Całkiem inna historia

Tekst
Z serii: Czarna Seria
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Całkiem inna historia
Całkiem inna historia
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 69,98  55,98 
Całkiem inna historia
Całkiem inna historia
Audiobook
Czyta Wojciech Żołądkowicz
34,99 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1  Okładka

2  Strona tytułowa

3  Strona redakcyjna

4  I

5  II

6  III

7  IV

8  V

9  VI

10  VII

11  Przy­pisy koń­cowe

Tytuł ory­gi­nału: EN HELT ANNAN HISTO­RIA

Redak­cja: Agnieszka Nie­gow­ska

Pro­jekt okładki: Magda Kuc

Korekta: Ewa Jastrun, Maciej Kor­ba­siń­ski

© Håkan Nes­ser, 2007

First publi­shed by Albert Bon­niers Förlag, Stoc­kholm, Swe­den.

Publi­shed in the Polish lan­gu­age by arran­ge­ment with Bon­nier Group Agency, Stoc­kholm, Swe­den.

Copy­ri­ght © for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca, War­szawa 2020

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark).

Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku.

Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie III

ISBN 978-83-8143-918-3


Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer.

Miej­sco­wość Kym­linge nie ist­nieje naprawdę, a klucz fran­cu­ski Bah­cos o nume­rze 08072 ni­gdy nie był sprze­da­wany we Fran­cji. Poza tym treść książki zasad­ni­czo nie odbiega od realiów.

I

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Notatki z Mouster­lin

29 czerwca 2002 roku

Nie jestem taki jak inni.

I nie chcę taki być. Jeśli kie­dy­kol­wiek w życiu natra­fię na grupę ludzi, z którą będę się utoż­sa­miał, będzie to zna­czyło tylko tyle, że mój umysł popadł w otę­pie­nie. Że i ja dałem się ocio­sać do kon­tu­rów wyty­czo­nych przez panu­jące oby­czaje i głu­potę. Tak to wła­śnie wygląda, a zmiana tych warun­ków brze­go­wych nie jest moż­liwa. Wiem, że jestem wybrany.

Może zosta­jąc tu, popeł­ni­łem błąd. Może powi­nie­nem posłu­chać intu­icji i zre­zy­gno­wać. Naj­ła­twiej bowiem pójść po linii naj­mniej­szego oporu, a dodat­kowo Erik wyda­wał mi się z początku dość inte­re­su­jący; to nie­wąt­pli­wie czło­wiek nie­ba­nalny. Poza tym nie mia­łem kon­kret­nych pla­nów podróży, żad­nej mar­szruty. Na połu­dnie; zale­żało mi tylko, żeby jechać na połu­dnie.

Jed­nak dzi­siej­szego wie­czoru poczu­łem wąt­pli­wo­ści. Nic mnie tu nie trzyma, mogę w każ­dej chwili spa­ko­wać ple­cak i ruszyć dalej. Już choćby to daje mi poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Ude­rzyła mnie myśl, że rze­czy­wi­ście mógł­bym wyru­szyć w każ­dej chwili, już teraz; jest druga w nocy, w ciem­no­ści sły­chać mono­tonny szum morza odda­lo­nego o kil­ka­set metrów od tarasu, na któ­rym wła­śnie zapi­suję swoje myśli. Nad­cho­dzi przy­pływ; mógł­bym zejść na dół na plażę i ruszyć na wschód, nic prost­szego.

Powstrzy­muje mnie jed­nak leni­stwo połą­czone ze zmę­cze­niem i pewną dawką alko­holu we krwi. Pocze­kam przy­naj­mniej do jutra, praw­do­po­dob­nie jesz­cze kilka kolej­nych dni. Ni­gdzie mi się nie spie­szy, to pewne. Może dam się sku­sić i przyjmę rolę obser­wa­tora. Może będzie o czym pisać. Kiedy powie­dzia­łem dok­to­rowi L., że mam chęć wyru­szyć w dłuż­szą podróż, nie był zachwy­cony. Ale kiedy wyja­śni­łem mu, że potrze­buję czasu, by prze­my­śleć i opi­sać to, co się zda­rzyło, a naj­ła­twiej będzie mi to zro­bić w obcym śro­do­wi­sku – bo taki był pod­sta­wowy cel tej podróży – zgo­dził się. Wkrótce życzył mi uda­nej podróży i były to słowa pły­nące pro­sto z serca. Byłem pod jego opieką przez ponad rok. Myślę, że nie­czę­sto jest mu dane wypusz­czać pacjenta w świat, musi więc mieć poczu­cie triumfu.

