Dwie kobietyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Dwie kobiety
Dwie kobiety
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 55,95  44,76 
Dwie kobiety
Dwie kobiety
Audiobook
Czyta Joanna Domańska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Hanna Dikta

Dwie kobiety


ISBN 978-83-8116-695-9


Copyright © by Hanna Dikta, 2019

All rights reserved Projekt okładki i stron tytułowych Anna M. Damasiewicz Redaktor Karolina Kaczorowska Opracowanie graficzne i techniczne Paweł Uniejewski Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Dwie kobiety

Epilog

Podziękowania

Mężowi i dzieciom

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

1

— Cholerny śnieg! — przeklęła, stając w rozkroku przy bramie. Odgarniała go już chyba z pół godziny i wciąż przechadzka wąską ścieżką od furtki do drzwi groziła wypadkiem, a starszym ludziom, których gościła od dwóch dni w pokoju na poddaszu, być może nawet śmiercią. Złamanie po osiemdziesiątce to prosta droga na cmentarz. Z tego właśnie powodu Bogna męczyła się z tym śniegiem już tyle czasu. A on — jak na złość — wciąż padał i padał.

„Gdyby Wiktor żył…” — zamyśliła się. „Wszystko byłoby inaczej”.

Chociaż mąż zmarł pięć lat temu, nadal bardzo za nim tęskniła. W końcu spędzili ze sobą w zgodzie i przyjaźni prawie dwie dekady. Kiedy Wiktor żył, wszystko było łatwiejsze. Mąż jak nikt potrafił ją pocieszyć, nie było problemu, którego nie dałby rady rozwiązać. Poza tym ostatnim — śmiertelną chorobą.

To na nim spoczywała większość obowiązków w pensjonacie. Zimą odgarniał śnieg, palił w kominku i organizował kuligi, latem kosił trawę. Bogna odpowiadała za kwestie biurowe, sprzątanie, pranie i gotowanie, a i w tych czynnościach mąż często ją wyręczał. Robił fantastyczną jajecznicę i gotował najsmaczniejszy barszcz z kołdunami, jaki kiedykolwiek jadła. Teraz ze wszystkim została sama. A przecież była coraz starsza. Coraz bardziej zmęczona…

Jeszcze dwa, trzy lata temu czuła się jak dwudziestolatka. Swoje czterdzieste piąte urodziny potraktowała jak żart. Kiedy zaczęła się starzeć? Rok temu? Pół roku? Trudno byłoby jej wskazać konkretny moment. I nie chodziło wcale o ciało, choć od czasu, kiedy nadwerężyła kręgosłup, próbując wrzucić do piwnicy trzy tony węgla w ciągu jednego dnia, codziennie budziła się z bólem pleców. Problem tkwił raczej w psychice. W znużeniu. W poczuciu, że wszystko już przeżyła, wszystkiego dotknęła. Niczego nie była już ciekawa, na nic więcej nie czekała. Przyszłość wydawała jej się długą, nudną autostradą donikąd. Żadnych zaskoczeń, żadnych emocji, najmniejszej nawet niespodzianki.

— Nażyłam się już — powiedziała parę dni temu Markowi, a on roześmiał się serdecznie. — Nie śmiej się, nie śmiej! — fuknęła na niego. — Pogadamy, jak będziesz w moim wieku!

Ona, genetyczna marzycielka, jak nazywał ją Wiktor, nagle uświadomiła sobie, że nie ma już żadnych marzeń i planów. Tylko te drobne, codzienne. Przeczytać parę stron książki i pospać dłużej niż pięć godzin w ciągu nocy. Pójść na spacer, wypić dobrą kawę. Wciąż dbała o Starą Szkołę, ale już bez większego entuzjazmu. Gdyby to zależało wyłącznie od niej, dawno zrezygnowałaby z prowadzenia pensjonatu. Sprzedałaby go pierwszej chętnej osobie, po czym kupiłaby kawalerkę w Wałbrzychu i znalazła sobie na ostatnie lata przed emeryturą jakąś spokojną pracę. Może w bibliotece? Ostatecznie skończyła bibliotekoznawstwo, to i owo ze studiów jeszcze pamiętała. Jeśli wciąż tkwiła na tej zapadłej wsi, bawiąc się w gospodynię, robiła to wyłącznie dla Wiktora. Z szacunku dla jego pamięci. Stara Szkoła była dla niego całym światem.

