Klechdy domoweTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Gdyby nawet ktoś nie wierzył, że imć pan Michał Sędziwój zna sekret fabrykacji złota, to jednak prawdy coś w tym być musiało, bo miał go zawsze w bród. Dbał o to król polski Zygmunt III Waza, skoro pozwolił alchemikowi w osobnej izbie na Wawelu urządzić sobie pracownię. Smażył tam Sędziwój dniem i nocą różne metale szlachetne, wytapiał je w dziwacznych tyglach i retortach. Mówili ludziska, że to kuchnia czarnoksięska, a Sędziwój widno z ciemnymi mocami w zmowie.

Niejednego ciekawość paliła podpatrzyć, co też mistrz wawelski w swej ciemnicy za czary wyprawia, ale rozkaz królewski srogo zakazywał progu komnaty przestąpić. Tylko jedno pacholę nieroztropne raz o północy podkradło się pod pracownię czarnoksiężnika, ale uciekło w trwodze przeokropnej, jakby je sam Czarny gonił. A co widziało, nikomu powiedzieć nie chciało, jeno się przysięgało na zbawienie duszy, że póki życia więcej Pana Boga kusić nie będzie. Odtąd nikt na Zamku wawelskim nie odważył się zakłócać spokoju tajemnych badań pana Sędziwoja.

Nieraz wyjeżdżał w dalekie kraje i wracał przystojnie obładowany. Co tam przywoził w sakwach i tobołkach, nikt nie wiedział dokładnie, tedy gadki biegały po Krakowie rozmaite. Jedni mówili: złoto i perły, drudzy, że rudy kruszców, jakich u nas nie masz. Trzecia zasię gadka godziła wszystkich. Złoto iście i perły, ale zaklęciem czarnoksięskim i magicznym zażegnaniem w czas wymówionym w kruszec błahy zmienione! I tak dwoistą miał postać imć pan Michał Sędziwój. W oczach króla i uczonych wawelskich biegły do zadziwu alchemista, uskuteczniający trudne, innym niedostępne stopy i połączenia metalów w ogniu, w oczach gminu czarnoksiężnik, którego sam diasek wyposażył w moc tajemną, oddając mu na usługi całą sforę duchów ciemnych niższego rzędu!

Jak było naprawdę, nie mamy czasu dochodzić, bo śpieszno nam za Sędziwojem, który wybrał się w podróż do Czech po rozmaite potrzebne do tyglów kruszce, jakich ziemia krakowska nie rodziła. Pojechał, nabył, czego mu trzeba było, i wracał do domu. Przez lasy przyodrzańskie, raciborskie wypadła mu droga. Bardzo niebezpieczna: bo nie tylko bagniska i grzęzawy nieprzebyte, ale groza dwóch srogich zbójników, którzy tam mieli kryjówki. Czarny Piotr zwał się jeden, Czarny Paw było drugiemu.

Nie obawiał się przecie zbójców Sędziwój, bo i kto by się tam łakomił na starzyka kruchego, który, kolebiąc się wolno na lichej szkapinie, żadnych nie wiózł dostatków, jeno – śmiech wyznać – jakieś margle[1], krzemienie i piargi pieprzowatego koloru. A zresztą skądże by wiedzieli?


Czy liście na drzewach miały uszy, czy sroki na płocie zdradziły sekret, dość że Czarny Piotr i Czarny Paw w czas doszli dnia i godziny. Łatwa to sprawa była i bez czarów w raciborskiej ziemi, która od furmanów wędrownych, od żaków szkolnych miała wszystkie nowiny krakowskie. Ledwo kichnął pan rektor rano w Akademii Jagiellońskiej, a wieczorem mu w Nysie i Raciborzu wołali w odpowiedzi szkolarze: Pomaga Bóg, Magnificencjo, na zdrowiu i urzędzie! O Sędziwoju wiedzieli lepiej niż on sam nawet, co się tam smaży w jego tyglach! I o tym, że diabłu duszę zapisał. I że do Czech pojechał. Czarny Piotr z Czarnym Pawem już poprzód ugodzili się po połowie, a przez którego dziedzinę przejedzie, ten go oprawić[2] powinien. Dychawiczna szkapina Sędziwoja wybrała drożynę wiodącą w kraj Czarnego Pawa. I nie minęła zdrowaśka jedna, a już pachoły zbójnika obskoczyli Sędziwoja.

