Intrigo

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Intrigo
Intrigo
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,98  55,98 
Intrigo
Intrigo
Audiobook
Czyta Adam Bauman
34,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Przedsłowie

Tom

I

II

III

IV

V

VI

Rein

I

II

III

Droga Agnes!

Wężowy kwiat z Samarii

1

2

3

4

5

6

7

8

9

10

11

12

Wszystkie informacje w sprawie

Przypisy końcowe

Tytuł oryginału INTRIGO

Redakcja: Małgorzata Głodowska

Projekt okładki:

Images © Luka Jenko and Intrigo Picture Ltd Design

Design © Mono Studio Author photo © Joe Voets and Intrigo Pictures Ltd

Adaptacja okładki: Magdalena Zawadzka Aureusart

Korekta: Anna Jędrzejczyk

Redaktor prowadzący: Anna Brzezińska

Copyright © Håkan Nesser, 2018

First published by Albert Bonniers Förlag, Stockholm, Sweden Published in the Polish language by arrangement with Bonnier Rights, Stockholm, Sweden and Macadamia Literary Agency, Warsaw, Poland

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca, 2018

Copyright © for the Polish translation by Małgorzata Kłos, 2018

Wydanie I

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark).

Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku.

Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.

ISBN 978-83-8015-796-5


Wydawnictwo Czarna Owca Sp. z o.o. ul. Alzacka 15a, 03-972 Warszawa www.czarnaowca.pl Redakcja: tel. 22 616 29 20; e-mail: redakcja@czarnaowca.pl Dział handlowy: tel. 22 616 29 36; e-mail: handel@czarnaowca.pl Księgarnia i sklep internetowy: tel. 22 616 12 72; e-mail: sklep@czarnaowca.pl

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Przedsłowie
Przedsłowie

INTRIGO to kawiarnia położona przy ulicy Keymerstraat w centrum Maardam.

To również tytuł filmowej trylogii wyreżyserowanej przez Daniela Alfredsona i nakręconej w roku 2017, która swoją światową premierę będzie miała na przełomie roku 2018 i 2019. Składają się na nią trzy części: Śmierć autora, Samaria oraz Droga Agnes! Filmy oparte są na moich opowiadaniach, z których ostatnie cztery zebrane w niniejszym tomie ukazały się wcześniej w książkach Trójkąt Barina, Z perspektywy Doktora Klimke oraz Droga Agnes! Opowiadanie otwierające ten zbiór, Tom, jest nowe i zostało wydane po raz pierwszy.

Książka to książka, film to film. Historie, gdy przenosi się je z jednego medium do innego, często trzeba przekształcić, znaleźć im nowe formy wyrazu. Jeśli chodzi o INTRIGO, to wszystkie różnice między książką a filmem są zarówno niezbędne, jak i wprowadzone świadomie.

Jednak podobieństwo, istota każdego opowiadania, to, o co tak naprawdę w nim chodziło, zostało oczywiście zachowane.

Håkan Nesser

Sztokholm, styczeń 2018 roku

Tom

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

I

Maardam, rok 1995

Telefon zadzwonił kilka minut po wpół do czwartej, w nocy ze środy na czwartek. Numer nieznany, najwyraźniej zagraniczny. W normalnych okolicznościach by nie odebrała.

Oczywiście, że nie, jednak dopiero co wybudziła się z koszmaru, a choć ciemności panowały zarówno w pokoju, jak i za oknem, o które uderzała znajoma gałąź dużego orzecha, czuła się całkiem trzeźwo. Być może to właśnie mrok, na swój sposób tajemniczo współgrając z nagle przerwanym snem – którego treści nie umiała sobie przypomnieć ani wówczas, ani później – skłonił ją do podniesienia słuchawki.

– Halo?

– Judith Bendler?

– Tak.

– Tu Tom.

Potem cisza. Nie licząc ciągłych trzasków na linii i cicho pulsującego zgrzytu. Jakby zmęczone fale uderzały o kamienne nabrzeże. Potem, kiedy odłożyła słuchawkę, właśnie taki widok stanął jej przed oczami. Fal, które po długiej wędrówce wreszcie mogą spocząć pod postacią białej piany w zacisznej, acz kamienistej morskiej zatoczce.

