Domy z soliTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

SALMA

MUSTAFA

ALIA

ATEF

RIHAM

ALIA

SOUAD

RIHAM

SOUAD

Lina

ATEF

MANAR

EPILOG

Podziękowania

Przypisy końcowe

Tytuł oryginału: Salt Houses

Redakcja: Agnieszka Al-Jawahiri

Projekt okładki: KAV Studio Pola Rusiłowicz

Zdjęcia na okładce: © Anton Zabielskyi / Shutterstoc.com, © Pexels / Pixabay.com

Zdjęcie autorki: © Luc Kordas

Korekta: Jolanta Świetlikowska, Beata Wójcik

Copyright © 2017 by Hala Alyan

Copyright for the Polish translation by Aga Zano, 2019

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

Wydanie I

ISBN 978-83-8143-112-5


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Wspólna 35 lok. 5, 00-519 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Mojej rodzinie, dzięki której mam o czym pisać


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

SALMA

Nablus

Marzec 1963

Kiedy tylko Salma zagląda do filiżanki córki, od razu wie, że będzie musiała skłamać. Alia zostawiła na brzeżku smugę koralowej szminki. Porcelana ma barwę kości słoniowej, na zewnętrznej stronie wiją się niebieskie spirale i wężyki, z boku biegnie cieniutka nitka pęknięcia. Filiżanka jest z nowszego zestawu. Salma kupiła go zaraz po przeprowadzce do Nablusu ze swoim mężem, Hussamem, blisko piętnaście lat temu. To był jej pierwszy nabytek w tym miejscu. Do dziś pamięta, jak snuła się po bazarze w nowym, obcym mieście.

Salma dostrzegła zestaw kawowy na straganie zasłanym dywanikami i płaszczami z wielbłądziej wełny. Dwanaście filiżanek, a do kompletu ibrik o smukłym dzióbku, wszystko ustawione na srebrnej tacy. To właśnie ona przyciągnęła uwagę Salmy: trójkątny wzór do złudzenia przypominał zdobienia na tacy, którą matka podarowała jej z okazji ślubu. Tamta już dawno przepadła, razem ze starą porcelaną i całym ich dobytkiem: nie było już sukienek, orzechowych mebli, książek Hussama. Wszystko zostało w willi o ścianach barwy miąższu brzoskwini: w ich dawnym domu.

Kiedy Salma zobaczyła tacę, krzyknęła i wskazała na nią palcem. Handlarz uparł się, że sprzeda ją tylko w komplecie z zestawem kawowym, więc Salma wzięła wszystko i wróciła do domu z wielkim pakunkiem, owiniętym warstwami gazety. Wtedy pierwszy raz od przyjazdu do Nablusu na chwilę poczuła zadowolenie.

* * *

Przez lata zawsze ustawiała komplet na tacy w takim samym porządku: ibrik pośrodku, a filiżanki dookoła, jak płatki kwiatu. Dwa razy w miesiącu gosposia zabiera tacę i inne srebra na werandę, gdzie przeciera je ostrożnie szmatką namoczoną w occie. Nie straciły blasku.

Filiżanki jednak są już mocno wysłużone. Salma setki razy przykrywała je spodeczkami i odwracała do góry dnem, czekając, aż fusy obeschną. Zazwyczaj trwa to około dziesięciu minut, ale bywa tak zajęta gośćmi, że dopiero po jakimś czasie podrywa się z pospiesznym „Och!” i podnosi filiżankę, ukazując przyschnięte, ziarniste resztki kawy, barwiące porcelanę bladobrunatną smugą.

Tym razem Salma ledwo wytrzymuje zwyczajowe dziesięć minut. Słucha rozmowy kobiet: zastanawiają się, czy dobra pogoda utrzyma się do jutrzejszego wesela. Przyjęcie odbywa się w sali bankietowej pobliskiego hotelu. Wielokrotnie podejmowano tam burmistrzów i dygnitarzy, a raz, w latach pięćdziesiątych, nocowała w nim nawet gwiazda filmowa. Oparcia krzeseł zostały już przyozdobione jedwabnymi kokardami; maleńkie świeczki rozstawione wokół talerzy czekają na pocałunek zapałki. Kiedy zapłoną, światełka będą wyglądać jak gwiezdna konstelacja. Salma już raz zrobiła próbę: wspólnie z konsjerżem okrążyli wszystkie stoliki, zapalając kolejno świeczki. Następnie konsjerż zgasił światło. Rozmigotany, ciepły blask rozgrzał Salmę od środka.

