Drugie życie Pana Roosa

Tekst
Z serii: Czarna Seria
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Drugie życie Pana Roosa
Drugie życie Pana Roosa
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 64,98  51,98 
Drugie życie Pana Roosa
Drugie życie Pana Roosa
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
34,99  25,19 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  I 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23

5  II 24 25 26 27 28 29 30 31

6  III 32 33 34 35 36 37 38 39 40

7  IV 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51

8  Przy­pisy koń­cowe

Tytuł ory­gi­nału: BERÄTTELSE OM HERR ROOS

Redak­cja: Agnieszka Nie­gow­ska

Pro­jekt okładki: Magda Kuc

Korekta: Bogu­sława Jędra­sik, Maciej Kor­ba­siń­ski

Copy­ri­ght © by Håkan Nes­ser, 2008

First publi­shed by Albert Bon­niers Förlag, Stoc­kholm, Swe­den.

Publi­shed in the Polish lan­gu­age by arran­ge­ment with Bon­nier Group Agency, Stoc­kholm, Swe­den and Maca­da­mia Lite­rary Agency, War­saw, Poland.

Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2021

Wyda­nie III

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark).

Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku.

Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

ISBN 978-83-8143-916-9


Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

Miej­sco­wo­ści Kym­linge i Maar­dam nie ist­nieją naprawdę. Ist­nieje nato­miast, cyto­wany w kilku miej­scach niniej­szej książki, rumuń­ski pisarz Mir­cea Cărtărescu.

„Przez całe życie tęsk­ni­łem za samot­no­ścią w takim miej­scu jak to”1.

Per Pet­ter­son, Krad­nąc konie

I

1

W dniu, w któ­rym wszystko się zmie­niło, Ante Val­de­mar Roos miał wizję.

Spa­ce­ro­wał z ojcem po lesie. Była jesień, trzy­mali się za ręce; słońce prze­ni­kało przez wyso­kie korony sosen, a oni podą­żali wydep­taną ścieżką wijącą się mię­dzy krze­win­kami żura­winy i omsza­łymi kamie­niami. Powie­trze było rześ­kie i przej­rzy­ste, gdzie­nie­gdzie pach­niało grzy­bami. Miał jakieś pięć, może sześć lat. W oddali sły­chać było nawo­ły­wa­nie pta­ków i szcze­ka­nie psa.

– Oto Gråmyren – powie­dział ojciec. – To miej­sce łosia.

Były lata pięć­dzie­siąte. Ojciec miał na sobie skó­rzaną kami­zelkę i kra­cia­stą czapkę z dasz­kiem. Teraz zdjął ją, wypu­ścił rękę syna i man­kie­tem koszuli wytarł czoło. Wycią­gnął tytoń i zaczął nabi­jać fajkę.

– Rozej­rzyj się dookoła, mój chłop­cze – rzekł. – Życie ni­gdy nie będzie lep­sze. Ni­gdy nie będzie lepiej.

Nie był pewien, czy to się wyda­rzyło naprawdę. Czy było to praw­dziwe wspo­mnie­nie, czy jedy­nie obraz, który wypły­nął na powierzch­nię peł­nej tajem­nic studni prze­szło­ści. Tęsk­nota za czymś, czego może ni­gdy nie było.

Wła­śnie dzi­siaj, ponad pięć­dzie­siąt lat póź­niej, sie­dział na roz­grza­nym kamie­niu przy swoim samo­cho­dzie, wysta­wiał twarz do słońca i nie było mu łatwo roz­strzy­gnąć, co jest prawdą, a co złu­dze­niem. Był sier­pień, a do lun­chu zostało pół godziny; ojciec zmarł w 1961 roku, kiedy Val­de­mar miał zale­d­wie dwa­na­ście lat. Czę­sto ide­ali­zu­jemy wspo­mnie­nia. Nie byłoby dziwne, gdyby pewne zda­rze­nia ni­gdy nie miały miej­sca. W każ­dym razie nie­które.

Ale tamte słowa brzmiały praw­dzi­wie i nie wyda­wało się, żeby mógł je wymy­ślić.

Życie ni­gdy nie będzie lep­sze.

Wyraź­nie pamię­tał czapkę z dasz­kiem i kami­zelkę.

Kiedy umarł, był pięć lat młod­szy niż ja teraz, pomy­ślał. Pięć­dzie­siąt cztery lata, nie miał wię­cej.

Dopił kawę i usiadł za kie­row­nicą. Odchy­lił sie­dze­nie – na tyle, na ile się dało – i znowu zamknął oczy. Opu­ścił boczną szybę, by poczuć cie­pły powiew wia­tru.

Spać, pomy­ślał. Zdążę się zdrzem­nąć jakiś kwa­drans. Może przy­śni mi się ta chwila w lesie. Albo coś rów­nie pięk­nego.