Wiktor. Jej Wiktor. Jej? Od dawna już do niej nie należał. A może nie należał do niej nigdy? Zresztą czy ludzie w ogóle do siebie należą? Mogą ich wiązać śluby, przyrzeczenia, zaimek „mój” odmieniany przez wszystkie przypadki, ale i tak są po prostu swoi. Osobni. Należący wyłącznie do siebie.

Mąż, zawsze chętnie opatrujący jej imię rozmaitymi zaimkami, przed śmiercią podzielił się z nią podobnym spostrzeżeniem. Pamiętała tamtą rozmowę, jakby miała miejsce wczoraj. Był ciepły wiosenny dzień. Wracali od onkologa. Wciąż brzmiały im w uszach jego słowa:

— Proszę państwa, nic już nie mogę dla państwa zrobić. Doszliśmy do muru.

— Pozostało leczenie paliatywne? — zapytał Wiktor. Nie zwykł uciekać przed trudnymi pytaniami. Był odważnym człowiekiem. W czasach, kiedy Bogna jeszcze go nie znała, działał z zaangażowaniem w podziemiu antykomunistycznym. Jako młody chłopak na kilka miesięcy został internowany. Niechętnie o tym opowiadał, więc Bogna nie znała szczegółów. Zresztą wszystko, czego się dowiedziała o przeszłości męża, to były opowieści z drugiej ręki, od teściowej albo kolegów męża, z którymi widywali się, gdy mieszkali w Wałbrzychu.

— Tak, pozostała opieka paliatywna. Medycyna rozkłada ręce.

Jechali z Wrocławia do domu, kiedy nagle Wiktor kazał Bognie zatrzymać samochód w środku lasu. Przeszedł przez rów oddzielający jezdnię od drzew i usiadł na trawie.

Siadła przy nim, a on wziął ją za rękę.

— Całe życie byliśmy razem, Bogusiu, ale dopiero teraz widzę, że to razem to jakaś zupełna fikcja, ściema — powiedział ze smutkiem, patrząc jej w oczy. — Rodzimy się sami, żyjemy sami i umieramy sami.

— A miłość? — zapytała, bo przecież zawsze tyle mówił o miłości.

— Miłość sprawia, że łatwiej tę samotność znieść — odparł, składając na jej czole czuły pocałunek.

*

— A śnieg pada i pada! — Westchnienie staruszki, posuwającej się wolno zaśnieżonym chodnikiem, wyrwało Bognę z zamyślenia. Starsza pani — emerytowana aktorka — przyjechała do Glinki z mężem i koleżanką. Wynajęli jeden pokój — przestronny salon na pierwszym piętrze, z dwiema sypialniami oddzielonymi parawanem z drewnianych belek, najładniejsze pomieszczenie w całym domu. Duże okno wychodziło na południe, dzięki czemu latem cały zalany był słońcem.

— Ano pada — powtórzyła automatycznie Bogna, podając gościowi ramię.

„Wypaliłam się” — przemknęło jej przez myśl. Kiedyś traktowała pensjonariuszy jak bliskich przyjaciół. Prowadziła z nimi długie rozmowy, słuchała ich zwierzeń. Do kilkorga dawnych gości wciąż wysyłała świąteczne kartki. Teraz podchodziła do swojej pracy czysto profesjonalnie. Dbała o dobre samopoczucie gości, była miła i uśmiechnięta, żegnała ich serdecznie i serdecznie witała, jednak nie wkładała już w to całego serca. Jakby choroba i śmierć Wiktora wyssały z niej całą energię, wyczerpały zasoby życiowej empatii.

A może nie o Wiktora chodziło? A przynajmniej nie tylko o niego… Nawet z Markiem przyjaźniła się tylko na pół gwizdka. Zamknęła się na ludzi, na siebie też powoli zaczęła się zamykać. Czy tak właśnie zaczyna się starość? Przestajesz czuć, kostniejesz. Może właśnie dlatego starym ludziom łatwiej jest odchodzić? Bo na niczym im już nie zależy, niczego nie pragną…

— Jak się udał spacer? — Bogna nachyliła się ku staruszce. Starała się mówić głośno i wyraźnie, wiedziała z doświadczenia, że starzy ludzie rzadko dobrze słyszą.

— Byłam tylko w kościele — odpowiedziała starsza pani, przytrzymując się poręczy. — Ziąb taki, że nie będziemy już dzisiaj wychodzić.

— Tak. I ten śnieg. Lepiej nie ryzykować. — Bogna pokiwała głową.