– Proszę wyrzucić te świeczki – nakazała konsjerżowi. – Zamówię nowe. – Czuła na sobie jego wzrok, pełen niechętnego podziwu. Ekstrawagancja. Ale tu przecież chodzi o Alię. Jej Alia wychodzi za mąż, więc Salma na niczym nie będzie oszczędzać. Żadnych przypalonych świeczek o smętnych, poczerniałych knotach.

Z Widad było inaczej. Dziesięć lat temu Salma przesiedziała w milczeniu całą ceremonię zaślubin najstarszej córki. W meczecie zebrała się smętna grupka gości, otulona mocnym zapachem kadzidła. Kiedy imam odczytał Al-Fatihę, Widad zaniosła się płaczem. Trzy miesiące wcześniej odbył się pogrzeb jej ojca. Umieranie zajęło mu wiele lat. Salma siadała przy nim po odmówieniu modlitwy Fajr i nasłuchiwała grzechotania w piersi męża, rozlegającego się przy każdym wdechu i wydechu. Pierwsze światło dnia powoli wypełniało ich sypialnię. W tych chwilach Salma zwracała się bezpośrednio do Boga, choć czuła, że jest w tym coś bezwstydnego. Błagała, by Hussam żył. Wiedziała, że to samolubne, że jej mężowi nie zależy na życiu wypełnionym morfiną i chusteczkami zacharkanymi krwią.

Nieraz krzyczał w nocy:

– Zabrali mi dom, zabrali mi płuca. Zabijcie mnie już, zabijcie.

Hussam całym sobą wierzył, że jego choroba ma związek z okupacją Jafy: miasta, w którym pozostawili swój dom o brzoskwiniowych ścianach.

* * *

Khalto1 Salmo, wyschły już? – Kobiety zebrane wokół stołu przyglądają się jej wyczekująco. Ona wie, że to te najmłodsze są najbardziej zainteresowane: siostrzenice, bratanice i kuzynki, które przyjechały z Ammanu na wesele, i koleżanki ze szkoły Alii. W oczach Salmy to jeszcze dzieci. Nawet Alia zerka na matkę z ciekawością. Opiera się na łokciach. Salma ma ochotę powiedzieć jej, żeby się wyprostowała, że mężczyźni nie znoszą kobiet o suchych łokciach, ale myśli o Atefie – człowieku, który bierze jej córkę za żonę, z łokciami czy bez – i się powstrzymuje.

Starsze kobiety – siostry, przyjaciółki i sąsiadki Salmy – ze spokojem obserwują, jak czyta z fusów. Widziały, jak robią to ich matki i matki ich matek. W ich oczach ta praktyka jest czymś równie zwyczajnym i powszechnym co modlitwa.

– Przykleiły się? – chce wiedzieć jedna z siostrzenic.

– Ciekawe, co z tego wyjdzie.

Salma trzepocze rzęsami, odpędza nachalne myśli. Przybiera neutralny wyraz twarzy. Zerka do filiżanki, przechyla, marszczy brwi. Nie pomyliła się.

– Jeszcze chwilę. Odwrócę znowu za kilka minut. Fusy muszą dobrze wyschnąć.

* * *

Biedna Widad. Na myśl o starszej córce Salma czuje znajomy tępy ból. Kiedy opuszczali Jafę, była już kobietą, miała szesnaście lat. To Widad opiekowała się Alią podczas tych trzech dni niekończącego się koszmaru, zanim zdecydowali się wyjechać. Czekali przy radioodbiorniku na nowe wiadomości, a Widad nosiła młodszą siostrę z pokoju do pokoju, gotowała ryż na mleku z cukrem i karmiła Alię łyżeczka po łyżeczce.

 

Widad udawała, że wystrzały i huki bomb to taka zabawa. Kiedy eksplozje ryczały w oddali, ona unosiła brwi w żartobliwym zdumieniu, udając zachwyt nagłym hałasem. Alia chichotała i klaskała w małe rączki. „Jaka ona zaradna”, myślała Salma o swoim najstarszym dziecku, choć zauważyła, że Widad okazywała taką jasność umysłu wyłącznie w chwilach kryzysu. Później już tylko snuła się smętnie po nowym domu w Nablusie i milczała podczas posiłków. Nigdy nie wspomniała słowem o Jafie, a kiedy jej ojciec – już wtedy podupadły na zdrowiu – powiedział jej, że czas, by wyszła za mąż, nie protestowała. Dopiero przy Salmie się rozpłakała. Siedziała w ogrodzie, zgarbiona nad filiżanką z parującą herbatą.

