Domy z soli

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ALIA

Kuwejt

Grudzień 1967

Woda chluszcze z prysznica, wzbijając kłąb pary. Alia upuszcza koszulę nocną na podłogę. Klęka przy skraju brodzika, wkłada koniuszek palca pod strumień, krzywi się. Woda jest zawsze gorąca, zbyt gorąca. Plamy pleśni już wykwitają na żółtej zasłonie – Widad ją wybrała, twierdząc, że to wesoły kolor – choć mieszka tu z Atefem od niecałych czterech miesięcy.

Alia wchodzi do środka, nie odrywając oczu od małego okienka, znajdującego się dokładnie przed kabiną prysznicową. Za szybą widać kilka centymetrów miasta: parking przed ich osiedlem, inne wille, szeroki pas chodnika. Niestrudzenie błękitne niebo. Alia rozprowadza szampon po włosach, zamyka oczy i robi krok w tył, pod strumień. Woda zatyka jej uszy.

Przez chwilę jest zanurzona w gorącym deszczu, nie oddycha. Stoi pod wodą, aż zaczynają ją boleć płuca. Następnie namydla całe ciało. Gęste kuwejckie saboun jest szorstkie, wysusza jej skórę. Pociera nim tułów okrężnymi ruchami, jak zawsze wspominając przy tym białe i jedwabiste mydło o jaśminowym zapachu, którego używała w Nablusie.

Kiedy wychodzi z brodzika, otacza ją chmura pary. Nad toaletą wisi szafka z ręcznikami złożonymi w schludne stosiki. Alia wybiera miętowy, swój ulubiony, i owija się nim ciasno.

– O, Boże – jęczy. Opiera się dłońmi o umywalkę, próbuje powstrzymać falę mdłości.

Idzie do sypialni, zostawiając za sobą ścieżkę mokrych śladów. Toaletka jest zastawiona dziesiątkami buteleczek i słoiczków, perfum, kremów i kosmetyków. Jedynym śladem obecności Atefa jest flakon wody kolońskiej. Alia sięga po porcelanowe puzderko i wyjmuje ze środka kilka wsuwek, bierze je w zęby i odwraca się do lustra. Wilgotne loki spływają jej na piersi. Zabiera się do misternego, znajomego rytuału upinania fryzury.

Kiedy kończy, unosi brodę i obraca się wokół własnej osi. Posyła niechętne spojrzenie do lustra. Rozplata ręcznik, zmusza się, żeby popatrzeć na swoje nagie ciało. Na odkryte ramiona, piersi o ciemnych sutkach. I niżej, ku nieuniknionemu: na zaokrąglony brzuch.

Kwaśny strach znów podchodzi jej do gardła. Alia zamyka oczy i wciąga głęboko powietrze. „Policz do dziesięciu”, nakazuje sobie w myślach. Wstrzymuje oddech i wypuszcza z cichym stęknięciem.

* * *

Próbowała powiedzieć Atefowi już z dziesięć razy.

Nie zamierzała trzymać dziecka w tajemnicy. Kiedy w październiku poczuła pierwsze mdłości, sądziła, że to jej organizm jeszcze nie przywykł do pustynnych upałów. W Kuwejcie żar lał się z nieba nawet późną jesienią. Od gorąca miała zamglony umysł i ciało tak rozmiękłe, jakby straciła wszystkie kości.

Za każdym razem się wycofywała. Czuje zawstydzenie na samą myśl, że miałaby to z nim przedyskutować – bo wyznanie prawdy oznaczałoby nawiązanie do tamtej sierpniowej nocy, kiedy znalazła go w wannie. To był jedyny raz od jego powrotu, kiedy się zbliżyli – nie kochali się, raczej spółkowali gorączkowo i desperacko, prężyli się, szarpali i gryźli. Alia jeszcze przez tydzień miała spuchnięte wargi, po jej udach pięły się ścieżki rozkosznych siniaków. Nawet ona rozumiała, że ta obłąkana noc była czymś chorym. Pojmowała naturę cierpienia Atefa. W tych pierwszych tygodniach żadne z nich nie mogło wymówić imienia Mustafy, bo Atef natychmiast zaczynał szlochać.

Od tamtego dnia minęło kilka miesięcy – ciało Alii wyświadcza jej przysługę i zachowuje szczupłą sylwetkę, tylko podbrzusze nieco się zaokrągliło – ale teraz, kiedy mąż już nie przesiaduje bezwładnie przed telewizorem i nie snuje się po pokojach ich nowego domu jak lunatyk, Alia za bardzo się boi powiedzieć cokolwiek, co wytrąciłoby go z równowagi. Po powrocie Atefa z wojny wszystko, co wiedziała o mężu, rozproszyło się jak nasiona dmuchawca niesione dziecięcym oddechem.

