Dwie kobiety

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dwie kobiety
Dwie kobiety
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 55,95  44,76 
Dwie kobiety
Dwie kobiety
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Marek pojawił się u Bogny w styczniu, parę tygodni po śmierci Wiktora. Nosiła jeszcze głęboką żałobę. Żadnych granatów, szarości — wyłącznie czerń. Spodobała jej się jego bezpośredniość. Kiedy na pytanie o męża odparła, że nie żyje, bez najmniejszego zawahania zapytał, co się stało. Ciągnął temat nawet wtedy, kiedy się okazało, że Bogna została sama zupełnie niedawno, a czerń, w jaką się przybrała, to najgłębsza żałoba, nie próba zadośćuczynienia tradycji.

Tak, po śmierci Wiktora przeżyła prawdziwą żałobę. Całą klasyczną pięciopunktową rozpacz — od zaprzeczenia po akceptację. Choć tuż przed odejściem męża nieraz przychodziło jej do głowy, że chciałaby wreszcie zamknąć ten rozdział, nie oglądać dzień po dniu jego cierpienia, odpocząć, to kiedy długo oczekiwane rozwiązanie wreszcie nastąpiło, kompletnie się rozsypała. Jakby cała jej twardość, cała siła, którą w sobie miała, kiedy Wiktor jeszcze żył, była tylko tanim przedstawieniem na użytek konającego męża. Widz odszedł, więc i ona mogła zdjąć z siebie czerwoną sukienkę, zetrzeć szminkę, usiąść na gołych deskach teatru i nareszcie się rozpłakać.

A może chodziło o wyrzuty sumienia? Może to one nie pozwoliły jej zacząć normalnego życia? Przecież chciała, żeby mąż odszedł. W pewnym momencie odpuściła. Nie miała już siły walczyć, nie namawiała do walki Wiktora. A przecież tyle jeszcze mieli przed sobą dróg. Tyle sposobów na zatrzymanie raka. Owszem, onkolog rozłożył ręce, lecz była jeszcze cała gama terapii alternatywnych. Mąż — stąpający mocno po ziemi — nie chciał o nich słyszeć, ale może gdyby bardziej nalegała…

Nowy ksiądz został na kolacji. Napił się nawet nalewki. Stara Szkoła była ostatnim domem w tej części wsi, nigdzie się nie spieszył. Kiedy Bogna kroiła ciasto, zaczął myszkować w jej biblioteczce. Okazało się, że jest jak ona molem książkowym. Chwilowo „na głodzie”, ponieważ przywiózł ze sobą tylko jedną walizkę książek.

— Dojechanie do biblioteki zajęłoby mi pół dnia — poskarżył się. Miał rację. Dla osoby bez samochodu Glinka stanowiła pułapkę.

Zlitowała się nad nim i zaproponowała, żeby wybrał sobie coś do czytania. Wziął Śmiertelnych nieśmiertelnych Wilbera i Przebudzenie de Mello. Od razu go za to polubiła.

— Uśmiechnęłam się dzisiaj pierwszy raz od śmierci męża — powiedziała, żegnając go, zupełnie bez kokieterii. Po prostu zwykła mówić bez ogródek, co myśli, a w tamtej chwili ze zdziwieniem skonstatowała, że rozmawiając z nowym proboszczem, w ogóle nie myślała o Wiktorze.

Zaprzyjaźnili się jednak dopiero później. Owszem, spotykali się na ulicy, kłaniali się sobie z uśmiechem, ksiądz Marek od czasu do czasu wpadał do niej po książki, ale dopiero rok temu powierzchowna znajomość przerodziła się w coś więcej.

Był ciepły styczeń, tydzień po Nowym Roku. Od paru dni szukała Pikusia, który w mroźny piątkowy wieczór uciekł z podwórka i nie wrócił. Sprzątnęła już nawet psie miski, przekonana, że potrącił go jakiś samochód, kiedy parę minut przed dwudziestą do Starej Szkoły zapukał ksiądz Marek. Jakież było jej zdziwienie, gdy na rękach proboszcza zobaczyła ukochanego psiaka. Ksiądz znalazł go kilka metrów od plebanii, schowanego za workiem z piaskiem. Pikuś miał pogryzioną nogę, utykał. Pewnie jakiś większy pies wybrał go sobie na ofiarę, w okolicy kręciło się sporo bezdomnych zwierzaków. Zraniona noga szybko się wygoiła, ale Pikuś nie wrócił już do dawnej sprawności. Wciąż tylną prawą łapę nosił lekko zgiętą wysoko w górze.

Bogna zaprosiła wybawcę pupila na herbatę, a później poczęstowała kolacją i winem, po którym trudno było im się rozstać. Proboszcz wyszedł ze Starej Szkoły grubo po północy i od tamtej pory spotykali się przynajmniej kilka razy w tygodniu.