– On mnie zabierze do Kuwejtu – zaszlochała.

Salma pogładziła córkę po włosach, przycisnęła ją do piersi. Trwały tak kilka długich minut, aż herbata zrobiła się za mocna. Ghazi był dobrym człowiekiem, którego lojalność i stałość w uczuciach zapowiadały udane małżeństwo, ale Widad zobaczyła w nim tylko brzuchatego okularnika bez podbródka; obcego mężczyznę, który chce zabrać ją do jakiejś burej willi na osiedlu w głębi pustyni. Salmę bolało serce na myśl, że jej córka zostanie młodą, nieszczęśliwą żoną w obcym kraju, ale wiedziała, że to i tak najlepsze rozwiązanie.

Nigdy nie wyznała Widad prawdy: nie powiedziała, że Hussam zasięgnął jej rady w sprawie konkurentów o rękę najstarszej córki, gdy zawęził pole poszukiwań do dwóch najlepszych kandydatów. Ten drugi był profesorem filozofii na miejscowym uniwersytecie. Salma znała jego siostrę z meczetu. Pochodził z wykształconej, dobrze sytuowanej rodziny, ale był zakorzeniony na stałe w Nablusie, w Palestynie – tutaj się urodził i tu miał umrzeć. Kiedy Hussam spytał chłopaka, gdzie zamierza się osiedlić, ten odparł:

– W ojczyźnie, proszę pana. Nic na całym świecie nie przekona mnie, żebym zmienił zdanie.

Ku zaskoczeniu Hussama Salma wybrała Ghaziego. Wtedy nawet ona nie wiedziała, jak logicznie uzasadnić swoją decyzję. Jej osąd był mglisty, niejasny. Dopiero kiedy usiadła w meczecie i poczuła przypływ ulgi, zrozumiała sens własnych działań. W Kuwejcie, daleko od tego płonącego, rozpękniętego na dwoje kraju, Widad będzie bezpieczna. Ryzyko nieszczęśliwego małżeństwa nie stanowiło wygórowanej ceny za jej życie.

Ośmioletnia Alia oczywiście brała udział w ceremonii. Miała na sobie taftową sukienkę, która szeleściła głośno przy każdym ruchu. Kiedy Widad i Ghazi wyszli ze świątyni, Alia wirowała w kółko i kołysała się na boki jak dzwoneczek. Po śmierci Hussama Salma spodziewała się, że córeczka będzie zanosić się płaczem i żądać wyjaśnień, lecz Alia zareagowała najspokojniej z całej trójki dzieci.

Baby już nic nie boli? – spytała poważnie.

Wszyscy się rozpłakali – Widad, Salma i jej syn Mustafa – i mocno objęli Alię.

Alia w dzieciństwie różniła się od rodzeństwa. Nie przypominała łagodnej, melancholijnej Widad ani Mustafy, który z dręczonego kolkami niemowlęcia wyrósł na drażliwe dziecko, wpadające w histerię za każdym razem, kiedy mu czegoś odmawiano. Narodziny dzieci Salmy były oddzielone wieloletnimi okresami, podczas których ich matka sześć razy zachodziła w ciążę i roniła. Czuła się ułomna, zdradzona przez własne ciało. Wstydziła się brzucha, który raz po raz wzdymał się tylko po to, żeby znów opaść. Zawiodła. Wprawdzie Hussam był dla niej dobry i zawsze, gdy leżała pokonana w łóżku, przynosił jej herbatę, ale wiedziała, że jest rozczarowany. Najpierw urodziła mu córkę – jako pierwsza kobieta od pięciu pokoleń. W koszyku jej łona znalazło się miejsce na tylko jednego syna.

* * *

Nie chodzi o to, że Alia jest jej ulubienicą. Salma kocha wszystkie swoje dzieci, ze wszystkich jest dumna. Po prostu z najmłodszą córką czuje najsilniejszą więź, magnetyzm delikatny i uparty jak nitka pajęczyny. Alia jest dzieckiem wojny. Miała zaledwie trzy lata, kiedy izraelska armia przetoczyła się przez ulice Jafy, gąsienice czołgów rozgniotły stragany na bazarze, żołnierze powywlekali na wpół śpiących mężczyzn z domów. Ogłosili, że rodzi się nowy naród. Willa Salmy i Hussama stała na niewielkim wzgórzu z widokiem na morze, ze wszystkich stron otoczona pasami gajów pomarańczowych.