* * *

To matka ubłagała Alię, żeby pojechała do Kuwejtu. Powiedziała córce, że Widad źle się czuje – że dręczy ją milion różnych dolegliwości, a do tego zaognił się jej artretyzm.

– Bez przerwy o ciebie pyta – westchnęła Salma po drugiej stronie słuchawki. – Nie rozumie, dlaczego nigdy jej nie odwiedzasz.

– Nie wiedziałam, że drogi do Kuwejtu prowadzą tylko w jedną stronę.

– Nie bądź złośliwa. Jest jej ciężko.

Wreszcie Alia niechętnie się zgodziła. Nablus był zachłyśnięty majem. Mustafa zawiózł siostrę na lotnisko w Jordanie chłodnym rankiem. Atef siedział na przednim siedzeniu, nadąsana Alia z tyłu.

– Mam nadzieję, że nie spakowałaś więcej takich sukienek. Widad mówi, że nie odsłania nawet nadgarstków – rzucił Mustafa.

– Jaka ona porządna – warknęła. Lot był wczesny i wszyscy musieli wstać przed świtem. Alia miała suche oczy, piasek pod powiekami.

– Alio – powiedział cicho Atef. Przez cały ostatni tydzień w ich domu iskrzyło od kłótni o wyjazd.

Widad była dla Alii praktycznie obcą osobą, z którą przez ostatnią dekadę widziała się cztery czy pięć razy, kobietą zawsze ubraną w workowate sukienki i mamroczącą wersety z Koranu, kiedy coś ją przestraszyło. Wizja całego miesiąca – miesiąca! – z siostrą w Kuwejcie, mieście, które Alia wyobrażała sobie jako beżową jałowiznę, była nie do zniesienia.

Na lotnisku nadal była naburmuszona. Kiedy Atef ją pocałował, za karę wetknęła mu język do ust. Wzdrygnął się i rozejrzał dookoła, zawstydzony taką sceną w miejscu publicznym.

Habibti – zaprotestował, kładąc jej dłoń na ramieniu.

W hali odlotów było gęsto od ludzi, gwarno od pożegnań. Alia strząsnęła rękę męża. Czuła się zesłana na wygnanie, odprawiona jak dziecko. Była zazdrosna, że oni spędzą jej ulubiony miesiąc w Nablusie we dwóch, bez niej. Miała przegapić dwa wesela i narodziny dziecka bliskiej przyjaciółki.

– Skarbie, to tylko kilka tygodni. Kocham cię.

– Ciebie też – wymamrotała ostentacyjnie obojętnym tonem.

Mustafa zagwizdał.

– No weź, rozchmurz się.

– Spadaj – prychnęła, odwracając się do brata. Podniosła walizkę i ruszyła w stronę bramek.

Ja, Alia, to ostatnie, co powiesz swojemu dobremu, przystojnemu bratu? Który wiózł cię całą drogę na lotnisko? Z tym mnie zostawiasz? – zawołał za nią Mustafa ze śmiechem, ale Alia odmaszerowała, udając, że go nie słyszy.

* * *

Wyjazd natychmiast okazał się katastrofą. Alia bez przerwy używała tego słowa w rozmowach z matką, Atefem, z przyjaciółkami; później wstydziła się, że przychodziło jej to z taką łatwością.

– Mieliśmy ciężką wiosnę – powiedziała Widad na lotnisku w Kuwejcie. Mimo to Alia nie była przygotowana na duchotę, która uderzyła ją, gdy tylko wyszły na zewnątrz. Poczuła się osaczona.

Odnotowała szok organizmu jeszcze przed gorącem. Spiekota była otumaniająca. Alia nie wiedziała, że słońce może grzać z taką wściekłością, a powietrze parzyć, że nawet oddychanie staje się sportem olimpijskim. Żar okazał się tak absolutny, że po zaledwie kilku sekundach nie pamiętała, jak wygląda życie bez niego.

Nigdzie nie zdołała znaleźć chwili wytchnienia. Przez cały długi czerwiec śniła o lodowatych jeziorach i o tym, że wchodzi do ogromnej lodówki barwy bzów.

Skoncentrowała całą uwagę na rozweselaniu siostry i próbowała zadomowić się w ogromnej, choć ponurej willi Widad i Ghaziego, stojącej na osiedlu zamieszkanym przez rodziny arabskich imigrantów, głównie profesorów, inżynierów i lekarzy. Ghazi też jest inżynierem, pracuje do późna w firmie w centrum Kuwejtu. Alia spotkała go wcześniej dwa razy: na weselu siostry, kiedy była bardzo młoda, i pięć lat temu, gdy Ghazi i Widad przyjechali w odwiedziny do Nablusu. Nawet go polubiła; troszczył się o jej siostrę i bardzo na nią uważał. Czasami za dużo mówił i zawsze czuć było od niego dziwny zapaszek, coś jak kapusta albo nieświeża woda, ale ogółem Alia uważała szwagra za solidnego, łagodnego człowieka.