Firma Wrig­mans Elek­tri­ska pro­du­ko­wała ter­mosy. Od początku ist­nie­nia, czyli od końca lat czter­dzie­stych, przez kilka dzie­się­cio­leci kon­cen­tro­wała się na róż­nych urzą­dze­niach elek­trycz­nych, takich jak okapy, roboty kuchenne i suszarki, ale począw­szy od połowy lat sie­dem­dzie­sią­tych, prze­rzu­ciła się na pro­duk­cję ter­mo­sów. Zmiana nastą­piła przede wszyst­kim dla­tego, że zało­ży­ciel firmy, Wil­got Wrig­man, prak­tycz­nie spło­nął w cza­sie pożaru trans­for­ma­tora w paź­dzier­niku 1971 roku. Nie była to naj­lep­sza reklama dla firmy pro­du­ku­ją­cej urzą­dze­nia elek­tryczne – ludzie tak łatwo nie zapo­mi­nają.

Nazwę zacho­wano, byli bowiem tacy, któ­rzy uwa­żali, że Wrig­mans Elek­tri­ska to marka sama w sobie. Fabryka znaj­do­wała się w Svartö, kilka kilo­me­trów na pół­noc od Kym­linge, zatrud­niała trzy­dzie­stu pra­cow­ni­ków i Ante Val­de­mar Roos pra­co­wał tam na sta­no­wi­sku głów­nego księ­go­wego od 1980 roku.

Czyli dwa­dzie­ścia osiem lat. Każ­dego dnia czter­dzie­ści osiem kilo­me­trów w samo­cho­dzie; licząc czter­dzie­ści cztery robo­cze tygo­dnie w roku – dla rów­nego rachunku – i pięć dni w tygo­dniu, dawało to dwie­ście sie­dem­dzie­siąt jeden tysięcy czter­dzie­ści kilo­me­trów, co odpo­wia­dało prze­je­cha­niu świata dookoła jakieś sie­dem razy. Naj­da­lej w swoim życiu Val­de­mar był na grec­kiej wyspie Samos – to było dru­gie lato z Alice, dwa­na­ście lat temu. Czego by o cza­sie nie mówić, jedno jest pewne – ucieka.

 

Ale był też inny rodzaj czasu; Ante Val­de­mar Roos wyobra­żał sobie nie­kiedy, że tak naprawdę ist­nieją dwa poję­cia czasu.

Czas, który gna do przodu – sumu­jący dni, zmarszczki i lata – na co nie­wiele można pora­dzić. Pozo­sta­wało jedy­nie nadą­żać – jak młode psy za goniącą się suką i muchy za kro­wim zadem.

Ten drugi czas, powra­ca­jący, był jed­nak czymś zupeł­nie innym. Powolny i ospały, nie­kiedy stał w miej­scu, a w każ­dym razie można było odnieść takie wra­że­nie; wlo­kące się sekundy i minuty, kiedy jako sie­dem­na­sty cze­kał na świa­tłach na skrzy­żo­wa­niu Fabriks­ga­tan i Ringvägen albo kiedy budził się pół godziny przed cza­sem i za żadne skarby nie mógł ponow­nie zasnąć, tylko leżał na boku, obser­wo­wał budzik na noc­nym sto­liku i patrzył, jak za oknem świta.

I to było bez­cenne – ten czas, kiedy nic się nie działo. Im był star­szy, tym moc­niej to odczu­wał.

Pomy­ślał, że to w prze­rwach mię­dzy zda­rze­niami – kiedy pew­nej listo­pa­do­wej nocy lód kła­dzie się na jezio­rze, jeśli chcia­łoby się być odro­binę lirycz­nym – czuje się jak w domu.

I jemu podobni też.

Nie zawsze tak myślał. Tylko w ostat­niej deka­dzie, mniej wię­cej. Być może prze­czu­wał, że tak wła­śnie jest, ale uświa­do­mił to sobie – nazwał – przy spe­cjal­nej oka­zji. Pew­nego majo­wego dnia przed pię­cioma laty mię­dzy Kym­linge a Svartö samo­chód odmó­wił mu posłu­szeń­stwa. To było rano, jakąś minutę po tym, jak minął roz­droże przy kościele w Kvar­to­fta. Pró­bo­wał kilka razy odpa­lić, ale auto nie wyka­zy­wało żad­nych oznak życia. Naj­pierw zadzwo­nił do Red Cow i powia­do­mił, że się spóźni, a potem do assi­stance – obie­cali przy­słać samo­chód zastęp­czy w ciągu pół godziny.

Minęło pół­to­rej i w cza­sie tych dzie­więć­dzie­się­ciu minut, kiedy sie­dział za kie­row­nicą i obser­wo­wał ptaki fru­wa­jące pod pogod­nym, poran­nym majo­wym nie­bem, świa­tło pada­jące na pola, a na swo­ich rękach żyły, w któ­rych pły­nęła krew pom­po­wana przez jego wierne, stare serce, zro­zu­miał, że w takich chwi­lach jego dusza znaj­duje swoje miej­sce w świe­cie. Wła­śnie w takich chwi­lach.

Nie przej­mo­wał się tym, że samo­chód pogo­to­wia tech­nicz­nego nie przy­jeż­dża. Nie prze­szka­dzało mu, że zadzwo­niła Red Cow i zapy­tała, czy zrej­te­ro­wał. Nie miał potrzeby poroz­ma­wia­nia z żoną ani z nikim innym.