Doprowadziła kobietę bezpiecznie do drzwi i z ulgą wróciła do odśnieżania. Od pewnego czasu źle znosiła obcowanie ze starością. Wcześniej wcale o niej nie myślała. Nie bała się jej. Może dlatego, że przez długi czas w ogóle nie brała pod uwagę ewentualności, że kiedykolwiek będzie stara? Czasem tylko żartowali sobie z Wiktorem z więdnących aktorek czy piosenkarek, które wydawały krocie w pogoni za młodością. Plastikowe twarze, z których chirurgiczny skalpel wymazał zmarszczki, a razem z nimi indywidualne cechy urody, przerażały Bognę bardziej niż pomarszczone oblicza sąsiadek staruszek. One przynajmniej były prawdziwe. Tak, kiedy Wiktor żył, temat starości dla niej nie istniał. Od pewnego czasu jednak i ona zaczęła mieć problemy z lustrem. Coraz mniej chętnie w nie spoglądała, a kiedy już zdarzało jej się na siebie popatrzeć — to, co w nim widziała, wywoływało wyłącznie przygnębienie i żal.

 

Nie miała od kogo nauczyć się starzenia. Matka zmarła, kiedy Bogna miała dwadzieścia cztery lata. Nagle. Na zawał. W chwili śmierci była młodsza od dzisiejszej Bogny o cztery lata. Ulga, jaką poczuła, kiedy przeżyła matkę, była ogromna. Ulga i poczucie triumfu. Nie. Nie nad matką. Nad losem. Nad fatum, które sama sobie wmówiła. Dopiero kiedy obudziła się — cała i zdrowa — w dniu swoich czterdziestych szóstych urodzin, dotarło do niej, jak wielkim obciążeniem była dla niej obawa, że podzieli los matki. Jak mocno była spętana lękiem o to, że umrze tak jak ona — w wieku czterdziestu pięciu lat. I oto klątwa rzucona na córkę w dniu śmierci matki nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przestała działać. Bogna była wolna, a cała przyszłość, łącznie z datą śmierci, nareszcie i dla niej zaczęła stanowić zagadkę.

Śnieg przestał padać, postanowiła więc zakończyć odśnieżanie. Miała na sobie grubą kufajkę i czapkę, a mimo to bardzo zmarzła.

„Trzeba zmienić kwiaty” — pomyślała, mijając stojący na komodzie wazon pełen róż. Były jeszcze świeże, ale już nie tak pachnące i sprężyste jak dwa dni temu. Kolor płatków też był już inny. Obsesja świeżych kwiatów na ganku. Czy to także jedna z odsłon uporczywej walki z przemijaniem?

Jakie to dziwne, że nigdy nie rozmawiali z Wiktorem o odchodzeniu. Poza tą jedną uwagą, którą wygłosił, wracając ze szpitala, nigdy więcej nie poruszyli tematu śmierci. Musiał odczuwać ból, a jednak ani razu się Bognie nie poskarżył. Jakby do końca chciał odgrywać rolę jej rycerza.

Czasem się zastanawiała, dlaczego wybrała na męża człowieka o piętnaście lat starszego od siebie. Przecież nie potrzebowała ojca. Może chodziło o przeczucie przedwczesnej śmierci? Chciała odejść razem z mężem, a nie dwadzieścia lat przed nim? Skoro zakładała, że nie dożyje pięćdziesiątki… Życie okazało się przewrotne. Wiktor umarł pięć lat temu, a ona wciąż tutaj była.

Mężczyźni, z którymi się spotykała, zanim poznała męża, koledzy z klasy czy studiów nie rozumieli jej lęków. Byli na to zbyt młodzi, obdarzeni zbyt dużym zaufaniem do życia, za bardzo pewni, że śmierć ich nie dotyczy. Z Wiktorem szli łeb w łeb. Do czasu. Do tamtych urodzin. Wtedy jednak męża od dawna już z nią nie było.

Weszła po schodach do góry i wyjrzała przez okienko na półpiętrze. Było małe, półkoliste. Jedyne, którego nie wymienili w czasie pierwszego remontu. Lubiła na nie patrzeć, dotykać drewnianych ram z odchodzącą zieloną farbą i myśleć o dzieciach, które kiedyś chodziły tu do szkoły, a teraz pewnie były już staruszkami, o ile w ogóle jeszcze żyły. Budynek, w którym mieścił się pensjonat, był szkołą tylko do wybuchu drugiej wojny światowej. Potem stacjonowali w nim niemieccy żołnierze, a po wojnie dawną szkołę przejęli komuniści. Przez parę lat była w niej szwalnia, później budynek GS­‍-u. Rok po upadku komuny został wystawiony na sprzedaż.