Zazwyczaj spędzała całe dnie z Widad, nierzadko w towarzystwie jej hinduskiej gosposi Bambi. Alia wzięła na siebie rolę żwawej młodszej siostry, zachęcającej Widad do wspólnych wyjść i jedzenia dużych posiłków, ale takie zachowanie nie leżało w jej naturze. Po tygodniu policzki bolały ją od uśmiechów.

– Chodźmy na rynek – mówiła wesoło.

Albo:

– Spotkajmy się z twoimi koleżankami!

Te wycieczki wydawały się nie mieć końca. Widad miała kierowcę, żywotnego starszego Hindusa imieniem Adżit, który posłusznie woził je do sklepów z sukienkami i do willi innych ludzi. Siostry odwiedzały znajome Widad i piły herbatę bez smaku w salonach z kobietami o dekadę starszymi od Alii. Była przyzwyczajona do wizyt u przyjaciółek w Nablusie, gdzie kobiety głośno się śmiały, paliły papierosy i opowiadały sobie sprośne żarty, szokując się nawzajem różnymi sekretami. Spotkania w Kuwejcie były duszne i mdłe, kobiety rozmawiały o cenach sreber i ostatniej fali upału. Alia wymykała się do łazienki i przewracała oczami przed lustrem. Popołudniami kupowały słodkości w cukierni niedaleko osiedla. Widad je uwielbiała, więc Alia jadła razem z nią, choć mdliło ją od cukru – syrop był zbyt ciężki na taką pogodę. Kiedy wreszcie wracały do domu, Widad była w lepszym nastroju, trochę więcej mówiła i się śmiała, lecz Alia czuła się wyżęta z energii i tak wynudzona, że prawie całowała Ghaziego z ulgi na powitanie, kiedy słyszała jego klucz w drzwiach.

„Zabierz ją”, chciała wykrzyczeć. Widad nie była przykra ani złośliwa, tylko nieznośnie, okropnie smętna. Ospała, melancholijna i zrezygnowana Widad poddała się życiu i poświęciła do reszty składaniu prześcieradeł oraz sprawdzaniu, czy Bambi dobrze starła kurze. Spędzała długie godziny na gotowaniu obiadów, bez końca trzęsąc się nad każdą przyprawą.

– Jak myślisz, powinnyśmy użyć kardamonu? – pytała Alię w przegrzanej kuchni. – A może goździków?

 

Nawet przy stole zadręczała siostrę.

– Użyłam jogurtu zamiast mleka, nie jest zbyt zawiesiste?

Któregoś popołudnia Alia z rozpaczą patrzyła, jak Widad przez blisko dwie godziny porządkuje spiżarkę. Nie mogła zrozumieć tego zamiłowania do prac domowych. Siostra wydawała jej się lustrem, ukazującym jakąś alternatywną rzeczywistość wypełnioną zwijaniem skarpetek męża, karceniem Bambi za przesolone mięso, snuciem się po pokojach willi, która bardziej niż dom przypominała mauzoleum.

Czasami wieczorem Alia rozmawiała przez telefon z Atefem.

– Nienawidzę tego miejsca – szeptała jak zakładniczka. – Wszystko śmierdzi gotowanym mięsem. I ten upał. Atef, tu jest jak w piecu.

– Już niedługo – odpowiadał. – Tęsknię za tobą. Niedługo się zobaczymy.

Już przeszła jej złość na Mustafę, na koalicję między mężem a bratem. Tęskniła za swoją sypialnią, za ukośnymi wzgórzami Nablusu, za głosami mężczyzn, śmiejących się z jej przypalonych posiłków. Nie mogła się doczekać powrotu.

* * *

Powrót Alii do Nablusu został zaplanowany na pierwszy wtorek czerwca. Przez ostatni tydzień tak już się na to cieszyła, że była skłonna znosić trajkotanie Widad o kminie rzymskim i krochmaleniu bawełny, a nawet pomogła siostrze gotować maklubę: wrzucała plastry bakłażana jeden po drugim na skwierczącą patelnię. Na cztery dni przed wyjazdem spakowała walizkę. Między warstwy ubrań powtykała prezenty dla przyjaciółek, brata i Atefa.

– Ale wrócisz? Może na Id al-Fitr? – spytała Widad przy kolacji dwa dni przed lotem Alii. Przygotowała szisz tauk; kurczak okazał się przepyszny.

– Czemu nie? Może znowu na miesiąc – zgodziła się Alia.

Z zaskoczeniem uświadomiła sobie, że mówi szczerze. Teraz gdy już miała wyjeżdżać, wszystko – siostra, Ghazi, ich przepastna willa – nagle zaczęło jawić się jej w przyjaźniejszym świetle. Zjadła dokładkę i położyła się spać szczęśliwa.