– Spójrz w wodę na mą urodę! – wołał skurczony wiekiem połamaniec, lecz nie pomogło. Innego wykończyliby od razu na szaro, jego mieli przykaz dostawić żywcem! I wnet wielki stół dębowy w jaskini zapełnił się stertą kamieni alchemika.

– Ty pewnie myślisz, łajdaku – wrzeszczał dziki zbój – że joch prawdy nie zna? Co to jest, gadaj!

– Widzicie przecie sami, kamienie i rudy czeskie do prac moich przydatne...

Zatrzaskał się w pięści ze złości Czarny Paw.

– Kłamiesz! To złoto, brylanty i perły przez ciebie w kamień zonaczone[3]! Tak długo będziesz w lochu gnił, póki ich nie odczarujesz i z nami się nie podzielisz!

– Bodajże cię sucha jodła zgniotła! – lamentował magik nieszczęsny, w lochu na chlebie suchym i wodzie szczyrej siedzący. Bo i tak się spóźnił. Na święta chciał być w domu, tu masz Wielki Tydzień za pasem, a jemu w tej jamie wilgotnej kichy marsza tatarskiego wygrywają już trzeci dzień. Narobił hałasu i kazał się duchem prowadzić przed oblicze herszta, któremu usmarkane sople zwisały aż do gęby.

– Namyśliłem się – powiada Sędziwój – już prawdę powiem. Jestem czarownikiem, a złoto moje zaklęte. Ale teraz nie pora, by je odkląć.

– Nie pora? A to po jakiemu, ty zdechlino zdechlińska?

– Nie mam mocy nad duchami. Wielki Tydzień się zacznie za tydzień. Nie słuchają mnie w tym czasie.

– Nie słuchają cię? No to schrońcie go z powrotem do lochu!

– Nie słuchają, ale będą słuchać – mówił jakby do siebie Sędziwój.

– Po jakiemu będą? Co mi tu szklisz, ty świńska świnio, pieronie zapieronowany.

– Bo to, wicie, tak przyjdzie: najpierw żółty poniedziałek, potem modry wtorek i krzywa za nim środa, i zielony czwartek...

– ...i biała sobota na koniec. Toćże wiem sam! Nie szklij, bo...

– ...bo niech jeno skończy się ten czarny tydzień i dzwony z Rzymu powrócą i znowu zadzwonią, to i moja władza powróci!

– I odczarujesz złotko!

– Odczaruję. Lecz pod warunkiem, że do tego czasu będę miał jadła i napitku w bród.

– Zgoda. Ale musisz mi tu przysiąc na siedem upiorów nocnych, że słowa dotrzymasz.

– Przysięgnę.

Powstawszy, wymawiał zbójca uroczyście, a Sędziwój powtarzał za nim:

– Przysięgam na siedem upiorów nocnych, które niechta mnie dręczą przez siedem nocy z rzędu, a w ósmą noc niech mi krew żywą wypiją do kropli, jeśli kamieni w złotko nie zamienię!

Odtąd używał Sędziwój lepiej niż u siebie w domu. Do zamczystej, ale widnej komnaty znosił mu Czarny Paw najsmakowitsze kąski i napitki, rybki sztucznie wędzone, małmazyje i różne migdały niebieskie.

Potem wyprawił pod jakimś pozorem swych kompanów, aby się nie dzielić z nimi złotym skarbem, i czekał oskomliwie pierwszych dzwonów wielkanocnych.

Wstał wreszcie uśmiechnięty słonecznie ranek Wielkiej Niedzieli. Czarny Paw przydźwigał sam wory z kamieniami. Zadychał się, spocił, ale rad był.

– Teraz musisz – rozkazywał gromko Sędziwój – zaprowadzić mnie w takie miejsce, skąd najlepiej słychać dzwony kościelne z Raciborza.