Dziwne, zazwyczaj takie wizje jej nie nachodziły. Nie ulegała tak oczywistym porównaniom, czy jak tam je nazwać. Była niewierząca i nie cierpiała poezji.

– Tom? – zapytała w końcu. – Jaki Tom?

– A znasz innych?

Zastanowiła się. Nie, Tom jest tylko jeden.

Był.

– Pomyślałem, że może moglibyśmy się spotkać. Minęło tyle lat.

– Owszem…

Poczuła, że jej ciało przeszywa dreszcz, może nawet na sekundę straciła świadomość. Gdyby stała, zemdlałaby i upadła na ziemię.

Tak się na szczęście nie stało. Leżała w ciemnościach po swojej stronie podwójnego łóżka, a kiedy ten krótki atak minął, odruchowo wyciągnęła rękę w stronę Roberta. Dopiero po chwili przypomniała sobie, że Robert jest w Londynie. Wyjechał w poniedziałek, miał wrócić w piątek wieczorem lub najpóźniej w sobotę po południu. Chodziło o jakiś projekt filmowy, wspominał nawet nazwiska kilku sławnych aktorów, ale zapomniała jakich. Nawet pytał ją, czy nie ma ochoty mu towarzyszyć w podróży, ale odmówiła. Londyn nie należał do jej ulubionych miast.

– Halo?

Jakoś zwalczyła impuls, by odłożyć słuchawkę.

– Tak?

– Co ty na to?

– Na co?

– Żeby się spotkać.

– Ja… nie do końca rozumiem.

Słyszała, że coś pije.

– Wiesz co? Przemyśl to sobie, a ja zadzwonię za kilka dni.

– Nie wydaje mi się, by…

Rozległo się kliknięcie i rozmowa została przerwana. Odłożyła słuchawkę i leżała chwilę bez ruchu. Splotła ręce na piersi. Zamknęła oczy, ale po chwili otworzyła je ponownie. Było coś, co musiała uchwycić. Wydawało jej się, że ciemność wciąż produkuje ten przypływ fal. Uznała, że muszą one coś oznaczać, że chcą jej coś powiedzieć, a ich sens wiązał się z dystansem. Jakimś niewielkim dystansem w czasie i przestrzeni, zaś w tym odległym, ale i niesłychanie bliskim mroku wciąż unosił się jego głos. Nieco surowy i nieco… właśnie, jaki? – pomyślała. Ironiczny? Pewny siebie?

 

Tom?

Przemyśleć sprawę?

Policzyła i okazało się, że minęły dwadzieścia dwa lata.

Dwadzieścia dwa lata i dwa miesiące, mówiąc dokładniej.

Terapeutka nazywała się Maria Rosenberg. Jej gabinet znajdował się na trzecim piętrze jednego ze zbudowanych z kamienia pomorskiego domów stojących przy Keymerstraat. Judith Bendler była jej pacjentką od niemal dziesięciu lat. Nigdy nie miewały ciężkich, dusznych sesji. Widywały się raz lub dwa razy w miesiącu, z reguły w czwartkowe popołudnia, kiedy to Judith zazwyczaj jechała do centrum Maardam załatwiać różne sprawy. Potem starała się jeść lunch z jakąś przyjaciółką, wpadała do sklepów lub odwiedzała jedną z galerii w dzielnicy Deijkstraakvarteren. Albo do antykwariatu Krantzego przy Kupinskistraat, jeśli akurat był czynny. Dojazd pociągiem z Holtenaar zajmował nieco ponad pół godziny, jednak widziała, że z każdym rokiem coraz większe opory budziła w niej konieczność wyjścia z ich pięknego domu z jeszcze piękniejszym ogrodem przy rzece. Po cóż opuszczać raj, skoro już się w nim jest?

Może po to, by móc sobie pozwolić na radość z powrotu? – powiedział kiedyś Robert, kiedy podzieliła się z nim swoimi odczuciami. Oczywiście w jego słowach było sporo racji. Jak zwykle, Robert potrafił we wszystkich sytuacjach dostrzec to, co istotne, nie można mu było tego odmówić.

