Klechdy domoweTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Ilustracje:

Artur Lobus

© Copyright by Siedmioróg

Wrocław 2020

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment książki nie może być powielany ani reprodukowany w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

ISBN 978-83-66620-10-0

Wydawnictwo Siedmioróg

ul. Krakowska 90, 50-427 Wrocław

Księgarnia wysyłkowa Wydawnictwa Siedmioróg

www.siedmiorog.pl

Konwersja: eLitera s.c.

Spis treści

Karta redakcyjna

* * *

Cecylia Niewiadomska – Podanie o Lechu

Cecylia Niewiadomska – Podanie o Popielu

Cecylia Niewiadomska – Piast

Józef Ignacy Kraszewski – Pieśń Słowana

Władysław Ludwik Anczyc – Wiano świętej Kingi

Cecylia Niewiadomska – Kazimierz Wielki kumem

Stefania M. Posadzowa – Stopka królowej Jadwigi

Seweryn Udziela – Wieże Kościoła Mariackiego w Krakowie

Seweryn Udziela – Krzysztofory

Kazimierz Władysław Wójcicki – Twardowski

Stanisław Wasylewski – Jak magik z Krakowa nabrał śląskiego zbójnika

Według Oskara Kolberga – Diabelski most

Maria Krüger – Skarby w Tęczynie

Adam Wiślicki – Koniusza Góra

Władysław Orkan – Legenda o Podhalu

Maria Krüger – Jak powstały Karpaty

Jan Kasprowicz – Morskie Oko

Zofia Urbanowska (według A. Stopki) – Janosik

Kazimierz Przerwa-Tetmajer – Przez co się święci dostali na Kępę

Maria Krüger – Jak Sobanek płanetnika gościł

Jan Kasprowicz – O śpiących rycerzach w Tatrach

Kazimierz Przerwa-Tetmajer – O Panu Jezusie i zbójnikach

Seweryn Udziela – Grzyby

Maria Krüger – Jak Dunajec popłynął

Jadwiga Chrząszczewska, Jadwiga Warnkówna – Podanie o Wiśle

Stanisław Pagaczewski – Baśń o Grocie Lodowej

Lucjan Malinowski – Ile Babia Góra ma wierzchołków

Kazimierz Zalejski – Studnia trzech braci

Kornelia Dobkiewiczowa – Żabi pachoł

Jadwiga Chrząszczewska, Jadwiga Warnkówna – Podanie o Skarbniku

Kornelia Dobkiewiczowa – Miedziana lampa

Stanisław Wasylewski – Książę z Raciborza zwycięzcą Rübezahla

Henryk Kodź – Legenda o złej księżniczce

Zygmunt Rutkowski, Irena Solińska – O gubińskich karzełkach

Zygmunt Rutkowski, Irena Solińska – O Skarbniku ze Srebrnej Góry

Zygmunt Rutkowski, Irena Solińska – O dzikim rycerzu znad Nysy

Czesław Kędzierski – Zatopiona wioska

Maria Krüger – Kamień pod Wolsztynem

Czesław Kędzierski – Trębacz ratuszowy i król kruków

Czesław Kędzierski – O żarłocznym potworze w Gople

Czesław Kędzierski – Dzielna kasztelanka

Wacław Kubacki – Klechda domowa

Maria Krüger – Toruńskie pierniki

Zuzanna Rabska – O Stolemach

Maria Krüger – Węgorz na Łańcuchu

Lucjan Siemieński – Królowa Bałtyku

Franciszek Fenikowski – Legendy rozewskie:

O mądrym rybaku i głupim diable

Kto pierwszy zapalił ogień na Rozewiu?

Przemienieni w buki

Zuzanna Rabska – O flądrze bałtyckiej

Ewa Szelburg-Zarembina – Jak bochen chleba w kamień się zamienił

Franciszek Fenikowski – Zegar z Mariackiego Kościoła

Franciszek Fenikowski – Lwy z gdańskiego ratusza

Zygmunt Kornowski – Kamień z Ostródy

Maria Zientara-Malewska – Zaklęty zamek w lesie olsztyńskim

Kazimierz Władysław Wójcicki – Boruta II

Ewa Szelburg-Zarembina – Warszawa, stolica Polski

Jadwiga Chrząszczewska, Jadwiga Warnkówna – Plac Trzech Krzyży w Warszawie

Artur Oppman (Or-Ot) – Złota kaczka

Artur Oppman (Or-Ot) – Bazyliszek

Artur Oppman (Or-Ot) – Syrena

Objaśnienia

Wykaz źródeł

* * *

Nie tak prędko baśń się baje

jak się prędko dziw ten staje...