Podsunęli się cichcem na polankę na skraju lasu. Magik zaczął wykreślać tajemnicze koła na murawie. Pośrodku największego koła ustawił Czarnego Pawa, kazał mu połknąć duszkiem siedem szpilek z jodłowego drzewa i mruczał przy tym jakieś niezrozumiałe, egipskie zaklęcia. Na koniec odmówił paciorek na wspak. I słuchał pilnie. Obaj słuchali. Nareszcie nadpłynął z daleka po powietrznej fali pierwszy metaliczny odgłos. Gdy tylko przebrzmiał i w ciszy utonął – stała się rzecz nigdy niesłychana. Nie było już na murawie zgrzybiałego starucha. Przedzierzgnął się w okamgnieniu w młodzieńca. Ten szumny chłopak do cudu skinął dłonią i wraz szare kamieniska zmieniły się w kosztowne, od kwiatów piękniejsze klejnoty! Aż ryknął chrapliwie Czarny Paw, ujrzawszy tyle brylantów, pereł i złocistości. Wyciągnął po nie rękę łakomie, wtem – huknął grom, ziemia się otworzyła i pożarła go na wieki wraz z całym zbójeckim plemieniem...

Imć pan Sędziwój, przywrócony swej zwykłej postaci, odszukał swój wóz i konika wiernego i pociągnął w dalszą drogę.

STANISŁAW WASYLEWSKI


W Ojcowie, gdzie z obu stron doliny wartkiego Prądnika wznoszą się stromo nagie skały, możny pan Kasztelan wybudował sobie na szczycie zamek i zapragnął połączyć go mostem powietrznym z wysoką, prawie pionową przeciwległą górą. Wzywał wszystkich majstrów, co się na takiej robocie znali, obiecywał masy złota, ale daremnie, nikt nie chciał się podjąć tak trudnej budowy.

Aż przyszedł raz do Ojcowa młody murarz i kiedy mu pan opowiedział, czego chce, zapalił się tak do projektu, że podjął się go wykonać.

Wyobraził sobie, jak pięknie most zawiśnie w powietrzu między skałami, nad bystrą rzeką górską radośnie szemrzącą, i wziął się raźnie do dzieła. Nie jadł, nie spał, tylko myślał, rysował, obliczał, ale coraz większy go strach ogarniał, że nie wykona zamiaru, coraz więcej spostrzegał trudności. Wstyd mu było króla, wstyd samego siebie; nieraz aż łzy żalu i wściekłości dusił na myśl, że będzie musiał ustąpić przed trudnościami. „Choćby z diabła pomocą, a postawić most muszę” – rzekł wreszcie sam do siebie. A choć wypowiedział to bardziej myślą niż słowy, kusy usłyszał. I już go masz: w czarnym fraku, zręcznie przykrywającym ogon, w krótkich spodenkach, pantoflach i w peruce, aby mu rogów znać nie było; zjawia się przed murarzem, kłania się kapeluszem i doprasza się do spółki.

Murarz poznał diabła, ale tak zawziął się do roboty, że już na nic nie zważał. Zaczynają rozprawiać o moście, grzeczny jegomość z daleka zatrąca, że na tę i tamtą trudność znajdzie radę, ale chciałby mieć jakąś korzyść ze spółki.

 

– Czego chcesz? – pyta murarz.

– E, niewiele, na małym przestanę. Gdy most ukończymy, zabiorę sobie pierwszą istotę żyjącą, która po nim przejdzie.

– Zgoda! – zawołał murarz, niewiele myśląc o warunkach, bo aż się palił do roboty.

Jak z bicza trzasł, stanął most, doskonale zbudowany, a murarz napatrzeć mu się nie może, ręce zaciera z radości. Tymczasem kusy usiadł w dolinie nad Prądnikiem i czeka na murarza, który musiał przejść po moście, aby się samemu przekonać o jego dobroci i innym moc jego pokazać. Niecierpliwie rwał się sam do tego i byłby zapomniał o warunku spółki, ale na szczęście przeżegnał się i westchnął z wdzięczności do Boga, aż tu słyszy, jakby nad sobą, głos: „Daj pokój, nie idź!” Dopiero przypomniał sobie wszystko i złapawszy świnię, która się nawinęła, na most ją wpędził z wielkim śmiechem i uciechą. A diabeł na widok świni, idącej po moście przodem, strasznym się gniewem zapalił. Wzniósł się znad Prądnika, rogiem w most od spodu uderzył, dziurę w nim wybił, biedne zwierzę porwał za nogi i rzucił z wściekłością w dolinę, aż mózg się rozprysnął.

