Po cudze pieniądze

Tekst
Z serii: W cudzym domu #3
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Po cudze pieniądze
Po cudze pieniądze
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 62,85  50,28 
Po cudze pieniądze
Po cudze pieniądze
Audiobook
Czyta Donata Cieślik
29,95  21,26 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Fortuna sprzedaje to, co sądzimy, że daje.

JEAN DE LA FONTAINE

Historia opowiadana w książce Po cudze pieniądze zaczyna się w momencie, w którym opuściliśmy bohaterów powieści Za cudze grzechy. Jesteśmy w Warszawie w grudniu 1905 roku.

Luiza i Joachim Hallmannowie wyruszają pociągiem do Berlina. Jadą na święta do rodziny Joachima i na ślub siostrzeńca. Dzieci – Hannelore i Edwarda – wysłali tam już parę dni wcześniej. Niestety nie jadą wraz ze swymi przyjaciółmi, Rozalią i Dmitrijem Szuszkinami, oraz ich synami. Dmitrij, nadzwyczajny wysłannik carski odpowiadający za kwestie bezpieczeństwa w Warszawie, dowiaduje się, że grozi mu zamach. Być może jest to zemsta za pomoc konspiratorom, a może ma to coś wspólnego z mężczyznami, których Dima widział dzień wcześniej. Joachim oddaje Szuszkinom swój automobil. Chce bowiem, by jak najszybciej opuścili Warszawę.

Ale bomba szykowana na Szuszkina jest już gotowa. Jej twórcy, Ignacemu Osowskiemu, młodemu, oddanemu socjaliście, bardzo zależy, by móc się zemścić za śmierć żony. Zanim jednak bomba wybuchnie, grupa bojowa Ignacego musi wykonać wyrok. Lecz okazuje się, że ich ofiarą ma być człowiek, któremu Ignacy najwięcej w życiu zawdzięcza i który skierował go w stronę socjalistycznej idei. Mężczyzna ten nosi wiele nazwisk. On zna go jako Henryka, Edwarda, Karola i wreszcie hrabiego Maurycego. Do konfrontacji dochodzi w hotelu Bristol. Ignacemu nie udaje się zastrzelić dawnego dobroczyńcy. Ucieka z miejsca akcji po tym, jak zostaje przez niego upokorzony.

Osowski, pracujący u Joachima Hallmanna, dzień po akcji w Bristolu dowiaduje się w fabrycznym laboratorium, że jego pracodawca właśnie wyjechał do Berlina. Tym samym pociągiem, w którym miała zostać umieszczona bomba przeznaczona dla Szuszkina. Ignacy wybiega z fabryki i pędzi na dworzec, by zapobiec nieszczęściu.

Pociąg powoli rusza ze stacji…

Postacie z cyklu występujące w powieści Po cudze pieniądze

JOACHIM HALLMANN

Utalentowany wynalazca, inżynier i entuzjasta rozwoju techniki. Urodzony w Gdańsku, kończył studia w Berlinie. Początkowo nosi nazwisko von Eistetten. Zmienia je po wyjeździe z Gdańska, kiedy odkrywa, że jego prawdziwą matką była Matylda Hallmann. Ma przyrodnią siostrę Klarę i dwóch przyrodnich braci.

LUIZA HALLMANN

Urodzona we Francji. Córka Francuzki i Polaka. Ucieka przed niechcianym małżeństwem do Warszawy i zaczyna pracować jako guwernantka u państwa Lubeckich. Tam spotyka Joachima i się w nim zakochuje. Niestety Joachim w wyniku spisku zostaje aresztowany i zesłany na Sybir. Luiza ulega wówczas czarowi Maksymiliana Kwileckiego. Konsekwencją jest ciąża, ale ona wie, że nie może liczyć na kochanka. Wraz z Rozalią usiłuje zajmować się córką. Joachim po powrocie z Syberii oświadcza się Luizie i adoptuje jej dziecko.

HANNELORE HALLMANN

Córka Luizy i Maksymiliana.

EDWARD HALLMANN

Przyrodni brat Hannelore. Syn Luizy i Joachima.

ROZALIA SZUSZKIN

Z domu Lubecka. Przyjaciółka Luizy. Ma czworo rodzeństwa: Teofila, Władysława, Stanisława i Julię. Rozalia zakochuje się w Joachimie Hallmannie, kiedy ten pojawia się w wiejskim dworku Lubeckich. Dziewczyna próbuje go ratować przed zsyłką i wówczas spotyka radcę carskiego, Dmitrija Szuszkina. Początkowo traktuje go jako brutala i oprawcę. Zmienia zdanie, gdy się dowiaduje, że w spisku przeciw Joachimowi brał udział jej brat Teofil wraz z przyjaciółmi. Rozalia stopniowo przekonuje się do Dmitrija i zaczyna go darzyć miłością. Gdy los ich rozłączy na wiele lat, rezygnuje z wyjścia za mąż i pracuje na pensji jako nauczycielka. Kiedy Szuszkin ponownie pojawia się w Warszawie, zostawia dla niego rodzinny dom i z nim wyjeżdża. Ma z nim dwóch synów bliźniaków – Adama i Aleksandra.