W krainę dziwów, w krainę za górami, za lasami, na latających dywanach i siwkach złotogrzywkach przenosi nas baśń – marzenie...

Od najdawniejszych czasów człowiek marzył i snuł baśnie. Baśnie, legendy były zawsze krainą, gdzie można było uciec od smutku i udręki życia. Pogrążony w niedoli człowiek oczekiwał cudownej pomocy: głodny wyobrażał sobie zaczarowany stoliczek, na którym na słowa zaklęcia zjawiają się najpyszniejsze potrawy, uciemiężony niewolnik pragnął uciec na dywanie latającym, bity i poniewierany szukał ratunku w kijachsamobijach, które pomagały mu się zemścić na silniejszych i potężniejszych prześladowcach.

W baśniach i legendach dobry człowiek nigdy nie jest samotny ani opuszczony: wróżki i czarodzieje opiekują się sierotami, a święci i aniołowie wędrują po świecie, spełniając życzenia, nagradzając dobrych, a karząc złych.


Wśród postaci fantastycznych spotykamy i diabły; ale diabeł nie jest tu straszny. Jest najczęściej głupi i zabawny, daje się przechytrzyć mądremu człowiekowi, którego próbował oszukać. W ten sposób człowiek zwyciężał zło, które wyobrażał sobie w postaci diabła.

 

I aniołowie – z kolei uosobienie dobroci – występują czasem w żartobliwych sytuacjach, jak choćby anioł z „Legendy o Podhalu”.

Bo cudowne rzeczy dzieją się nie zawsze w tajemniczej dalekiej krainie za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, ale i na bliskiej ojczystej ziemi.

W znanym podaniu dzielny Krak, który zwyciężył smoka, zamieszkał w zamku na Wawelu, krasnoludki czuwały nad skarbami w polskich górach, syrena z dalekich mórz pokochała Wisłę, a śpiący rycerze Bolesława Chrobrego oczekiwali w tatrzańskich grotach na znak wzywający do walki o wyzwolenie ojczyzny...

Tak więc baśń, legenda i podanie – powstając w owych czasach, kiedy o szczęśliwej odmianie losu można było tylko marzyć – stworzyły cudowną, daleką krainę, gdzie ludziom pomagają wróżki i aniołowie, a dobro zwycięża zło.

Czy jednak, gdy ludzie będą żyli w szczęściu i sprawiedliwości nie tylko w baśni, ale i we własnym społeczeństwie – czy wtedy zniknie baśń i marzenie? Czy człowiek syty, odziany, wolny, panujący nad przyrodą, zdobywca innych planet niczego nie zapragnie? Zawsze chyba będzie marzył o wiecznej młodości i nieśmiertelności i tęsknił za nową, wielką przygodą...

S.W.


Dawno już, bardzo dawno, może z tysiąc lat temu, trzech braci, Lech, Czech i Rus, rozeszło się w trzy strony świata, aby założyć sobie nowe państwa.

Lech udał się na północ. Szedł długo przez wielkie, nieprzebyte puszcze, które okrywały wówczas naszą ziemię, przedzierał się przez gąszcze, przebywał moczary, kierując się jedynie słońcem lub biegiem wód, aż wyszedł na równinę nad brzegami Warty. Zachwycony pięknością kraju, żyznością ziemi, obfitością ryb i zwierzyny, postanowił tu się zatrzymać i gród[1] sobie zbudować [...].

Kiedy w puszczy z rozkazu Lecha ścinano drzewa na budowę grodu, znaleziono całe gniazdo białych orłów. Lech wziął to za dobrą wróżbę i białego orła obrał sobie za znak wojenny, a gród, który zbudował, nazwał Gnieznem.

CECYLIA NIEWIADOMSKA



Niedaleko od Gniezna, nad jeziorem Gopłem, wznosił się gród Kruszwica. Tam mieszkał książę Popiel, jeden z następców Lecha, i rządził krajem groźnie i surowo. Chciał większej władzy, niż mieli jego poprzednicy. Chciał rządzić sam, nie pytając nikogo o radę. Żona Niemka opowiadała mu nieraz, że tak rządzą książęta w Niemczech.