Wra­ca­jąc do Erika, muszę przy­znać, że wyka­zał się wiel­ko­dusz­no­ścią, kiedy pozwo­lił mi tu pomiesz­kać cał­kiem za darmo. Twier­dził, że wyna­jął ten dom wspól­nie z dziew­czyną, z którą póź­niej zerwał, ale rezer­wa­cji nie dało się już odwo­łać. Na początku wyda­wało mi się, że kła­mie; podej­rze­wa­łem, że jest gejem i chce się ze mną zaba­wić, ale chyba nie mia­łem racji. Praw­do­po­dob­nie nie jest homo­sek­su­ali­stą, ale stu­pro­cen­to­wej gwa­ran­cji bym nie dał. Może jest bisek­su­alny, a już na pewno jest osobą bar­dzo pokom­pli­ko­waną. Być może wła­śnie dla­tego z nim wytrzy­muję; fascy­nują mnie jego ciemne strony, przy­naj­mniej dopóki ich nie roz­pra­cuję.

Jest dość zamożny; dom jest tak duży, że nie musimy cią­gle na sie­bie wpa­dać. Umó­wi­li­śmy się, że dopóki tu będę miesz­kać, będziemy mieli wspólną kasę na jedze­nie, ale łączy nas coś jesz­cze. Może rodzaj sza­cunku; minęły cztery dni od chwili, gdy zabrał mnie z drogi pod Lille, trzy dni, odkąd tu przy­je­cha­li­śmy. Zazwy­czaj ludzie zaczy­nają mnie nużyć już po ułamku tego czasu.

Ale dzi­siej­szej nocy – kiedy piszę te słowa – naszły mnie po raz pierw­szy poważne wąt­pli­wo­ści. Zaczęło się od prze­dłu­ża­ją­cego się lun­chu w por­cie w Bénodet; od razu poczu­łem, że jest to tylko począ­tek męczą­cego wie­czoru. Takie rze­czy zauważa się dość wyraź­nie. Kiedy wresz­cie dotar­li­śmy do peł­nej zgiełku restau­ra­cji i udało nam się wytłu­ma­czyć kel­ne­rowi, co chcemy zamó­wić, przez moją głowę prze­le­ciała pewna myśl: „Zabij wszyst­kich przy stole i odejdź”.

Byłoby to naj­lep­sze roz­wią­za­nie dla wszyst­kich, a mnie nie zadrża­łaby nawet powieka.

Gdy­bym tylko wie­dział jak. Gdy­bym wie­dział, jakiej użyć broni. Gdzie uciec.

Może pomysł poja­wił się z powodu upału. Od gorączki do sza­leń­stwa jest bar­dzo bli­sko. Prze­sta­wia­li­śmy stoły, prze­cią­ga­li­śmy para­sole wte i wewte, żeby uzy­skać cień, ale ja i tak sie­dzia­łem w słońcu – szcze­gól­nie gdy odchy­la­łem się do tyłu i przy­wie­ra­łem ple­cami do opar­cia krze­sła; można więc było powie­dzieć wszystko, ale na pewno nie to, że było wygod­nie. Egzy­sten­cjalne swę­dze­nie. Wibru­jące roz­draż­nie­nie zmie­rza­jące ku temu, co nie­unik­nione.

Całe to zamie­sza­nie było oczy­wi­ście bez­denną głu­potą. Może nikt kon­kretny za tym nie stał, może cho­dziło wyłącz­nie o typową, źle ukie­run­ko­waną cie­ka­wość. Przy­pad­kowe spo­tka­nie kilku roda­ków na sobot­nim tar­go­wi­sku w małym bre­toń­skim mia­steczku. Bar­dzo moż­liwe, że w takich sytu­acjach kon­we­nanse wymu­szają na nas pewne zacho­wa­nia. Pewne rytu­ały. A ja nie­na­wi­dzę kon­we­nan­sów tak bar­dzo jak ludzi, któ­rzy ich prze­strze­gają.

Moż­liwe, że ina­czej odbie­rał­bym grupę Węgrów bie­sia­du­ją­cych wspól­nie w Sztok­hol­mie czy Malmö; nie zno­szę prze­by­wa­nia wewnątrz takiej grupy, ale gdy patrzę na nią z zewnątrz, zupeł­nie mnie nie obcho­dzi. Nie­świa­do­mość jest zwy­kle lep­sza niż uświa­da­mia­nie sobie cze­goś, wie­dza o czymś. Albo uda­wana nie­świa­do­mość. Łatwiej żyć w kraju, któ­rego języka nie zna się zbyt dobrze.