Murarz dziurę chciał naprawić, ale daremnie. Wszystko, czym ją zapychał, waliło się w przepaść, gdy tylko nogę postawił. Całe szczęście, że był ostrożny i nie szedł śmiało, lecz kroku próbował, boby go kusy dostał był w swe szpony. Aż w końcu murarz naprawy zaniechał i w moście została się dziura. Dziwowali się jej ludzie, zjeżdżający się zewsząd, aby most oglądać, i stąd powstało przysłowie: „Potrzebny jak dziura w moście”.

WEDŁUG OSKARA KOLBERGA



Bardzo starzy ludzie opowiadali zawsze, że w ruinach zamku w Tęczynie ukryte są skarby.

– Ho, ho! – powiadali – skarby to są tak ogromne, że gdyby je kto znalazł, to do końca życia by mu wystarczyło na wszelki dostatek.

Próbowali więc różni śmiałkowie odnaleźć drogę do podziemi, w których te drogocenności miały być schowane, ale nikt nie ośmielił się wejść bodaj do pierwszej piwnicy. Aż wreszcie, jak powiadają starzy ludzie, znalazł się jeden taki chłopak, który sobie powiedział, że niczego się nie boi, a skarby odnajdzie. I wybrał się do ruin zamkowych.

Noc była wtedy księżycowa, jasna, droga do zamku w Tęczynie łatwa do znalezienia. Chłopiec szedł śmiało i wcale, a wcale się nie bał. Gdy stanął przy wejściu do ruin, zdumiał się ogromnie. Wejście było przystrojone, jakby na jego przybycie, schody wiodące do piwnic wyłożone pięknym czerwonym suknem, zatknięte w ścianach łuczywa oświetlały mu drogę. Zszedł więc szybko w dół i znalazł się w pierwszej piwnicy.

Było tam pełno cennych szat i drogich sprzętów, a na straży stały trzy duże czarne psy. Warczały groźnie i zdawało się, że lada chwila rzucą się na śmiałka. Ale chłopiec nie zląkł się psów. Zawołał na nie, podszedł bliżej, pogłaskał po ogromnych łbach i psy łasząc się, przypadły mu do nóg. Chłopiec rozejrzał się po tej pierwszej piwnicy, ale zaraz spostrzegł, że przez nią przejść można do następnej.

Poszedł więc dalej po czerwonym suknie, którym wysłana była droga przez podziemia, i wszedł do drugiej piwnicy. Pięknie tu było, bo wszystko lśniło od srebra. W beczkach i skrzyniach lśniły srebrne pieniądze, wokoło leżały drogie srebrne naczynia, a na straży tych skarbów stały, warcząc, trzy ogromne psy, dużo większe od tych, które były w pierwszej piwnicy. I tym razem chłopiec nie uląkł się ich. Śmiało wyciągnął rękę, pogłaskał je i po chwili wszystkie trzy psy łasiły się pokornie do niego. Rozejrzał się chłopiec wśród srebrzystych skarbów i dostrzegł, że w głębi piwnicy znajdują się wrota, za którymi wiodła wyłożona czerwonym suknem droga przez podziemia.

Pełen otuchy chłopiec powędrował po czerwonym suknie w głąb tęczyńskich podziemi i stanął wreszcie na progu trzeciej piwnicy. Aż oczy przesłonił, taki blask bił od znajdującego się tam złota. Trzy jeszcze większe psy warczały groźnie, a głos ich był tak potężny, że przypominał grzmot wodospadu. Roześmiał się chłopak, psy warczące pogłaskał i szedł po czerwonym suknie, bo droga wiodła jeszcze dalej – do czwartej podziemnej komnaty.

Kiedy wreszcie stanął na jej progu, oczom swym nie chciał wierzyć. Nigdy w życiu nie śniło mu się nawet podobne bogactwo. W piwnicy jasno było jak w słoneczny dzień, takim blaskiem świeciły rozsypane wokoło drogocenne kamienie. Mieniły się tęczowymi blaskami, przepiękne, różnobarwne. Chłopiec zrozumiał, że dotarł do najgłębszej piwnicy tęczyńskiego zamku, że oto znalazł skarby, o których opowiadali ludzie z okolicy. Już miał się schylić, aby wziąć garść drogocennych kamieni, gdy naraz zobaczył tuż przy swoich nogach pełzającego węża. I tak się tego węża przestraszył, że aż krzyknął. A zaledwie krzyknął, zgasły wszystkie klejnoty, wokoło zrobiło się ciemno i strasznie, nie było już jasnego światła ani drogi wysłanej czerwonym suknem. Chłopiec po omacku, z trudem odnalazł drogę do wyjścia, ale już nigdzie w żadnej piwnicy nie było skarbów. Były to bowiem skarby, które mógł zdobyć tylko ten, kto nie znał strachu.