DMITRIJ NIKOŁAJEWICZ SZUSZKIN

Rosjanin, radca i specjalny wysłannik carski w Warszawie. Pracuje też dla ochrany. Początkowo nienawidzi wszystkiego, co polskie, potem zaczyna rozumieć Polaków, a nawet im pomagać. Mąż Rozalii.

MAKSYMILIAN KWILECKI

Pochodzi ze zubożałej rodziny szlacheckiej. Były kochanek Luizy. Jego pierwsza żona zmarła przy porodzie. Wraz z towarzyszami, Zuzu Sempolskim i Teofilem Lubeckim, knuje spisek przeciwko Joachimowi. Ma talent do pomnażania pieniędzy. Może to bezkarnie czynić dzięki współpracy z oficerem ochrany. Swietow, początkowo adiutant Szuszkina, pomaga mu również penetrować środowisko socjalistów.

KLARA SCHUMANN

Z domu von Eistetten. Starsza siostra Joachima. Niezbyt lubi się z jego żoną Luizą. Wyszła za mąż za zamożnego bankiera z Berlina. Ma czworo dzieci: Martę, Wilhelma, Franza i Gustava.

IGNACY OSOWSKI

Młody człowiek oszukany przez Maksymiliana Kwileckiego, który pod pozorem niesienia pomocy wmanipulował go w zdradę towarzyszy. Najpierw zakochany w Rozalii. Odrzucony przez nią związuje się ze szwaczką Ludwinią.

FELICJA SCOTT

Z domu Hallmann. Bratanica Matyldy Hallmann, prawdziwej matki Joachima. Wraz z rodzeństwem i ciotką opuszcza kaszubską wieś i wyjeżdża do Ameryki. Bohaterka Nowego nieba.

GASTON BLANCHE

Francuz z Paryża. Mąż Julii Lubeckiej i dawny przyjaciel Luizy Hallmann. Policjant i autor książek kryminalnych.

CLAUDE DUBONNET

Najpierw niechciany narzeczony Luizy, później mąż jej matki. Oszust o wielu twarzach.

ARKADIJ SWIETOW

Początkowo adiutant Szuszkina. Oficer ochrany prowadzący własną grę. Wykorzystuje ochranę, by się wzbogacić.

Rozdział I
Hannelore, Berlin, grudzień 1905

Dwudziestojednoletnia Hannelore przyglądała się obrazowi wiszącemu nad kominkiem. Chyba jednak nie jest zbyt spostrzegawcza, dopiero teraz go zobaczyła. A przecież wisiał tu od dawna. Po jednej stronie malowidła sfora psów szczerzących zęby, po drugiej kulący się zając. I już wiadomo, co się za chwilę wydarzy. Z szaraka nie zostanie nawet skórka.

Brr, wstrząsnęła się. Dlaczego ciotka chciała mieć na ścianie taką potworność? Matka nigdy by na to nie pozwoliła. Ale Klara miała zadziwiający gust. Jej sopocka willa tchnęła świeżością, podczas gdy tu wielkie pokoje pełne były mebli obitych pluszem, ozdobnych luster i grubych dywanów. Na suficie zaś można było ujrzeć szpetnego cherubina. Niejednego. I mnóstwo kiści gipsowych winogron.

Odwróciła się od ściany, krzywiąc usta. Urok tego pokoiku zniknął już na zawsze. Szkoda, bo bardzo go lubiła. Był ostatni w amfiladzie i służył za bibliotekę. Czasem jednak ktoś tu zachodził. Tak jak teraz.

Kiedy Hannelore usłyszała zbliżające się kroki, podeszła do półki i wsunęła owiniętą w szary papier książkę za Żywot Marcina Lutra. Bardzo by nie chciała, żeby książka Colette Claudine à lécole trafiła w ręce Klary. Ile byłoby gadania! I oczywiście ciotka naskarżyłaby ojcu. To znaczy Joachimowi. W myślach Hanna wciąż nazywała go ojcem, mimo iż już od paru lat wiedziała, że wcale tak nie jest.

W drzwiach pojawiła się zarumieniona twarz Klary.

– Hannelore, naprawdę chcecie iść sami? Bez Fridy?

Dziewczyna uśmiechnęła się słodko.

– Myślę, że Frida przyda się bardziej w domu. Idą święta.