Może i powroty do gabinetu Marii Rosenberg napawały ją jakąś spokojną radością. Każdy z nich. Świat mógł się walić, rodzaj ludzki mógł toczyć wojny, palić miasta i zabijać dzieci, a Maria zawsze tkwiła na swoim miejscu. W solidnym fotelu, w pokoju z ciężkimi udrapowanymi zasłonami i grubym wzorzystym dywanem z Samarkandy w kolorze krwistym.

I słuchała. Była już stara, kiedy Judith spotkała ją po raz pierwszy, czyli jakiś tydzień po pierwszym skandalu Roberta, a nic się od tamtej pory nie zmieniła. Tłumaczyła swój wygląd tym, że dotarła do punktu, w którym lata już nie mogą jej bardziej nadgryźć. Pewnego dnia na pewno umrze, lecz do czasu swojej ostatniej podróży nie miała zamiaru się bardziej zestarzeć. Mogła jedynie zmądrzeć i lepiej poznać życie, bo przed tym człowiek nie ucieknie.

To jednak nie o Marii rozmawiały w tym ciemnym, cichym pokoju. Naturalnie, że nie.

– Witaj Judith. Mam nadzieję, że dzisiejszy dojazd nie przysporzył ci problemów.

– Dziękuję. Przynajmniej udało mi się załapać na miejsce siedzące.

– No proszę. Chyba możemy sobie pozwolić na dzbanek rooibosa?

– Chętnie się napiję.

Ten sam wstęp do rozmowy, co zawsze. Kiedy Maria Rosenberg przygotowywała herbatę w schowanym za zasłoną aneksie kuchennym, Judith zdjęła kurtkę. Usiadła wygodnie w rogu sofy, okryła nogi pasiastym pledem i włożyła poduszkę pod plecy. Czekając, zauważyła, że tli się w niej zdenerwowanie. Nie miała wątpliwości, co było jego powodem.

– Chyba wyczuwam w tobie pewien niepokój. Popraw mnie jednak, jeśli się mylę.

Judith jeszcze nie zdecydowała, czy chce jej opowiedzieć o rozmowie telefonicznej, ale kiedy Maria popatrzyła na nią zmrużonymi oczami znad filiżanki z herbatą, podjęła decyzję. Jeśli bowiem istnieją spojrzenia, wobec których człowiek jest bezbronny, to z pewnością takie było spojrzenie Marii. Nie miała co do tego wątpliwości. Może już przed godziną, wchodząc do pociągu, Judith wiedziała, że tak będzie. Że opowie.

– Coś mi się przytrafiło.

– Tak?

– Odbyłam nietypową rozmowę telefoniczną.

Maria pokiwała głową, wypiła łyczek herbaty, po czym odstawiła filiżankę.

– Wczoraj w nocy ktoś zadzwonił o wpół do czwartej.

– Wpół do czwartej? I odebrałaś?

– Tak, z jakiegoś powodu dopiero co się obudziłam. Chyba jakieś pół minuty przed tym, jak rozległ się dzwonek. Dziwne. Potem trudno mi było zasnąć.

– Kto dzwonił?

– Nie wiem.

– Nie wiesz?

Wzięła głęboki wdech. Poprawiła koc i wbiła wzrok w obraz wiszący między dwoma wąskimi regałami. Była to pomniejszona kopia Mnicha nad morzem Caspara Davida Friedricha. Odwrócona postać spoglądająca na ponure morze. Judith zastanawiała się wielokrotnie, dlaczego jej terapeutka wykazująca się taką życiową mądrością w swoim gabinecie postanowiła powiesić to właśnie dzieło. Jedyny obraz w tym wnętrzu. Jak dotąd Judith nigdy nie zapytała.

– Przestawił się jako Tom.

– Tom? Masz na myśli…?

Pokiwała głową, nie odrywając wzroku od obrazu. Kątem oka widziała, że Maria wypiła kolejny łyk herbaty, po czym splotła dłonie na kolanach. Czekała.