Powi­nie­nem raczej być kotem, pomy­ślał Ante Val­de­mar Roos. Tak, do jasnej cho­lery, gru­bym dachow­cem wyle­gu­ją­cym się w słońcu na szczy­cie sto­doły. To by było coś.

* * *

Teraz, kiedy się obu­dził i spoj­rzał na zega­rek, też pomy­ślał o kocie. Za cztery minuty mijała pora lun­chu – naj­wyż­szy czas wra­cać do Wrig­mans. Dwie minuty wystar­czą.

Zna­lazł tę polanę przed rokiem przy nie­uczęsz­cza­nej leśnej dro­dze, rzut kamie­niem od fabryki. Cza­sami przy­cho­dził tu pie­szo, ale naj­czę­ściej przy­jeż­dżał samo­cho­dem. Lubił uciąć sobie pięt­na­sto­mi­nu­tową drzemkę; miło było po pro­stu odchy­lić zagłó­wek i zapaść w sen. Facet śpiący na ziemi na skraju lasu mógłby wzbu­dzać podej­rze­nia.

Pokój socjalny we Wrig­mans Elek­tri­ska nie chciał mieć wię­cej niż pięt­na­ście metrów kwa­dra­to­wych, był wyło­żony ciem­no­brą­zo­wym lino­leum i lilio­wym lami­na­tem; spę­dziw­szy w nim nie­skoń­czoną liczbę lun­cho­wych godzin, Ante Val­de­mar Roos miał pew­nej nocy sen, że umarł i tra­fił do pie­kła. To był 2001 lub 2002 rok i dia­beł przy­jął go oso­bi­ście: stał i witał w drzwiach nowo przy­by­łego gościa ze swoim cha­rak­te­ry­stycz­nym sar­do­nicz­nym uśmie­chem. W środku wyglą­dało tam jak w pokoju we Wrig­mans. Red Cow już sie­działa w swoim rogu, z pod­grza­nym w mikro­fali spa­ghetti i horo­sko­pami, i nawet nie pod­nio­sła na niego wzroku, nie ski­nęła głową w jego kie­runku.

Od następ­nego dnia Val­de­mar prze­szedł na kanapkę, jogurt i kawę przy swoim biurku oraz banana i kilka pier­nicz­ków, które prze­cho­wy­wał w pra­wej gór­nej szu­fla­dzie z boku biurka. Teraz, jeśli tylko była odpo­wied­nia pogoda, brał chęt­nie samo­chód, by nie musieć tam sie­dzieć, i ury­wał się na godzinę czy pięć­dzie­siąt minut.

Red Cow uwa­żała go za dzi­waka i wcale się z tym nie kryła. Ale nie doty­czyło to jedy­nie jego lun­cho­wych zwy­cza­jów. Nauczył się nią nie przej­mo­wać.

Zresztą z innymi było podob­nie. Z Nils­so­nem, Tapa­ne­nem i z samym Wal­te­rem Wrig­ma­nem – z tymi, któ­rzy zalud­niali biuro. Zro­zu­miał, że uwa­żają go za trud­nego faceta; sły­szał, jak Tapa­nen używa tego okre­śle­nia w roz­mo­wie tele­fo­nicz­nej, sądząc, że nikt go nie sły­szy.

„No tak, wiesz, ten Val­de­mar Roos to trudny facet. Bogu dzięki nie jestem jego żoną”.

Trudny facet? Val­de­mar zapar­ko­wał na swoim sta­łym miej­scu koło prze­rdze­wia­łego kon­te­nera, o któ­rego wywie­zie­niu mówiło się od połowy lat dzie­więć­dzie­sią­tych. Tapa­nen był od niego młod­szy co naj­wy­żej dwa lata i pra­co­wał we Wrig­mans pra­wie tak samo długo. Miał czworo dzieci z jedną kobietą, ale od jakie­goś czasu był roz­wie­dziony. Obsta­wiał goni­twy koni i przez ostat­nie sto osiem­dzie­siąt tygo­dni twier­dził, że to tylko kwe­stia czasu, nim zain­ka­suje kupę forsy, a wów­czas jego noga już wię­cej nie posta­nie w tej prze­klę­tej, zje­dzo­nej przez mole fir­mie. Zawsze pil­no­wał, by sły­szał to Wal­ter Wrig­man, a dyrek­tor miał wtedy w zwy­czaju wymie­niać por­cję snusu, prze­jeż­dżać dło­nią po łysi­nie i wyja­śniać, że nic by go bar­dziej nie ucie­szyło. Nic.

Val­de­mar ni­gdy nie lubił Tapa­nena, nawet wów­czas, gdy jesz­cze cią­gle lubił ludzi. Było w nim coś małost­ko­wego i zło­śli­wego; podej­rze­wał, że należy do ludzi, któ­rzy zawo­dzą przy­ja­ciół w oko­pach. Nie wie­dział dokład­nie, co to zna­czy i skąd mu się wzięła ta myśl, ale paso­wała do Tapa­nena jak ulał.

