Domy z soli

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Mustafa i Alia są wysocy, mają ciemne włosy i cerę taką samą jak Hussam. Oboje dużo mówią o rewolucji i opresji, ale nie prześladują ich myśli o obozach i ludziach stłoczonych w namiotach. Salma wie, że jej dzieci są beztroskie i rozpieszczone, często dają się ponosić falom zmiennych nastrojów. We wszystkim im dogadzano. Brat i siostra od zawsze trzymali się razem i nic tego nie zmieniło.

Alia mówi teraz coś z pochyloną głową, szepcze do brata i narzeczonego. W jednej ręce trzyma talerz, drugą gestykuluje. Goście obserwują ją przez ogród, mężczyźni i kobiety. Alia nigdy nie mogła się poszczycić oczywistą urodą. Ma wąską szczękę i zbyt ostre kości policzkowe, przez co nieco przypomina podekscytowanego kota. Zakrzywiony nos odziedziczyła po ojcu. Wspomnienie Hussama unosi się też nad jej wysokim czołem i szerokimi barkami, ale mimo to jej twarz przyciąga spojrzenie. Alia ma takie same smukłe łuki brwi i długie rzęsy jak matka Salmy, która właśnie dzięki nim była uważana za taką piękność. W przeciwieństwie do wielu wysokich kobiet Alia trzyma się idealnie prosto, szczupłe ramiona opuszcza nisko, władczo. Kiedy miała czternaście lat i zaczęła rosnąć, Salmę dręczyły koszmary, w których córka przeistaczała się w obce stworzenie, w bestię o kościach rozrastających się w potwornie długie kończyny.

– Powinnaś obwiązywać jej stawy – doradzały ciotki. – Niech śpi na poduszce posypanej kardamonem, to hamuje wzrost.

Ona jednak nie zrobiła żadnej z tych rzeczy. Widad wyprowadziła się lata wcześniej, Hussam od dawna nie żył, a Salma zaczynała sobie uświadamiać, że świat nie jest już stworzony dla kobiet pewnego rodzaju. Teraz potrzeba im było mocnego kręgosłupa i wściekłości. Widad miała kształty Salmy, była drobna, o pełnych biodrach – podobnie jak wszystkie kuzynki. Alia górowała nad pozostałymi kobietami w rodzinie i jako jedyna mogła patrzeć mężczyznom prosto w oczy.

Maszallah, ja Salma3 – odzywa się sąsiadka umm Baszar. Jej chusta jest wilgotna od potu na skroniach. Kobieta trzyma w dłoni talerzyk z kawałkiem kunafy, zalanym wodą różaną. – Ona jest piękna jak księżyc.

Salma układa wargi w skromny, powściągliwy uśmiech, wyćwiczony do perfekcji przez każdą kobietę. Pochyla głowę.

– Dziękuję, umm Baszar. Allah jest wielki. Pobłogosławił nas takim szczęściem. – Dyskretnie kontroluje głos, bo zna moc złego oka. Wie, że zawiść można przyciągnąć nieświadomie.

– Ale muszę przyznać, że to niezwykły wybór – dodaje umm Baszar, zerkając na Mustafę. Salma już wie, czego się spodziewać. Właśnie o tym rozmawiają goście. – Masz jedno starsze dziecko w kolejce do ślubu. – Sąsiadka wzdycha. – No, ale może z mężczyznami jest inaczej.

– Alii był pisany wcześniejszy ślub. Mustafa jeszcze nie skończył szkoły. A później może wyjedzie do pracy do Ramallah. – Salma czuje ciężar fałszu, słyszy kłamstwo we własnym głosie.

– Tak, tak. – Chwila milczenia. – Ile lat on jest starszy od Alii?

– Pięć. – Pięć, pięć. Ta liczba dręczy Salmę w snach. Nigdy nie przyznałaby się przed tą kobietą, ale już od dawna ją to gryzie.