– Chciał się ze mną spotkać.

Mnich nad morzem ani drgnął. Maria też nie.

– Ale? – zapytała tylko.

– Nie wierzę, że to faktycznie był on.

Opowiadała Marii o Tomie dawno temu. Temat wypłynął podczas jednego z ich pierwszych spotkań. Potem kilkakrotnie wracały do tej tragicznej historii, o ile jednak Judith pamiętała, nie mówiły o nim od czterech czy pięciu lat. Może nawet minęło jeszcze więcej czasu, odkąd wspomniała jego imię. Nie miała ku temu powodu. Z Robertem też o nim nie rozmawiała; było to niepisane i niewypowiedziane porozumienie, którego oboje przestrzegali. Nie przypominała sobie, by jego temat wypłynął choćby raz, odkąd przeprowadzili się do domu w Holtenaar.

– Chyba najlepiej będzie, jeśli przypomnisz mi nieco tę historię. Jeśli nie masz nic przeciwko. Pamiętam tylko jej ogólny zarys, minęły przecież całe wieki, odkąd to się zdarzyło.

– Dwadzieścia dwa lata – sprecyzowała Judith. – Dwadzieścia dwa i dwa miesiące.

– A on miał wtedy…?

– Siedemnaście.

– Mów dalej. Czy może nie masz ochoty? To absolutnie twój wybór. Ja jestem tylko słuchaczką, która przechowuje to, co chcesz, by przechowano. Nie muszę chyba jednak ci o tym przypominać.

Judith napiła się herbaty i przez chwilę się wahała. Choć w gruncie rzeczy były to raczej symulowane wątpliwości. Powiedziała „A”, a ponieważ podjęła już decyzję – świadomie bądź nie – to i tak znów wyciągnęła na jaw tę sprawę. Przecież właśnie dlatego tu siedzimy – pomyślała. Żebym mogła powiedzieć „B”. Jeśli teraz tego nie zrobię, będę w nieskończoność wałkować te myśli w głowie.

– Tak. Tom miał siedemnaście lat, kiedy to się stało – powiedziała Judith. – Właśnie skończył siedemnaście, choć nie było okazji, by uczcić jego urodziny. Pamiętam, że dostał od Roberta zegarek, dość drogi, ale sprzedał go już następnego dnia.

– Sprzedał swój prezent urodzinowy?

– Tak, niestety.

– Dlaczego?

– Ponieważ potrzebował pieniędzy na narkotyki. Albo może musiał zapłacić za działki, które już w siebie wstrzyknął. Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, ile miał długów i w ile spraw kryminalnych był zamieszany. Może coś przeczuwaliśmy, jednak dopiero później wszystko stało się jasne. A w każdym razie wiele kwestii.

– Młody człowiek w tarapatach?

– Delikatnie mówiąc. Źle się z nim działo, już odkąd zaczął dorastać, właściwie to zaczęło się jeszcze wcześniej. W szkole nigdy mu nie szło, bez przerwy konfliktował się z kolegami i nauczycielami. Robiono mu badania i sama nie wiem, ile różnych diagnoz mu postawiono. A kiedy pojawiły się narkotyki, wszystko potoczyło się bardzo szybko. Pewnego razu, kiedy rozmawialiśmy z kimś z resocjalizacji, jego ojciec powiedział „On gna w stronę przepaści”. To trafne określenie.

– Był synem Roberta z wcześniejszego małżeństwa, prawda?

– Tak. Jego mama zmarła, kiedy chłopiec miał zaledwie dwa lata. Ja pojawiłam się jakiś rok po jej śmierci. Z Robertem pobraliśmy się latem, tuż przed tym, jak Tom poszedł do szkoły.

– Adoptowałaś go?

– Tak, podpisałam dokumenty, zgodnie z którymi podjęłam się obowiązków rodzicielskich w każdym względzie. Robert tego chciał… ja, ma się rozumieć, także.

– Ma się rozumieć?

– Tak.