– Masz rację. I jeszcze ta wizyta Rosjan. – Klara westchnęła, jakby to stanowiło dla niej niemiły ciężar.

– Zatrzymują się w hotelu – przypomniała jej Hannelore. Bardzo się cieszyła, że wkrótce zobaczy Rozalię. Była to jej ulubiona ciotka.

– Owszem, ale nie obędzie się bez wizyty u nas. Trzeba będzie ich odpowiednio ugościć. Ten Szuszkin to w końcu arystokrata. Jego babka była hrabiną, więc pewnie ma określone oczekiwania.

Hannelore nie zamierzała wyjaśniać, że to raczej zubożała szlachta, ale wiedziała, że taka prawda nie spodobałaby się ciotce. Ciekawe, kto jej naopowiadał takich rzeczy. Pewnie matka. Luiza lubiła się snobować, kiedy miała ku temu okazję. Szczególnie wobec Klary. Życie parweniusza nie jest usłane różami.

– A tobie co tak wesoło? – zdziwiła się ciotka, kiedy Hannelore podeszła do niej i okręciła ją dokoła.

Zawsze umiała ją skutecznie rozbroić.

– Czy coś wam kupić na jarmarku świątecznym, ciotko? – zapytała, gdy wyszły z biblioteki.

– Na tych straganach? Wykluczone! – oburzyła się Klara. – Zarazę można tylko złapać. Gustav, Gustav! – zawołała do zbliżającego się syna.

Hannelore i kuzyn byli rówieśnikami, ale młody Schumann zachowywał się przy niej jak gimnazjalista. Lubił płatać figle i dowcipkować ze wszystkiego. Jako najmłodsze dziecko był mocno rozpuszczony przez matkę, która pozwalała mu na znaczniej więcej niż pozostałym. Tak jakby nie musiał już niczego w życiu udowadniać, bo to jego starsze rodzeństwo miało przecież zaspokoić ambicje matki. A ojciec? Ojciec się nie wtrącał w ich wychowanie, zrzucając ten obowiązek na żonę. Zresztą i tak go nigdy nie było, bo stale kursował pomiędzy Berlinem a Gdańskiem.

 

– Syneczku – zaćwierkała Klara i rzuciła się poprawiać wełniany szalik przy szyi chłopaka. – Jest tak zimno! Jeszcze się przeziębicie na święta.

– Ależ, mutti, obiecuję, że jak zaczniemy marznąć, od razu stamtąd odjedziemy pierwszym powozem.

– I uważajcie na Edwarda! To takie kruche dziecko.

Kruche! Akurat! Wprawdzie jedenastoletni Edward nie był szczególnie rosły, ale potrafił jeść za dwóch.

– Będziemy się nim opiekować.

Ciotka Klara nie dawała im jednak spokoju i kiedy cała trójka stała już ubrana do wyjścia, nie szczędziła im ostrzeżeń i uwag.

– Bo nie wiesz, Hanni, jaki ten Berlin jest wielki. To przecież stolica cesarstwa! Dwa miliony mieszkańców! Że też tyle narodu się tu ostatnio naniosło.

Hannelore stała w sieni z cierpliwym uśmiechem na twarzy. Nie było sensu dyskutować z ciotką i przypominać jej, że widziała już większe miasta. Była przecież z rodzicami i w Paryżu, i w Londynie. Ale Berlin bardzo jej przypadł do gustu. Taki nowoczesny i dynamiczny. Monumentalne gmachy aż zapierały dech w piersiach. Hannelore miała wrażenie, że nie tylko Berlin, całe Niemcy znajdują się w nieustannym ruchu. Było tu wszystko, o czym można marzyć. Zarówno nauka z największymi osiągnięciami technicznymi, jak i bogate życie kulturalne. A muzyka i teatr wprost znakomite. Jak mówił Joachim, było to zasługą rządu, który dofinansowywał takie instytucje jak Königliches Oper czy Schauspielhaus. Hannelore pokochała Berlin od pierwszej chwili. A teraz jeszcze bardziej, od kiedy postanowiła tu zostać.

W końcu ciotka musiała zamilknąć, bo nadjechał powóz i cała trójka czym prędzej opuściła domostwo Schumannów.

Gustav rzucił dziewczynie porozumiewawcze spojrzenie.

– Poczekaj, poprawię ci szalik, bo zmarzniesz – powiedziała Hannelore i pochyliła się nad kuzynem. Oboje skręcali się ze śmiechu.

Edward nie zwracał na nich uwagi; wyglądał przez okno powozu i obserwował przechodniów.

– Niektórzy już niosą choinki – zauważył zaaferowany. – My też będziemy mieć choinkę?

– A jak myślisz, przecież to nasza niemiecka tradycja – odparł Gustav.