Wchodząc na piętro, sięgnęła do fartucha po telefon. Nic. Żadnych wiadomości. Miała nadzieję, że nowa pracownica nie zabłądziła gdzieś po drodze albo — czego Bogna obawiała się chyba jeszcze bardziej — nie przytrafił jej się żaden wypadek. W czasie ostatniej rozmowy odradzała jej podróż wieczorem, ale kobieta najwyraźniej nie wzięła sobie jej przestróg do serca. A może po prostu nie mogła przyjechać wcześniej. Wszystko jedno — najważniejsze, żeby bezpiecznie dotarła do Glinki. I żeby się nie rozmyśliła.

Wspinając się na stryszek, usłyszała dochodzącą z pokoju staruszków cichą melodię. Chyba Szopen, Bogna nie była pewna. Nie znała się na muzyce poważnej. Zabrakło jej na to czasu, jak zresztą na wiele innych potencjalnie interesujących spraw.

Schylając się pod niską powałą, otworzyła drzwi do pokoju. Niewielkie pomieszczenie, nazywane przez Wiktora stróżówką, było przytulne, z widokiem na ogród. Podeszła do okna, które z takim zaangażowaniem pucowała parę dni temu, zapaliła nocną lampkę i włączyła radio. Wychodząc na korytarz, zostawiła drzwi otwarte na oścież. Niech będzie jak w domu.

2

Padało. Mokre płatki śniegu osiadały na szybie samochodu. Koła rozbryzgiwały brudną maź, spod której wyłaniały się czarne placki asfaltu. Zieleń choinek zszarzała pod srebrną mgiełką szadzi. Znak na poboczu ostrzegał przed leśnymi zwierzętami. Ewa zwolniła do pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Potem do czterdziestu. Kierowca za nią zaczął się niecierpliwić. W lusterku wstecznym odbiły się długie światła jego samochodu.

Włączyła kierunkowskaz i przez moment usłużnie jechała poboczem. Czarny nissan wyprzedził ją, a po chwili zniknął w oddali. Oczywiście, o żadnym „dziękuję” wyrażonym włączeniem świateł awaryjnych nie mogło być mowy. Dawna Ewa pewnie wściekałaby się na ten brak kultury, elementarnej empatii, tę dzisiejszą stać było jedynie na obojętne wzruszenie ramionami.

— Uciekasz — powiedziała matka, kiedy Ewa przyjechała do rodziców poprzedniego wieczoru, żeby się pożegnać. — Od siebie nie można uciec — dodała mądrość wyczytaną pewnie w jakimś pośledniej jakości poradniku. Odkąd Ewa pamiętała, matka zaczytywała się tego typu książkami. Każdy dzień zaczynała od cytatu, każdy dzień kończyła na sentencji. Nawet teraz, kiedy już wiedziała, że te wszystkie pozytywne bzdury nie mają racji bytu, gdy dzieje się coś naprawdę złego. Że nie zakleją żadnej wyrwy, nie ukoją bólu. Są niczym przemoczona gazeta przyszyta zamiast łaty na dziurawych spodniach. Nawet teraz, po tragedii, matka wciąż przytaczała mądre zdania wymyślone przez innych ludzi. Zresztą równie bezradnych jak ona…

Czasem Ewa żałowała, że nie ma jej charakteru. Może byłoby jej łatwiej? Wystarczyłoby pójść do kościoła lub psychoterapeuty albo zwyczajnie wypłakać się rodzicom. I już, po sprawie. Życie na powrót stałoby się znośne, odzyskałoby utracony sens. Kiedy w nic się nie wierzy, nie ma się żadnych autorytetów, człowiek jest skazany wyłącznie na siebie.

Z tą ucieczką matka miała jednak rację. Ewa uciekała. Od tamtego domu, od tamtych ulic, ludzi, zapachów, przedmiotów. Nawet ubrania kupiła zupełnie nowe. Takie, które nie pamiętały. Na których nie została ani jedna linia papilarna, ani jeden włos, ani jeden okruszek z tamtego życia.

— Dlaczego nam to robisz? — To kolejne pytanie, które usłyszała wczoraj od matki. Egocentryczna do bólu, od zawsze wszystko brała do siebie. Kiedy Ewa przychodziła do niej z problemami, za każdym razem kończyło się na tym, że to ona musiała ją pocieszać. Nawet sprawę, która zupełnie jej nie dotyczyła, matka potrafiła przekuć w osobistą porażkę. Ewa odniosła wrażenie, że i teraz całe to jej gadanie miało na celu ukojenie wyłącznie własnego bólu. Córka była w tym wszystkim najmniej ważna. Liczyło się jej — matki — dobre samopoczucie, pewność, że nie zawiodła.