Maria uniosła brwi, ale nie skomentowała. Zrobiły pauzę, bo akurat na ulicy rozległ się warkot motoru. Z reguły do gabinetu nie docierał zgiełk miasta, dom był stary, o grubych ścianach, a w oknie za ciężką zasłoną zainstalowano solidne, dobrze izolujące szyby. Maria wspominała na początku, że najlepiej, gdy rozmowy toczą się w ciszy, choć nie szkodzi, jeśli od czasu do czasu, świat na zewnątrz da o sobie znać. Judith odchrząknęła. Spróbowała rozwiać ten dyskretny znak zapytania, który unosił się w powietrzu.

– Naprawdę nie miałam co do tego wątpliwości – wyjaśniła. – Od samego początku. Chciałam być mamą Toma, jego prawdziwa matka zmarła, a on chyba nawet jej nie pamiętał. Oczywiście opadły mnie wątpliwości, kiedy zaczął się zachowywać w taki sposób.

– Po latach?

– Tak. To jednak nie miało znaczenia. Zapewne czułabym się inaczej, gdyby był moim biologicznym dzieckiem. Choć naturalnie nigdy nie rozmawiałam o tym z Robertem. Po prostu ten temat był… nieco zbyt drażliwy.

– To zrozumiałe. Warto pamiętać, że niektóre sprawy bardziej miękko lądują w uszach terapeuty. A o ile lat twój mąż jest starszy? Dziesięć, o ile dobrze pamiętam?

– Dokładnie o jedenaście. Latem skończy siedemdziesiąt. Nie cieszy się bynajmniej dobrym zdrowiem, nie raz o tym mówiłyśmy, lecz nie da się go skłonić, by poszedł na emeryturę. Twierdzi, że producenci filmowi mają najlepszy okres między siedemdziesiątką piątką a osiemdziesiątką. Nie wiem, ile w tym prawdy.

Maria się zaśmiała. – To tak jak z nami, terapeutami. Dochodzimy do szczytowej formy tuż przed kopnięciem w kalendarz. Co jednak stało się z tym nieszczęsnym, gnanym wiatrem siedemnastolatkiem? Jeśli sobie przypominam, to zaginął bez śladu, tak?

Judith westchnęła. – Tak właśnie. Przepadł jak kamień w wodę.

– Hm. A przeprowadzono dokładne poszukiwania?

– Wszystko przeczesano. Nie tylko ja i Robert go szukaliśmy. Policja miała swoje powody, by go odnaleźć. Nie tylko dlatego, że podejrzewano, że za jego zaginięciem mógł ktoś stać, ale też dlatego, że Tom sam był podejrzany o szereg spraw. Gdyby wtedy nie zniknął, najprawdopodobniej czekałoby go kilka lat w poprawczaku. Policjanci pokazali nam listę spraw, w jakie był zamieszany i zapewniam cię, że nie była to przyjemna lektura.

Maria po raz kolejny pokiwała głową. – A ty jak myślisz, co się stało z Tomem? Pamiętam, co mówiłaś poprzednio, ale wiadomo, że człowiek może zmienić zdanie.

– Ja nie zmieniłam. Jestem przekonana, że Tom nie żyje. Albo ktoś go zamordował… dźgając go nożem lub w inny sposób, albo też on sam to zrobił.

– Nie zostawiając śladu?

– Takie rzeczy się zdarzają.

– Bez wątpienia. A jak to wygląda od strony prawnej, został uznany za zmarłego? Taka jest chyba procedura, jeśli kogoś nie odnajdą przez dziesięć czy piętnaście lat.

Judith pokręciła głową. – Nie uznano go za zmarłego.

– Dlaczego?

– Dlatego, że Robert jest przeciwny. Jeśli żyje ktoś z bliskich krewnych zaginionego, to do niego należy decyzja.

– Tak, wiem. A dlaczego twój mąż nie chce zrobić tego kroku? Wciąż ma nadzieję?

– Tak myślę. Nie rozmawiamy o tym jednak. Zresztą, uznanie Toma za zmarłego i tak byłoby tylko formalnością. Nie miał żadnego majątku, ja i Robert byliśmy jego jedynymi spadkobiercami… No i prędzej czy później to i tak się stanie. Zapewne i w takich przypadkach działają jakieś regulacje prawne.