– Ale ja jestem Polakiem! – wykrzyknął Edward.

Hannelore dała dyskretnie znak kuzynowi, żeby nie dyskutował z jej bratem. W tej chwili nie życzyła sobie żadnej kłótni. W sumie ani teraz, ani później. W grze, którą prowadziła, należało zachować powściągliwość. Tych słów nauczyła się od Maksymiliana. Jej prawdziwego ojca.

– Wreszcie jesteśmy – ucieszył się Edward, kiedy powóz się zatrzymał. Pochwycił łyżwy i pierwszy zeskoczył na ziemię. – Haniu, Haniu, patrz, ilu ludzi na ślizgawce!

Hannelore, pogrążona w rozmowie z kuzynem, nie zwracała na niego uwagi.

– Dwie godziny! Ani chwili dłużej! – Uniosła palec jak nauczycielka nakazująca uwagę.

– Przecież pamiętam – oburzył się Gustav. Kiedy wysiadła, krzyknął do woźnicy, by jechał dalej.

– Haniu, chodź szybko. Pokażę ci, czego się nauczyłem.

– Powoli, dzieciaku, umawialiśmy się?

– Tak, ale obiecałaś ze mną pojeździć.

– Oczywiście. Przecież mam łyżwy.

Na szczęście wyjście na ślizgawkę z Edwardem nie było dla niej żadnym poświęceniem. Uwielbiała tu wpadać, zwłaszcza że przychodziło tu zawsze znamienite towarzystwo. Częściowo na ślizgawkę, jak również by obejrzeć bożonarodzeniowe kramy. Jarmarki był dużą atrakcją dla berlińczyków. Stragany uginały się pod ciężarem świątecznych smakołyków. Można tu było również kupić świeczki na choinkę i kolorowe bombki. Czasami występował teatr Kacperka. Trzaskająca wiązka listewek, którą trzymał w ręku właściciel haczykowatego nosa, na początku budziła strach u Edwarda. Teraz chłopiec zaśmiewał się do łez na widok Kacperka w czapce krasnala.

Na ślizgawce nie było zbyt wielu osób. Hannelore usiadła na ławce, a Edward się schylił, by przymocować jej łyżwy. Niecierpliwie szarpał paski, a jego dłonie bez rękawiczek momentalnie zrobiły się czerwone.

– Młody człowieku, pozwolisz, że cię wyręczę? – usłyszeli czyjś głos za plecami. – Oczywiście, jeśli twoja opiekunka się na to zgodzi.

Oboje unieśli wzrok i zobaczyli wysoką postać.

– Porucznik Beck! – Hannelore się roześmiała, po czym obciągnęła jeszcze bardziej długą spódnicę i wysunęła spod niej bucik, do którego trzeba było doczepić łyżwę.

Cały Berlin był pełen usłużnych oficerów. To też jej się podobało. Te defilady, stukanie obcasami, wyprostowane sylwetki wojskowych, ale również pełne zachwytu spojrzenia, którymi ją obdarzali.

Nowy towarzysz poradził sobie z paskami bez żadnego problemu i pomógł Hannelore podnieść się z ławki.

– Czy mogę państwu towarzyszyć podczas przejażdżki? – spytał i niemal zasalutował.

Na pierwszy rzut oka widać było, że jest bardziej przyzwyczajony do wojskowego życia. Po raz pierwszy widziała go bez munduru. I w dodatku na łyżwach!

– Jak najbardziej – zgodziła się odruchowo i chwilę potem pożałowała. No nic, zastanowi się później, jak się go pozbyć. Oparła więc dłoń na ramieniu porucznika, który aż spąsowiał.

Jakiż on uroczy, pomyślała. I jaki nieobyty w damskim towarzystwie!

– Panno Hannelore – zwrócił się do niej, kiedy zaczęli się ślizgać. – To dla mnie taki wyjątkowy dzień, że mogłem panią ponownie zobaczyć.

– Ależ, poruczniku, był pan zaproszony do moich wujostwa na podwieczorek. Nie widziałam jednak pana wśród gości. – Hannelore zerknęła na profil Waltera Becka. Młody oficer miał bardzo przyjemny wygląd. Wysoki, ciemnowłosy, o szlachetnych rysach twarzy. Jaka szkoda, że w ślad za szlachectwem nie szły pieniądze. Walter pochodzący z Hamburga był biedny jak mysz kościelna. Tak przynajmniej uważał jej kuzyn Franz Schumann, przyjaciel Becka z wojska. Niemniej jednak świetnie tańczył. Na łyżwach też jeździł nie najgorzej.

– W wojsku nie jesteśmy panami swego losu. – Beck odwrócił głowę, próbując zajrzeć jej w oczy. – Mam nadzieję, że mi pani wybaczy.