Następnego dnia rano Alia postanowiła wybrać się do swojej ulubionej krawcowej. Podczas pobytu w Kuwejcie kilka razy była w sklepie umm Omar. Adżit woził ją do pasażu przy ulicy Salamiyah, zapchanej zakładami krawieckimi, obuwniczymi i sklepami z materiałami z Bangladeszu, Paryża, a nawet Dalekiego Wschodu.

Sklepik umm Omar znajdował się na rogu – nijaka witryna nie oddawała sprawiedliwości wystrojowi wnętrza. Mąż kobiety był żołnierzem i wiele lat temu zginął w eksplozji w Algierii. Cały sklep zdobiły afrykańskie akcenty: wiązki rozmarynu i szałwii związane satynowymi wstążkami, czaszki maleńkich zwierzątek, którym się nie poszczęściło, marokańskie dywany na ścianach. Wszędzie stały jaskrawe pufy, a przebieralni strzegły brązowiejące liście palmowe. Z magnetofonu przy kasie płynęła zawodząca algierska muzyka. Umm Omar co tydzień rozwieszała nowe sukienki, a starsze odsuwała w głąb. Kłęby tafty wystawały spod szmaragdowego jedwabiu; wszystkie ubrania pachniały beduińskim kadzidłem. Dla Alii nie było wspanialszego, bardziej egzotycznego miejsca. W monochromatycznej nudzie Kuwejtu ten sklepik stanowił niespodziewany rozbłysk życia.

Umm Omar była pomarszczona, włosy miała zakryte chustą, choć do sklepu wstęp miały wyłącznie kobiety. Jej arabski był szorstki, każde słowo brzmiało ostro i burkliwie.

– Jesteś na to za wysoka – oznajmiała opryskliwym tonem, kiedy palce Alii zatrzymywały się na szczególnie frymuśnej sukience. – Masz kości długie jak struś. Musisz się tak ubierać, żeby to do nich pasowało.

Ku wielkiemu rozczarowaniu Alii umm Omar zawsze wybierała jej nieskomplikowane sukienki z prostym dekoltem, choć oczy młodej klientki zawsze zahaczały o wyszywane cekinami materiały, o różowe i zielone frędzelki innych strojów.

Tego ranka Alia sięgnęła po fuksjową sukienkę z przepysznie lśniącego materiału. Umm Omar cmoknęła z dezaprobatą i odsunęła Alię na bok, po czym wybrała dla niej inną, długą i szarą. Jedwabiu nie zdobiło nic poza prostą kokardą na środku dekoltu. Alia hardo sięgnęła też po sukienkę w kolorze fuksji i zabrała obie do przymierzalni. Kiedy ją włożyła, materiał oblepił jej biodra, a kolor źle wyglądał przy jej karnacji. Za to w szarej wyglądała jak gwiazda filmowa.

– Masz ładne obojczyki – zawyrokowała umm Omar, kiedy Alia wyłoniła się z przymierzalni. Przy każdej wizycie powtarzała tę uwagę. Kobieta włączyła niewielki telewizorek ustawiony za kasą. Ekran co chwila podskakiwał i śnieżył, a wtedy umm Omar klęła pod nosem i waliła w urządzenie, aż dygotały anteny.

Alia z zachwytem przejrzała się w lustrze. Było strasznie stare, w pożółkłym szkle jej skóra wyglądała jak nie z tej ziemi. Sukienka była nieco rozkloszowana przy kostkach. Alia zerknęła w stronę umm Omar, po czym zrobiła piruet. Czuła się śmiało i pewnie, jak zagraniczna aktorka w filmie. Uśmiechnęła się do swojego odbicia.

W tej samej chwili umm Omar wydała z siebie niski, sykliwy dźwięk.

– Co za bydlęta! Sucze syny, zrobili to. – Przejęta kobieta zerwała się na nogi, przewracając stołek. Zaczęła wymachiwać rękami.

– Co? Co? – Alia podbiegła do starszej pani, uważając, żeby nie zahaczyć sukienką o ladę. Ekran zalały eksplozje światła, kamera zadygotała, śledząc łuk przelatującego samolotu. Maszyna wypluła coś z podbrzusza, co po chwili zapłonęło w powietrzu.

– Co? – powtórzyła Alia, wpatrując się nierozumiejącym wzrokiem w telewizor.

Umm Omar prawie podskoczyła. Kiedy zaczęła mówić, ślina pryskała na wszystkie strony.

– Izraelczycy! Zrobili to. Zrobili to. Chodzą na palcach jak tchórze, podkradają się o świcie. W nocy podeszli naszych chłopców. Są w Synaju.

– Nie w Palestynie. – Głos Alii zadrżał z ulgi.