— Przecież masz nas, przecież to u nas powinnaś szukać pomocy! Nie jesteś sama! Na litość boską, dziecko, nie jesteś sama! — słowotok matki działał na Ewę jak płachta na byka. Już samo patrzenie na nią, jak siedzi za stołem, skubiąc nerwowo serwetę, wyprowadzało ją z równowagi.

Ewa nie lubiła tego wnętrza. Stołu, obrusu, szklanek z kawą — od lat tych samych. Dywanu, na którym bawiła się jako mała dziewczynka… Wszystko pozostało w niezmienionej postaci od trzydziestu lat. Przez całe dorosłe życie matka niczego nie stłukła, niczego nie zniszczyła, nie wyrzuciła. W zmontowanym przez ojca kilkadziesiąt lat temu pawlaczu wciąż można było znaleźć gry Ewy, jej ubrania i kredki. W głębokich szufladach zalegały prześcieradła i ręczniki kupione jeszcze przez babkę. Staromodne, białe poszewki w delikatny wzorek, dawno już wyparte przez kolorową pościel z kory. Nawet serwetka, którą wyhaftowała jako młoda dziewczyna.

— Nie robię tego wam, tylko sobie — odparła, żegnając się z rodzicami.

Matka zrobiła obrażoną minę.

— Mam nadzieję, że zmienisz zdanie.

*

Ze zmęczenia zamykały jej się oczy, więc postanowiła się napić kawy. Na widok rozświetlonych okien baru przy stacji benzynowej zjechała na prawo. Zaparkowała, zatrzasnęła drzwiczki samochodu i weszła do środka.

Opustoszałe wnętrze raziło tandetą. Plastikowe krzesła, niedomyte stoły pokryte blatem przypominającym granitowy nagrobek, sztuczne kwiatki w kryształowych wazonikach z poprzedniej epoki. A do tego wnikający we wszystko nieprzyjemny zapach, drażniąca zmysły mieszanka starego oleju i przepoconych roboczych ubrań.

Ewa podeszła do niepozornej kobiety stojącej za barem i poprosiła o kawę.

— A może skusi się pani na jabłecznik? — Barmanka uśmiechnęła się zachęcająco.

— Poproszę — odparła Ewa po chwili wahania.

Czekając na poczęstunek, oparła głowę na rękach i przymknęła oczy. Drzemka trwała zaledwie kilkanaście sekund, ale sprawiła, że Ewa poczuła się znacznie lepiej. Kawa, którą barmanka właśnie przyniosła do stołu, właściwie nie była już jej potrzebna. Mimo to upiła pierwszy łyk, zaraz potem kolejny. Napój parzył w język, ale miał wyjątkowo dobry smak. Ciasto też smakowało tak, jakby ktoś upiekł je najdalej poprzedniego wieczoru. „Pozory mylą” — przyznała w duchu, rozglądając się z nieco większą sympatią po skromnym wnętrzu.

Jadła powoli, obserwując ciemność za oknem, co kilka minut rozświetlaną światłami samochodów podjeżdżających pod dystrybutory. Jeżeli GPS się nie mylił, została jej jeszcze godzina jazdy. Ta najtrudniejsza godzina. Właścicielka Starej Szkoły wspominała, że przy końcu trasy droga jest ciemna i kręta. Ostrzegała, żeby nie przyjeżdżać nocą. Ewa zamierzała jej posłuchać, ale pakowanie zabrało jej więcej czasu, niż przypuszczała. Sprzątanie także. Chciała zostawić mieszkanie w takim stanie, żeby Adam nie musiał się go wstydzić. W końcu zamierzał je wynająć. Po ich rozstaniu zamieszkał w wynajętej kawalerce na drugim końcu miasta. Choć była znacznie skromniejsza od ich wspólnego mieszkania, nie chciał wracać do domu.

— Nie dam rady mieszkać tu bez ciebie — powiedział podczas ostatniego spotkania. — Wrócimy tu kiedyś razem.

Denerwowała ją ta jego nadzieja. Wiara w to, że wszystko jeszcze będzie dobrze. Mogłaby setki razy powiedzieć, że nie chce z nim być, a on i tak upierałby się przy swoim. „Jeśli straciłbym nadzieję — powtarzał — to byłby koniec”.

