Domy z soli

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Jest przysadzisty, ma roztańczone oczy i dar – ten sam, który Mustafa widzi u siebie, choć to zaledwie jedna dziesiąta talentu imama. Dar sprawiania, że osoba, do której mówi, czuje się tak, jakby zalewała ją struga światła.

Po meczecie krążyły plotki. Niektórzy mówili, że imam długo siedział w więzieniu i trafił do Nablusu, by uciec przed jakąś straszną karą za heroizm. Inni twierdzili, że jest marksistą, wojownikiem w szatach imama. Byli też tacy – choć szybko ich uciszano – którzy podejrzewali go o szpiegostwo albo dostarczanie informacji Izraelowi.

Jego wykłady były elektryzujące. Mówił o polityce, o utraconej ziemi.

– Jesteśmy pionkami w chorej, spaczonej grze – powtarzał często. – Możemy albo w nią grać, albo przewrócić szachownicę.

Mustafa był zachwycony. Od imama emanował niezwykły magnetyzm, a Mustafa najbardziej na świecie chciał zostać odnaleziony, pragnął, by przywódca zatrzymał spojrzenie na jego twarzy w tłumie wiernych i coś w niej dostrzegł.

* * *

– On jest genialny – powiedział raz Mustafa Ayi. – Szkoda, że nie słyszałaś, jak mówi. Człowiek ma wrażenie, że całą salę ogarnia gorączka. Muszę z nim porozmawiać.

Aya nie była pod wrażeniem.

– Tacy ludzie nie niosą ze sobą nic dobrego – oznajmiła. – Tylko mamią i wabią, a jeśli znajdziesz się zbyt blisko, jak myślisz, co to znaczy? Że połknąłeś już haczyk.

Nieważne. Mustafa pragnął uwagi imama. Przez długie miesiące marzył, żeby zapalić z nim papierosa. Zastanawiał się, co by mu powiedział, ćwiczył różne taktyki – od konfrontacyjnej aż po przymilną.

„Ja też myślę, że ten kraj tonie. Jesteśmy jego jedyną nadzieją”.

„Ale czy nie sądzi imam, że odwet tylko pogorszy sprawę? Potrzebujemy innego podejścia”.

Mustafa fantazjował o różnych katastrofach – trzęsieniu ziemi, zabójstwie – które zbliżyłyby ich do siebie i uwięziły go w gabinecie imama. Albo jeszcze lepiej: żeby imam Bakri zaczął błagać o pomoc, może na przykład potrzebowałby wspólnika albo miejsca, w którym mógłby się ukryć, a Mustafa przybyłby na ratunek i w swojej skromności odmówił przyjęcia podziękowań.

Ostatecznie wystarczyła zwykła sierpniowa burza. Mustafa wracał do domu ze szkoły, kiedy nagle skłębiły się nad nim ciemne chmury i chlusnęły deszczem. Zatrzymał się w meczecie, żeby przeczekać ulewę.

Po wejściu nie zastał nikogo. Świątynia była opustoszała, zawieszona w tych straconych godzinach między modlitwami, a ciszę rozcinał tylko odległy szum wiatraka. Mustafa zaczął się zastanawiać, dlaczego nigdy nie wpadł na pomysł, by przyjść tu o tej porze, kiedy w środku panuje taki spokój. Nagle rozległy się kroki i do pomieszczenia wszedł imam Bakri z filiżanką herbaty w dłoni.

Na widok Mustafy uśmiechnął się i wzruszył ramionami, jakby się go tu spodziewał, jakby od miesięcy czekał, aż młody człowiek pojawi się w meczecie, przemoczony od deszczu. Uniósł nieco filiżankę w stronę gościa.

– Tobie też zaparzę – powiedział.

Jego gabinet był skromny. Na podłodze leżał ciemnozielony dywan, ścian nic nie zdobiło. Usiedli naprzeciwko siebie po dwóch stronach biurka. Imam zamieszał herbatę, postukując metalową łyżeczką o porcelanę.

– Moja teta6 mawiała, że biała szałwia jest lekiem na wszystkie dolegliwości tego świata. Ból głowy, biegunkę… – imam popatrzył na Mustafa z zagadkowym uśmiechem – a nawet na złamane serce.

Mustafa poczuł potrzebę szczerości.