– Jeszcze nie! Ale jesteśmy na to przygotowani, możesz mi wierzyć! Palestyna, Jordania, Irak. Czekaliśmy na to. Nie wiedzą, co narobili, sucze syny bez matek. Nie mają pojęcia, co zaczęli! – Oczy kobiety błyszczały. Odwróciła się do Alii i popatrzyła na nią życzliwie. – Daj mi to, kochana. Zapakuję. W szarym ci do twarzy.

Alia chciała zaprotestować, jedwab nagle zaczął drażnić jej skórę. Mimo to posłusznie wróciła do przebieralni i bezmyślnie zdjęła sukienkę. Brzuch miała śliski od potu. Całą sobą tęskniła za sypialnią w Nablusie, za firanką powiewającą na lekkim wietrze.

Umm Omar uparła się, że podaruje Alii sukienkę za darmo. Powiedziała, że to wczesny prezent z okazji zwycięstwa. Alia jak przez mgłę patrzyła na starszą panią, owijającą jedwab w brązowy papier. Kobieta obwiązała pakunek wstążką, zawinęła ją zamaszystym gestem.

Kiedy Alia wyszła na chodnik, nie poznała ciemnego sedana i znajomej postaci Adżita za kierownicą. Przez kilka chwil stała oszołomiona upałem, światłem, wydarzeniami sprzed chwili. Słońce prażyło jej nad głową. Było jeszcze wcześnie.

* * *

Alia podchodzi naga do szafy. Włosy ciążą jej na czubku głowy. Przesuwa kolejne sukienki i spódnice, zwisające z cedrowych wieszaków. Prawie wszystkie są nowe, kupione w ciągu kilku ostatnich miesięcy.

To ona wymyśliła, żeby urządzić przyjęcie. Uznała, że wszystkim dobrze zrobi uczczenie Nowego Roku.

– Zaprosimy Szafików, Mouradów, Qiblawów – powiedziała Atefowi. Poznała te rodziny podczas tygodni, które spędziła tu przed jego przybyciem. – Okazali mi wtedy dużo życzliwości.

– Jeśli chcesz – odparł Atef i to właśnie ta odpowiedź, obojętna i monotonna, dała Alii motywację do działania.

Tak naprawdę wcale nie zamierzała organizować przyjęcia po to, żeby odwdzięczyć się za dobroć tych nieciekawych ludzi, którzy w większości pracują z Ghazim, a ich żony przyjaźnią się z Widad. Alia po prostu nie mogła znieść myśli o spędzeniu Sylwestra tak samo jak większości wieczorów – przed telewizorem, słuchając polityków obszczekujących się z niezadowoleniem. Albo jeszcze gorzej, brnąc przez udawane celebracje w domu jej siostry, gdzie cała czwórka prowadziłaby wymuszoną rozmowę albo pozorowała zachwyt ciastem ananasowym Widad, tak samo jak niedawno w urodziny Alii. Po odśpiewaniu życzeń tort został pokrojony na kawałki, a Alia uciekła do łazienki i wepchnęła sobie ręcznik do ust, żeby stłumić szlochanie. Ich mizerna, wyczerpana czwórka, ten okropny kraj, udawanie radości nad obrzydliwie słodkim ciastem: Alia miała dość powodów do żałoby.

Nie, sprosi ludzi, dużo, jak najwięcej, niech zapełnią pokoje, niech się stłoczą na podwórku. Lepiej otoczyć się głosami i śmiechem, kolorowymi sukienkami i błyszczącą biżuterią. Niech ten zgiełk na chwilę ukryje pustkę.

* * *

Alia wchodzi do kuchni. Zastaje Widad przy stole zasypanym krzaczastymi wiązkami mięty.

Obok stoi miska wypełniona po brzegi wodą. Widad bierze w palce gałązkę mięty, obrywa listki i upuszcza je do miski. Liście przez chwilę unoszą się na wodzie, aż wreszcie toną i ciemnieją do barwy głębokiego szmaragdu.

– Dzień dobry – odzywa się Alia. Widad zdjęła chustę. Słońce leje się z kuchennych okien i rozświetla jej włosy, nadając im bursztynowy połysk.

– Przyszłam trochę wcześniej. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko. Jest strasznie dużo do zrobienia.

– Nie, w porządku – mówi Alia, przysiadając się do siostry. Przez ostatnie miesiące ich relacja złagodniała, spowszedniała, nabrała znajomych kształtów.

– Nalać ci? – Widad wskazuje brodą w stronę kuchenki. Na palniku stoi nowy ibrik. W powietrzu unosi się ciężki aromat kawy. Alia spaliła poprzedni po niecałym tygodniu pobytu w Kuwejcie. Nawet kiedy go wyszorowały i wymoczyły w osolonym wrzątku, denko nadal było czarne.

Od zapachu Alii przewraca się w żołądku. Odwraca wzrok.

– Może później.