Nils­sona lubił. Przy­gar­biony Nor­r­land­czyk spę­dzał więk­szość czasu w samo­cho­dzie, ale cza­sami sie­dział za swoim biur­kiem na prawo od szkla­nego boksu Red Cow. Nie miał wię­cej niż czter­dzie­ści lat: cichy i przy­ja­zny, żonaty z jesz­cze bar­dziej mało­mówną kobietą z Byske albo Hörnefors. Mieli pię­cioro albo sze­ścioro dzieci i byli człon­kami jakie­goś nie­za­leż­nego Kościoła – Val­de­mar ni­gdy nie mógł zapa­mię­tać któ­rego. Nils­son zaczął pracę we Wrig­mans jakieś pół roku przed rokiem 2000; prze­jął sta­no­wi­sko po Kula­wym Las­sie, który zgi­nął w nie­cie­ka­wych oko­licz­no­ściach w związku z wypad­kiem węd­kar­skim gdzieś w oko­li­cach Rönninge.

Miał w sobie jakąś powagę ten Nils­son: sza­ro­burą, przy­po­mi­na­jącą lawę cechę, którą mniej rozu­mie­jące dusze, na przy­kład Tapa­nen, nazwa­łyby nudziar­stwem, i mimo szcze­rych chęci Val­de­mar nie mógł sobie przy­po­mnieć, by Nils­son kie­dy­kol­wiek zasko­czył czymś, co można by nazwać dow­ci­pem. Trudno było nawet powie­dzieć, czy pod­czas swo­ich dzie­się­ciu lat we Wrig­mans Elek­tri­ska kie­dy­kol­wiek się śmiał.

To, że lubi kogoś takiego, mówiło tro­chę o nim samym. A raczej lubił. Kie­dyś.

Tak czy siak, obraz spa­ceru z ojcem był cią­gle żywy. Wyso­kie, strze­li­ste pnie sosen, krze­winki żura­winy pośród kęp trawy, wil­gotne wąwozy poro­śnięte wią­zówką i woskow­nicą. Kiedy wró­cił na swoje miej­sce za biur­kiem i uru­cho­mił kom­pu­ter, słowa ojca cią­gle krą­żyły mu po gło­wie.

Życie ni­gdy nie będzie lep­sze.

Ni­gdy nie będzie lepiej.

Popo­łu­dnie minęło pod zna­kiem przy­gnę­bie­nia. Był pią­tek. Sier­pień. Czas upa­łów, jesz­cze lato; pierw­szy powa­ka­cyjny tydzień pracy dobie­gał końca, a naj­bliż­sze godziny były jak szyny kole­jowe wyty­czone w nie­wła­ści­wym miej­scu: przy­ję­cie u brata i szwa­gierki Alice w Kym­linge Kyrkby.

To była tra­dy­cja. W drugi pią­tek sierp­nia u Hansa-Erika i Helgi Hum­mel­ber­gów jadło się raki. Zasady były nastę­pu­jące: zakła­dano na głowę małe kolo­rowe kape­lu­siki, pito co naj­mniej sześć gatun­ków piwa oraz bim­ber i wysy­sano raki. Zazwy­czaj był ich tuzin, plus minus dwa lub trzy. I przez ostat­nie trzy lata Val­de­mar zasy­piał na sofie.

Nie z powodu przedaw­ko­wa­nia napo­jów wysko­ko­wych, raczej z nudów. Miał siłę kon­wer­so­wać, wyka­zać się bystro­ścią, inte­re­so­wać się całą tą ezo­te­ryczną bła­ze­nadą przez mniej wię­cej dwie godziny, a potem jakby ucho­dziło z niego powie­trze. Zaczy­nał czuć się jak foka na pustyni. Na pół godziny zni­kał w toa­le­cie, a jeśli nikt nie zauwa­żył jego nie­obec­no­ści, pozwa­lał sobie na dodat­kowe pół godziny sie­dze­nia na obcej, pola­kie­ro­wa­nej na brą­zowo desce sede­so­wej ze spodniami i bok­ser­kami spusz­czo­nymi do kostek i na roz­my­śla­nie o tym, jak się zachowa, jeśli pew­nego dnia zde­cy­duje się ode­brać sobie życie. Albo zabić swoją żonę. Albo uciec do Kat­mandu. Zwykł korzy­stać z tak zwa­nej dzie­cię­cej toa­lety w czę­ści domu zwy­kle oku­po­wa­nej przez nasto­latki, bo i tak ni­gdy ich nie było, kiedy rodzice impre­zo­wali, tutaj zaś mógł sobie posie­dzieć w spo­koju – nie­ko­chany, pod chmurą pesy­mi­stycz­nych prze­my­śleń – tak długo, jak chciał.

Coś musi być nie tak – myślał o tym w ubie­głym roku – coś musi być na poważ­nie nie tak z jego życiem, skoro mając mniej wię­cej sześć­dzie­siąt lat, nie umie zna­leźć lep­szego roz­wią­za­nia niż pójść na przy­ję­cie i zamknąć się w toa­le­cie.

Więc co robić? – pomy­ślał teraz, kiedy tydzień pracy nagle się skoń­czył i znowu sie­dział za kie­row­nicą. Co robić? Ude­rzyć pię­ścią w stół? Wyra­zić sprze­ciw i grzecz­nie, ale sta­now­czo wyja­śnić, że nie ma zamiaru iść do Hansa-Erika i Helgi?