Już po kilku dniach gaje zmieniły się w połamany gąszcz, ziemia zjeżyła się drewnianymi kikutami pni, a z rozsypanych pomarańczy wylała się papka miąższu. Alia się rozpłakała: nie z powodu wystrzałów, lecz na widok rozgniecionych cytrusów. Domagała się słodkich owoców. Mężczyźni, którzy pracowali dla nich w sadzie, przepadli. Większość uciekła, niektórzy skończyli z nabojami utkwionymi głęboko w czaszkach. Hussam z początku odmawiał wyprowadzki, tylko potrząsał pięścią w stronę morza i lądu za oknami. Ten widok wzywał ich ku sobie, jak nieodkryty pokój w nowym domu.

– Ty jedź – powiedział Salmie. – Masz wujków w Nablusie. Zabierz dzieci.

Ona prosiła i błagała, ale mąż nie zmienił zdania. Dopiero kiedy do ich sadów doleciały płonące szmaty, Hussam nakazał głucho, by spakowała ich wszystkich. Dzieci spały, a oni stali na werandzie i patrzyli, jak ogień pełznie przez ich ziemię, nasłuchując stłumionych krzyków. Słodko-gorzki zapach przypalonych pomarańczy unosił się ku domowi.

Po przyjeździe do Nablusu tylko Alia wspomniała czasami o Jafie – z brakiem taktu właściwym małym dzieciom. Dopytywała się o lukrecjowe pałeczki, które dostawała od straganiarza z budki z warzywami, o lalki ze swojego starego pokoju. Ryk silników aut przejeżdżających przez rynek w Nablusie doprowadzał ją do płaczu. Kiedy Alia pytała o ich dawny dom, Widad i Mustafa nie potrafili ukryć rozżalenia i tylko zerkali na Hussama w obawie, że coś usłyszał. W Nablusie ich ojciec zmienił się w innego człowieka. Stał się ponury i porywczy. Nie warczał już i nie burczał, kiedy robił się głodny, i nie udawał przed dziećmi lwa albo niedźwiedzia, aż piszczały z uciechy. Nie prosił, żeby stawały przed nim i recytowały poezję Hafiza Ibrahima, nie przybierał żartobliwie surowej miny, kiedy któreś zapomniało strofy. Kiedy rozmawiał z Widad albo Mustafą, był rozkojarzony. Co wieczór w nabożnym skupieniu słuchał radia.

Ale Salma rozchmurzała się nieco, gdy córka mówiła o Jafie. Była wdzięczna. Jej tęsknota za domem nigdy nie ustąpiła. Przez pierwsze kilka lat w Nablusie Salma bez przerwy marzyła o powrocie. Wczesne letnie dni przywodziły jej na myśl wspomnienie domu wyłaniającego się przed jej oczami zza zakrętu, gdy wspinała się krętą drogą po klifie. A w środku cud: wszystko dokładnie tak, jak to zostawiła, nawet wilgotne pranie, którego nie zdążyła rozwiesić. Salma rozumiała, na czym polega błąd w jej fantazjach. Willa już dawno zniknęła, została zaorana do fundamentów. W miejscu jej gajów pomarańczowych posadzono inne drzewka, nowi pracownicy obrywali zbrązowiałe liście, a nowi właściciele piekli chleb o zezłoconych brzegach. A mimo to coś drżało w jej sercu, kiedy Alia – nawet w wieku sześciu, siedmiu lat – opowiadała z namaszczeniem badaczki starożytnych mitów historie o wielkich owocach granatu z Jafy, których nasiona można było wybierać łyżką i jeść z solą albo cukrem, w zależności od tego, jak bardzo dojrzały.

– Były ogromne jak księżyc – twierdziła mała Alia z niezachwianym przekonaniem, rozcapierzając palce u obu rąk jak rozgwiazdy.

Z czasem to miało stać się jej najbardzej ujmującą i irytującą cechą zarazem: Alia potrafiła zakochiwać się w rzeczach, które już przeminęły.

* * *

Czekając, aż osad wyschnie, Salma myśli o Widad. Pamięta, jak córka błagała ją o wróżbę z fusów przed własnym ślubem i jak szlochała, kiedy Salma odmówiła. Dobrze, że Widad nie zobaczy tego aktu matczynej niewierności. Wstyd jej się do tego przyznać, ale cieszy się, że Ghaziemu znów dokucza podagra, a Widad – obowiązkowa żona – postanowiła, że zostanie z nim w domu.