I już od tego czasu nikt i nigdy nie szukał skarbów w ruinach tęczyńskiego zamku.

MARIA KRÜGER



I

Przybysław, stary i dzielny żołnierz, wśród nieszczęść i ofiar dla kraju postradał cały swój majątek, składający się z kilku pięknych wsi, w proszowskiej ziemi położonych. Z całego dziedzictwa pozostał mu tylko stary drewniany dworek tulący swą ubożuchną strzechę u stóp wyniosłej góry. Ale Przybysław mężnie znosił utratę majętności, żył samotnie, dzieląc swój czas między uprawę maleńkiego ogródka a staranne pielęgnowanie jedynego swego przyjaciela – konia Białonóżki. Za dni młodości, kiedy Przybysław posiadał wielki majątek, liczną służbę, zbiegało się wtedy do niego liczne grono przyjaciół podzielać z nim rycerskie zabawy. Przybysław chętnie wszystkich przyjmował, a liczne stado pięknych jego koni zawsze było na usługi znajomych.

Z czasem, gdy wojenne wyprawy wyczerpały majątek Przybysława, a nieszczęścia krajowe pozbawiły go reszty fortuny, odlecieli słudzy, rozpierzchli się przyjaciele i z wszystkiego pozostał tylko wierny koń bojowy, który przebył ze swoim panem niejedno niebezpieczeństwo. Szlachetne to zwierzę pięknością swoich kształtów, składnością ruchów, wielkim nad podziw rozumem i przywiązaniem do pana – zadziwiało wszystkich. Nieraz więc prawdziwi amatorowie koni odwiedzali Przybysława w jego samotni i ofiarowywali znakomite sumy za pięknego rumaka – sumy, za które można by było parę folwarków z korzyścią nabyć. Ale Przybysław odrzucał wszystkie ofiary, postanowiwszy nie rozłączać się aż do śmierci ze swoim, jak go słusznie nazywał, jedynym przyjacielem.

Pieścił go też i pielęgnował Przybysław najczulej. Wystawił dla Białonóżki czyściutką i cieplutką stajenkę u stóp góry i sam mu zadawał owsa i czystej krynicznej wody. Koń przywiązał się do niego i chodził za nim jak pies. Bywało, Przybysław wyjdzie na wysoką górę, co się nad jego dworkiem wznosi, i zagra na rogu dawną pieśń wojenną – a jużci Białonóżka wybiega, rżąc radośnie ze stajni i obcesem bieży na górę do swego ukochanego pana.

Pomiędzy kupcami dobijającymi się o kupno tego pięknego konia najgorliwszym był pewien węgierski magnat, który, zasłyszawszy o sławie Przybysławowego rumaka, przybył umyślnie aż w te strony. Koń podobał mu się nad wszelki wyraz i magnat wielkie ofiarowywał Przybysławowi sumy, ale rozumie się bezskutecznie, dzielny bowiem ten wojownik ani słyszeć o sprzedaży bojowego przyjaciela nie chciał.

Chytry Węgier, widząc, że prostą drogą nie osiągnie zamierzonego celu, a pałając żądzą posiadania rumaka, chwycił się niegodnego podstępu. Zwabił więc Przybysława na rycerską ucztę i w starym miodzie zadał mu usypiające krople, a korzystając ze snu wojownika, uprowadził z sobą do Węgier dzielnego Białonóżkę. Rumak opierał się gwałtowi z całych sił, ale wędzidło i ostroga przemogły – i smutny koń w obce zawleczony został strony.

Możemy sobie wystawić rozpacz biednego Przybysława, gdy się ze snu obudził i nie znalazł swego ukochanego przyjaciela. Pragnął on zrazu pędzić na Węgry, lecz gdzież ubogiemu upominać się u bogacza o swą własność, i to w cudzym kraju. Zesmutniały więc i strapiony, zdał jednak na wolę bożą swoje zmartwienie, przyjmując je jako jedną jeszcze próbę w ciągu żywota zesłaną. Modlił się tylko i oczekiwał już samotny śmierci.