– O, aż pięć. Cóż. Skoro tak trzeba, to trzeba. No, ale moje pójdą do ślubu we właściwym porządku. Baszar żeni się jesienią, a jest dwa… Nie, nie, trzy lata młodszy od Mustafy.

Salma z niechęcią myśli o wielkonosym Baszarze z maleńkim podbródkiem. Zawsze miała wrażenie, że umm Baszar podsyca między ich synami atmosferę rywalizacji, bo Mustafa jest taki przystojny.

– Jej ojciec by sobie tego życzył – ucina Salma, sygnalizując koniec rozmowy. Umm Baszar kiwa głową i uśmiecha się z przesadną słodyczą.

– No tak – mówi, spoglądając na Alię. – Wygląda ślicznie, trzeba jej to przyznać. Te pasemka henny we włosach pasują jej do karnacji.

Salma czuję ulgę, kiedy umm Baszar odchodzi i odrywa oczy od jej córki.

Ciotki i kuzynki odprawiły ceremonię farbowania henną wczoraj – w świetle latarni włosy Alii połyskują czerwonawym złotem. Z obrzędem był straszny ambaras, pełen pisków i upapranych rąk. Młodsze kobiety plotkowały z entuzjazmem, mieszając hennę w blaszanej miednicy. Każda dziewczyna brała garść lepkiej mazi i ugniatała ją, próbując usunąć listki i gałązki. Kiedy pasta była już dobrze wymieszana, dziewczęta przechyliły miednicę i przelały hennę do płóciennych worków na ciasto i mocno zawiązały. Starsze ciotki i Salma przygotowały skórę Alii. Rozczesywały jej włosy, wcierały sok z cytryny w ręce i stopy panny młodej, recytując przy tym wersy Koranu. Salma szeptała Al-Fatihę i rozprowadzała pastę z henny na dłoniach córki, barwiąc je na czerwonawy kolor. Jedna z ciotek przekłuła igłą woreczek z henną i pewną ręką zaczęła malować dłonie i stopy Alii, tworząc misterny wzór z kwiatów, zawijasów i koronek.

Od pasty wionęło ostrym zapachem stajni. Starsze kobiety z nostalgią wspominały własne ceremonie malowania henną, a Salma zauważyła, jak kilka młodszych kuzynek przewraca oczami. To pokolenie było niecierpliwe; sąsiadki i ciotki długo dyskutowały o tym podczas popołudniowych wizyt na herbatę. Dziewczęta stawały się beztroskie. Kiedy Salma podeszła do młodych kobiet po drugi woreczek, ich szczebiotanie ustało. Popatrzyły na nią szeroko otwartymi, niewinnymi oczyma. Salma wiedziała, że plotkowały o chłopcach z sąsiedztwa, o mężczyznach poznanych w szkole albo w klubach dla młodzieży. Możliwe, że niektóre rozmawiały nawet o izraelskich żołnierzach, choć Salma wolała wierzyć, że taka bezecność nie dotarła do Nablusu i dotyczy tylko chrześcijanek albo dziewcząt, które wyjechały do Europy, do szkół z internatem. Że tak jest gdzie indziej, nie tutaj.

* * *

Salmę boli myśl, że sposób, w jaki wychowywała Alię, nie zyskałby aprobaty męża. Hussam był człowiekiem surowej wiary; jego życie było skromne, punktowane rytmem postów i wizyt w meczecie. Miłość Salmy była zdystansowana, bo Hussam nie budził w niej żadnych silniejszych uczuć. W małżeństwie był powściągliwy i nawet w ich najbardziej intymnych chwilach nie pozwalał sobie na żadne ekscesy. Dopiero po nadejściu choroby zaczął krzyczeć i wyklinać, ale wtedy umysł Hussama już nie należał do niego.