Hannelore zatrzepotała rzęsami.

– Haniu, zobacz, jak skaczę! – Głos Edwarda przerwał siostrze możliwość praktykowania uwodzicielskich sztuczek na naiwnym wojskowym.

– Nie tak szybko, Edi! – krzyknęła, ale na próżno.

Edward odbił się od lodu i wykonał pełen obrót w powietrzu.

– Udało mi się, udało! – krzyknął na cały głos, skupiając na sobie karcące spojrzenia znajdujących się obok łyżwiarzy.

– Edi.

– Już, przepraszam! Ale chyba dobrze skoczyłem, prawda? Nauczyłaś mnie.

– Świetnie, ale nie przeszkadzaj państwu. Zachowujesz się niestosownie.

– Już nie będę – obiecał, ale w jego błękitnych oczach siostra dostrzegła zawadiacki błysk.

– Pani nauczyła brata tych skoków?

W zasadzie nie powinna się popisywać, tylko szepnąć omdlewającym tonem, że nauczycielem był jego ojciec w Warszawie, ale nie potrafiła się oprzeć. Puściła ramię Waltera i ruszyła w znacznie szybszym tempie niż jakakolwiek kobieta na ślizgawce. A potem…

Gdyby nie miała tak długiej sukienki, pewnie mogłaby zrobić jeszcze pół obrotu, ale zatrzymała się na jednym.

– Panno Hallmann… – powiedział oniemiały Beck, ale zabrakło mu słów.

– Ona jest najlepsza – oświadczył z dumą Edward.

Hannelore zauważyła, że brat ma już zaczerwieniony nos. Zaczęła się obawiać, że zbyt długi pobyt na świeżym powietrzu może się skończyć dla niego przeziębieniem. Wprawdzie nie było silnego mrozu, ale…

– Jest pani niezwykłą kobietą – wydusił Beck. Chciał dodać coś jeszcze, ale się zatrzymał, kiedy dzwony kościelne zaczęły bić na dwunastą.

Hannelore spostrzegła, że jej towarzysz się zafrasował. Podobnie jak ona sama. Czas biegł zbyt szybko.

– Czy często państwo tu przychodzą?

– Każdego dnia – oświadczył Edward.

– Jest pan zajęty, poruczniku, prawda? – odgadła Hannelore.

Spojrzał na nią z wdzięcznością, uwolniony od ciężaru skomplikowanych wyjaśnień, i rzekł krótko:

– Muszę się spotkać z wujem w Kreuzbergu.

– Mam nadzieję pana wkrótce zobaczyć. – Uśmiechnęła się zalotnie i stała przez chwilę, patrząc, jak zdejmuje łyżwy i znika pomiędzy straganami. Z zadowoleniem stwierdziła, że nie spuszcza jej z oczu.

– Edwardzie! – zwróciła się do brata, który podjechał do niej zdyszany.

– Tak, wiem. Nic mi nie będzie. Będę uważał i czekał na Gustava – wyrecytował.

Hannelore żywiła wprawdzie pewne wątpliwości, ale nie miała wyboru. Od pewnego czasu nie należała już do siebie samej. Wzięła głęboki oddech i kiedy Beck rozmył się w tłumie, ruszyła pospiesznie w przeciwnym kierunku.

Miała jednak szczęście. Zobaczyła nadjeżdżający tramwaj elektryczny. Dwa przystanki i znajdzie się na Friedrichstraße. Radośnie wskoczyła do środka i zapłaciła konduktorowi za przejazd. Usiadła na pokrytej materiałem ławce i wyjrzała przez długie, wąskie okno. Wnętrze tramwaju było przyjemnie ciepłe. Rząd grzejników znajdował się pod ławkami. Trzeba było tylko uważać, żeby zbyt mocno nie podgrzać butów. W powietrzu unosił się zapach paczuli płynący od dwóch elegantek zajętych konwersacją.

Berlin jest cudowny, stwierdziła ponownie. Tu czuła się prawdziwie wolna. Nikt nie zwracał uwagi na podróżującą samotnie młodą kobietę. A poza tym mogła poruszać się w szybkim tempie. Tramwaje elektryczne, kolejka podziemna, a w dodatku tak liczne automobile. W Warszawie pojazd Joachima był wielką atrakcją dla gapiów. Tu były one już codziennością. I metro! W zeszłym roku jechała nim z Edwardem do ogrodu zoologicznego. Przedział pierwszej klasy był taki przestronny i w dodatku z eleganckimi tapicerowanymi ławkami.

Na myśl, że urodziła się w tak wspaniałych czasach, Hannelore przepełniała radość. Nie była jak jej nudna matka, której największą radość sprawiało czytanie książek i wydawanie posiłków w ochronce fabrycznej. Hannelore stać było na znacznie więcej. Ostatnio stała się wręcz nieustraszona.