II

Na rozległych równinach nad Sawą, pośród bogatych pastwisk, tęskni Białonóżka do swego starego pana, do łąk proszowskich. Ani przymilenia węgierskich jeźdźców, ani swobodne bujanie po stepach nie może z pamięci biednego konia wyrugować pieszczot żołnierza, czystego owsa i źródlanej wody. Często Białonóżka w najweselszym pląsie stada smutnie staje, zwiesi łeb i jakby duma o dalekiej stronie i dalekim panu.

Sława dzielnego rumaka nie była urojona. Przyciągał on pięknością kształtów, bystrością oka, szykownością nie tylko oko ludzkie, ale wywierał i na inne konie wpływ szczególny. Wkrótce też w tabunie wszystkie ustąpiły mu pierwszeństwa i on został przewodnikiem. Czasami tabun rozhuka się na szerokim stepie, a na czele buja Białonóżka; ale wnet, gdy on zarży, konie zbierają się posłusznie w gromadę i tam dążą, gdzie pędzi przewodnik. Wszystko to budziło niemały podziw w ludziach.

Tak minęło dwa lata.

Jednej czerwcowej nocy... spoczywało stado końskie wśród obszernej równiny, bardziej ku Karpatom podanej. Dozorujący czikosi zasnęli snem spokojnym, bo i czegóż mieliby czuwać, gdy stadu przewodzi Białonóżka. Cóż mu się złego stać może?! Ale Białonóżka dziś tęskni dzień cały, z lekka szczypie trawkę na bogatym pastwisku i jakby rozumne stworzenie czeka nocy. Gwiazdy prześlicznie wypłynęły na szafir nieba i księżyc lekko ozłocił wysokie Karpat szczyty. Białonóżka lekko zarżał i stado zbiegło się do niego. On obiegł tabun wokoło i runął na jego czele w drogę. Popędził na północ do ojczyzny, a za nim reszta stada.

Kędy suną się konie, dziwią się ludzie niepomału temu zjawisku; ale któż je wstrzyma w drodze? Roztrącą, roztratują i dalej pobiegą – a na czele Białonóżka pędzi i rży coraz radośniej, bo coraz bliżej ojczystej strony.

III

W proszowskiej ziemi wiosna roztacza swoje powaby. Łąki pokrywają się kwiecistym kobiercem, wody spływają wartko ku morzu, pracowite pszczółki kręcą się około swojej roboty, a bocian klekocze wesoło na drzewie. Wszystko to dawniej radowało skołatane serce Przybysława. Ale dziś, gdy ostatniego, prawdziwie wiernego utracił przyjaciela, cóż go to może obchodzić. Więc smutny i zadumany wyjdzie z nałogu na wysoką górę i tam szepcąc pacierze duma o tym, co minęło, a zapewne nie wróci: o utraconej ojcowiźnie, spustoszonych przez wrogów włościach, o rozpierzchłych przyjaciołach, aż i na koniec o swoim Białonóżce. Ciężko się na piersi robi starcowi, więc wzdycha.

A tymczasem słońce jasną swą głowę kładzie do zachodu i czerwonymi promieniami, jak morzem rubinów, zalewa całą okolicę. Starzec wpatrzył się suchym okiem w tę konającą pochodnię dnia i zamyślił głęboko, nie zważał więc na coraz to bliższy tętent, który dudnił po drodze. Nareszcie słońce ostatkiem promieni musnęło wyniosłą górę, a u stóp jej stanęło stado, a na jego czele dzielny Białonóżka.

Poczuł piękny rumak ojczystą zagrodę i obecność pana... więc zarży radośnie. Dosłyszał to Przybysław, ale nie wierzy swoim uszom, aż tu i Białonóżka w pędzie staje przed nim. Zerwał się starzec, przeciera oczy wątpiąc, czy śpi, czy czuwa. Lecz tak... Białonóżka... a za nim stado pięknych rumaków. Objął więc stary żołnierz wiernego konia za szyję i uściskał serdecznie szlachetnego przyjaciela. A Białonóżka rżał i grzebał kopytem radośnie.

Zbogacony przybyciem stada Przybysław odzyskał swą ojcowiznę, przyjaciół i znajomych – a na podziękowanie Bogu i pamiątkę tego zdarzenia kościół wystawił na wysokiej górze, która nazwę Koniuszej przybrała.

Tak więc miłość nawet bezrozumne zwierzęta podbija!

ADAM WIŚLICKI