Czemu nie? Dla­czego po pro­stu nie powie­dzieć Alice, że jej brat i jego oddech nie podo­bają mu się tak samo jak rap, blogi i afi­sze z sen­sa­cyj­nymi nagłów­kami gazet i że nie ma zamiaru ni­gdy wię­cej prze­by­wać w ich quasi-inte­lek­tu­al­nym, zala­nym bim­brem towa­rzy­stwie?

Kiedy prze­mie­rzał z powro­tem dwa­dzie­ścia dwa kilo­me­try do Kym­linge, wąt­pli­wo­ści obi­jały się tam i z powro­tem po jego opu­sto­sza­łej gło­wie. Wie­dział, że są fik­cyjne nie­praw­dziwe; cho­dziło jedy­nie o zwy­czajny, tchórz­liwy pro­test, który nie­prze­rwa­nie się w nim toczył. Pyta­nia, sfor­mu­ło­wa­nia i tru­jące frazy, które ni­gdy nie wydo­były się z jego wybla­kłych warg i które spra­wiały, że był jesz­cze bar­dziej znie­chę­cony i posępny.

Jestem mar­twy, pomy­ślał, mija­jąc nowe cen­trum han­dlowe Coop pod Bil­lunds­ber­giem. Pod każ­dym moż­li­wym wzglę­dem jest we mnie mniej życia niż w sztucz­nym kwiatku donicz­ko­wym. Pro­blem nie tkwi w innych, tylko we mnie.

Sie­dem godzin póź­niej naprawdę sie­dział w toa­le­cie. Prze­po­wied­nie spraw­dziły się co do joty, z małym bonu­sem – był pijany. Z total­nych nudów, pró­bu­jąc zna­leźć sens życia, wypił cztery kie­liszki wódki, sporą ilość piwa i dwa albo trzy kie­liszki bia­łego wina. Opo­wie­dział też wszyst­kim długą histo­rię o dziwce z Odense, ale kiedy zmie­rzał do puenty, nie­stety oka­zało się, że wyle­ciała mu z głowy. Coś takiego może się zda­rzyć w naj­lep­szej rodzi­nie, ale nowa zna­joma gospo­da­rzy – biu­ścia­sta blond psy­cho­te­ra­peutka z korze­niami w Stora Tuna – obser­wo­wała go z pro­fe­sjo­nal­nym uśmie­chem; widział też, jak Alice zagry­zła zęby, aż pobie­lały jej szczęki.

Nie wie­dział, jak długo sie­dział na pola­kie­ro­wa­nej na brą­zowo desce, ale zega­rek wska­zy­wał wpół do pierw­szej; nie sądził, żeby się zdrzem­nął. Doświad­cze­nie mówiło mu, że spa­nie na muszli klo­ze­to­wej jest mniej lub bar­dziej nie­moż­liwe. Spu­ścił wodę, wstał i popra­wił ubra­nie. Kilka razy ochla­pał twarz zimną wodą i pró­bo­wał uło­żyć cien­kie kosmyki, które wciąż gdzie­nie­gdzie wyra­stały na jego nie­re­gu­lar­nej gło­wie, two­rząc pew­nego rodzaju wzór. Zwę­dził odro­binę pasty do zębów i prze­płu­kał usta. Następ­nie chwiej­nym kro­kiem wyszedł z toa­lety i wziął kurs na salon, gdzie hisz­pań­ska muzyka gita­rowa mie­szała się z pod­nie­sio­nymi gło­sami i rado­snym śmie­chem.

Jeśli nikt inny się nie ukrył, powinno ich być jede­na­ście, pomy­ślał Val­de­mar; kom­pletna dru­żyna fut­bo­lowa skła­da­jąca się z ludzi w śred­nim wieku, młod­szych i star­szych ludzi suk­cesu, wyga­da­nych i zasłu­że­nie pija­nych.

Nagle dopa­dło go zwąt­pie­nie. Poczuł się tak doj­mu­jąco stary, praw­dzi­wie prze­grany i ani tro­chę mocny w gębie. Jego żona była od niego o jede­na­ście lat młod­sza, wszy­scy pozo­stali zaś byli mię­dzy czter­dziestką a pięć­dzie­siątką, pyta­nie, czy psy­cho­te­ra­peutka cią­gle nie miała trzy­dziestki… Jemu pozo­stało zale­d­wie kilka mie­sięcy do sześć­dzie­sią­tych uro­dzin.

 

Nie mam nic do powie­dze­nia żad­nemu z nich, pomy­ślał. I żadne z nich nie ma mi nic do powie­dze­nia.

Nie chcę tu być, co naj­wy­żej chcę być kotem.

Rozej­rzał się po biało-alu­mi­nio­wym holu. Nie było tam ani jed­nego przed­miotu, który by go zain­te­re­so­wał. Ani jed­nej cho­ler­nej małej rze­czy, którą mógłby ze sobą wziąć, gdyby był wła­my­wa­czem. To było zbyt żało­sne.

Obró­cił się na pię­cie, wymknął przez drzwi wej­ściowe i spo­tkał z orzeź­wia­ją­cym, trzeź­wią­cym noc­nym powie­trzem.