Wysiadła z tramwaju dokładnie pięć minut później. Miejsce, do którego zmierzała, znajdowało się o parę kroków w bok od reprezentacyjnej Friedrichstraße. Choć temu budynkowi również nic nie brakowało. Nowy, z wygodną i szeroką klatką schodową. Szkoda tylko, że mieszkanie na czwartym piętrze. Była jednak wysportowana i kiedy otworzyły się drzwi, wciąż czuła niespożytą energię.

– Hanni, najdroższa.

Franz, starszy brat Gustava, czekał na nią w jedwabnym szlafroku. Na jej widok od razu zaczął go rozwiązywać.

– Jaka ty jesteś zimna.

– Mam nadzieję, że mnie ogrzejesz.

Przeciągała się jak kotka, kiedy zabierał jej kapelusz, płaszczyk i sukienkę. Był jednak zbyt niecierpliwy, żeby czekać na zdjęcie pozostałych części garderoby. Ona zresztą też. Rzucili się na siebie, jakby nie widzieli się przez wieki. Franz uniósł ją i przeniósł do sypialni, gdzie znajdowało się wielkie łoże z baldachimem.

– Tak bardzo się za tobą stęskniłem.

– Bez przerwy myślę o tobie.

– Kocham cię.

– Ja ciebie też.

A potem przestali rozmawiać. Hannelore odchodziła od zmysłów, kiedy Franz uwalniał ją z resztek bielizny. Jęknęła z podniecenia i zaczęła go całować. Kochali się dobre pół godziny.

Kiedy miłosne igraszki dobiegły końca, a świat z wolna zaczął wracać do równowagi, Franz spytał:

– Wyjdziesz za mnie, prawda?

Właściwie tego pytania nie trzeba było zadawać. Od dłuższego czasu wszystko było już ustalone. Zamierzali się pobrać. Hannelore zamieszka z Franzem w ukochanym Berlinie, ale jeśli zajdzie potrzeba, pojedzie z nim na koniec świata. Od roku gorączkowo poszukiwali miejsc, w których mogliby się spotkać i kochać, ale ta gonitwa stawała się coraz bardziej męcząca i ryzykowna. Teraz uwili gniazdko miłości w eleganckiej garsonierze w samym centrum miasta. Jej wynajem musiał być dość kosztowny. Chociaż to nie miało znaczenia. Franz był majętnym mężczyzną. Hannelore obawiała się czego innego. Kiedy wróci do Warszawy, jej ukochany może wykorzystać to miejsce, by się nasycić inną kobietą. A tego by nie zniosła. Ślub trzeba było zaplanować jak najszybciej. Może na Wielkanoc?

– Pojutrze przyjadą moi rodzice – zauważyła.

– Porozmawiamy z nimi w Wigilię. To czas, kiedy nikomu nie można odmawiać.

– Myślisz, że nie zechcą Schumanna na zięcia? – Zaśmiała się. – Kto wie?

– Twój ojciec marzy o księciu z bajki dla ciebie.

To prawda. Tylko szkoda, że to nie on jest jej ojcem. A może lepiej, bo w przeciwnym razie ona i Franz byliby ciotecznym rodzeństwem.

 

– Nie, on tylko chce, żebym wyszła za mąż z miłości. Niestety ominie mnie przyszłoroczny wyjazd do Ameryki.

Mimo wszystko nie wątpiła, że Joachim ucieszy się z jej wyboru. Miała przecież wyjść za jednego z synów jego ukochanej siostry Klary.

– Żebyś mnie zostawiła dla jakiegoś dzikiego kowboja? O nie, ma belle.

Franz z lubością dotykał jej jasnych włosów. Wiedziała, że najchętniej by je uwolnił ze spinek, ale nie mieli tyle czasu.

Od roku żyli w takim szaleństwie. Po raz pierwszy stało się to w Zoppot, kiedy Hannelore gościła u Schumannów, a Franz został urlopowany ze swego pułku. Spotkała go na plaży podczas porannej przechadzki. Nie widziała go, od kiedy wyprowadzili się do Warszawy, i nie przypuszczała, że tak bardzo się zmieni. Zmężniał w armii, ale podobnie było z jego starszym bratem Wilhelmem. Tylko że Franz patrzył na nią zupełnie inaczej. Nie jak na kuzynkę czy przyjaciółkę z dzieciństwa. Szła za tym spojrzeniem jak przyciągana magnesem aż do drewutni, gdzie pożegnała się z dziewictwem. I to bez żadnego żalu czy poczucia wstydu. Poza tym nie było to bolesne doświadczenie, doszła więc do wniosku, że opowieści koleżanek ze szkoły są zmyślone. Powtarzały jedynie jakieś bzdury. Bała się tylko jednego – że będzie z tego dziecko, ale Franz wiedział, co robić. Do tej pory te śmieszne gumowe kapturki sprawdzały się znakomicie.