– Mam kłopoty ze snem – wyznał bez zastanowienia. – Jakbym cały stał się głośniejszy. Zaczynam myśleć i nie jestem w stanie przestać.

Imam pokiwał głową.

– Na to też szałwia pomaga. Wycisza umysł.

Mężczyźni przez jakiś czas siedzieli w milczeniu, słuchając deszczu za oknem. Mustafa rozpaczliwie szukał czegoś, co mógłby powiedzieć, jakiegoś błyskotliwego spostrzeżenia.

– Imam jest z Nablusu? – spytał w końcu.

– Moja rodzina pochodzi z Hajfy.

Znów cisza. Na zewnątrz trzasnął grzmot. Imam popijał herbatę. Mustafa poczuł w pokoju słaby zwierzęcy zapaszek. Przewróciło mu się od niego w żołądku.

– Znad morza – mruknął zamyślony.

– Znad morza! – wykrzyknął imam. Popatrzył na Mustafę z podziwem. – Tak, tak. Znad morza.

Mustafa uświadomił sobie, że imam, co najmniej dekadę starszy od niego, musi dobrze pamiętać miasto, które opuścił.

– Bardzo tam pięknie?

Nareszcie właściwe pytanie. Twarz imama zmarszczyła się w uśmiechu. Wychylił się z krzesła.

– Pięknie? Pięknie? – zaśmiał się życzliwie. – Tak pięknie, że pęka serce. – Wziął głęboki oddech. – Mój ojciec, dziadek, jego dziadek i dziadek jego dziadka byli rybakami. Znali morze lepiej niż swoje dzieci, lepiej niż własne ciała. Codziennie wstawali przed świtem. Niebo było jeszcze czarne, kiedy wchodzili na bosaka do wody. – Imam mówił nabożnym tonem. – Chodziłem z nimi, kiedy byłem mały. Wiedziałem, że niczego na świecie tak bardzo nie pragnę. Chciałem takiego życia. Każdy chłopiec powinien mieć ojca, którego mógłby podziwiać. I którego chciałby naśladować.

Mustafa przełknął gorycz wzbierającą mu w gardle. Pomyślał o wyniszczonym ciele skurczonym pod kołdrą. Jakie dziedzictwo pozostawił mu jego ojciec? Ale imam kontynuował opowieść. Mustafa potrząsnął głową, żeby pozbyć się natrętnych myśli.

– Szeptali do ryb. Odmawiali modlitwy, zanim zarzucili wędki. Nigdy nie widziałem żadnego ruchu, który byłby równie pełen gracji. A ryby same do nich podpływały, przysięgam. Jakby były im wdzięczne. Ofiarowywały swoje ciała, jak gdyby wiedziały, że to pożywienie. Mój ojciec zawsze potem przyklękał nad wiadrem. Niektóre ryby jeszcze trzepotały ogonami, a on dziękował im i Allahowi. – Imam Bakri nagle przerwał. Popatrzył na gościa czujnymi oczami.

– A co potem? – spytał Mustafa. Czuł się tak, jakby miał rzucić się z klifu w cudownym akcie niekontrolowanego upadku.

Imam poprawił się na krześle. Na chwilę zajął się torebką herbaty w filiżance.

– Opowiem ci pewną historię.

* * *

Był raz sobie chłopiec, który miał matkę, ojca i siostrę. Mieszkali nad morzem. Morze było dla nich jak kolejny członek rodziny: czasami przypominało krnąbrne dziecko, innym razem łagodną ciotkę. Swoim zaśpiewem budziło ich o poranku i kołysało do snu. Wszędzie unosił się zapach soli.

Siostra chłopca była piękna. Wszyscy tak mówili. Miała złote włosy, jasną skórę i oczy barwy kory cynamonowca. Miała też dobre serce, a w każdy piątek piekła dla całej rodziny ciastka migdałowe, które wypełniały ich niewielki domek słodkim zapachem. Ojciec tak je uwielbiał, że wkładał je sobie w całości do ust. Codziennie rano przynosił do domu ryby, a matka je sprawiała. Chłopiec lubił przyglądać się jej w kuchni, gdy rozcinała rybie ciała i zręcznymi palcami wyjmowała z nich kręgosłupy, długie i cieniutkie jak srebrne łańcuszki.