Ni­gdy nie będzie gorzej, pomy­ślał.

2

O wpół do pierw­szej następ­nego dnia Ante Val­de­mar Roos sie­dział na sofie w salo­nie i pró­bo­wał czy­tać gazetę.

Kom­plet­nie mu nie szło. Tekst ska­kał. Czuł, jakby jego głowa zde­cy­do­wa­nie za długo sie­działa w piecu. Z żołąd­kiem nie było lepiej, a na obrze­żach pola widze­nia wyro­sło coś na kształt eks­pan­syw­nego pod­biału.

Jego żona Alice nie roz­ma­wiała z nim przez cały ranek, ale młod­sza córka, Wilma, wyja­śniła, jesz­cze zanim obie znik­nęły za drzwiami, że wycho­dzą na kilka godzin na zakupy. Miała szes­na­ście lat; może tro­chę było jej go szkoda.

Star­sza córka, Signe, paliła na bal­ko­nie. Ani Wilma, ani Signe nie były rodzo­nymi dziećmi Val­de­mara – dostał je w pakie­cie razem z Alice, kiedy pobie­rali się jede­na­ście lat temu. Wtedy miały pięć i dzie­więć lat, teraz – szes­na­ście i dwa­dzie­ścia.

Pewna róż­nica – zauwa­żył Val­de­mar. Trudno powie­dzieć, że z cza­sem było łatwiej. Nie było dnia, by nie modlił się do wyż­szych mocy, w które wła­ści­wie nie wie­rzył, o to, żeby Signe się usa­mo­dziel­niła i wypro­wa­dziła z domu. Mówiła o tym od co naj­mniej trzech lat, ale do tej pory bez skutku.

Jeśli zaś cho­dzi o niego, to tak, Ante Val­de­mar Roos miał rodzone dziecko, syna Gre­gera. Był czę­ścią pierw­szego, pogma­twa­nego mał­żeń­stwa z kobietą o imie­niu Lisen; w owym cza­sie to imię rów­nież nie było pospo­lite, a i ona też ni­gdy nie była spe­cjal­nie zwy­czajna. Jeśli cho­dzi o cało­kształt.

Już nie żyła. Zgi­nęła pod­czas eks­pe­dy­cji w Hima­laje dwa lata przed nowym tysiąc­le­ciem. Pomysł był taki, jeśli dobrze zro­zu­miał, żeby zdo­być jakiś tam szczyt w dzień swo­ich pięć­dzie­sią­tych uro­dzin.

Jed­nak wcze­śniej, po sied­miu latach mał­żeń­stwa przy­znała, że pra­wie przez cały ten czas miała na boku innego męż­czy­znę, i roz­wie­dli się bez więk­szych dra­ma­tów. Kiedy prze­pro­wa­dzała się do Ber­lina, wzięła ze sobą Gre­gera, ale Val­de­mar spo­ty­kał się cza­sem z synem, kiedy ten dora­stał.

Nie­zbyt czę­sto. Od czasu do czasu. W ferie i waka­cje… wędrówka po górach i kilka podróży; desz­czowy tydzień w Szko­cji, mię­dzy innymi, i cztery dni w Skara Som­mar­land2. Obec­nie Gre­ger był face­tem w śred­nim wieku i miesz­kał w Maar­dam, gdzie pra­co­wał w banku i żył z kolo­rową kobietą z Suri­namu. Val­de­mar ni­gdy jej nie spo­tkał, ale widział ją na zdję­ciu. Mieli dwoje dzieci. Wysy­łał Gre­gerowi maila co trzy, cztery mie­siące. Ostat­nio widzieli się na pogrze­bie Lisen, na wietrz­nym cmen­ta­rzu w Ber­li­nie. Od tam­tego czasu minęło dzie­sięć lat.

Signe wró­ciła z bal­konu.

– Jak się czu­jesz? – zapy­tała.

– Dobrze – odpo­wie­dział Val­de­mar.

– Wyglą­dasz fatal­nie.

– Naprawdę?

– Mama mówiła, że tro­chę wczo­raj prze­sa­dzi­łeś.

– E tam! – odparł, a gazeta spa­dła mu na pod­łogę.

Usia­dła w fotelu naprze­ciw niego. Popra­wiła zawi­nięty na gło­wie ręcz­nik frotté. Miała na sobie swój duży, żółty szla­frok, skąd wywnio­sko­wał, że przed pierw­szym poran­nym machem zdą­żyła wziąć prysz­nic.

– Podobno znik­ną­łeś z przy­ję­cia.

– Znik­ną­łem?

– Tak.

Chciał pod­nieść gazetę i kiedy pochy­lił się do przodu, poczuł pul­so­wa­nie w gło­wie. Pod­biał buj­nie się ple­nił.

– Posze­dłem… posze­dłem na spa­cer.

– Aż z Kyrk­byn?

– Tak. Był ładny wie­czór.

Ziew­nęła.

– Sły­sza­łam, jak wró­ci­łeś do domu.

– Ach tak?

– Tak naprawdę tylko dzie­sięć minut po mnie. Wpół do pią­tej.

Wpół do pią­tej? – pomy­ślał i prze­szyła go fala nud­no­ści. To chyba nie­moż­liwe?