Salma nie chciała zranić Widad. Bolał ją widok łez córki, ale mimo to nie mogła się zgodzić na coś takiego. Matka Salmy zawsze ostrzegała, że czytanie przyszłości osoby, z którą łączą ją więzy krwi, jest nierozsądne. Jej własne pragnienia mogłyby wypaczyć przepowiednię albo jeszcze gorzej: dostrzegłaby w fusach prawdę z całą jasnością i musiałaby zdradzić, co ujrzała. Ukrywanie przyszłości wyjawionej w filiżance stanowiło akt zdrady. To, co zobaczone, musiało zostać ujawnione. Salma wiele razy mówiła o złamanych sercach i nadchodzących tragediach, gdy czytała przyszłość sąsiadek, przyjaciółek, a nawet sióstr Hussama.

Pewnego razu, już po przeprowadzce do Nablusu, wyczytała w filiżance sąsiadki śmierć mężczyzny w rodzinie. Niecały miesiąc później Salma została wezwana do jej domu. Pamięta, jak pochylała się nad skowyczącą kobietą, która wyrywała sobie włosy z głowy całymi garściami. Jej najstarszy syn splunął na żołnierza i już po chwili pocisk rozerwał mu szyję. Kiedy otumanioną lekami na uspokojenie sąsiadkę udało się wreszcie położyć do łóżka, Salma pozbierała kosmyki włosów z kanapy i dywanu. Od tamtej pory kobieta jej unikała. Przy każdym przypadkowym spotkaniu schodziła jej z drogi i odwracała wzrok z niechęcią. Ale inni nadal przychodzili po wróżby.

– Zostałyśmy pobłogosławione darem widzenia – mówiła Salmie matka. – Allah tak postanowił, więc nie możemy tego wykorzystywać w niewłaściwy sposób.

Salma głęboko poczuwała się do tego obowiązku. Rozumiała więź łączącą ją na przestrzeni pokoleń z matką, cioteczną babką i innymi kobietami, które zmarły, zanim ona się narodziła. Zawsze gdy ktoś wkładał jej w dłonie opróżnioną, jeszcze ciepłą filiżankę, Salma czuła, że powierza jej coś nieziemskiego. Kosmicznego.

Nigdy nie złamała reguł. Aż do teraz. Widad w tej sytuacji pewnie chciałaby się dowiedzieć, czy wychodzi za właściwego mężczyznę. Alia nie zadaje takich pytań. Widad w dniu swojego ślubu była od niej niewiele starsza, a Salma aż trzy lata młodsza. Matka jednak niepokoi się o Alię, która nie potrafi się martwić sama o siebie. Jej miłość do Atefa jest pochopna, rozgłaszana buńczucznie i głośno przed matką i przyjaciółkami.

– Uwielbiam go – oznajmiła raz Alia w rozmowie z kuzynką, jakby uwielbienie było czymś zwyczajnym i oczywistym. Salma ma wrażenie, że łatwość, z jaką córka afiszuje się z emocjami, jest wręcz nieprzyzwoita.

A jednak teraz Alia czeka na wróżbę z widocznym niepokojem i rzadko spotykaną powagą. Salma spodziewała się kpiących uwag o przesądach – Alia taka już jest, szorstka i niedelikatna w słowach. Nie zgodziła się na ceremonię przekazania posagu i uparła się, że Atef ma jej podarować symbolicznie jedną monetę i nic więcej. Nawet o depilację pastą cukrową przetoczyła się wojna. Alia oznajmiła, że woli golenie, i wysłała kuzynkę po jedną z różowych plastikowych żyletek, jakie od kilku miesięcy materializowały się na aptecznych półkach. Ale kiedy ciotki zaczęły nalegać, by zaparzono Alii tureckiej kawy, i kazały dziewczynie pić powoli, żeby Salma mogła odczytać jej przyszłość, Alia nie protestowała. Wypiła kawę w milczeniu, ze spuszczonymi rzęsami, co jakiś czas dmuchając na gorący płyn.

Ja, Salma – odzywa się jedna z sąsiadek. – Minęło osiem minut. Chyba już czas?

Salma bierze głęboki wdech, poprawia włosy. Na spotkaniu są same kobiety, więc porzucone chusty zwisają jedna przy drugiej z parapetu.

– Tak, tak. – Salma odwraca filiżankę niepewnymi dłońmi.