A w Polsce z dawna był obyczaj, że kniaź w ważniejszych sprawach zwoływał na radę starszych kmieci, czyli gospodarzy, właścicieli ziemi. Taka rada, z kmieci złożona, nazywała się wiecem.

Popiel nie chciał zwoływać wieców, a kmiecie rozgniewani o to nie chcieli z nim chodzić na wojnę, odmawiali mu posłuszeństwa.

Popiel się obawiał, że z tego zatargu skorzystają jego stryjowie: połączą się z kmieciami i odbiorą mu władzę. Zaprosił więc stryjów na ucztę, żona przyprawiła trucizną miód i wino i otruła wszystkich.

Trupy wrzucono do Gopła.

Zbrodnia jednak została prędko ukarana. Z ciał potopionych stryjów wylęgły się tysiące myszy i wyruszyły wszystkie do Kruszwicy, prosto na dwór zbrodniarza.

Przerażony Popiel, nie umiejąc walczyć z takim nieprzyjacielem, ratował się ucieczką i z całą rodziną szukał schronienia w murowanej wieży, wznoszącej się pośród jeziora na wyspie. Lecz myszy popłynęły za nim, dopadły go na wieży i zagryzły.

CECYLIA NIEWIADOMSKA


Podczas rządów Popiela niedaleko Kruszwicy miał własną zagrodę zamożny kmieć, Piast kołodziej[1]. Szanowali i kochali go sąsiedzi, bo chętny był do rady i pomocy, uczynny dla każdego, mądry i gospodarny.

Oprócz chaty i roli miał dużą pasiekę, która dostarczała mu miodu i wosku. Zarabiał także kołodziejstwem, więc pracy miał niemało, lecz i dostatek wszystkiego. Dobra żona Rzepicha pomagała mu w gospodarstwie, a wesołe i zdrowe dzieci stanowiły szczęście rodziców.

Poeta polski Niemcewicz, który przed stu laty prawie w pięknych śpiewach historycznych opisał sławnych ludzi i ważniejsze wypadki z naszych dziejów, tak o tym kmieciu mówił:

Pośród Kruszwicy spokojnych wieśniaków

Był Piast, co bogów i ludzi miłował.

Dom jego szczupły, ale zewsząd czysty,

Za Gopłem małą pasiekę posiadał,

Cienił lepiankę jawór[2] wiekuisty,

A na nim bocian gniazdo swe zakładał.

Właśnie podczas sporów z Popielem o wiece skończył lat siedem najstarszy syn Piasta. Była to dla rodziny bardzo ważna uroczystość, gdyż chłopiec z rąk matki przechodził pod opiekę ojca. W dniu urodzin dziecka obchodzono tak zwane postrzyżyny, to jest ojciec po raz pierwszy obcinał synowi długie włosy, nadawał mu imię i wzywał dla niego błogosławieństwa przodków.


Na ten obrządek spraszano sąsiadów i ugaszczano ich hojnie, aby upamiętnić dla nich to zdarzenie i zapewnić dziecku ich życzliwość. Toteż Piast i Rzepicha zawczasu przygotowali dostateczny zapas mięsa i pieczywa, miodu i owoców leśnych. Uprzątnięto chatę, przystrojono zielenią, zastawiono obficie stoły.

Właśnie sproszeni goście zasiedli za stołem, kiedy w progu stanęli nieznani nikomu podróżni. Byli to dwaj młodzieńcy o jasnych i pogodnych twarzach; zakurzone ich szaty świadczyły wyraźnie, że daleką przebyli drogę – prosili o wypoczynek. Byli przed książęcym dworem, ale ich tam nie wpuszczono, może znajdą gościnność pod wieśniaczą strzechą.

Gościnność i w pogańskiej Polsce była najświętszym prawem, obowiązkiem. Gość w dom – Bóg w dom – mówi stare przysłowie, a maluje ono wiernie, co czuł i myślał każdy.

Z radością też powitał Piast przybyłych, podał im wody, aby obmyli się z kurzu, i posadził za stołem, prosząc, aby jedli.

Tymczasem rozpoczęły się obrzędy.