Często pomagali sobie w codziennych obowiązkach. Bogna zaglądała na plebanię, żeby podlać kwiatki i nakarmić rybki, kiedy Marek odwiedzał matkę we Wrocławiu, prasowała mu obrusy i komże, on zaś służył jej pomocą, kiedy trzeba było naprawić gniazdko albo kran. „Jesteśmy jak stare dobre małżeństwo” — zażartowała kiedyś, a Marek — zamiast się roześmiać — spojrzał na nią poważnie. To właśnie wtedy zrozumiała, że niepostrzeżenie stała się dla tego samotnego mężczyzny kimś więcej niż tylko zaprzyjaźnioną parafianką. Instynkt samozachowawczy podpowiadał jej, żeby trzymała się od niego z daleka, jednak praktyka codzienności kompletnie niweczyła te plany. Jak miałaby to zrobić? Zerwać znienacka wszystkie kontakty? Mijać go na ulicy jak obcego człowieka? Zresztą przez ostatni rok i ona bardzo się do niego przywiązała.

Teraz także z przyjemnością spędziła z Markiem przedpołudniową godzinę. Stara aktorka z mężem i koleżanką poszli na spacer, Ewa wciąż jeszcze nie wracała, miło było pogawędzić przy codziennych zajęciach. Omawiając wraz z proboszczem nową książkę Zafona, zdążyła ugotować zupę i upiec kurczaka.

— Muszę już iść. — Marek podniósł się z krzesła, kiedy kuszący aromat obiadu zaczął się rozchodzić po kuchni.

— Nie zostaniesz z nami?

— Nie, dzisiaj mam gołąbki.

— Gołąbki? — zdziwiła się.

— Od mamy. Jak tu u mnie była dwa tygodnie temu, zostawiła zapas jedzenia na co najmniej miesiąc. — Roześmiał się. Był jedynakiem, matka owdowiała, gdy miał siedem lat, stał się więc dla niej jedynym celem starań i trosk. — Gdyby działo się coś podejrzanego, no wiesz, z tą twoją Ewą, dzwoń. O każdej porze dnia i nocy — powiedział, podchodząc do drzwi.

— A co się może dziać? — Zaśmiała się. Co on sobie, na Boga, uroił? — Nie lubisz rudych? — zażartowała.

— Nie ufam jej. Bez względu na kolor włosów — odpowiedział.

— Jak będzie chciała mnie zabić, na pewno dam ci znać!

9

Stała przy barze, zamawiając drugą herbatę, kiedy drzwi się otworzyły i do środka weszło kilka osób w kolorowych sportowych kurtkach. Matka, ojciec i trójka dzieci: dwie nastolatki i najwyżej trzyletni chłopiec w śmiesznej czapce z ogromnym pomponem. Starsza z dziewczyn zwróciła uwagę Ewy przyklejonym do twarzy grymasem obrzydzenia, tak charakterystycznym dla dzieciaków w tym wieku. Ewa rozumiała ten niesmak. Mimo że wiele lat minęło od czasu, kiedy była w okresie dojrzewania, wciąż dobrze to pamiętała: rosnące piersi, poszerzające się biodra, upstrzoną wągrami skórę. Poczucie własnej wartości — i tak raczej wątłych rozmiarów — spadło jej wówczas do zera. Teraz średniego wzrostu, wtedy była najwyższa w klasie. Zamiast jednak eksponować swój wzrost i kobiece atuty, robiła wszystko, żeby stać się niewidzialną. I ta nieodwzajemniona miłość do kolegi z równoległej klasy. Wrzucane mu ukradkiem do kieszeni kurtki miłosne liściki, wbijanie paznokci w palce, kiedy mijając go na korytarzu, oblewała się rumieńcem. Nie, za skarby świata nie wróciłaby do tamtych czasów. A może jednak? Druga szansa to byłoby coś. Gdyby ją dostała, zrobiłaby wszystko, żeby jej życie potoczyło się zupełnie inaczej… A przynajmniej tamten dzień. Tamta słoneczna środa półtora roku temu. Tamta godzina, minuta. Sekunda? Jeżeli głębiej się zastanowić, dochodzi się do wniosku, że wszystko, co ważne, przełomowe w życiu, dzieje się w ciągu chwili nie dłuższej niż pstryknięcie palców.

Matka podeszła do baru zamówić obiad, znudzone dziewczyny wyjęły smartfony, a ojciec z małym zaczęli zwiedzać karczmę. W którymś momencie chłopiec odszedł parę kroków od taty i zbliżył się do Ewy. Miał wełniany, kolorowy sweter i kręcone jasne włosy jak u cherubinka.