– Z Kyrk­byn tro­chę się idzie – powie­dział. – Prze­cież mówię.

– No tro­chę – odparła Signe i uśmiech­nęła się szy­der­czo. – A potem byłeś w Prince i zali­czy­łeś kilka piw. To musiało potrwać.

Uświa­do­mił sobie, że to prawda. Signe była jak zawsze dobrze poin­for­mo­wana. Prze­cho­dził koło knajpy na Drot­t­ning­ga­tan, zoba­czył, że jest otwarta, i wdep­nął. Nie wie­dział, że nazywa się Prince, ale nagle mu się przy­po­mniało, że sie­dział przy lśnią­cym barze i pił piwo. Roz­ma­wiał też z jakąś kobietą; miała bujne rude włosy, ara­fatkę, a w każ­dym razie jakie­goś rodzaju chustkę w kratkę na gło­wie; może nawet posta­wił jej drinka. Albo dwa. Jeśli go pamięć nie myli, to na wewnętrz­nej stro­nie przed­ra­mie­nia miała wyta­tu­owane męskie imię. Hans? Nie. Chyba Hugo.

Fuj, pomy­ślał Ante Val­de­mar Roos.

– Cilla, moja kum­pela, cię widziała. Mówiła, że byłeś tro­chę wsta­wiony.

Nie sko­men­to­wał tego. Zaczął nato­miast prze­rzu­cać gazetę i uda­wał, że nie jest zain­te­re­so­wany roz­mową. Jakby go nie doty­czyła.

– Powie­działa też, że byłeś pięt­na­ście lat star­szy od wszyst­kich w lokalu. Babsz­tyl, z któ­rym gada­łeś, był zaraz po tobie.

Zna­lazł strony ze spor­tem i zaczął śle­dzić wyniki. Signe sie­działa w mil­cze­niu przez kilka sekund i gapiła się na swoje paznok­cie. W końcu wstała.

– Mama jest tro­chę skwa­szona, mam rację? – powie­działa i nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, znik­nęła w swoim pokoju.

Takie życie, pomy­ślał Ante Val­de­mar Roos i zamknął oczy.

Wcze­sne godziny popo­łu­dniowe wyko­rzy­stał na drzemkę i kiedy obu­dził się o czwar­tej, ku swo­jemu zasko­cze­niu stwier­dził, że jest w domu sam. Bóg raczy wie­dzieć, gdzie się podzie­wały Wilma i Signe, a Alice zosta­wiła kartkę na kuchen­nym stole. „Jestem u Olgi. Wrócę późno. A”.

Zgniótł papier i wrzu­cił go do kosza. Wziął dwie tabletki prze­ciw­bó­lowe i wypił szklankę wody. Przez chwilę myślał o Oldze; była Rosjanką i jedną z nie­zli­czo­nych przy­ja­ció­łek jego żony. Miała ciemne oczy, mówiła wolno i tro­chę mistycz­nie tym swoim głę­bo­kim gło­sem, pra­wie bary­to­nem. Raz śniło mu się, że się z nią kocha. To był bar­dzo reali­styczny sen: leżeli w morzu paproci, dosia­dała go, a jej dłu­gie, czarne włosy tań­czyły na wie­trze; obu­dził się, zanim doszedł, po tym jak Alice włą­czyła odku­rzacz zale­d­wie pół metra od łóżka i zapy­tała, czy jest chory, czy może coś się z nim dzieje.

To było kilka lat temu, ale trudno mu było te papro­cie zapo­mnieć.

Otwo­rzył lodówkę i zasta­no­wił się, czy ocze­kuje się od niego, że ugo­tuje dziew­czyn­kom obiad. Może tak, a może nie. Były skład­niki do przy­rzą­dze­nia pro­stego spa­ghetti, posta­no­wił jed­nak, że poczeka i zoba­czy, jak się sprawy poto­czą. Jedna lub druga w końcu się pojawi; może będą chciały, żeby im dać po stówce, by zamiast tego mogły napeł­nić swoje żołądki na mie­ście. Ni­gdy nie wia­domo.

Wyjął kupon lotto i zasiadł przed tele­wi­zo­rem.

W tam­tej chwili Ante Val­de­mar Roos led­wie przy­pusz­czał, że jego życie stoi przed rady­kalną i brze­mienną w skutki zmianą.

Przez kolejne cztery tygo­dnie ta śmieszna myśl będzie się od czasu do czasu poja­wiać w jego gło­wie i za każ­dym razem będzie się do niej uśmie­chał, mając do tego pełne prawo.

To jego ojciec zaczął typo­wać te same liczby. Zanim się powie­sił, poszedł do sklepu z arty­ku­łami tyto­nio­wymi na Gartzvägen w K. i skre­ślił te same od ośmiu lat liczby. Był tam każ­dej środy przed osiem­na­stą. Cza­sami Val­de­mar mógł mu towa­rzy­szyć.

– To, co zwy­kle? – pytał fleg­ma­tyczny sprze­dawca Pohl­gren.

– To, co zwy­kle – odpo­wia­dał ojciec.