Matka przyprowadziła biało ubranego chłopca, w płóciennej koszuli, z rozczesanymi długimi włosami, i powiodła go przed ojca.

Chłopak padł mu do nóg, a Piast go podniósł, uściskał, pokropił wodą ze źródła i ująwszy nożyce, przystrzygł mu włosy nad czołem.

Oddał potem nożyce najstarszemu z gości, ten uciął znowu długi pukiel i tak koleją co starsi krewni i sąsiedzi strzygli po trochu włosy wkoło głowy dziecka.

Kobiety je zbierały, aby zakopać w ziemię.

Wtedy podnieśli się obcy podróżni, a jeden z nich przemówił:

– Pozwólcie i nam, bracia, pobłogosławić chłopca w imię naszego Boga.

I zrobiwszy znak krzyża, dodał:

– W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego chrzczę ciebie, Ziemowicie. Niech błogosławieństwo Boże będzie z tobą, nad domem twoim i dziećmi twoimi.

Obecni słuchali tego ze zdziwieniem, wzruszeni i pełni wdzięczności. Błogosławieństwo Boże jest przecież największym darem. Imię Ziemowita podobało się też wszystkim, Piast dziękował serdecznie.

Rozpoczęły się teraz pieśni obrzędowe. Matka przyniosła wieniec ze świeżych ziół upleciony i włożyła postrzyżonemu synowi na głowę, ojciec wziął go za rękę i powiódł na święte miejsce na cmentarzu, aby modlitwą uczcić duchy dziadków i zostawić ofiary na ich grobach.

Przez drogę śpiewano pieśni, groby polano mlekiem, poustawiano na nich misy z jadłem.

Kiedy wrócono na koniec do domu, spostrzeżono, że obcy młodzieńcy zniknęli. Kiedy odeszli, nikt nie zauważył, nikt nie wiedział, w którą stronę się udali. Musieli być to ludzie święci, gdyż zostawili święty dar bogów: błogosławieństwo.

Rozeszli się na koniec goście, ale nazajutrz wrócili z wieściami, że kmiecie się zbierają, aby obrać innego księcia; Popiela nikt słuchać nie chce.

Ze wszystkich stron schodziły się liczne gromady, jedni szli pieszo, inni jechali na wozach, tamci znów konno, a nikt zagrody Piasta nie ominął. Każdy rad był usłyszeć jego mądre słowa i pokrzepić siły za gościnnym stołem. W Kruszwicy bardzo prędko głód zaczął dokuczać: okolica nie mogła wyżywić tylu ludzi, wielkich zapasów nikt z sobą nie przywiózł, a to, co było, nie wystarczało dla wszystkich.

Gościnny kołodziej witał, podejmował, lecz w duszy rosła mu troska i trwoga: skądże dla tylu stanie? I co począć, skoro zabraknie żywności?

Z niepokojem pyta żony, co ma jeszcze w spiżarni. Biegnie Rzepicha zaraz do komory, ale po chwili wraca i opowiada z największym zdziwieniem, że zapasów nic nie ubywa, wszystkie statki pełne jedzenia, jak były.

Cieszy się Piast i dziwi, dziękuje bogom za ten dar ich łaski i śmielej zaprasza, częstuje.


– Dobry z ciebie gospodarz – chwalą ze zdziwieniem goście – kiedy wystarczysz na takie gromady.

– Nie moja w tym zasługa – tłumaczy się wieśniak. – Boża to wola i błogosławieństwo: świętych snadź ludzi ugościłem w chacie, bo odtąd nie ubywa mi zapasów.

Zdumieli się wszyscy, spojrzeli na siebie.

– A jakiegoż nam szukać księcia, jeśli nie takiego, któremu bogowie sami błogosławią! Nad Piastem boska ręka i opieka, Piast szczęśliwie nami rządzić będzie.

I zasiadł Piast kołodziej na tronie w Kruszwicy.

Już wdział purpurę, wziął miecz wojowniczy,

Świetną koroną uwieńczył swe skronie,

A wdzięczny, pragnąc uczcić stan rolniczy,

Rozkazał pług swój postawić przy tronie.

CECYLIA NIEWIADOMSKA


Wisło biała, matko biała, czemu mętne wody twoje?