Spojrzała na zegarek, wypiła ostatni łyk kawy i wyszła na zewnątrz. Pobocze pokryte było grubą warstwą śniegu. Na szczęście przestało już padać. Kiedyś, w tamtym życiu, lubiła podróże samochodem. Często rezygnowali z Adamem z autostrad, żeby poczuć klimat mijanych miasteczek. Robili sobie niezliczone przystanki, przyglądali się ludziom, odwiedzali bary i kawiarnie. Tylko po to, żeby choć na chwilę opuścić siebie i pożyć cudzym życiem. Kto by pomyślał, że te zabawy staną się kiedyś ich jedynym wyborem…

Otrzepała buty ze śniegu i wsiadła do samochodu. Od razu przekręciła gałkę radia. Samotny tata, hit Trójki. Szybko przełączyła na inną stację.

Droga rzeczywiście nie należała do przyjemnych. „Ciekawe, jak często dochodzi tu do wypadków” — zastanawiała się, skręcając w kolejną wąską ulicę, na której z trudem wyminęłyby się dwie osobówki. Im bliżej była celu podróży, tym bardziej żałowała, że nie uprzedziła właścicielki o godzinie swojego przyjazdu. Powinna była zadzwonić albo przynajmniej wysłać wiadomość. Ostatnio porozumiewała się z ludźmi głównie w taki sposób. Za pomocą krótkich informacji wystukiwanych na klawiaturze telefonu. Nie miała ochoty na rozmowy. Bywały dni, że przerastało ją nawet powiedzenie zwykłego „dzień dobry”. Miała nadzieję, że w nowej pracy nie będzie musiała zbyt dużo mówić, a właścicielka nie jest znerwicowaną gadułą z wewnętrznym przymusem zabijania ciszy. Nie, raczej nie. Przecież rozmawiały przez telefon. Pani Kawecka miała miły, spokojny głos. Była rzeczowa i konkretna.

Glinka. Nazwa wsi ukazała się na krótką chwilę w świetle reflektorów. Po chwili zapadły grobowe ciemności. Gdyby nie śnieg, Ewa nie widziałaby kompletnie nic. W dodatku koła zaczęły się ślizgać po podłożu. Wzięła głęboki wdech, po czym zredukowała bieg do trójki. Kwadrans w tę, kwadrans we wtę, co za różnica? Byle bezpiecznie dojechać na miejsce. Nie narobić nikomu kłopotów.

3

Stara Szkoła wyglądała dokładnie tak, jak zapowiadała jej nazwa. Wysoki ceglany budynek, do połowy pobielony farbą, liczył chyba ze sto lat. Ewa przez dłuższą chwilę stała przy samochodzie, wpatrując się w otaczający ją mrok.

— Witaj w domu — szepnęła do siebie, po czym wyjęła walizkę z bagażnika.

Od zawsze mieszkała w mieście. Najpierw, jeszcze z rodzicami, w starym bloku w centrum Chorzowa, potem na zamkniętym osiedlu w Katowicach. Nawet na wakacje wyjeżdżała do dużych miast. Gdańsk, Świnoujście, w najgorszym razie Łeba. Żadnych pipidówek z jednym sklepem. Wieś ją przygnębiała, miała wrażenie, że ludzie, którzy tam mieszkają, umarli za życia. I to typowe dla małych społeczności wścibstwo, to wtykanie nosa w nie swoje sprawy. W bloku na swoim osiedlu przez dziesięć lat zdążyła poznać tylko dwie rodziny. O reszcie nie wiedziała nic. A teraz znienacka znalazła się tutaj, na końcu świata. Może dlatego, że o niczym tak nie marzyła jak o śmierci?

 

Drzwi otworzyła jej wysoka blondynka w pikowanym szlafroku. Dwuskrzydłowe, solidne, z kołatką zamiast dzwonka w pierwszej chwili zrobiły na Ewie dość makabryczne wrażenie. Jakby ktoś nagle przeniósł ją w czasie.

— Pani Starzyńska? — Kobieta mocno uścisnęła jej rękę, uśmiechając się życzliwie. — Bardzo miło mi panią poznać! Bogna Kawecka.

Ciepłe powitanie kompletnie zaskoczyło spodziewającą się wymówek Ewę.

— Ewa Starzyńska — odparła. — Przepraszam… Za późno wyjechałam… A potem ten śnieg…

— Nie ma problemu. Najważniejsze, że bezpiecznie dotarła pani na miejsce. Martwiłam się. — Gospodyni zamknęła drzwi, po czym zrobiła kilka kroków w głąb jasnego wnętrza. — Proszę zostawić walizkę tutaj. — Wskazała wolne miejsce pod ścianą. — To cały pani bagaż? — zdziwiła się.

Ewa kiwnęła głową.