Na przy­kład język, który nas aku­rat ota­cza, czyli fran­cu­ski, brzmi naj­bar­dziej dobit­nie, gdy się go nie do końca rozu­mie.

Ja ni­gdy nie poka­zuję tego, co myślę, nie wpusz­czam nikogo za swoje zasieki. W środku prze­kli­nam, ale mogę się śmiać i uśmie­chać, śmiać i uśmie­chać. Nauczy­łem się iść tak przez życie. Navi­gare necesse est1. Zda­rza się, że ludzie uwa­żają, iż jestem miły. Myśli nie są nie­bez­pieczne dopóty, dopóki pozo­stają w naszych gło­wach – to prawda rów­nie dobra jak każda inna.

Z zasady ni­gdy nie mówię ludziom nic nie­przy­jem­nego.

Mamy tu dwie pary. Na początku myśla­łem, że oni się znają, że wspól­nie spę­dzają urlop – ale nie. Dla całej szóstki było to zupeł­nie przy­pad­kowe spo­tka­nie na targu, wśród domo­wej roboty serów, powi­deł i mar­mo­lady, musca­deta i cydru oraz szy­deł­ko­wych sza­li­ków. Może Erik napa­lił się na któ­rąś z tych kobiet; obie są młode i dość ładne, może zresztą podo­bały mu się obie, bo gdy tak zaja­da­li­śmy owoce morza, popi­ja­jąc kolej­nymi butel­kami wina, bez­sprzecz­nie pró­bo­wał je ocza­ro­wać.

Może ja też pró­bo­wa­łem je ocza­ro­wać.

No i Kym­linge, czyli oso­bliwe ogniwo spa­ja­jące całą grupę. Erik mieszka w tej miej­sco­wo­ści od uro­dze­nia, pierw­sza z kobiet się tam wycho­wała, ale póź­niej prze­pro­wa­dziła do Göteborga, druga mieszka w Kym­linge od dzie­sią­tego roku życia. Choć wcze­śniej nic o sobie nie wie­dzieli, cała trójka uznała, że to geo­gra­ficzne ogniwo jest znie­wa­la­ją­cym magne­sem. Nawet Erik.

 

Dla mnie było to odra­ża­jące. Tak jakby przy­je­chali tu z wycieczką auto­ka­rową i sie­dząc w restau­ra­cji w małym fran­cu­skim mia­steczku, delek­to­wali się zwy­cza­jami i dzi­wac­twami tubyl­ców oraz porów­ny­wali je z zacho­wa­niem ludzi miesz­ka­ją­cych w ich rodzin­nych stro­nach. W Kym­linge i gdzie indziej. Przed daniem głów­nym wypi­łem trzy kie­liszki chłod­nego bia­łego wina, pocąc się w słońcu i czu­jąc, że ogar­nia mnie dobrze znana despe­ra­cja. Swę­dze­nie.

Posta­no­wi­łem nie opo­wia­dać o moich powią­za­niach z Kym­linge. Jestem pewien, że nikt z nich nie wie, kim jestem, w prze­ciw­nym razie nie mógł­bym tutaj zostać.

Pierw­sza para to Hen­rik i Kata­rina Malm­gre­no­wie. To wła­śnie ona wycho­wała się w Kym­linge, ale teraz miesz­kają w Mölndal. Oboje są około trzy­dziestki, ona pra­cuje w szpi­talu Sahl­gren­ska, a on jako pra­cow­nik naukowy. Są mał­żeń­stwem, ale nie mają dzieci. Ona wygląda jak kobieta, która może i chce zajść w ciążę, więc jeśli są jakieś prze­szkody medyczne, to na pewno po jego stro­nie. On jest chłodny i spięty, ma zaczer­wie­nioną skórę, praw­do­po­dob­nie łatwo ulega popa­rze­niom sło­necz­nym; pod­czas wie­lo­go­dzin­nego lun­chu czuł się chyba rów­nie źle jak ja, takie odnio­słem wra­że­nie. Praw­do­po­dob­nie lepiej się czuje przed moni­to­rem kom­pu­tera lub wśród zaku­rzo­nych ksią­żek niż pośród ludzi. Cie­kawe, jak w ogóle doszło do tego, że są parą.