— Jestem Grześ — przedstawił się radosnym głosem. — A ty jak masz na imię?

— Ewa — odpowiedziała.

— Pobawisz się ze mną? — Mały rozsunął szeroko nogi i położył ręce na biodrach.

— Grzesiu, nie przeszkadzaj pani. — Ojciec wziął małego za rękę, rzucając Ewie przepraszający uśmiech.

— Nie ma problemu — mruknęła i pochyliła się nad herbatą.

Dziecko nadal kręciło się między stolikami, ale już do niej nie podchodziło, co przyjęła z ulgą. Ostatnie, na co miała ochotę w tej chwili, to kontakt z takim szkrabem.

Dopijała herbatę, kiedy usłyszała dźwięk tłuczonego szkła. Spojrzała w kierunku, skąd dobiegł hałas, i zamarła. Grześ stał na środku karczmy z wykrzywionymi ustami i wpatrywał się przerażonym wzrokiem w swoją ociekającą krwią rączkę. U stóp chłopca leżały pozostałości kryształowej cukiernicy.

— Jezus, Maria! — Matka dziecka przypadła do niego, próbując serwetkami zatamować płynącą krew. Jej krzyk sprowokował chłopca do płaczu. Do tej pory milczący i jakby sparaliżowany, teraz zaczął wyć wniebogłosy, czepiając się zdrową ręką swetra matki.

— Ma pani apteczkę? — Ojciec dziecka przypadł do baru. — A może pani wie, jak to zatamować? — Spojrzał na Ewę.

Skierowała wzrok na dziecko, które stało w kałuży krwi z ręką uniesioną do góry, i poczuła, jak ogarnia ją fala mdłości.

— Nie mam pojęcia. — Pokręciła głową, walcząc z odruchem wymiotnym.

Podniosła się gwałtownie z krzesła, rzuciła na bar dziesięć złotych, a potem szybko otworzyła drzwi.

10

Obiad miał być później, bo aktorka wraz z mężem i przyjaciółką pojechali do Wałbrzycha zwiedzać zamek Książ. Bogna nieoczekiwanie zyskała zatem wolną godzinę. Za oknem świeciło słońce, postanowiła więc pójść na spacer. Wzięła kurtkę i wyszła na ganek.

Od paru godzin nie padało, nie musiała odśnieżać chodnika. Na razie. W radiu zapowiadali wieczorne zamiecie. Dzisiaj do największego pokoju mieli przyjechać emeryci z Poznania — Bogna miała nadzieję, że zła pogoda nie stanie im na przeszkodzie i zdołają dojechać przed północą.

Stara Szkoła cieszyła się popularnością głównie wśród starszych ludzi. „Jest zbyt spokojnie” — skomentowała pobyt pewna dziewczyna, którą rodzice przywieźli na weekend do Glinki. No tak, tylko pola, lasy, niezbyt wysokie góry… Dzieciaki lubią, kiedy coś się dzieje. Kochają hałas i kicz. Zwłaszcza te współczesne… Bogna z przerażeniem przyglądała się małolatom spotkanym parę lat wcześniej na komunii bratanka Wiktora. Zamiast bawić się i biegać z rówieśnikami, siedziały przyklejone do swoich smartfonów, kompletnie oderwane od rzeczywistości. „Jacy ludzie z nich wyrosną?” — zastanawiała się nieraz, czując prawdziwą wdzięczność do losu, że to nie jej problem. Gdyby to ona była ich matką, kategorycznie zabroniłaby im korzystać z telefonów. Sama też rzadko włączała komputer, a komórki używała tylko do umawiania gości. Zresztą nie było nikogo innego, z kim mogłaby prowadzić długie telefoniczne rozmowy. Z Markiem widywali się tak często, że nie było najmniejszej potrzeby, aby kontaktowali się przez telefon, rodzice nie żyli. Rodzeństwo… Z jedynym, starszym o cztery lata bratem straciła kontakt, kiedy była młodą dziewczyną. Później zobaczyli się tylko raz, na pogrzebie ojca. Bogna nie miała ochoty utrzymywać z Leszkiem bliskich kontaktów, on też o nie nie zabiegał. Zresztą prawda była taka, że wciąż miała do niego żal. Uważała, że brat przyczynił się do śmierci ojca, że tata umarł ze zgryzoty. Nie mógł spokojnie patrzeć na to, jak jedyny syn marnuje sobie życie.