Bambi siedzi w kuchennej alkowie z Priyą, gosposią zatrudnioną przez Widad dla Alii kilka miesięcy temu. Kobiety rozmawiają w swoim świergotliwym języku, a na stole między nimi piętrzy się góra ziemniaków, marchwi, pietruszki i fasoli. Obie siedzą z pochylonymi głowami i kroją warzywa.

– Dzień dobry – mówi do nich Alia. Kobiety odpowiadają na powitanie.

Madame – odzywa się Priya powolną angielszczyzną. – Pan dzwonił rano. Ja mu powiedziałam, że pani jest w prysznicu. On później zadzwoni.

– Mmm. – Alia zaczyna gmerać przy radioodbiorniku na kuchennym blacie. – Dziękuję. – Jej umysł natychmiast się jeży i odsłania kły. Teraz zawsze tak reaguje na wzmianki o mężu. Pokrętła są grube i przysadziste, stawiają opór jej palcom, kiedy próbuje dostroić stację.

– Którą sukienkę dzisiaj włożysz? – chce wiedzieć Widad.

– Och. – Alia wychwytuje dzwoneczki melodii stacji informacyjnej. – Tę czarną. – Podkręca głośność. Dźwięki zapowiadające wiadomości nagle gasną, przerwane chmurnym kobiecym śpiewem.

Oum Kalthoum.

To jedna z piosenek upamiętniających dzień Nakby, dzień katastrofy. W ciągu ostatnich kilku miesięcy powstało wiele podobnych, zawodzących żałościwą linią skrzypiec i śpiewem opłakującym straty poniesione na wojnie. Przegraną. Piosenki są puszczane codziennie na wszyskich kanałach, nawiedzają pokoje gościnne, bazary, nawet szkoły – wdzierają się w każdy zakątek Kuwejtu i innych arabskich miast, Alia dobrze o tym wie. Lamentują nad śmiercią swoich mężczyzn, nad utraconą ziemią, ale przede wszystkim nad samą porażką, nad gorącym, rozpełzającym się wstydem przegranej. W uszach Alii te melodie brzmią teraz bardziej znajomo niż którakolwiek kołysanka z dzieciństwa. Nie da się przed nimi uciec.

Siostry jednocześnie wydają z siebie takie samo sfrustrowane stęknięcie. Alia odwraca się do Widad. W oczach starszej kobiety migoczą nietypowe dla niej przewrotne ogniki.

– Wyłącz to, na litość Allaha – mówi.

Zaskoczona Alia parska śmiechem. Zaczyna przedrzeźniać monotonny ton dziennikarzy i polityków, którzy przez ostatnie miesiące gęsto zaludniają każdy kanał w radiu.

– Bracia, siostry. Nadszedł czas żałoby. Ubierajcie się w czerń. Powiedzcie dzieciom, że należy opłakiwać naszą stratę. – Alia małpuje poważny głos lektora i fałszuje refren piosenki. – Aaaa, uuuu…

– Alia! – strofuje ją Widad ze śmiechem, zszokowana, ale i rozbawiona. Potrząsa głową, widząc, jak siostra rozcapierza palce i odchyla głowę, zawodząc głośno do wtóru melodii. Priya i Bambi chichoczą. Widad odkłada wiązkę mięty na blat, zakrywa twarz dłońmi. – Wyłącz to – sapie z uciechy. – Wyłącz.

Alia z zadowoleniem przycisza radio. Siada naprzeciwko Widad, chwyta pęczek mięty. Zerka na siostrę spod opuszczonych rzęs, grzejąc się w jej uśmiechu, ciesząc się z tej niespodziewanej przyjemności.

 

* * *

– Mięso będzie potrzebować jeszcze z godzinę. – Widad mruży oczy, spogląda na zegar nad głową. Mięta jest już umyta i wysuszona, warzywa pokrojone w równiutką kostkę. – Będziemy miały mnóstwo czasu na resztę. – Odwraca się do Hindusek. – A dla was już wszystko gotowe?

– Tak, madame – potwierdza Bambi.

To Widad wpadła na pomysł, żeby gosposie i kierowcy gości też mogli świętować. Wymyśliła, żeby urządzić dla nich drugie przyjęcie w altanie – mówili na nią „mały domek” – obok willi, w której śpi Priya. Pracownice nie kryją entuzjazmu, od tygodnia trajkoczą o tym, jaką będą puszczać muzykę, i zaplatają kolorowe, błyszczące dekoracje. Kiedy Alia na nie patrzy, wstydzi się, że jest taka nieszczęśliwa.

– Macie wszystko, czego potrzebujecie? – pyta po angielsku. Uwielbia mówić w tym języku, który zupełnie zatraciła od czasów szkoły. Kiedyś to był jej ulubiony przedmiot, delektowała się jego melodyjnymi, płynnymi ciągami samogłosek. – Potrzebujecie więcej soku albo słodyczy?

– Nie, madame – odpowiada Bambi.