Nie był przygotowany na zmiany, które porwały dzisiejszą młodzież. Nigdy by nie przewidział, że Zachód zacznie sączyć się do ich miast, a lata okupacji podzielą pokolenia głębokimi wyrwami. Młodych przyciągał blichtr, starszych pochłonęła gorycz.

Czasami Salma kłóci się z nim w myślach – trudno jej otrząsnąć się z tego zwyczaju, powidoku dwudziestu lat małżeństwa.

„Wszystkie dziewczyny tak robią”, protestowała w obronie córki, kiedy Alia zaczęła wychodzić z koleżankami i jasno dała matce do zrozumienia, że nie zamierza zakrywać głowy. Prawie słyszała w głowie odpowiedź Hussama: „Powiedz wierzącym kobietom, żeby spuszczały skromnie swoje spojrzenia i strzegły swojej czystości”. Cytowanie wersów z Koranu było jego ulubioną taktyką podczas kłótni.

„Hussamie, nic na to nie poradzimy. Młodzi się rozproszyli. Tak wygląda życie w cieniu karabinów”.

Salma niemal widzi, jak mąż marszczy czoło i kręci głową, rozczarowany jej słabością. „Może gdybyś lepiej ją wychowała. Może trzeba było czytać jej więcej Koranu, częściej zabierać do meczetu”. Wyobrażona pauza. „Gdybym ja tu był, nie oddaliłaby się tak od Allaha”.

„No, ale cię tu nie ma”.

Jak niewiele potrzeba, by uciszyć głosy zmarłych.

* * *

– Jamma4, zjedz trochę. – Mustafa podchodzi do Salmy z talerzykiem. Polał kawałek kunafy syropem, tworząc małą kałużę w samym środku ciasta, tak jak matka lubi najbardziej. Ser wchłonie cukier. Salma spogląda na szczupłą postać syna.

– Szkoda, że nie widziałaś, jak Atef się denerwował – wyjawia Mustafa. – Przysięgam, dobre siedem razy zmieniał krawat. A może osiem.

– Do twarzy mu w szarym.

– Szary, niebieski, pomarańczowy… Co za różnica? Powiedziałem mu, że garnitur to garnitur.

Salma się uśmiecha.

– Pan młody stroszy piórka bardziej od narzeczonej – komentuje, zniżając głos do szeptu.

Śmieją się razem. Tylko z Mustafą Salma pozwala sobie na taką poufałość, na konspiracyjne żarty. Ciotki mówią, że jest zbyt przywiązany do matki i siostry, że brak ojca ma na niego zły wpływ. Salma wie, że to samolubne z jej strony, ale w każde urodziny Mustafy modli się, żeby został z nią jeszcze jeden rok, żeby mogła dalej potykać się o jego buty na korkach, pranie, brudne naczynia porozstawiane po całym domu.

Mustafa wzywa gestem Atefa. Przyszły szwagier zbliża się do nich z ulgą w oczach. Oficjalny ubiór nieco krępuje mu ruchy, usztywnia kroki.

– Piękny krawat, Atefie – odzywa się Salma żartobliwym tonem. Mustafa się śmieje.

– I ty też, khalto? – pyta Atef z udawaną urazą w głosie. Posyła teściowej uśmiech, białe zęby błyskają w ciemnej brodzie. Jest przystojny, ma urodę dawnych paszów o poważnych spojrzeniach z fotografii w książkach historycznych.

– Idziecie jutro do meczetu?

Mężczyźni się wahają, wymieniają spojrzeniami. To nie umyka uwadze Salmy.

– Tak, jamma – odpowiada wreszcie Mustafa. – Tylko na modlitwy. Obiecaliśmy imamowi Alemu.

– Przed dziesiątą się uwiniemy. Wrócimy na śniadanie – potwierdza Atef. Cała trójka stoi w milczeniu, niewypowiedziana myśl pęcznieje między nimi jak żywe stworzenie.