Kwiecień. Rodzina zamknęła wszystkie drzwi, wokół nich ryczały huki wystrzałów. Wielu sąsiadów już spakowało walizki. Ojciec chłopca przysięgał, że oni nie wyjadą, że zostaną nad morzem. Ojciec nie był jednym z tych rozjuszonych mężczyzn, którzy nosili ze sobą flagi i tłukli szyby. Postanowił zostać pomimo wojska, pomimo nowego kraju. Powiedział, że zostaną. I zostali.

Przez jakiś czas sobie radzili. Odcięto im prąd. Sąsiedzi pouciekali. W wiadomościach mówili, że już wszystko stracone. W tym czasie chłopiec i jego rodzina jedli ryby i pili odstałą wodę. Ojciec mówił, że zaczekają, aż wszystko się uspokoi.

Przyszedł maj. I przyszli żołnierze. Pukali do drzwi domów, w których mieszkali Arabowie. Zapukali do domu chłopca, a kiedy ojciec otworzył, czterech weszło do środka. Tylko jeden się odzywał, ten najroślejszy. Oznajmił, że dom został wybudowany nielegalnie. Używał takich słów jak „akt własności” i „eksmisja”. Ojciec był uprzejmy. Wyjaśnił mundurowemu, że nie wie, gdzie jest akt własności; dom należał do ich rodziny od pokoleń. Żołnierz zaczął wrzeszczeć na ojca, aż poczerwieniała mu twarz, a wargi pokryła piana śliny. Chłopiec i jego matka zaczęli płakać, ale siostra zrobiła krok naprzód. Poprosiła żołnierzy, by usiedli, zaproponowała herbatę. Powiedziała największemu mężczyźnie, że nie trzeba krzyczeć. Dostarczą mu akt własności.

Wielki żołnierz długo przyglądał się dziewczynie. Naradził się z resztą. Chłopiec nie rozumiał ich języka, ale wszyscy mężczyźni odeszli. Rodzina roześmiała się z ulgi. „Widzicie”, skarciła ich siostra, „każdy rozumie życzliwość”. Przez chwilę jej docinali – złotowłosej, która obłaskawiła żołnierza – ale wszyscy położyli się spać z uśmiechami.

W nocy rozległ się huk. Czterej żołnierze wrócili. Wybili okna w salonie, kazali całej rodzinie stanąć na środku w piżamach. Największy żołnierz poświecił im w twarze latarką, wszyscy zmrużyli oczy. Chłopiec nie mógł przełknąć śliny, bo jego język zmienił się nagle w plaster papieru ściernego. Jeden z żołnierzy wbił mu karabin pod gardło. Drugi przycisnął lufę do szyi jego ojca. Trzeci szarpnął matką, posadził ją na kanapie i powiedział, że jeśli się ruszy, czeka ją to samo.

Oczywiście wszyscy wrzeszczeli i szlochali. Błagali żołnierza, żeby przestał. Chłopiec spróbował uderzyć napastnika, więc go pobili. Ojciec krzyczał. Po chwili nie mogli już nic zrobić, tylko odwracać wzrok i płakać na widok nagiego ciała siostry przyciśniętego do ziemi przez żołnierza. Matka skowyczała, wzywając Allaha. Siostra z początku jęczała. Kątem oka chłopiec widział jej podrygujące nogi. Koszmarnie blade uda. Modlił się, żeby nie żyła. Ale kiedy żołnierz skończył, ona tylko leżała nieruchomo, wbiła oczy w sufit, nawet nie mrugała. Nie zawracała sobie głowy obciąganiem koszuli nocnej. Nogi miała umazane krwią.

Rodzina odeszła dwa dni później. Przeprowadzili się na wzgórza, śladem innych Arabów, zabierając w torbach ubrania i srebra. Kiedy opuszczali swój mały domek, morze nie rozbijało się o brzeg, nie pryskało pianą. Tylko podeszło bezgłośnie i znów się oddaliło.

 

* * *

W gabinecie zapadła cisza. Mustafie kręciło się w głowie od gorąca i deszczu. Tęsknił za domem, za Alią i Atefem, chciał palić papierosy w ogrodzie i żartować. Nie chciał słyszeć tej historii.

Imam Bakri po drugiej stronie biurka zatonął we własnych myślach.

– Od tamtej pory ojciec wszystko solił. Nawet wodę. We śnie wołał za morzem. – Imam wziął głęboki oddech. – Tęsknił za rybami – powiedział po prostu. – Kiedy umarł, został pochowany pod wzgórzami, których nienawidził, daleko od morza.