– Nie, madame – wtóruje jej Priya. Jest drobniutka i zaledwie rok starsza od Alii, która zawsze odczuwa dziwny dysonans na myśl, że ktoś w tym samym wieku co ona może mieć tak pogodne usposobienie.

– Mówiłaś, że Awadahowie przyjdą? – upewnia się Widad.

– Tak, i Khalilowie też. On jest dziekanem.

– Wspaniale – wzdycha Widad z rozmarzeniem. – To dobrzy ludzie. Tak się cieszę, że Atef poznał kilka osób na uniwersytecie. Ghazi mówi, że świetnie sobie radzi.

– Tak. – Alia nie dodaje nic więcej. Nie chce być nielojalna.

– To zajmie trochę czasu – pociesza Widad. – Wam obojgu.

Wśród listków mięty chowa się mszyca. Alia bierze podrygujące ciałko w palce i zgniata w chusteczce. Była zdumiona, kiedy Atef przyjął profesurę na uniwersytecie. Myślała, że Kuwejt będzie dla nich tylko przystankiem, chwilowym punktem na mapie.

– A teraz zapraszacie przyjaciół – ciągnie Widad. – Budujecie nowe życie. – Wyciąga rękę przez stół i ściska dłoń siostry. W jej oczach maluje się powaga. – Po Nablusie, po… – waha się. – Po Mustafie.

Alia pochyla głowę.

– Chyba tak.

Wstydzi się własnej dwulicowości, puls huczy jej w uszach. Nie zająknęła się przed Widad ani słowem o ciąży. I co gorsza, nie wspomniała też o pomyśle, który zakiełkował jej w głowie i rozrasta się z każdym dniem, zapuszcza korzenie, upaja.

* * *

Do Ammanu. Do matki, ciotek, kuzynostwa i przyjaciółek z dzieciństwa, które przeprowadziły się tam z Nablusu po wojnie. Ta wizja opadła na nią nagle, czysta i prosta jak deszcz: powinni wyjechać do Ammanu.

Zamiast siedzieć w jałowym Kuwejcie i marnować nieskończone popołudnia przed telewizorem w otumaniającym upale, powinni przeprowadzić się do Ammanu, pełnego kawiarenek i głośnego od nawoływań handlarzy owoców, zamieszkać po sąsiedzku ze starymi przyjaciółmi. Owszem, wszyscy są nieszczęśliwi, opłakują domy i miasta, które musieli opuścić, mężczyzn leżących pod ziemią. Czy nie powinni wspólnie z nimi pogrążyć się w żałobie? Palestyna już dla nich nie istnieje – ta wiedza oplatała ją powoli, jakby Alia codziennie umierała na nowo: nie ma Mustafy, nie ma Nablusu – ale w Ammanie mogliby znaleźć popioły dawnego życia, pozbierać je i zbudować z nich coś nowego.

Ciąża stanowi kolejny argument za wyjazdem. Amman zagnieździł się w umyśle Alii jak winorośl. Jest przekonana, że jeśli wyjadą, coś da się ocalić. Ona i Atef zrzucą z siebie ten rok jak wężową skórę, znów zaczną się śmiać, wspólnie z przyjaciółmi w Ammanie przejdą żałobę i ozdrowieją. Mogliby założyć tam rodzinę, zamieszkać w domu blisko jej matki; wszystko jeszcze może być dobrze. Alia to wie, czuje całą sobą, że jeśli mogłaby pokazać Atefowi ten obraz, ich posklejane życie, zrozumiałby. Pojechałby z nią.

* * *

Alia oglądała wojnę w telewizorze w salonie Widad i Ghaziego. W przeciwieństwie do aparatu w sklepiku umm Omar ich urządzenie było nowe, miało smukłe kształty i zgrabny, wypukły ekran. Prawy panel zdobiły cztery pokrętła, największe służyło do regulacji dźwięku. Ghazi ustawiał głośność, przekręcając gałkę mocno w prawo, a kiedy obraz drżał i śnieżył, to on dźwigał się ciężko z fotela, żeby temu zaradzić. Kiedy Alia patrzyła, jak szwagier reguluje anteny, uświadamiała sobie, że te pulchne ręce wędrowały po nagim ciele jej siostry.

Gdy w telewizorze nadawano wiadomości, Widad zawsze znajdowała sobie jakieś zajęcie. Podzwaniała drutami, dziergając głośno jakąś robótkę, albo wstawała gwałtownie i szła po herbatę. Co chwila pytała, czy ktoś chce już zjeść kolację, a może jakiś owoc, a Alia za każdym razem czuła drapiącą irytację. Nawet kiedy Widad wreszcie opadała na kanapę, nigdy nie dotykała plecami oparcia, a jej stopy pozostawały czujnie wygięte, jakby w każdej chwili miała znów poderwać się z miejsca. Alia za to siedziała nieruchomo jak kamień. Ciastka i pomarańcze przynoszone jej przez starszą siostrę zawsze leżały nietknięte, powoli miękły i wysychały. Napięcie zaciskało jej szczęki, ścinało mięśnie. Co kilka godzin zmuszała się do sięgnięcia po telefon i wybierała sztywnymi palcami numer Atefa albo Mustafy i nasłuchiwała koszmarnego, niekończącego się sygnału połączenia.