– No dobrze. Tylko trzymajcie się z dala od kłopotów, chłopcy – mówi Salma, próbując zamarkować lekkość w głosie.

Oni się śmieją, z zakłopotaniem odwracają wzrok. Kilka miesięcy temu zostali aresztowani podczas demonstracji w Jerozolimie. W innych okolicznościach wykroczenie poskutkowałoby zaledwie mandatem, może upomnieniem z sądu. Zamiast tego Atef i Mustafa zostali zatrzymani w areszcie na cztery noce.

 

W dzień ich zwolnienia Salma siedziała na sali sądowej między matką Atefa, umm Atef, i Alią. Kiedy odczytano imiona chłopców, wargi umm Atef zaczęły się poruszać, powieki znieruchomiały. Modliła się. Salma położyła dłoń na kolanie kobiety i splotła z nią palce. Ręka umm Atef leżała bez życia, dopóki ich synowie nie weszli w asyście policjantów na salę. Wtedy ścisnęła mocno, jej obrączka wbiła się w dłoń Salmy. W tamtej chwili Salma uświadomiła sobie, że obie są wdowami. Atef był synem fedaina, który stracił życie, gdy celował lufą w izraelskiego żołnierza.

Chłopcy mieli ręce skute kajdankami. Na ten widok Alia się rozpłakała. Na kości policzkowej Atefa zdążył już wykwitnąć spuchnięty fioletowy siniak. Ku nieopisanej uldze Salmy Mustafa był cały – dopiero później dowiedziała się, że policyjna pałka uszkodziła mu żebra, a od obrażeń w jego moczu pojawiły się smugi krwi.

Po rozprawie kobiety stanęły przed wejściem na salę. Umm Atef już się nie modliła; oczy błyszczały jej jak rozżarzone węgle. Kiedy młodzi mężczyźni wyszli ze środka, rzuciła się na syna i zaczęła okładać pierś Atefa pulchnymi pięściami.

– Jak mogłeś… zrobić mi coś… coś takiego… ty psi synu… psi synu… Myślisz, że tak się zachowuje mężczyzna? – charczała, tłukąc raz za razem.

Atef stał nieruchomo, opuścił powieki. Nie bronił się przed uderzeniami matki. Poruszył się dopiero, kiedy jej rzężenie stało się głośniejsze, a ciałem zaczęły wstrząsać spazmy szlochu.

– Mamo – powiedział cicho i wziął ją w ramiona.

Salma się nie odezwała. Ani przed salą sądową, ani w samochodzie w drodze powrotnej. Usiadła w przedpokoju. Podciągnęła sukienkę do kolan, żeby poczuć chłodne kafelki. Przez wiele godzin milczała, nasłuchując zatroskanych szeptów Alii, Mustafy, a nawet Lulwy, kiedy przemykali tam i z powrotem po domu. Obserwowała promienie słońca, sączące się przez okna. Spływały jej na kolana jak woda. Miętowa herbata w filiżance stygła nietknięta. Światło zmieniło kolor na czerwony, prześlizgnęło się po jej ciele, spełzło po nogach. Wreszcie dotarło do stóp, barwiąc je nieprawdopodobnie jaskrawym odcieniem szkarłatu.

Zapadł już zmrok, kiedy Mustafa ukląkł przy niej na podłodze. Wziął jej stopy w dłonie, schylił się i zapłakany ucałował najpierw jedną podeszwę, potem drugą.

– Nigdy więcej, nigdy – zarzekał się. – Przepraszam, przepraszam.

Salma od lat nie widziała łez w oczach syna. Właśnie to sprawiło, że chwyciła go w objęcia. Poczuła jego chłopięcy zapach potu i mydła z trawą cytrynową, którego użył pod prysznicem. Długie rzęsy posklejały mu się od płaczu, tak jak w dzieciństwie. W drzwiach pojawiła się Alia. Nogi wystawały spod koszuli nocnej, materiał sięgał zaledwie do połowy łydki. Salma wyciągnęła rękę i przygarnęła córkę do siebie. Oplotła ramionami te dwa cudowne żywe stworzenia, a razem z nimi przeprosiny Mustafy – czuła wygłodniałe pragnienie, żeby zaufać jego obietnicom – i przycisnęła mocno do piersi jak talizman.