Jakże mętne być nie mają, kiedy do nich łzy padają? Lud u brzega ręce łamie, ręce łamie i ratunku woła, a ratunku nie ma... Smok w pieczarze siadł pod górą, co zobaczy, to pochłonie, co pochwyci, to pożera. Kiedy z głodu ryczy wściekły, cała góra drży od ryku. Kiedy syty dyszy w jamie, oddech powietrze zaraża... Noc i dzień spoczynku nie ma – pola puste, lud ucieka, zwierz do lasu goni z trwogą... Trzody wyplenił i ludzi, dławi niewiasty i dzieci, a nigdy pastwy niesyty, ciągle ryczy, ciągle dyszy.

– Czymże zgładzić żmiję, smoka? Miecz mu skóry nie przebije, pałka czaszki nie roztrzaska, gardła mu nie zduszą dłonie i piorun go nie zabije, i woda go nie pochłonie, i ziemia go nie przykryje.

Krak na grodzie smutny siedzi, myśli, duma, brodę zwija, podparł się i patrzy w ziemię. „Jak mam pożyć[1] tego smoka, jak potworę tę umorzyć?”. Myśli miesiąc, myśli drugi, smok żre ludzi, myśli trzeci, a smok ryczy... Rady! rady! Płacze, ręce załamuje. – Jak mam pożyć tego smoka, jak potworę tę umorzyć.

Siedem razy miesiąc rośnie, siedem razy się roztapia, aż Krak Skubę wołać każe.

– Skubo, człecze, rób, coć rzekę: zabij wołu, owcę zabij, wnętrzności wyrzuć do wody, a smoły weźmij gorącej, a siarki nabierz palącej, a węgli nabierz czerwonych. Wypchaj ścierwo siarką, smołą, podrzuć je pod smoczą jamę, kiedy żmij[2] zaryczy z głodu. Smok niech ogień ten pochłonie, niech mu wnętrzności przepali. Niech pęknie dzika potwora.

Poszedł Skuba i tak czyni, jako mądry król rozkazał. Zabił wołu, owcę zabił, nadział siarką, węglem, smołą, do pieczary je przywleka.

Gdy smok wyje z głodu wściekły i głodną paszczę otwiera: – Naści strawę, żmijusmocze! – Połyka straszna paszczęka, ryknie, aż drży góra cała i gród z stołbami[3] się chwieje. W smoku palą się wnętrzności, trzewia ogień mu wyżera. I z jamy głowę wywleka, leci do Wisły i żłopie. Żłopie, aż się nadął cały i rycząc, rozpukł, i zdycha.

 

Wtem Krak z mieczem idzie z grodu, łeb żmii strasznej ucina, na żerdź go wtyka wysoko.

– Patrzaj, narodzie mój miły, że się twe męki skończyły.

Ptacy niosą wieść wesołą, wiatry polami z nią biegą, niech rolnik wychodzi z pługiem, niech pastuch bydło wyżenie, niech dzieci idą na łąki – nie ma już smoka na ziemi.

Nad smoczą jamą na górze gród się kamienny podnosi, tam Krak króluje spokojny, na cztery strony spoziera, cztery zwojował narody. A broda rośnie mu siwa i już mu piersi zakrywa, już i do kolan mu sięga. A kiedy dotknie się ziemi, król wie, że umrzeć mu pora. Ni się weseli, ni smuci, że swe królestwo porzuci, dwu synów ma już u boku i córkę Wandę ma jedną. Broda dorosła już ziemi.

– Przyszła już na mnie godzina; weźcie królestwo na dwoje. Siostrze dać królewskie wiano i żyjcie w braterskiej zgodzie. Płacz po swym ojcu, narodzie! – Naród zapłakał i ciało niesie na górę Lassotę, na stosie go posadzili, tryznę[4] z obiatą[5] sprawili, popioły Kraka zebrali, każdy wziął po garści ziemi, szli i sypali, dopóki mogiła w górę nie wzrosła.


Kraj na pół bracia dzielili, poczną panować Krak z Lechem. I Krak ma ziemi połowę, i Lech połowę ma ziemi. Lech patrzy na brata z trwogą: „starszy mi kark zgniecie nogą”.

– Jedźmy do lasu na łowy, bracie, na zwierza dzikiego, jedźmy razem w puszczę ciemną... będziemy gonić jelenie, będziem zabijać niedźwiedzie.