 

Leszek miał trzydzieści lat, kiedy nieszczęśliwie się zakochał. Odtrącony, postanowił ze sobą skończyć. Pod nieobecność ojca powiesił się na haku od lampy. Na szczęście ojciec wrócił wcześniej z pracy i przeciął sznur, zanim syn się udusił. Brat nie ponowił już próby samobójczej, ale zaczął zabijać się w inny sposób. Na raty. Po prostu zaczął pić. Najpierw z kolegami, na imprezach, potem samotnie, wreszcie stał się jednym z tych godnych pożałowania mężczyzn wystających pod sklepem monopolowym z ręką wyciągniętą po jałmużnę. Z inteligentnego chłopaka, przed którym świat stał otworem, zamienił się we wrak człowieka. Zdaniem Bogny — wyłącznie na własne życzenie. „Dobrze, że mama tego nie dożyła” — powtarzał ojciec raz po raz, a w jego głosie pobrzmiewała zazdrość. Pewnie żałował, że i jego śmierć nie zabrała wcześniej. Bogna nawet nie próbowała sobie wyobrażać, co musi czuć rodzic, którego dziecko stacza się na samo dno, a on nie może mu pomóc. Zresztą jak miałby to zrobić? W jaki sposób można wpłynąć na dorosłego mężczyznę? Jeśli sam nie zechce zmienić swojego życia, nikt tego za niego nie zrobi. Na stypie po śmierci ojca Leszek oczywiście także się upił. Bogna miała wrażenie, że nie było mu ani trochę żal taty, nie dostrzegała u brata wyrzutów sumienia. Do restauracji przyszedł tylko po to, żeby się napić za pieniądze siostry alkoholu lepszej marki niż ten, który spożywał na co dzień.

Ojciec mieszkał w wynajętym mieszkaniu, więc po jego śmierci nie musieli z Leszkiem dzielić się majątkiem. Brat mieszkał u jakiejś swojej konkubiny, tylko tyle udało się Bognie z niego wyciągnąć, kiedy rozmawiali po pogrzebie. Jak wyglądało jego życie teraz, czy w ogóle jeszcze żył, nie miała pojęcia i — szczerze mówiąc — wcale nie była tego ciekawa.

Wiktor nie mógł zrozumieć tego braku rodzinnych więzi. Proponował, że pojadą razem do Wałbrzycha i poszukają Leszka, ale Bogna nie chciała o tym słyszeć. Oczywiście, w pewnym stopniu współczuła bratu, większa jednak była złość, że zmarnował sobie życie.

Może gdyby Leszek był od niej młodszy, gdyby czuła, że to ona powinna mu pomóc… Starsze siostry troszczą się o młodsze rodzeństwo, matkują mu, czują się za nie odpowiedzialne. Młodsze — głównie oczekują wsparcia. Ileż to razy Leszek opowiadał Bognie, jak nauczył ją chodzić. Jak — zaledwie o cztery lata starszy — pilnował jej, rocznej, kiedy mama wychodziła na zakupy. „Byłeś wyjątkowo mądry jak na swój wiek” — tłumaczyła mama, pękając z dumy, że miała takiego dzielnego synka. Leszek przez całe życie był jej pupilem, tak przynajmniej widziała to zazdrosna o mamę Bogna. Może właśnie tutaj tkwiła przyczyna ich chłodnych stosunków? W tej bliskiej więzi Leszka z mamą. Bogna zawsze uważała, że to ona mocniej przeżyła jej śmierć, w końcu była dziewczyną u progu życia, jeszcze na studiach, tymczasem Leszek dobiegał już trzydziestki. Mogło być jednak zupełnie inaczej. Matka znaczyła dla brata naprawdę wiele. A potem życie znowu dało mu w kość, odbierając ukochaną dziewczynę. Bogna — operatywna i chyba mniej wrażliwa od Leszka — szybko znalazła miłość, nowy cel, a on został zupełnie sam…

Minęła wieś i weszła na polną ścieżkę. Miała nadzieję, że zmęczenie oczyści jej głowę ze smutnych myśli. Leszek, rodzice, Wiktor, Adrianna… Wszystkie najbliższe jej kiedyś osoby stały się teraz najbardziej bolesnymi wspomnieniami. Część z nich odeszła na zawsze — wbrew sobie, część opuściła Bognę na własne życzenie. A ona wciąż nie mogła się zdecydować, która opcja jest tą gorszą.

Nie było łatwo brnąć przez śnieg, ale jakoś dawała radę. Miała na sobie puchowe ciepłe buty, odpowiednik niegdysiejszych relaksów. Gruby szal chronił szyję przed chłodem.

Rzadko zachodziła w te strony, bywanie w tym miejscu było zbyt trudne, ale dzisiaj coś ją tutaj ciągnęło. W miejsce, które choć odwiedzane wcześniej wiele razy, z Wiktorem, z gośćmi, czasem samotnie, najbardziej kojarzyło się Bognie z nią — z Adrianną.