Obraca porcelanę w palcach, używając do tego tylko jednej ręki. Jej ścięgna i mięśnie już dawno zapamiętały kształt filiżanek, dobrze znają zakrzywione powierzchnie, wiedzą nawet, by zatrzymać się instynktownie na zadrze pęknięcia. Monumentalne, maleńkie przedmioty, jednocześnie pełne i puste, ciężkie od tych sprzeczności niczym jajka. Salma nachyla się jeszcze raz i przysuwa filiżankę blisko do twarzy. Zapach kawy zdążył już zwietrzeć.

Oto jest. Nie pomyliła się. Porcelanowe wnętrze filiżanki jest białe jak sól. Wściekłe rozbryzgi fusów plamią czystą pustkę.

Dzikie krzywizny rozlały się po ściankach, tu i ówdzie zbierając się w rozmazane grudy. Dwa łuki: ślub i podróż. Rękojeść jednego noża przecina się złowrogo z drugą. Zwiastują nadchodzące kłótnie. Po jednej stronie biel porcelany wygląda zza fusów, tworzących kwadratową strukturę z opadającym dachem, kruszącą się budowlę. To domy, które zostaną utracone. A w samym środku zebra ze smugą korony na głowie. Kształt jest rozmyty, ale niemożliwy do pomylenia z czymkolwiek innym, pasiasty bok zwierzęcia od razu rzuca się w oczy. Salma próbuje zachować neutralny wyraz twarzy, choć kłębi się w niej gorący, kolczasty strach. Zebra oznacza życie na zewnątrz, niespokojne, bez korzeni.

 

Umm2 Mustafa, co widzisz? – odzywa się jedna z dziewcząt. Salma podnosi głowę i spogląda na wpatrzone w nią pytająco kobiety.

– Mamo? – Głos Alii brzmi cicho i niepewnie.

Salma nagle widzi, jak młoda jest jej córka.

– Niedługo zajdzie w ciążę – mówi w końcu, choć słowa chrzęszczą jej w gardle. – Czeka na nią mężczyzna, którego bardzo kocha. On przeprowadzi ją na drugą stronę. – To wszystko prawda: kształt płodu przy skraju filiżanki, maleńki morświn tuż pod pęknięciem.

– O, cudownie!

– Dzięki Allahowi.

– Przynajmniej teraz wiemy, że ją kocha. – Rozchichotane kuzynki dokuczają Alii, która uśmiecha się z zakłopotaniem. Salma z zaskoczeniem spostrzega wyraźną ulgę na twarzy córki.

– Otwórz serce – nakazuje Salma, wręczając Alii filiżankę. Dziewczyna posłusznie przyciska opuszek kciuka do denka, zakreśla łuk. Oddaje naczynie matce i oblizuje palec ubrudzony kawą.

Odcisk jest rozmazany, fusy zachodzą na krawędzie. Kiedy Alia zabrała kciuk, rozmazała nieco osad, zostawiając kształt przypominający skrzydło. Salma widzi lęk córki, niepokój, którego dziewczyna nie potrafi wyrazić słowami. W samym środku odcisku kryje się wirująca smuga. Ucieczka. Salma spogląda na córkę, przygląda się jej twarzy o kształcie diamentu.

– Spełni się. Twoje życzenie się spełni – oznajmia, tym razem zwracając się wyłącznie do Alii. Dziewczyna trzepocze rzęsami, powoli kiwa głową.

Słysząc to, pozostałe kobiety śmieją się i wiwatują, zalewają Alię deszczem pocałunków i żartobliwych docinków. Salma zapada się w fotel. Jest wyczerpana. Powiedziała prawdę, ale amputowała jej kończyny.

* * *

Po kilku godzinach mężczyźni dołączają do nich na kolację w ogrodzie za domem Salmy. Zapalone latarnie rzucają blade, gąbczaste poświaty na twarze gości. Najstarsze ciotki i wujowie już siedzą przy stole. Młodsi tłoczą się wokół radia, kołyszą się do dźwięków muzyki. Atef i Alia rozmawiają z przyjaciółmi i kuzynostwem, ale co chwila popatrują na siebie. Mustafa ani na chwilę nie odchodzi od Atefa. Mężczyźni palą papierosy, co jakiś czas wybuchają śmiechem. Dzieci biegają i bawią się na trawie. Zachodzące słońce zalewa monolityczną bryłę domu złotym światłem.