– Co się stało z jego rodziną?

Imam spojrzał Mustafie prosto w oczy.

– Córka… – Przełknął ślinę. – Niektórzy mówią, że straciła rozum. Przestała mówić, nigdy nie wyszła za mąż.

– A syn? – spytał Mustafa, choć przecież już wiedział.

Imam podniósł filiżankę do warg.

– Syn znalazł Allaha.

Tym razem Mustafa miał wrażenie, że cisza nigdy się nie skończy.

– Staram się nie pamiętać go takim – powiedział w końcu imam. Zmrużył oczy. – Mojego ojca. Nie myślę, że był wrakiem człowieka, przeżutym i wyplutym przez okupację, który próbował jakoś związać koniec z końcem na resztkach swojego świata. Który nie był w stanie obronić własnej córki. I musiał patrzeć, jak żołnierze… robią jej to, co zrobili.

Coś przeskoczyło w Mustafie: imam miał do czegoś klucz. Imam był tym człowiekiem, który mógł to – wszystko – zmienić. W jednej chwili Mustafa pojął, jaki jest nieszczęśliwy. Uświadomił sobie, że zawsze czuł się jak biedak, zaglądający przez okno, za którym toczy się życie, podczas gdy on nadal jest na zewnątrz, oddzielony od wszystkich grubym szkłem. Od Alii i Atefa, od Ayi. Nagle zrozumiał swoją nudę, zobaczył, że godziny ciągną się przed nim w nieskończoność i że tak, tak, to wszystko jest gówno warte. Czekanie, gadanie, papierosy, kawa. Co oni w ogóle robią? Wstrząsnęła nim wściekłość, jaką była przesiąknięta ta myśl. Nie mógł znieść myśli, że siedzi i patrzy, jak mijają kolejne lata, wydaje pieniądze ojca i czeka. Czeka. A jego kraj jest w tym czasie pożerany kawałek po kawałku.

– Wolę sobie wyobrażać, że ojciec umarł wcześniej. Zanim pojechaliśmy do Jerozolimy. Że zabiła go ogromna fala, kiedy ukląkł przed rybą. – Oczy imama błyszczały. – Nawet to nam zabrali. Obrabowali nas nawet z godnej śmierci. – Imam wskazał brodą na zewnątrz. – A nasi mężczyźni? Tańczą do amerykańskiej muzyki i całują dziewczyny na pływalni. Mówią sobie, że Palestyna to jest to… – machnął lekceważąco ręką. – Tylko to, te ochłapy, które nam rzucono.

Przez ciało Mustafy przebiegł niezwykły dreszcz. Zamrowiły go wszystkie kończyny. Czytał o tym w książkach: o tej chwili, kiedy cały świat się wyostrza, kiedy kolory i przedmioty stają się wyraźne i głębokie. Poczuł zapach spalenizny na ulicach, zobaczył młodą kobietę, nagą i zakrwawioną. Błysk rybich łusek w świetle poranka.

Wreszcie odkaszlnął i spuścił wzrok, popatrzył na swoją herbatę. Wystygła, przybrała brzydki kolor.

– Chciałbym pomóc – powiedział.

* * *

Mustafa idzie w stronę świateł bazaru. Temperatura nadal opada, od chłodu przedramiona pokrywają mu się gęsią skórką. Alia miała rację. Chmury gęstnieją na wieczornym niebie. Zbiera się na deszcz.

Na rynku, przed pasem kawiarni i restauracji, rosną trzy jesiony. Atef już tu jest, czeka oparty o pień największego drzewa, w palcach trzyma zapalonego papierosa. Zaciąga się i zauważa Mustafę. Jego brodatą twarz rozpromienia uśmiech.

Abu Tafi! – woła na powitanie. Z jego ust unosi się smuga dymu. Abu Tafi – „Wujek Nurek” to przezwisko Mustafy, nadane mu po tym, jak raz zanurkował na ziemię podczas meczu, udając faul. Pomimo uśmiechu szwagra Mustafa widzi napięcie w jego oczach. Przyjaciel jest równie zdenerwowany jak on sam.

– Jak się czujesz? – pyta Atef z troską.