Adrianna przyjechała do Glinki rok po śmierci Wiktora. Od razu zrobiła na Bognie wrażenie. Wysoka, pięknie zbudowana, z chmurą jasnych loków przypominała anioła, który zstąpił z niebios, żeby zakosztować odrobiny zwyczajnego życia. Razem z Adą przyjechała do Glinki jej babcia — osiemdziesięcioletnia staruszka, do której dziewczyna była bardzo przywiązana.

Ada okazała się bardzo towarzyska, Bogna wówczas też jeszcze nie stroniła od gości, więc już pierwszego wieczoru poznały się bliżej. Ada opowiedziała Bognie o swoim dzieciństwie. Matka odeszła z domu, kiedy dziewczyna miała dwa lata, ojca nigdy nie poznała. Wychowywała ją babcia, matka matki. Była dobrą kobietą, kochającą wnuczkę do szaleństwa. Rozpieszczała ją, jakby w swoim stosunku do dziecka upatrywała szansy na zadośćuczynienie za grzechy córki. A może sama też czuła się winna? Adrianna mówiła, że babka uważała, iż to z jej powodu matka Ady porzuciła dziewczynkę. Wychowując samotnie swoją Agnieszkę, babka nie miała dla niej zbyt wiele czasu. Choć pracowała na dwóch etatach, z trudem wystarczało jej na zapewnienie córce godnego życia. „Kochałam ją, ale nie potrafiłam jej tej miłości okazać” — tłumaczyła wnuczce.

Kiedy Adrianna miała pójść do komunii, do babci przyszedł telegram z Sopotu. Nie chciała mówić, co się stało, dziewczynka sama odkryła prawdę, gdy pod nieobecność babki zaczęła szperać w szufladzie jej biurka. W telegramie znajdowało się tylko jedno zdanie: „Agnieszka nie żyje”. Nic więcej. Gdzie matka została pochowana, kto towarzyszył jej w ostatniej drodze, pozostało tajemnicą. Babka nie chciała o tym rozmawiać, może zresztą sama tego nie wiedziała…

Gdy przyjechały razem do Glinki, babka była już bardzo stara. Drobna siwa pani zupełnie nie wyglądała na kobietę, która mogła nie zabrać wnuczki na pogrzeb jej matki. Już na pierwszy rzut oka widać było, jak bardzo są sobie bliskie. Godzinami razem spacerowały, czytały książki w ogrodzie. Adrianna zawsze dbała o babcię. Przynosiła jej posiłek, otulała kocem, była na każde jej zawołanie. To chyba właśnie ta czułość, którą dziewczyna okazywała babci, wydała się Bognie najbardziej ujmująca.

Swoją drugą naturę Bogna odkryła już w podstawówce. Podczas szkolnej wycieczki grali z kolegami i koleżankami z klasy w butelkę. Zabawa polegała na tym, że kręciło się butelką, a potem całowało tego, kogo wskazała szklana szyjka. Patrząc na siedzących w kręgu rówieśników, Bogna uświadomiła sobie, że właściwie ma taką samą ochotę na pocałunek zarówno z dziewczyną, jak z chłopakiem. Odkrycie to nie wprawiło jej jednak w konsternację. Miała tolerancyjnych rodziców, w jej domu nikt nigdy nie naśmiewał się z inności, własna odmienność nie stanowiła więc dla niej żadnego problemu.

Wiktor wiedział o jej dwoistej naturze, ale nie był zazdrosny. Nie obawiał się, że żona mogłaby dopuścić się zdrady, próbując doświadczyć czegoś, czego on nie mógłby jej dać. Miał rację. Miłość do męża skutecznie uodporniła ją na urok innych ludzi — czy to mężczyzn, czy kobiet. Zakochała się dopiero po jego śmierci.

Pomysł na spacer z Adą zrodził się spontanicznie. Jej babcia urządziła sobie poobiednią drzemkę, Bogna też miała chwilę oddechu… To ona wybrała najbardziej zaciszne miejsce w okolicy. Mieszkańcy wsi rzadko udawali się w góry, więc oddalając się od zabudowań, można było mieć pewność, że nie spotka się tam nikogo znajomego. Wtedy Bogna uważała, że wybór miejsca był przypadkowy, jakiś czas później doszła do wniosku, że podświadomie chciała znaleźć się z dziewczyną sam na sam. Nigdy zresztą nie udało im się ustalić faktów — czy to ona uwiodła Adriannę, czy Adrianna ją. Zresztą czy to ważne, kto kogo pierwszy pocałował? Istotne, że obie tego chciały i — co wyszło w późniejszych rozmowach — obie myślały o tym od pierwszego spotkania. Bogna, która nigdy wcześniej nawet nie pocałowała kobiety i przez wiele lat łączył ją satysfakcjonujący związek z mężczyzną, teraz nagle zapragnęła czegoś zupełnie innego.