* * *

– Alio, zostaw trochę syropu dla innych – woła jeden z mężczyzn przez ogród. Alia unosi wysoko brew, spogląda na niego z ukosa i nakłada sobie jeszcze jedną łyżkę.

– Nie mówi się pannie młodej, co jej wolno jeść – odgryza się przy akompaniamencie męskiego śmiechu. Dołącza do młodych kobiet, siedzących na schodkach otoczonych krzewami jaśminu. Podnosi widelczyk z kunafą do ust, dmucha na gorące ciasto przez stulone wargi.

Wieczór jest niezwykle ciepły jak na tę porę roku, w marcowym wietrze nie czuć chłodu. Delikatny powiew trzepocze rąbkiem chusty Salmy, łaskocze ją w szyję pod lekkim materiałem. Ona odruchowo pociąga i koniuszkami palców poprawia krawędzie. W porannym rozgardiaszu zapomniała przypiąć chustę szpilkami po bokach – zazwyczaj stosuje tę sztuczkę, by materiał trzymał się posłusznie wokół twarzy.

Alia ma długie kręcone włosy, zebrane ciasno za uszami. Żadna z córek Salmy nie nosi nakrycia głowy, ku wielkiemu wstydowi matki. Salma dorastała z pobożnym ojcem. Wstawała o czwartej rano i prasowała mu najlepszą diszdaszę, żeby mógł w niej iść do meczetu na modlitwę Fajr. Opowiadała sobie długie, misternie skonstruowane historie, żeby nie zasnąć i zobaczyć, jak ojciec znika na ścieżce prowadzącej z ich chaty do meczetu. Kilka razy jej się udało, ale obraz zawsze pływał jej przed oczami, a postać ojca ledwo majaczyła w świetle księżyca.

Podczas Ramadanu Salma spędzała długie godziny u boku matki, krojąc miąższ kantalupy na plastry i mieszając zupę z soczewicy. Kiedy zachodziło słońce, z głodu kręciło jej się w głowie. Wtedy jednak nadchodził czas na przełamanie postu: wszystkie ciotki, wujowie i kuzynostwo siadali wokół parujących półmisków. Pierwszy kęs – zazwyczaj chleb albo oliwka śliska od oliwy – wydawał się Salmie najpyszniejszą rzeczą, jakiej przez cały rok próbował jej młody język. W jednej chwili czuła, jak przepełnia ją kwitnąca, łzawa miłość do Allaha.

Salma wie, że jej dzieci nie podzielają jej gorliwości w wierze. Widad, najpobożniejsza z całej trójki, modli się raz albo dwa dziennie i nigdy nie zapomina o dniach postu, ale jej pobożność wywodzi się ze strachu, nie z uwielbienia. Mustafa spędza piątki w meczecie, lecz jego zachowanie wskazuje na społeczną powinność, odprawianie wspólnego rytuału z mężczyznami z sąsiedztwa. Alia z kolei jest w stosunku do Allaha równie zmienna co do wszystkich innych spraw w życiu. Niedługo po tym, jak zaczęła miesiączkować, poprosiła Salmę, by uczyła ją wersów Koranu, paradowała w chustach matki i mówiła, że chciałaby kiedyś wybrać się do Mekki. Z czasem jednak straciła zainteresowanie wiarą i podryfowała w stronę obcisłych sukienek i egipskich piosenek o miłości.

Kilka miesięcy temu podsłuchała rozmowę między Alią, Atefem i Mustafą. Hardy głos córki przebijał się przez ściany.