– Najprawdopodobniej – przytaknęła Maria Rosenberg, pochyliła się, a na jej ustach pojawił się delikatny, ale i nieco wymuszony uśmiech. – Teraz jednak zadzwonił ktoś, kto podaje się za waszego syna… W środku nocy. Za syna, który zaginął dwadzieścia lat temu. Muszę przyznać, że wyglądasz na spokojną, choć taki telefon niejednego wytrąciłby z równowagi.

Judith Bendler przez kilka sekund wpatrywała się w kubek, dopiero potem odpowiedziała.

– Absolutnie nie jestem spokojna. Dziś rano wymiotowałam po śniadaniu, a potem wysiadłam z pociągu na Zwille zamiast na Keymer Plejn. To dlatego spóźniłam się pięć minut.

Maria wciąż uśmiechała się dyskretnie. – Nie powiedziałam, że jesteś spokojna, tylko że na taką wyglądasz. Co o tym myślisz?

– O rozmowie?

– Tak.

– Ja nie tylko myślę. Ja wiem.

– Co wiesz?

– Że to jakiś oszust.

– A co niby miałby na tym zyskać? Przecież oszuści szukają dla siebie jakiejś korzyści.

Judith pokręciła głową. – Nie wiem. Nie mam pojęcia.

– Ale mówił, że oddzwoni?

 

– Tak twierdził.

Maria znów rozparła się w fotelu i przez chwilę się zastanawiała.

– Przepraszam, że o to zapytam, ale czy brałaś pod uwagę, że mogło ci się to przyśnić?

Judith przyszło do głowy, że takie pytanie może paść. Czekała na nie.

– Owszem. Jednak dziś rano przed wyjściem z domu sprawdziłam telefon. Na wyświetlaczu widać ostatnie połączenie. A ten numer wciąż tam był.

– Rozumiem. Zapisałaś go?

– Nie, chciałam to zrobić, ale nie mogłam znaleźć długopisu. I właśnie wtedy zadzwonił Robert z Londynu i to mnie rozproszyło. Był to jednak numer zagraniczny, tego jestem pewna. Co, zresztą…

– Tak?

– Co zresztą tłumaczy, dlaczego dzwonił o tej porze.

– Chodzi ci o to, że dzwonił z innej strefy czasowej?

– Tak.

– Innymi słowy oszust z daleka?

– Mhm.

Judith nie potrafiła rozstrzygnąć, czy Maria mówi z empatią czy też delikatnie ironizuje. Choć może potrafiła robić jedno i drugie, w zasadzie taka umiejętność pasowałaby do jej pogłębiającej się z czasem życiowej mądrości.

– A co o tej rozmowie sądzi Robert? Zakładam, że powiedziałaś mu o niej, kiedy zadzwonił.

– Nie… nie powiedziałam mu.

– Dlaczego nie?

– Spieszył się. Zaraz miał zaczynać jakieś spotkanie. Zadzwonił tylko, by powiedzieć dzień dobry.

– Rozumiem.

Maria wstała i obeszła pokój w koło. Miała taki zwyczaj, wiązało się to z jej problemami z krążeniem w nogach. Był to jednak również jej sposób na to, by zrobić przerwę w rozmowie, tak przynajmniej sądziła Judith. Moment na złapanie oddechu i dyskretna podpowiedź dla pacjenta sugerująca, że być może pora zmienić temat. Czekała, aż Maria usiądzie z powrotem w fotelu. Czekała na nowy temat.

– Chcesz jeszcze porozmawiać o tym telefonie czy może spróbujemy znaleźć chwilę na to, by obgadać życie w ogóle?

Pytanie niemal retoryczne. Judith znów przyszły na myśl fale rozbijające się o brzeg. I odległość, niesłychanie duża.

– Dziękuję, dość już o tym.

– Jesteś pewna?

– Tak. Jeśli on znów zadzwoni, to chyba możemy poruszyć tę kwestię następnym razem?

– Świetnie. Postanowione. Jak czuje się wasz pies po operacji?