Z tamtej wycieczki wróciły zapatrzone w siebie, rozognione. Babka Adrianny już wstała i miała związane z wnuczką plany, Bognę też wzywały obowiązki, więc na kolejne spotkanie musiały czekać aż do wieczoru. Obie wiedziały, że ich bliskość nie zakończy się na pocałunkach. Były dorosłymi kobietami, które pragnęły dać sobie wszystko, co tylko było do dania. I podobnie — wszystko wziąć.

Studentka okazała się doświadczoną kochanką. Odkąd w liceum uświadomiła sobie, że jest lesbijką, ciągle była w jakichś związkach. Ostatni, ze starszą koleżanką, zakończył się podobno na kilka tygodni przed przyjazdem dziewczyny do Glinki. Podobno, bo ze sposobu, w jaki Adrianna później zerwała, Bogna wnosiła, że dziewczyna ją okłamała i tamtego lata wciąż jeszcze pozostawała z kimś w związku, a dojrzała właścicielka pensjonatu stanowiła wyłącznie miłe urozmaicenie długich wiosennych dni.

Zakochana Bogna zachowywała się jak zauroczony sztubak. Każdej nocy zapraszała Adę do siebie. Sypiała po kilka godzin, po czym wstawała ledwo żywa i zabierała się do codziennej krzątaniny. Któregoś popołudnia postanowiła namalować Adę. Nagą. Taką, jaką kochała najbardziej.

Bogna była amatorką. Pomijając pochwały nauczycielek w podstawówce czy liceum, nikt nigdy nie oceniał jej malarskich prac. Swoją pasję odkryła, kiedy już mieszkała w Glince. Któregoś wieczoru, zamiast sięgnąć po kolejną książkę, wzięła do ręki ołówek. Rysowanie przyniosło jej taką radość i odprężenie, że od tamtej pory bardzo często w ten sposób spędzała wolny czas. W końcu zakupiła profesjonalny sprzęt — płótna i farby, a jej obrazy, po namowach zauroczonego nimi Wiktora, ozdobiły puste do tej pory ściany Starej Szkoły. Lubiła pejzaże, interesowały ją także portrety. Najczęściej malowała Wiktora, w sypialni zawiesiła natomiast portret swojej matki, odrysowany z jej ostatniego zdjęcia.

Romans ze studentką trwał dwa tygodnie. Dokładnie tyle, ile pobyt Adrianny i jej babci w Glince. Ostatniego dnia dziewczyna spakowała walizki, rzuciła na nie płótno ze swoim aktem, uścisnęła Bognę, jakby nie były dla siebie nikim szczególnym, po czym, mrugnąwszy kilkakrotnie światłami, odjechała wolno wąską uliczką w kierunku przelotówki.

Kiedy numer telefonu, który Bogna dostała od ukochanej przy pożegnaniu, okazał się fałszywy, pojechała do miasta, którego nazwa widniała przy nazwisku babki w spisie gości. To ona zameldowała siebie i Adę w Starej Szkole. W Bydgoszczy okazało się jednak, że staruszka już tam nie mieszka. Podobno wyprowadziła się do wnuczki, żaden z sąsiadów nie chciał jednak przekazać Bognie jej nowego adresu. Poszukiwania w Toruniu, gdzie Adrianna rzekomo studiowała, również spełzły na niczym. Na uczelni nikt nie słyszał o takiej osobie. Po tygodniu bezowocnego snucia się po mieście, odwiedzania klubów i skwerków, gdzie potencjalnie mogła spotkać ukochaną, Bogna w końcu wróciła do domu.

A jednak radiowa pogodynka się nie myliła. Bogna była kilka kilometrów od Glinki, kiedy niebo nagle zaciągnęło się ciemnym granatem i zaczął sypać śnieg. Otuliła się mocniej kurtką i wolnym krokiem ruszyła w drogę powrotną. Schodząc do wsi, myślała już tylko o ciepłej kuchni swojego pensjonatu i o kawie. Duchy przeszłości zostawiła w mokrym śniegu, z nadzieją, że wreszcie dadzą jej spokój…

11

Wróciła do Starej Szkoły w porze obiadu. Kiedy otworzyła drzwi na ganek, Bogna wychyliła się z kuchni. Miała na sobie niebieski fartuszek obszyty białą falbanką, zupełnie niepasujący do jej posągowej urody. „Co taka piękność robi w tym miejscu?” — przemknęło przez myśl Ewie. Bogna miała w sobie to coś — jakąś klasę, elegancję. Coś, czego nie dają piękne stroje czy fryzura. Człowiek po prostu się z tym rodzi.