– Bardzo możliwe, że Allah to najpożyteczniejszy wymysł ze wszystkich!

Salma była zadowolona, kiedy Atef skarcił Alię i kazał jej się uciszyć.

* * *

Kunafa zniknęła w mgnieniu oka. Salmie kleją się ręce. Mustafa i Atef zostali posadzeni po jej obu stronach. Czuje, że rozmowa o meczecie nieco ich otrzeźwiła. Ostatnie smugi światła znikają z nieba.

– Pogoda na wesele będzie idealna – mówi Mustafa, odchylając głowę w tył. Salma podąża wzrokiem za jego spojrzeniem, Atef również. Nocne niebo jest usiane gwiazdami.

Inszallah – mruczy Salma, a skarceni mężczyźni powtarzają modlitwę.

Salma wstaje i zabiera ich puste talerzyki. Przechodzi obok grupki młodych kobiet, wymija dzieci ganiające się po ogrodzie. Boli ją pęcherz. W zeszłym roku skończyła pięćdziesiąt lat, a jej ciało bezceremonialnie zaczęło wibrować z niezadowoleniem. Kiedy się schyla, rwie ją w biodrze. Kątem oka zawsze widzi pływający kształt, robaczkowatą spiralę, która w słońcu staje się wyraźniejsza.

Wchodzi do domu. W kuchni zastaje Lulwę, zajętą prasowaniem jasnej jedwabnej chusty, którą Salma włoży jutro na wesele. Dziewczyna stoi pochylona nad syczącą metalową płytką, wypatrując zmarszczek na materiale.

Salma zamyka się w toalecie i z ulgą opada na porcelanowe siedzenie. Przez wiele godzin siedziała i chodziła. Jej bielizna jest wilgotna od potu, poznaczona brązowawymi plamami. To resztki, jak mówią ciotki, wypłukiwane z bezużytecznej macicy. Przed wyjściem Salma zatrzymuje się na chwilę przed lustrem nad umywalką.

Prosta twarz, równie znajoma co dotyk wody na dłoniach. Salma zatyka niesforne kosmyki włosów pod chustę i cicho zamyka za sobą drzwi.

* * *

Mężczyźni zaczynają gromadzić się w odległym zakątku ogrodu przy drzewie figowym, wyplątując się z kobiecej siatki plotek i chichotów. Kobiety zbierają się wokół stołu. Płomienie latarni rzucają ostre cienie na ich twarze.

– Słyszałam, że mogą zamknąć granice – odzywa się jedna. – Ludzie mówią, że Egipt kocha wojnę.

– Jedyne, co Egipt kocha, to porządna opera mydlana.

– A skoro już o tym mowa, widziałyście ostatni odcinek…

Rozmowa wpada w znajome koleiny dyskusji o filmach i ulubionych gwiazdkach małego ekranu. Wojna to wojna, już im się znudziła. Dzieci siedzą rozproszone między kobietami, niektóre kulą się matkom na kolanach. Ibrik pyrka nad płomieniem przy wejściu na podwórko, aromat kawy niesie się przez ogród. Porcelana jest już umyta i wysuszona, a srebrna taca błyszczy od oliwy. Alia siedzi u szczytu stołu, młodsza kuzynka usadowiła się jej na kolanach. Alia zaplata dziecku włosy i z uśmiechem słucha opowieści snutej przez sąsiadkę.

Mustafa i Atef dołączyli do mężczyzn pod drzewem figowym. Światło latarni ledwo tam sięga, Salma z trudem dostrzega w mroku białe plamy ich koszul. Jeden z chłopców przy stole wyślizguje się z ramion matki i biegnie do mężczyzn, wyciągając ramiona ku ojcu. Mężczyzna przykuca, podnosi chłopca i sadza go sobie na biodrze. Salma obserwuje gestykulujących mężczyzn. Ich ręce rozmywają się w mroku. Dym z papierosów kłębi się im nad głowami.