Siedli na koń, siostra z wieży prosi:

– Nie jedźcie na łowy – krucy dziś rano krakali i sen miałam w nocy krwawy. Weźcie czeladź, weźcie z sobą, zwierz jest dziki, las jest czarny.

A Krak śmieje się i rzecze:

– Zwierz i las niestraszny dla nas.

Aż w puszczę ciemną wjechali – wtem młodszy staje i rzecze:

– Tutaj ci, bracie, umierać, ja całe państwo zagarnę. – Rzekł i młotem w skroń mu ciska, aż krew szkarłatna wytryska i Krak na ziemię upada. Co tu czynić z ciałem brata? Z ziemi wilcy je wygrzebią, po trupie poznają ludzie. Mieczem go rąbie na ćwierci, tnie go na drobne kawały i na rozstajach je grzebie. Piaskiem białym przysypuje, nogami ubija ziemię. Księżyc i gwiazdy patrzały, puszcza ich widziała ciemna; księżyc, gwiazdy nie wydały, puszczy nikt nie słuchał głosu.

Jedzie na gród Lech i płacze, suknię rozdarł, ręce łamie.

– Biada mi – oto zwierz srogi brata zagryzł w ciemnym lesie. Krew widzicie na mej szacie, bom go bronił nadaremno.

Lech wziął po nim ziemię całą i sam panował na grodzie. Na rozstajach, kędy ciało białym piaskiem przysypane, jasne lilije wyrosły, kwitną i z wiatrem bujają, wiatrom jęcząc, powiadają:

– Tutaj jest Kraka mogiła, ręka brata go zabiła.

Ludzie idą nocą, drogą, dziwne głosy słyszą z trwogą, wiatr odwiewa Kraka ciało. Na zamek niosą je ludzie, starszyzna na gród się zbiera. Niechaj ten, co zabił brata, idzie z ziemi na kraj świata, kędy oczy go poniosą.

Wanda została jedyna, która bogom ślubowała.

– Ona będzie nam królową.

– Jak mam być królową waszą, kiedym bogom ślubowała, że męża nie będę miała?...

Wanda morza, Wanda ziemi, Wanda powietrza królowa, naród śpiewa i wykrzyka:

– Córka Kraka niech panuje!

Na granicy, na rubieży[6] Niemiec siedzi jak lis w jamie, wieść do niego szybka bieży: dziewka siedzi na stolicy, wianek ma miasto korony, kądziel miasto miecza trzyma, męża nie chce, pana nie ma!

Rytgar kupy zbiera zbrojne, na bezbronny kraj, na wojnę. I stanęli na granicy, i śle posły do dziewicy.

– Mężem twoim chcę być, Wando, lub twe ziemie ogniem, mieczem przejdziem, spalim i wysieczem.

Już pola wojsko zalewa i las oszczepów się jeży, świecą tarcze, chrzęszczą bronie. Przyszły posły, Wanda staje.

– Ślubowałam bogom wiarę, męża nigdy mieć nie będę. Chcecie wojny? Wojsko sprawię, niech rozstrzyga bitwa krwawa.

Posły poszły, wojska płyną, pola, góry wnet obsiadły. Wanda z mieczem, skronie w wianku, przodem jedzie, twarzą świeci. Patrzaj, Niemcze, licz swe siły. Pojrzał Rytgar, kędy były, ani śladu, ani słychu, pierzchło wojsko w lasy, góry. Sam się został Rytgar srogi. Losy swoje klnie i bogi, miecza dobył, pierś przeszywa, królujże, Wando szczęśliwa! Zwycięska wraca królowa... I na gród swój naród woła. Wyszła z wianuszkiem u czoła, w sukni białej, z kwiatkiem w dłoni.

– Pozdrawiam was, cni ojcowie. Przyszła na mnie ma godzina, życiem bogom ślubowała, na raz oddam im je całe, niż o rękę bić się mają ci, co ziemi pożądają. Wiedźcie mnie do Wisły brzega, nad głębinę, nad wir wielki. – Rzekła i w Wisłę się rzuca. Naród płacze swej królowej, cały się zbiega do ciała i sypie pani mogiłę, i pieśń o niej wieczną śpiewa.

Bóg wam zdrowie niechaj daje – a pieśń przy mnie niech zostaje...

JÓZEF IGNACY KRASZEWSKI