 

— Jesteś? — Gospodyni powitała Ewę uśmiechem. Zmarszczki przy oczach, które normalnie były ledwo zaznaczonymi kreseczkami, teraz zamieniły się w wyraźne wgłębienia. Mimo to wciąż wyglądała pięknie.

Ewa nie była szczególnie ładna i miała tego świadomość. Owszem, ten i ów wspomniał, że mu się podoba, w ciągu kilkudziesięciu lat spotkała paru oddanych amatorów jej wdzięków, nie należała jednak do kobiet, których uroda zapiera dech w piersiach.

— Gdybyś ubierała się jak laska, robiłabyś naprawdę duże wrażenie — ocenił jeden z jej dawnych narzeczonych.

Ale ona nie chciała „ubierać się jak laska”. Nawet do pracy nosiła zwyczajne podkoszulki i wojskowe spodnie lub dżinsy. W takim stroju czuła się najlepiej. Choć miała zgrabne nogi, w sukienkę wbiła się chyba ze trzy razy w życiu.

Adamowi to nie przeszkadzało. Przeciwnie, lubił jej styl. Był chyba jedynym znanym jej mężczyzną, który nie obracał się za wymalowanymi lalkami w miniówkach. Nie zachwycały go, wręcz przeciwnie, uważał je za desperatki pozbawione poczucia własnej wartości i smaku.

Adam. Mądry i poukładany. I tak zwyczajnie, banalnie — dobry. Nie zasłużył sobie na swój los. Nie zasłużył na jej odejście. Ale czy ona zasłużyła na to, co ją spotkało?

Nigdy wcześniej nie doświadczyła traumy. Miała spokojne dzieciństwo, dobrą młodość. Owszem, rodzice często się kłócili, ale to nigdy nie były jakieś poważne sprawy. Nie musiała się chować po kątach, zatykać uszu. Nie musiała się bać. Ojciec był spokojny, to matka wszczynała awantury. Czepiała się o wszystko. Że rzucił skarpetki na podłogę, że nie umył naczyń, że znowu siedzi przed telewizorem… Od czasu do czasu robiła mu także sceny zazdrości. Mimo sześćdziesiątki na karku ojciec wciąż był przystojnym facetem. Matka z jednej strony była dumna z męża, z drugiej — nie mogła znieść, że robi aż tak duże wrażenie na kobietach. Stawała na rzęsach, żeby wydać mu się atrakcyjniejszą od nich. Tleniła włosy, mocno się malowała i wyciskała z siebie siódme poty na cowieczornym joggingu. A przecież wystarczyłoby, żeby była miła… Zresztą mąż i tak był jej wierny i świata poza swoją Krysieńką nie widział. Jasne, sprzeczali się, ale z równym entuzjazmem później się godzili, co u córki — zwłaszcza gdy była nastolatką — wywoływało ogromne zażenowanie. Może styl Ewy, jej kompletny brak zainteresowania typowo babskimi fatałaszkami czy mazidłami był reakcją na przerysowaną kobiecość matki?

— Nie mam jeszcze obiadu, goście będą za godzinę. Jeśli jesteś głodna, po prostu zrób sobie kanapkę — zagadnęła Bogna, znów się uśmiechając.

— Dziękuję. Poczekam. — Ewa złapała się poręczy.

— Może przyjdziesz tu do mnie? Zapraszam.

— Jestem zmęczona. — Ewa odwróciła wzrok, jakby się obawiała, że gospodyni wyczyta w jej oczach to, o czym od jakiegoś czasu intensywnie rozmyślała. Z każdą kolejną godziną była coraz mniej pewna swojego wyboru. Czy postąpiła właściwie, próbując zaszyć się w tej głuszy? Miasto rzeczywiście było ostatnim miejscem, w którym chciałaby spędzić resztę życia, ale tutaj, na wsi, egzystencja nie wydawała jej się ani trochę bardziej znośna. Może po prostu nigdy już znośna nie będzie? „Będą lepsze i gorsze dni” — powiedział psychiatra, kiedy widzieli się ostatni raz. Niski, szczupły sześćdziesięciolatek w staromodnych okularach, którego przez pół roku widywała regularnie raz w miesiącu. Lepsze i gorsze? Do tej pory doświadczała wyłącznie tych drugich.

— Odpocznij. Zawołam cię na obiad. — Bogna nie nalegała. — Jeśli chcesz, możesz korzystać z mojej biblioteczki. — Zrobiła ruch ręką w kierunku książek.

— Dziękuję — odparła Ewa, wchodząc na schody.

12

Sprzątanie było jak terapia. Lubiła ten moment, kiedy brudne stawało się czyste. Jakby razem z odkurzoną podłogą czy przemytą szafką i ona dostawała od losu drugą szansę.