Z obser­wa­cji Val­de­mara wyni­kało, że więk­szość gra­ją­cych pró­bo­wała szczę­ścia, typu­jąc pięć lub osiem zakła­dów, albo grała sys­te­mem, ale Eugen Roos zado­wa­lał się tylko jed­nym zakła­dem.

– Prę­dzej czy póź­niej, mój chłop­cze – wyja­śniał ojciec – prę­dzej czy póź­niej zostaną wylo­so­wane. Kiedy czło­wiek będzie się tego naj­mniej spo­dzie­wał. Cho­dzi o to, żeby mieć cier­pli­wość.

Cier­pli­wość.

Po śmierci ojca zwy­czaj prze­jął Val­de­mar i już w środę po wypadku poszedł do Pohl­grena, zakre­ślił liczby na kupo­nie i zapła­cił czter­dzie­ści öre, bo tyle to wtedy kosz­to­wało.

A potem kon­ty­nu­ował: tydzień za tygo­dniem, rok za rokiem. Kiedy Tipptjänst3 zwięk­szył liczbę z dwu­na­stu na trzy­na­ście, Val­de­mar też doko­nał zmiany. Z jed­nego zakładu na trzy, w każ­dym zakła­dzie doda­jąc inną trzy­na­stą liczbę.

Te same liczby od 1953 roku. Cza­sami zasta­na­wiał się, czy to nie jest jakiś świa­towy rekord. Mimo wszystko, jak by na to nie patrzeć, cho­dziło prze­cież o ponad pięć­dzie­siąt lat, szmat czasu.

Dziwne, że ani on, ani jego ojciec ni­gdy nie wygrali nawet korony. Dwa­dzie­ścia dwa razy miał dzie­wiątkę, trzy razy dzie­siątkę, ale ni­gdy nie prze­kła­dało się to na wygraną.

Cier­pli­wo­ści, myślał. Jeśli prze­każę liczby Gre­ge­rowi, to pew­nego pięk­nego dnia zosta­nie milio­ne­rem.

Mię­dzy dwu­dzie­stą a czter­dzie­stą czwartą minutą dru­giej połowy loso­wa­nia zasnął na chwilę w fotelu – nie dało się tego unik­nąć. Ale przy poda­wa­niu wyni­ków był wystar­cza­jąco przy­tomny. Cią­gle sam w domu, się­gnął po dłu­go­pis i pomy­ślał, że jeśli w przy­szłym życiu nie będzie kotem, to może przy­naj­mniej sta­rym kawa­le­rem.

Potem, kiedy wszystko toczyło się jak zawsze, kiedy nie­obli­czalne wia­try wiały ze wszyst­kich moż­li­wych stron i nic się nie działo albo działo się wszystko, stał się cud.

Loso­wa­nie za loso­wa­niem, wynik za wyni­kiem, liczba za liczbą. Pierw­szą myślą Val­de­mara, już po wszyst­kim, było to, że naprawdę sie­dział i śle­dził całą pro­ce­durę. Wygrał dzięki wni­kli­wej obser­wa­cji. Ni­gdy tak nie robił; obec­nie bar­dzo rzadko oglą­dał loso­wa­nie na żywo, naj­czę­ściej zado­wa­lał się spraw­dze­niem wyni­ków w tele­ga­ze­cie lub w nie­dziel­nej bądź ponie­dział­ko­wej pra­sie. Stwier­dzał, że jak zwy­kle ma czwórkę, piątkę lub szóstkę i pozo­staje mu jedy­nie grać dalej.

Trzy­na­ście.

Sma­ko­wał słowo. Powta­rzał je gło­śno. Trzy­na­ście tra­fio­nych.

Nagle nie był pewien, czy się obu­dził. Albo czy w ogóle żyje. Zmierzch w pokoju i miesz­ka­niu był nie do końca rze­czy­wi­sty, niczym całun. Może umarł? Oprócz tele­wi­zora nie było włą­czone ani jedno źró­dło dźwięku i pierw­szy raz zwró­cił także uwagę na to, że na zewnątrz padało i że niebo nad Kym­linge było czarne jak świeżo poło­żony asfalt.

Uszczyp­nął się w skrzy­dełko nosa, gło­śno odchrząk­nął, poru­szył pal­cami u stóp i wymó­wiw­szy pew­nym gło­sem swoje imię i PESEL, wycią­gnął ostrożny wnio­sek, że ani nie śpi, ani nie jest mar­twy.

Potem nastą­piło roz­da­nie.

Milion…

Ból roz­sa­dzał czaszkę. Wytrzesz­czył oczy i pochy­lił się w kie­runku tele­wi­zora.

Milion dzie­więć­set pięć­dzie­siąt…

Zadzwo­nił tele­fon. Alek­san­der Gra­ham Bell, go and play with your­self, pomy­ślał Ante Val­de­mar Roos.

Można się było zasta­no­wić, dla­czego aku­rat taka fraza, w dodatku w obcym języku, poja­wiła się w jego docho­dzą­cym do sie­bie mózgu, ale tak się wła­śnie stało, wkrótce zresztą miała ona być już tylko wspo­mnie­niem.

Milion dzie­więć­set pięć­dzie­siąt cztery tysiące sto dwa­dzie­ścia koron.