Ich spotkania przed przemówieniami Mustafy w meczecie coraz bardziej przypominają sesje treningowe: Atef zaczął go traktować jak kapryśne złote dziecko. Mustafa jest rozdarty. Wprawdzie chce zrobić wrażenie na Atefie, wzbudzić w nim lekką zazdrość – jak to bywa między bliskimi przyjaciółmi – ale jednocześnie ma ochotę zaryczeć ze zniecierpliwienia i sobie pójść.

– W porządku.

Godziny niepokoju i tremy sprawiają, że w jego głosie pobrzmiewa ostra nuta. Atef, ostrożny jak zawsze, milknie. Mężczyźni zaczynają przechodzić przez bramę prowadzącą do meczetu i kierują się do budynku. Mustafa mruży oczy, próbując rozpoznać twarze rozmyte w świetle latarni. Większość jest znajoma: profesor Samid, Imad – inżynier, Ahmad, Baszir. Szababowie; mężczyźni, którzy gromadzą się w jego ogrodzie. Sprzedawca owoców zachwala swoje towary przenikliwym głosem, niosącym się z drugiej strony ulicy.

Battich, battich! Arbuzy, arbuzy!

Nadchodzi imam Bakri, prowadząc za sobą grupę sześciu albo siedmiu mężczyzn. Rozmawiają między sobą, wspinając się po schodach prowadzących do meczetu.

– To pewnie ci z Jerozolimy – odzywa się Mustafa łagodnie, próbując w ten sposób przeprosić za wcześniejszą obcesowość. Atef kiwa głową.

– Wyglądają bardziej adżanib niż prawdziwi adżanib7 – prycha. Przeprosiny przyjęte.

To prawda. Mustafa spodziewał się starszych mężczyzn w diszdaszach, tradycyjnych chustach i kefijach. Ale oni są w jego wieku, wszyscy ubrani jak ludzie z Zachodu: w koszule i dżinsy. Kilku ma przydługie włosy, opadające lokami na uszy. Imam Bakri zatrzymuje się przed sklepionym wejściem i coś mówi. Mężczyźni z Jerozolimy ze śmiechem wchodzą do środka.

Mustafę nagle ogarnia panika.

– Nie dam rady. – Załamuje mu się głos.

Zaniepokojony Atef marszczy brwi.

– Chcesz się przejść? – To ich stary zwyczaj, od lat chodzą po wąskiej ścieżce otaczającej rynek, żeby się uspokoić.

Mustafa kręci głową. Kuca, opiera się o pień drzewa.

– Chcesz wody? Coś do picia?

– Nie wiem, co mam im powiedzieć. – Mustafa podnosi wzrok na szwagra. Sylwetka Atefa rysuje się ciemno w słabym świetle. – Cała ta sprawa… – Ma wrażenie, że wyschły mu płuca. Dyszy. – To zbyt wiele. Chciałem się przyłączyć, ale chyba nie potrafię. Imam Bakri chce, żebym mówił o walce. Mam opowiedzieć, jak się sprawy mają u nas, ale przecież nawet tego nie wiem. Nie mam pojęcia, co powiedzieć.

– Powiesz to, co trzeba.

– Boję się. – Zaskoczyło go to słowo. Powtarza jeszcze raz. – Boję się.

– Powiesz to, co należy powiedzieć.

Atef mówi z niezwykłą dla siebie agresją. Opada w kucki obok szwagra. Mustafa wzdryga się gwałtownie.

– Muszą nas usłyszeć. Ci ludzie z Jerozolimy muszą wiedzieć, że jesteśmy razem z nimi. Że mamy do zaoferowania coś więcej niż tylko piękne słówka. Zrozumieją, że mają tutaj braci. Krew z krwi.

Nagle w głowie Mustafy zapala się myśl, przeskakuje jak iskra z krzesiwa. Przypomina mu o Ayi mówiącej o oświadczynach. To ta sama nagła świadomość, że ktoś, kto wydawał się absolutnie, doskonale znajomy, kryje w sobie tajemnicę. Ma myśli, lęki i miłości, które należą tylko do niego. Mustafa pamięta, jak czuł to przy Alii i przy matce, kiedy był młodszy, jaka samotność go wtedy ogarniała. Ale teraz, kiedy patrzy na rozzłoszczoną twarz Atefa – spogląda w jego oczy, jednocześnie błagające i oskarżycielskie – uświadamia sobie, że z Atefem to wrażenie jest o wiele gorsze.