Nie była pedantką. To pensjonat wymusił na niej zamiłowanie do czystości. Owszem, meble w Starej Szkole były stare, podłogi skrzypiące, drzwi też pamiętały drugą wojnę światową, ale wszystko musiało być czyściusieńkie. Nawet szyby w niedużych oknach przecierała po każdym gościu. Klienci to doceniali. Nie raz dzielili się swoimi wrażeniami z innych — brudnych czy zaniedbanych miejsc, zestawiając je zawsze z nieskazitelną czystością pensjonatu Bogny. Ona sama też miała kilka nieprzyjemnych doświadczeń. Kiedyś nocowała w hostelu w Gdańsku. Z zewnątrz piękny — nowa elewacja, kute balustrady, kwiaty na balkonach, w środku istna tragedia — pajęczyny w kątach, brudna podłoga. Bogna została tam tylko dlatego, że był już późny wieczór i nie miała ani siły, ani odwagi szukać czegoś lepszego. Kiedy obudziła się w środku nocy pod — wydawało się — czystą pościelą, nagle poczuła, jak coś łaskocze ją w łydkę. Odkryła kołdrę i zastygła w bezruchu. Przy jej nodze leżał kłak czarnych włosów — jakby ktoś obciął sobie kucyk i wsunął go do łóżka. Resztę nocy przeczekała, siedząc na kołdrze i walcząc z odruchem wymiotnym, a kiedy tylko usłyszała, że właścicielka hostelu krząta się po obiekcie, od razu stamtąd wyszła.

Warszawiacy zjedli obiad z apetytem, nie pogardziwszy nawet deserem, po czym zamknęli się w swoich pokojach. Pewnie rozwiązywali krzyżówki albo czytali. Telewizor w pensjonacie był tylko jeden — na dole, w salonie. Bogna uważała, że nie po to ludzie przyjeżdżają na koniec świata, żeby oglądać telewizję, dlatego — mimo nalegań Wiktora — nie zdecydowała się na zakupienie gadającego pudła do każdego pokoju. Może to właśnie było jedną z przyczyn tego, że młodzi ludzie raczej jej nie odwiedzali? Choć czy w dobie komputerów, tabletów i smartfonów ktokolwiek jeszcze potrzebował telewizora? Ewa też zeszła na posiłek, ale nie zjadła wszystkiego. Pół kotleta, dwa ziemniaki i dwie łyżki mizerii, reszta wylądowała w misce Pikusia. Bogna zagadnęła ją o wrażenia ze spaceru, staruszkowie też czynnie włączyli się do rozmowy, ale Ewa tylko mruknęła coś niewyraźnie w odpowiedzi i — wymawiając się bólem głowy — poszła do siebie. Może Marek miał rację? Może zatrudnienie tej kobiety nie było dobrym pomysłem? Nikt nie wymagał od pomocy kuchennej rozmów z gośćmi, ale pracowitości i owszem. Tymczasem ona była po prostu słaba. Albo taką udawała, próbując uniknąć niechcianych kontaktów. „No cóż, w najgorszym razie po prostu ją zwolnię” — myśl, która pojawiła się w głowie Bogny, sprawiła jej przykrość. Tak bardzo cieszyła ją perspektywa towarzystwa i pomocy, nie chciała znowu zostać sama.

Kończyła zmywanie, kiedy usłyszała stukanie kołatki. Ktoś zamknął drzwi na klucz. Pewnie Ewa. Musi jej powiedzieć, że do wieczoru zostawiają drzwi otwarte. Bognie zależało na tym, żeby Stara Szkoła była miejscem gościnnym, do którego zawsze można wejść. Złodziei się nie bała. Przez wieś przejeżdżało tak mało samochodów, że żaden nie mógł pozostać niezauważony. Zresztą któremu złodziejowi chciałoby się przyjeżdżać w takie miejsce? Przecież Glinka to koniec świata.

Podeszła do drzwi i przekręciła zamek. Na schodach stała Kulowa. Patrząc na zgiętą wpół, wychudzoną kobietę w za dużym płaszczu w kolorze zgniłej zieleni, trudno było uwierzyć, że nie ma jeszcze czterdziestki. Bogna pamiętała ją z dawnych czasów. Kiedy przyjechali tu z Wiktorem, Zosia była niespełna dwudziestoletnią dziewczyną. Prześliczną, dorodną wiejską panną, trochę w typie Sienkiewiczowskiej Jagienki. Przez kilka lat pomagała nawet jej i Wiktorowi w pensjonacie. Potem jakoś tak szybko wyszła za mąż, urodziła dziecko. Następnie drugie, trzecie. Mała Kasia miała dwa latka, kiedy jej ojcu pociąg uciął nogi. Obie, tuż przy kolanach. A jednak pojawiło się kolejne dziecko. A rok temu rak.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?