Tylko Ghazi w ogóle się odzywał. Wojna wydawała się go ekscytować. W jego podnieceniu był ostry rys, przypominający niemal satysfakcję. Z komentarzy Ghaziego Alia wnioskowała, że przewidział taki rezultat, że te uwagi nie są niczym nowym.

– Ile razy powtarzałem, że właśnie tak będzie. Naser i jego ludzie chodzą napuszeni jak pawie. Rozproszony naród. Który przywódca obiecuje zwycięstwo z rozproszonym narodem? Republika arabska, dobre sobie! Patrzcie państwo, Amerykanie sypnęli groszem i już, Izrael ma nowiutkie zabawki. A my co mamy? Flagi, pieśni, marzenia. Zmiotą nas, zniszczą. – Jego potężne ciało podrygiwało od siły, z jaką wyrzucało z siebie słowa.

Za każdym razem, kiedy Ghazi się odzywał, Alia czuła wzbierającą furię. Przełykanie śliny stało się starannie wyważoną czynnością. Alia dorastała wśród rozjuszonych mężczyzn – z wujkami, Mustafą i jego kolegami ze szkoły. Wszyscy oni tłoczyli się na protestach w cieniu dziesiątek palestyńskich flag, przekrzykiwali się na spotkaniach trwających do późnej nocy.

A teraz przyszła wojna, rzucała odległe błyski na salon Widad i Ghaziego. Wszystko było nie tak, potwornie przekręcone. Dziennikarze mówili o zwycięstwie Arabów, ale nie nadchodził żaden oddział wojska w palestyńskich barwach, nikt nie wymachiwał flagami z zielonego, czerwonego, czarnego i białego płótna. Spakowana walizka Alii nadal stała w pokoju gościnnym Widad, wyprostowana i gotowa do drogi jak niecierpliwe dziecko. Już wiedziała, że nie wróci do domu. Trzeciego dnia czołgi wtoczyły się do Starego Miasta. Nikt nie mógł przewidzieć, że Mustafa i Atef zostaną aresztowani niedługo potem, kiedy Izraelczycy wejdą do Nablusu i zabiorą większość młodych mężczyzn związanych z meczetem. Nadszedł czwarty dzień i półwysep Synaj wpadł w ręce niewłaściwych ludzi. Czołgi orały Gazę, Jerozolimę, Wzgórza Golan – nawet Nablus, nawet Nablus – a samoloty wyjące nad Morzem Śródziemnym nie miały na bokach arabskich znaków, lecz sześcioramienne gwiazdy jak narysowane kawałkiem kredy. Izraelczycy wygrywali. Alia cały czas wierzyła, że Arabowie wygrają, a jej jedynym zmartwieniem było, żeby mężczyźni, których kocha, nie zostali wciągnięci w centrum wydarzeń. Miażdżące zwycięstwo Izraela było nie do pomyślenia.

– Nic nie ma. Straciliśmy Palestynę. Idioci. Niczego nie uratowali – oznajmił Ghazi szóstego dnia, kiedy pierwsze promienie słońca padły na ciała powrzucane do rowów. Alia teraz słuchała już obojętnie. Kiedy dzwoniła do domu, nadal rozlegał się sygnał. Tego dnia o zachodzie słońca już nie wzdrygała się na widok zrzucanych bomb w telewizorze, nie zaskakiwały jej puchnące chmury kurzu o spienionych krawędziach, nastroszonych jak słodki deser.

* * *

Kiedy oglądała wiadomości, w kółko nawiedzało ją jedno wspomnienie: kiedy miała pięć albo sześć lat, Mustafa znalazł na szkolnym podwórku pisklę podczas burzy. Stworzonko było śliskie od deszczu, całe dygotało. Mustafa zrobił mu domek ze starego pudła na kapelusz Salmy, cierpliwie darł kawałki papieru, żeby wyściełać nimi pojemnik, a pisklak w tym czasie rozgrzewał się w jego bucie, ustawionym pod kaloryferem. Alia siedziała obok zajętego pracą brata, oboje milczeli. Co kilka minut schylała się nad butem i zaglądała do roztrzęsionego ptaszka. Palce świerzbiły ją, żeby dotknąć potarganych piórek, ale się powstrzymywała. To był dla niej zaszczyt – móc siedzieć przy swoim odważnym, przystojnym bracie, podczas gdy deszcz tłukł o szyby.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?