W oczach Salmy to nadal nowy dom, ich dom w Nablusie. Z czasem nauczyła się go kochać, choć to miłość podszyta rezygnacją. Dom jest większy niż ten w Jafie, pokoje są przepastne, o wysokich sklepieniach. Poprzedni właściciele – którzy uciekli stąd do Jordanu – zostawili meble. Szafki w kuchni nadal były pełne ciastek i słoików z cukrem. W sypialni, którą miała odtąd dzielić z Hussamem, Salma znalazła stertę grubych jednorazowych opatrunków menstruacyjnych. Widad natknęła się na zeszyty pełne zadań matematycznych. Przez wiele tygodni cała rodzina ciągnęła makabryczną grę w odkrywanie porzuconych przedmiotów. Salma wszystko wyrzuciła, ale dom nadal nawiedzały duchy dawnego życia, wspólnych kolacji i sprzeczek, którymi nasiąkł każdy kąt. Właśnie dlatego Salma nigdy nie zmieniła koloru ścian ani nie przerobiła salonu od strony werandy na bibliotekę.

„Wstyd”, karci się w duchu i odmawia bezgłośną modlitwę. Mają szczęście, dużo szczęścia. A do tego dach nad głową i pieniądze – rozmowa z Allahem o takich sprawach wydaje się Salmie nie na miejscu, ale nie da się tego uniknąć.

To pieniądze przywiodły ich do Nablusu i otworzyły progi tego domu. Pieniądze ich karmiły i ogrzewały, zakrywały ich okna firanami, a ciała ubraniem. Salma była biedna, żyła o chlebie i soczewicy, dopóki matka Hussama nie wybrała jej na synową. I znów zadecydowało szczęście: Salma wyróżniała się łagodną urodą, która zwróciła uwagę starszej kobiety. Widad, Alia i Mustafa może i poznali wojnę i huk wystrzałów, ale chronił ich pancerz zamożności. Właśnie to dzieli ich od uchodźców z obozów, którymi obsiane były przedmieścia Nablusu. Salma do dziś wstrzymuje oddech, kiedy musi przejechać przez te rejony – to dziecinny zwyczaj, przekonanie, że to obroni ją przed nieszczęściem.

Wiele rodzin z Jafy wylądowało w obozie Balata, gdzie namioty stoją stłoczone zaledwie dwa albo trzy kroki obok siebie. Ciasną przestrzeń w środku muszą dzielić niemożliwe tłumy ludzi. Salma nigdy nie była w żadnym namiocie, widziała tylko ich białe płachty przemykające za oknami jej samochodu. Ale wie o nich od starej gosposi, Raji, która opowiadała jej o poplątanych sznurach, za których sprawą krawędzie namiotów wrzynały się w ziemię, o smrodzie moczu i wielbłądzich odchodów. Raja dzieliła namiot z mężem, siódemką dzieci i teściową. Spali na zmianę, nocami kilkoro dzieci często czuwało, żeby dorośli mogli się zdrzemnąć przed pobudką o świcie do pracy.

Salmie jest wstyd, że brzydzi się obozów. Tkwi w niej nieracjonalny lęk, że są czymś zaraźliwym. Kiedy Raja zrezygnowała z pracy, tłumacząc się nasileniem artretyzmu, Salma poczuła ulgę. Bez przerwy miała potrzebę, żeby przepraszać Raję, choć nigdy nie zdarzyło jej się to w stosunku do innych gosposi czy opiekunek – zazwyczaj były to miejscowe dziewczyny z Nablusu. Tylko Raja nuciła niepokojące, gardłowe pieśni, śpiewane dawniej przez matkę Salmy. Nieświadomie sygnalizowała pracodawczyni, że łączy je jakaś więź, przez co Salma czuła się winna. Miała wyrzuty sumienia na myśl, że ta kobieta musi spędzać całe dnie na zamiataniu podłóg, a potem wraca na noc do namiotu. Równoległe życie, myśli czasami Salma. To zwykła symetria: jeden człowiek je na kolację jagnięcinę, więc drugi musi zadowolić się ogórkami. Przypadek decyduje, co się komu trafi.

* * *

– Uwielbiam tę piosenkę.

– Wspaniała pogoda.

– Myślisz, że się utrzyma?

– Musi się utrzymać.

Przyjaciółki Alii stoją w ciasnej grupce i rozmawiają tęsknym, lekko zawistnym tonem, jaki zawsze przybierają niezamężne dziewczęta na ślubie koleżanki. Jaskrawe sukienki spływają im na gołe nogi.

Salma dotyka ramienia przechodzącej gosposi.

– Lulwo, proszę, przynieś nam jeszcze wody różanej.

– Tak, madame – przytakuje dziewczyna.

