek, myszki, szczurek, jak nie zaczną z wielką wrzawą ciągnąć w lewo, ciągnąć w prawo, jak nie popchnie kurka szczurka, a wiewiórka pieska Burka – tak się z tego zrobił naraz taki zamęt i ambaras, że chwil nie minęło wiele, a podarli pantofelek.

– Jaka szkoda, wielka szkoda! Oj, przepadła nam nagroda...

Bo gdzie nie ma ładu, zgody, tam nie będzie i nagrody. Gdzie się kłócą – tam, kolego, nie ma z tego nic dobrego!

Musiał sobie Elemelek sprawić nowy pantofelek. Choć robiony według miary, jednak nie to, co ten stary...

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?