— Rozumiem. — Gospodyni nie drążyła tematu, choć musiało ją zdziwić to skromne uposażenie. — Łazienka jest w końcu korytarza, po prawej stronie. Może się pani odświeżyć po podróży, ja przygotuję kolację.

— Proszę sobie nie robić kłopotu — zaprotestowała Ewa. Fakt, była głodna, cienki kawałek ciasta, który zjadła godzinę wcześniej, tylko rozdrażnił jej żołądek, domaganie się posiłku o tej porze uznała jednak za brak taktu. To nie wina gospodyni, że zwaliła jej się na głowę w środku nocy.

— Nie ma o czym mówić. — Kawecka machnęła ręką.

*

Kiedy Ewa wyszła z łazienki, na stole stała już filiżanka z herbatą i talerz. Usiadła na ławie wyłożonej miękkimi poduszkami i rozejrzała się wokół siebie. Pomieszczenie było przytulne i kolorowe. Ani nowoczesne, ani starodawne. Z jednej strony stał piec kaflowy i lampy z barwnych szkiełek, z drugiej znajdowały się proste, sosnowe meble i regał z Ikei wypełniony książkami. Tuż przy nim na ścianie zawisło kilka obrazów — w większości pejzaży o delikatnych, pastelowych barwach, ale pojawił się też portret. Przystojny starszy mężczyzna o przenikliwym spojrzeniu i mocno zarysowanej dolnej szczęce robił miłe wrażenie. Czy to zmarły mąż właścicielki, o którym wspomniała, kiedy pierwszy raz rozmawiały przez telefon?

— Proszę się częstować. — Kawecka uśmiechnęła się, stawiając przed Ewą talerz z parującą jajecznicą. — Nie jestem co prawda taką mistrzynią jak mój świętej pamięci mąż, ale może czegoś zdołał mnie nauczyć przez tych dwadzieścia wspólnych lat.

— Na pewno będzie pyszna — odrzekła Ewa grzecznie, sięgając po grubą pajdę chleba, obficie posmarowaną masłem.

Właścicielka pensjonatu usiadła naprzeciwko i popijając herbatę z dużego kubka, przyglądała się Ewie z uśmiechem.

— Smakowała? — spytała, zbierając brudne naczynia. Wyniosła je do niewielkiej kuchni, odgrodzonej od jadalni niewysokim murkiem.

— Dawno nie miałam w ustach niczego równie smacznego — odparła Ewa. Tego, że nie potrafi sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz zjadła coś ciepłego, już nie dodała. Może było to w święta, kiedy matka wmusiła w nią trzy łyżki zupy grzybowej? Wróciła do siebie zaraz po wieczerzy, choć rodzice proponowali, żeby została na noc. Matka nawet przygotowała łóżko w jej dawnym pokoju. Choć wyprowadziła się z domu wiele lat wcześniej, wciąż miała w mieszkaniu rodziców swój pokój. Nie wiedziała, dlaczego rodzice go nie zlikwidowali. Z lenistwa? A może z sentymentu. Jechała przez puste ulice, myśląc o tym, że dla niej wszystko już się skończyło. Ciepło, rodzina, radość ze świąt, radość z czegokolwiek. To wtedy, przekraczając próg pustego mieszkania, w którym wcale nie poczuła się lepiej niż u rodziców, pomyślała, że musi coś zmienić. Definitywnie zerwać z przeszłością.

— Cieszę się. — Gospodyni wróciła do jadalni i usiadła za stołem. Nie była już młoda, światło lampy wiszącej nad stołem wyostrzyło jej rysy, można było dostrzec drobne zmarszczki wokół oczu i głębsze bruzdy przy ustach. Oznaki starzenia się wcale jednak nie odbierały jej uroku. Kawecka była typem kobiety pięknej do starości, jak Sharon Stone albo Grażyna Szapołowska. Cechowała ją podobna elegancja i godność. Zresztą przypominała te piękne aktorki także posturą. Była jak one wysoka i szczupła.

— Możemy mówić sobie po imieniu? — Wyciągnęła rękę. — Nie lubię tego całego paniowania, to takie nienaturalne.

— Tak, oczywiście. — Ewa uścisnęła jej dłoń. — Ewa.

— Bogna. — Twarz Kaweckiej znów rozpromieniła się w uśmiechu. — Brudzia wypijemy innym razem! — Wstała zza stołu. — A teraz chodź, pokażę ci twoje królestwo. — Wyszła do przedpokoju. Sięgnęła po walizkę Ewy i ruszyła do góry.