Atef, syn męczennika. Atef, dobry człowiek. Towarzysz. Atef, który słuchał tych samych przemówień, tych samych kazań. Atef, który nie ma w sobie nic z charyzmy i zapału Mustafy.

„Ja tylko ryczę, ale nie potrafię ugryźć”, nawiedza Mustafę niespodziewana myśl. „Jestem szczerbatym lwem”.

– Słuchaj. – Atef mówi ciszej, jakby wyczuwał myśli przyjaciela. – Wiem, że to trudne. Moglibyśmy teraz zawrócić. Moglibyśmy sobie pójść. Zawsze jest łatwiejszy sposób. No nie? – To zdanie podwędzone z najlepszego kazania imama Bakriego.

„Przyjaciele, zawsze istnieje łatwiejszy sposób”.

Mustafa wstaje. Wyciera dłonie o spodnie. Świta mu mglista świadomość, że ta chwila będzie mieć znaczenie.

– Chodźmy – mówi do swojego najlepszego przyjaciela, nadal przykucniętego na zakurzonej ziemi, i rusza przed siebie.

* * *

Sala w meczecie jest przegrzana. Mężczyźni siedzą w rzędach na dywanie, jest ich może ze trzydziestu. Czuć kwaśny zapach bosych stóp. Jarzeniowe lampy rzucają ostre światło, dwa wiatraki wirują pod sufitem, mieląc to samo gęste powietrze. Mustafa i Atef siedzą w czwartym rzędzie. Kazanie imama ciągnie się już ponad godzinę. Mężczyźni wokół wyglądają na zmęczonych, jakby wyobrażali sobie tę chwilę, kiedy wejdą do swoich chłodnych domów.

Imam Bakri przerywa, odkasłuje. Rozgląda się po zgromadzonych, Mustafa siada nieco prościej. Imam go dostrzega, kiwa głową. Atef ściska szwagra za ramię, a on wstaje. Idzie naprzód.

Mustafa myśli o zasłonkach w pokoju Ayi. Mają delikatny morski kolor, który wydaje się tam nie na miejscu. Jest w nich coś takiego, co zawsze go zasmucało, jakby ten odcień był zbyt jasny na takie pomieszczenie. Wyobraża sobie Ayę w łóżku. Śpi. Albo nie – Mustafa poprawia wizję – wstaje na dźwięk kaszlu matki i zwilża szmatkę, żeby otrzeć jej twarz.

Mężczyźni z Jerozolimy siedzą w pierwszym rzędzie. Mustafa kiwa im głową, a jeden z nich – ten długowłosy – odwzajemnia gest.

Aya w kremowej koszuli nocnej – tej, którą dostrzegł kiedyś w jej szafie, ale nigdy nie widział, żeby ją nosiła. Ani razu nie spali obok siebie. To nagle wydaje mu się straszliwie smutne. Unosi wzrok w stronę sufitu.

Imam siedzi obok mężczyzn z Jerozolimy i coś do nich szepcze. Ktoś kicha i rozlega się kilka głosów życzących „Na zdrowie!”.

Jakaś cząstka Mustafy – ta, którą już teraz uważa za swoje utracone, dawne ja – tęskni za ogrodem matki, za szelestem liści poruszanych wiatrem. Bierze głęboki wdech, stawia stopy płasko na dywanie. Swędzi go prawy paluch.

– Bracia – mówi.

Kątem oka zauważa błysk, ale kiedy odwraca się do okna, nic nie widzi. Burza. Czuje ją w kościach, we włoskach na karku. „Niech nas Bóg broni”, słyszy w myślach głos matki odmawiający prostą modlitwę z dzieciństwa i sam powtarza te słowa. Kolejny błysk światła; tym razem Mustafa widzi, jak błyskawica rozkwita na niebie. Kilka sekund później rozlega się grzmot. Powietrze jest nieruchome. Coś nadchodzi. Mustafa czuje to w zębach.

Dostrzega w tłumie Atefa. Szwagier porusza dłonią, dyskretnie sygnalizując, że czas zaczynać.

Mustafa przełyka ślinę. Nie odrywa oczu od przyjaciela – od jego wiary, siły, od tego spokoju – i zaczyna mówić.

– Bracia – powtarza. – Musimy walczyć.