Hannelore odsunęła Franzowi włosy z czoła.

– Nie wiem jednak, co na to twoja matka.

– Powinna być szczęśliwa. – Młody mężczyzna się uśmiechnął. – Pozbędzie się z domu od razu dwóch synów.

Starszy brat Franza, Wilhelm, żenił się w drugi dzień świąt. I to była bardzo dobra nowina dla ciotki Klary, ponieważ od dłuższego czasu wszyscy pragnęli, by Wiluś się ustatkował. Nikt nie przypuszczał, że po hulaszczym kawalerskim życiu wybierze na małżonkę kobietę naukowca. I zapewne sufrażystkę, jak przypuszczała ciotka. Jednak ze względu na pokaźny majątek przyszłej panny młodej nie zadawała żadnych kłopotliwych pytań. Ale jak będzie w wypadku Franza? Hannelore od przyjazdu do Berlina starała się przypodobać Klarze. Ale…?

– Nie rób takich zafrasowanych minek. Dokąd idziesz, Hanni? – Franz chciał ją złapać za rękę, ale wyślizgnęła się z łóżka. Już teraz zupełnie naga.

Podeszła do zasłoniętego okna.

– Jesteś absolutnie piękna! – Nie spuszczał z niej oka.

– To może powinniśmy się zapisać do nudystów?

Hannelore podobała się Freikörperkultur. Nie przeszkadzałoby jej nawet pójście do „szwedzkiej łaźni”, które powstawały również w Berlinie. Nie miała też nic przeciwko nagiemu ciału, zwłaszcza Franza. Zamierzała już do niego wrócić, ale nagle zobaczyła za niezaciągniętą do końca zasłoną niepokojący cień. Wyjrzała za okno.

– Boże!

– Co się stało?

Franz wstał z łóżka, kiedy dziewczyna nieco uchyliła kotarę. Pod względem światła niewiele się zmieniło w sypialni. Wciąż było ciemno. Grube chmury niemal całkowicie pokrywały niebo. Jednak nie ciemność zaniepokoiła Hannelore, tylko wirujące w powietrzu grube płatki śniegu.

– Śnieżyca idzie. Muszę natychmiast wracać! – Nieco przestraszona obróciła się w stronę ukochanego. Jak zwykle na jego widok poczuła wzruszenie i zachwyt. Na chwilę przylgnęła do niego, by go pocałować.

Franz jednak nie chciał pozwolić jej odejść.

– Hanni, mamy jeszcze prawie pół godziny. Zdążysz po Edwarda.

– Franz, on jest tylko dzieckiem. Może się przestraszyć śnieżnej zamieci.

– Nie przesadzaj. – Spojrzał na zegar. – Jest już z nim Gustav. Nie ma powodu do obaw. To jest wszystko perfekcyjnie zaplanowane.

Hannelore się uśmiechnęła. Miał rację.

Młodszy brat Franza szybko dał się przekonać do uczestnictwa w jej knowaniach. Cała korespondencja z Maksymilianem, jej prawdziwym ojcem, przychodziła przecież na jego adres. On również spotykał się z kimś, o kim nie chciał, żeby matka się dowiedziała. Nie zawiedzie jej, to pewne.

Hannelore pozwoliła, żeby Franz poprowadził ją do łóżka.

– Chcę na ciebie patrzeć – poprosił, więc pozwoliła mu na to. Kiedy się położył, usiadła na nim okrakiem. A potem było już tylko unoszenie i opadanie. Aż do kolejnej ekstazy.

Pół godziny później Hannelore zbiegała po schodach, jedną ręką poprawiając szpilki do kapelusza. Jednak przed bramą zatrzymała się jak wryta.

Już nie było ciemno, tylko wszędzie biało. Padał gęsty śnieg. Zupełnie straciła orientację i pożałowała, że nie pozwoliła Franzowi sobie towarzyszyć. Przynajmniej do tramwaju. Oślepiona przez płatki śniegu, które niesione silnym wiatrem wpadały do oczu, dotarła w końcu do zakrętu. Znalazła się na Friedrichstraße. Przez wirujący śnieg dostrzegła grupę ludzi zapewne czekających na tramwaj. Kiedy podeszła bliżej, usłyszała głosy niedoszłych pasażerów:

– Nie przyjedzie, to pewne. Jak tylko zaczyna padać, przestają jeździć.

Nawet nie zamierzała czekać. Musiała złapać jakiś powóz. Tylko że żadnego nie było, a te, które udało jej się dostrzec w śniegu, przejeżdżały obok.