4

Zwykle nie miewała problemów ze snem, ale dzisiaj nie potrafiła zasnąć. Może spowodował to przyjazd tej kobiety, Ewy, a może fakt, że dawno minęła godzina, o której zwykle kładła się do łóżka. Nigdy nie była nocnym markiem, z Wiktorem nawet czasem się o to sprzeczali. Ona o dwudziestej trzeciej przykładała głowę do poduszki, on dopiero zabierał się za lekturę. Przeszkadzało jej światło, więc w końcu zdecydowała się na przeprowadzkę do drugiego pokoju. Od tamtej pory spali w oddzielnych sypialniach, połączonych tylko drzwiami, które jednak często otwierali. Mimo upływających lat seks wciąż był dla nich ważny.

Staruszkowie już zasnęli. Kiedy wracała na piętro po tym, jak odprowadziła Ewę na poddasze, słyszała przez drzwi ich głośne chrapanie — nieprzyjemną dla ucha symfonię charkotu, świstów i pogwizdywań. Starzyńska też pewnie już zasnęła, zmęczona po podróży. Glinkę od Katowic dzieli kilkaset kilometrów. Bogna nigdy nie była na Śląsku, ale dość często przyjmowała gości z południa. Zresztą bardzo ich lubiła. Nie tylko dlatego, że Ślązacy byli czyści i uporządkowani i nigdy nie miała problemu z bałaganem zostawionym w pokoju po ich wyjeździe. Cechowała ich także wyjątkowa skromność i serdeczność. Czy nowa pracownica będzie podobna?

Pracownica. Dziwne słowo, zupełnie niepasujące do tej dziewczyny. Ewa miała trzydzieści pięć lat, ale nie wyglądała na swój wiek. Drobna, szczupła, z krótkimi rudymi włosami ściętymi tuż przy skórze, przypominała bardziej młodego chłopaka niż dorosłą kobietę. I ten zadarty nos, na którym latem pojawiało się pewnie mnóstwo piegów. Było w jej urodzie coś niewinnego, sielskiego. Tylko oczy — smutne oczy staruszki — odcinały się wyraźnie na tle dziecinnej twarzy.

— Jak możesz wpuszczać do swojego domu zupełnie obcą osobę? — zapytał zdenerwowany Marek, kiedy Bogna powiedziała mu o pomyśle zatrudnienia nieznajomej, z którą tylko kilka razy rozmawiała przez telefon.

— Przez całe życie nie robię niczego innego — odparła, wzruszając ramionami.

Rozumiała obawy przyjaciela, ale nie podzielała ich nawet w jednym procencie. Miała nosa do ludzi, a Ewa zrobiła na niej dobre wrażenie już podczas pierwszej rozmowy. Była spokojna i stonowana. Bogna od razu wyczuła w niej pokrewną duszę.

— Dlaczego nie zatrudnisz do pomocy jakiejś dziewczyny ze wsi? Tyle tu bezrobotnych — drążył Marek.

Co miała mu odpowiedzieć? Że nie lubi młodości? Trzpiotowatych, roszczeniowych dziewczątek bez charakteru. Ewa wydawała jej się zupełnie inna. Przede wszystkim była starsza. Poza tym wykształcona. Wysłała Bognie mailem świadectwo pracy — przez kilkanaście lat była zatrudniona na uczelni. Nawet, zdaje się, miała doktorat.

To także nie podobało się Markowi. Kobieta z doktoratem rzuca pracę i zatrudnia się w gospodarstwie agroturystycznym kilkaset kilometrów od domu? Dlaczego?

— Nie wiem dlaczego i nie będę jej o to pytać, zapewniam cię. I ty też tego nie rób! — ostrzegła go, zamykając dyskusję.

Obraził się. Przez dwa dni nawet do niej nie zajrzał, ale potem przyszedł jak gdyby nigdy nic z naręczem nowych książek na wymianę i został aż do północy.

Marek. Trochę ją irytował, ale bardziej go chyba lubiła. Był inteligentny i bezpośredni, a to dwie cechy, które ceniła w ludziach najbardziej.

Poznali się już po śmierci Wiktora, a stałym bywalcem Starej Szkoły został rok temu. Od tamtej pory spotykali się niemal codziennie. Czasem pomagał jej w jakichś domowych pracach, innym razem po prostu wpadał na herbatę czy obiad. Był jedyną osobą ze wsi, z którą Bognie udało się zaprzyjaźnić. Nie utrzymywała zażyłych relacji z kobietami. Żyjąc blisko z mężem, nie potrzebowała powiernic. Nawet kiedy Wiktor zmarł, nie szukała babskiego towarzystwa.