Salma nie musi nasłuchiwać, żeby wiedzieć, co mówią, jakie imiona i daty powtarzają. Wkrótce dojdzie do kłótni, jak zawsze. Trzeba odsączyć pęcherze złości. Kobiety dobrze znają przebieg takich scen. Podniosą się ze znużeniem, podejdą do mężów, braci, ojców. Zaczną uspokajać, kołysać łagodnym tonem.

Salma widzi, że ibrik już bulgocze. Lulwa pospiesznie idzie do niego, niosąc w obu rękach zestaw do kawy. Czarny płyn przelewa się przez krawędź, płomień iskrzy. Salma robi gest dłonią, próbując zwrócić uwagę Alii. Dzisiaj to ona, w ostatnią noc panieństwa, powinna roznosić kawę, starannie ustawiać filiżanki na tacy, zapamiętując, kto pije słodzoną, a kto gorzką. Najpierw podać starszym mężczyznom, potem hadżim5, a następnie Atefowi. Powinna przystanąć skromnie przed mężczyzną, który zostanie jej mężem, pierwszy raz z tysięcy, kiedy przyniesie mu kawę.

Alia jednak nie zauważa wezwania matki. Skończyła zaplatać kuzynce warkocz i całuje dziewczynkę w czubek ciemnowłosej głowy.

Salma czuje, jak zmęczenie rozlewa się powoli po wszystkich kończynach. Natrętna wizja jutrzejszego ślubu unosi się jej przed oczami. Pusta sala, poprzewracane krzesła, obrusy tłuste od wosku świeczek. Porzucone talerze, uczta zmieniona w pobojowisko, stoły zasłane rybimi ośćmi i grudami jagnięcego sadła. Salma widzi, jak makijaż córki będzie wyglądać po wielu godzinach w gorącym świetle – woskowate zmarszczki maskary w kącikach oczu. Suknia ślubna o kremowych bufiastych rękawach i z gorsetem zdobionym koralikami pogniecie się w tańcu. Alia ziewa po przeciwnej stronie stołu. Salma wyobraża sobie, jak jutro wieczorem zmęczona i szczęśliwa panna młoda odejdzie do nowego domu w ramionach Atefa.

– Boże, jaki cudowny wiaterek – mówi któraś z kobiet.

– Oni raczej nie zauważą – komentuje ciotka, wskazując głową na mężczyzn. – Już się zaczyna.

Salma się odwraca. Mężczyźni rozmawiają teraz gwałtowniej. Kilku ze złością potrząsa głowami. Ich głosy są coraz wyraźniejsze. Kobieta przenosi spojrzenie na córkę. Alia patrzy na nią, uśmiecha się i przyjaźnie przewraca oczami. Ten gest nadaje jej rysom młodzieńczej lekkości.

* * *

„Właśnie dlatego zobaczyłam zebrę”, myśli Salma. Bo to Alia, jej kochana mała Alia. Miłość i strach o najmłodszą córkę mają ten sam metaliczny smak. Zwątpienie – cudowne, upragnione zwątpienie – zaczyna nieśmiało migotać w jej umyśle. Na pewno źle się przyjrzała. Czy może w ogóle mieć pewność, co zobaczyła? Salma próbuje przypomnieć sobie dolinę filiżanki, ale zamiast obrazów wraca do niej tylko wspomnienie lęku. Może to w ogóle nie była zebra, tylko niedźwiedź albo wilk, jakieś inne czworonożne stworzenie. Alia śmieje się głośno. „Tak”, myśli Salma, wyciągając dłoń w stronę córki, naśladując gestem przechylanie ibrika. W myślach widzi przebłysk kształtu dojrzanego w fusach. Tak, to musiał być koń. Nie zebra, tylko koń dziwnej maści. Nakrapiany koń. To zapowiada podróż, może nawet trudną pierwszą ciążę, ale oznacza też szczęście.