Nie mogła tu stać. Trzeba było coś zrobić. Po chwili wahania podjęła decyzję. Ślizgawka przecież jest niedaleko. Kwadrans spacerem. Jeśli będzie szła szybko, dotrze wcześniej niż tramwajem. Przynajmniej nie będzie marnować czasu.

Dopiero po kilkunastu metrach się zorientowała, że idzie prosto pod wiatr. Ale powrót nie wchodził w rachubę. Musi iść.

To było czyste szaleństwo – chodzić po ulicach w taką pogodę. Konie mogły ponieść i skręcić na trotuar, ona sama mogła się potknąć i połamać. Takie myśli przemknęły jej przez głowę, ale Hannelore nie była strachliwa i zawsze wybierała działanie zamiast lęków i pojękiwań. Od małego robiła wszystko, by nie być podobna do matki. Nigdy nie rozumiała, jak osoba pokroju Luizy dała radę uciec z domu i kraju. A potem dała sobie zmajstrować dziecko. Właśnie ją, Hannelore.

Nie była zbyt zadowolona, kiedy niemal po dziesięciu latach od jej narodzin na świecie pojawił się Edward, jej przyrodni brat. Jak w ogóle śmiał wtargnąć do jej jednoosobowo rządzonego księstwa! Ale kiedy maluch spojrzał na nią niebieskimi oczami, a potem zaczął się do niej uśmiechać, wybaczyła mu wszystko. Nikomu nie pozwoliłaby go tknąć.

Napędzana złością, niemal bez tchu doszła w końcu do ślizgawki. Wytężyła wzrok. Lodowisko było zupełnie puste. Przy ławkach przebiegał jedynie zbłąkany pies. Chciał się do niej łasić, ale przepędziła go krzykiem. Na straganach jarmarcznych gaszono właśnie ostatnie światełka. I całkiem słusznie. Przy takiej śnieżycy nie znajdą już chętnych na grzane wino czy pierniki norymberskie.

– Edward! – krzyknęła na cały głos, ale dźwięk został stłumiony przez śnieg. W jaki sposób w ciągu godziny mogło tyle napadać?

Jęła okrążać ślizgawkę, licząc, że Edward pojawi się z innej strony. Może ukrył się wśród straganów, szukając schronienia. To całkiem możliwe. Ona sama przynajmniej tak by zrobiła. Chyba że wcześniej znalazł go Gustav i zabrał do domu. Ciekawe, jak się w takiej sytuacji wytłumaczy przed ciotką? A miała jej się przypochlebiać.

Weszła między rzędy budek. Miejsce, wcześniej oświetlone i pachnące kandyzowanymi owocami, świerkiem i cynamonem, teraz było opustoszałe i wyglądało dość złowrogo.

– Edward! – Wydało się jej, że wiatr wcisnął imię jej brata z powrotem do gardła. Kątem oka zauważyła zbliżający się cień.

Odskoczyła w bok, kiedy postać próbowała ją złapać za ramię.

– Precz! – Obróciła się na pięcie i uderzyła kolanem napastnika.

– Auć! Co ty wyprawiasz? – usłyszała.

Gustav zgięty wpół kucał na śniegu. Obok niego leżały dwie pary łyżew.

– Przepraszam. – Schyliła się ku niemu. – Myślałam, że to ktoś obcy. Widziałeś Edwarda?

Gustav podniósł się i spojrzał na nią z ukosa.

– Krążę tu prawie od godziny. Od początku śnieżycy. Już wówczas go nie było.

– To co zrobimy?

Hannelore otarła śnieg z twarzy.

– Jeszcze raz będziemy go nawoływać z obu stron, a potem poszukamy pomocy.

Ciekawe gdzie? Wszyscy się pochowali w domach.

– Hanni, kto cię nauczył tak bić?

Wzruszyła ramionami.

– Miałam parę lekcji – odparła i ruszyła w kolejną rundę dokoła ślizgawki.

Lekcje pobierała w Paryżu u mistrza z Kioto, który nie uważał, że w przyjmowaniu uczennic jest coś dziwnego. Przecież japońskie kobiety odznaczały się niezwykłą walecznością i biegłością w sztukach walki. Potrafiły pokonać w pojedynkach mężczyzn!

Jednak ze śniegiem nie można było wygrać. Hannelore coraz szybciej krążyła dokoła, przemarznięta i ochrypnięta od nawoływania Edwarda. I coraz bardziej zrezygnowana.

Mein Gott! – Ciotka Klara pojawiła się natychmiast, kiedy weszli do sieni. – Wreszcie jesteście, a ja już od zmysłów odchodzę. Trudi! – krzyknęła do służącej. – Przygotuj migiem gorącego miodu, bo ani chybi zapadną na płuca.