Ogród jest piękny. Salma nigdy nie zdołała wywietrzyć duchów poprzednich właścicieli z domu, ale ogród należy wyłącznie do niej. Dawni mieszkańcy zakryli całą działkę kafelkami, zmieniając ją w marmurowe podwórko.

– Muszę się tego pozbyć – powiedziała Salma do Hussama, kiedy się wprowadzili. – Nie wytrzymam, jeśli nie zobaczę ziemi.

To był jedyny raz, kiedy zwróciła się do męża takim tonem. Hussam popatrzył na nią ze zdumieniem, ale posłusznie zatrudnił ludzi, żeby zerwali kamienne płytki.

Pod spodem kryła się poszarzała ziemia, schorowana od braku słońca i szczerbata od kawałków marmuru. Salma patrzy na gości spacerujących po ogrodzie przy dźwiękach muzyki i nie może uwierzyć, że kiedyś pod stopami nie było tu nic poza kilkoma najbledszymi glistami. Ani źdźbła trawy.

Miesiącami opiekowała się glebą. Bez skutku. Nawoziła, przekopywała, przycinała gałązki drzew. Już prawie się poddała i zaakceptowała bolesną myśl, że nigdy nie stworzy własnego ogrodu, że nic nigdy nie rozkwitnie pod jej ręką. Pewnego ranka jednak wyszła na podwórko z herbatą, rozejrzała się po jałowej ziemi i nagle, ku własnemu zaskoczeniu, dojrzała maleńki zielony listek. Okazał się chwastem, ale Salma i tak opadła na kolana i pogłaskała go palcem. Miała ochotę pobiec do domu, zawołać dzieci i męża, wreszcie pokazać im coś, co dodałoby wszystkim otuchy.

Zamiast tego siedziała nieruchomo, nadal dotykając kiełkującej rośliny. W tamtej chwili pojęła, że niektóre rzeczy należy zostawić tylko dla siebie – są zbyt cenne, by dzielić się nimi z kimkolwiek. Salma zamknęła oczy i odmówiła Al-Fatihę.

* * *

Ogród stał się jej dumą. Po pierwszym kiełku ziemia zakipiała zielenią. Kwiaty, krzewy i drzewa rozrastały się i przebijały glebę, rozkwitały ze wszystkich nasion, które Salma zdobyła na rynku i dostawała od innych ludzi – o jej miłości do ogrodu wiedzieli już wszyscy w sąsiedztwie.

Teraz rozumie, że z początku była zachłanna, sadziła twory pełne sprzeczności, których korzenie plątały się w poszukiwaniu wody, szczególnie w gorące letnie miesiące. Róże i krzewy gardenii, łodygi pomidorów i krzaczki mięty. Wtedy nawet zapachy łączyły się w jedną odurzającą chmurę, cały ogród ogarniała kakofonia aromatów walczących między sobą o pierwszeństwo.

Z biegiem lat Salma stała się rozważniejsza. Cała sztuka polega na tym, by sadzić też rośliny o skromniejszych potrzebach. Teraz ogrodem rządzi prostota. Rzędy krzewów ciągną się od domu w głąb trawnika, stół jest zadaszony pergolą gęstą od liści winogron. W powietrzu unosi się zapach jaśminu. Salma przez cały wieczór słyszy szepty zachwytu i nie potrafi powstrzymać wzbierającej dumy.

– Przepiękny.

– O, popatrz na te gardenie!

– Nigdy nie widziałem takich soczystych pomidorów.

Alia i Mustafa uwielbiali pomagać matce w ogrodzie i z zapałem bronili roślin przed różnymi owadami i szkodnikami. Po ślubie Widad i śmierci Hussama zostali tylko we troje. Długie popołudnia spędzali na zdejmowaniu gąsienic z liści. Salma pamięta, z jaką uciechą dzieci wydłubywały robaki z miękkiej gleby.

Teraz przygląda się synowi i córce, stojącym pod pergolą. Długi stół jest przykryty adamaszkowym obrusem. Mężczyźni przynieśli kunafę i otwierają nożami celofanowe opakowanie. Z deseru bucha para, a po chwili wyłania się spod niej pomarańczowe ciasto pod zieloną posypką z potłuczonych pistacji. Mustafa podaje talerzyk Alii, Atef stoi tuż przy niej. Cała trójka śmieje się z czegoś, co powiedział Mustafa.

Do uszu Salmy dobiegają urywki rozmowy z drugiej strony ogrodu. „Złodzieje… przepłynęli… nigdy!” Znów śmiech. Żart.