Druga para to Gun­nar i Anna. Nie są mał­żeń­stwem i chyba nie miesz­kają razem. Oboje pró­bo­wali ukry­wać swoją płyt­kość, uda­wać, że ich filo­zo­fia życiowa jest efek­tem głę­bo­kich prze­my­śleń. Robili to jed­nak nie­udol­nie: naj­le­piej, gdyby kon­se­kwent­nie mil­czeli, szcze­gól­nie ona. On jest jakimś nauczy­cie­lem – nie dosły­sza­łem wszyst­kich szcze­gó­łów – a ona pra­cuje w agen­cji rekla­mo­wej, praw­do­po­dob­nie przy bez­po­śred­niej obsłu­dze klienta. Jej naj­więk­szymi atu­tami są twarz i górna połowa ciała. Opo­wia­dali rów­nież, że wła­śnie kupili razem kłu­saka, a może tylko zamie­rzali kupić.

Z nie­wy­ja­śnio­nych powo­dów Kata­rina Malm­gren mówi po fran­cu­sku pra­wie jak auto­chtoni – pozo­stali bie­siad­nicy mogą tylko poma­rzyć o takiej zna­jo­mo­ści języka – więc pod­czas lun­chu uzy­skała nie­za­słu­żony sta­tus swo­istej wyroczni. Jedli­śmy co naj­mniej osiem rodza­jów owo­ców morza, któ­rych wła­ści­wo­ści oma­wiała z kel­ne­rem bar­dzo szcze­gó­łowo. Do wydłu­by­wa­nia opor­nych miesz­kań­ców z ich sko­ru­pek sto­suje się igły zakoń­czone uchwy­tem z korka; kiedy ten kawa­lą­tek mię­śni tra­fia wresz­cie do ust bie­siad­nika, ni­gdy nie wia­domo, czy jest żywy, czy mar­twy. Z tego, co rozu­miem, trzeba je pozba­wić życia, prze­gry­za­jąc na pół, i dopiero wtedy połknąć.

Kwe­stie napo­jów wziął na sie­bie Erik; zaczę­li­śmy od zwy­kłego wytraw­nego bia­łego wina, ale po trzech butel­kach prze­szli­śmy na miej­scowy cydr, mocny i słodki zaj­za­jer, który zmu­sił nas do dwu­go­dzin­nej popo­łu­dnio­wej drzemki.

Póź­niej spę­dzi­li­śmy wie­czór w domku Gun­nara i Anny; miesz­kają kil­ka­set metrów stąd, idąc plażą w kie­runku Beg-Meil, w malow­ni­czym domku wro­śnię­tym w wydmy. Sie­dzie­li­śmy na ich tara­sie w szóstkę i znowu jedli­śmy owoce morza, wle­wa­jąc w sie­bie wino i calva­dos. Gun­nar śpie­wał, przy­gry­wa­jąc sobie na gita­rze. Taube, Beatlesi i Olle Adol­ph­son. Pró­bo­wa­li­śmy dotrzy­my­wać mu kroku, dołą­cza­jąc się tam, gdzie pamię­ta­li­śmy słowa; można było odnieść wra­że­nie, że był to zacza­ro­wany wie­czór. Gdzieś koło pół­nocy byli­śmy już tak pod­chmie­leni, że poja­wił się pomysł kąpieli nago w morzu. Entu­zja­styczny kwar­tet w oso­bach obu kobiet, Erika i Gun­nara wyru­szył w stronę morza, trzy­ma­jąc się za ramiona i wyma­chu­jąc butelką wina musu­ją­cego.

Ja i Hen­rik Oschły zosta­li­śmy w domu; powi­nie­nem oczy­wi­ście zapy­tać, czym się wła­ści­wie zaj­muje, jakimi kon­kret­nie bada­niami, ale nie mia­łem ochoty na roz­mowę. Dużo przy­jem­niej­sze było sma­ko­wa­nie calva­dosu, pale­nie papie­rosa i gapie­nie się w mrok. On pró­bo­wał nie­śmiało roz­po­cząć jakąś roz­mowę o tych czy innych cechach cha­rak­teru miesz­kań­ców depar­ta­mentu Finistère, ale ja nie bar­dzo pali­łem się do kon­wer­sa­cji. W końcu ucichł; praw­do­po­dob­nie jego zain­te­re­so­wa­nie moimi poglą­dami na temat tego czy owego było rów­nie mini­malne jak moje wzglę­dem jego opi­nii. Mimo wszystko jed­nak wydaje się, że za tą pali­sadą oschło­ści kryło się poczu­cie wła­snej war­to­ści. Sie­dzie­li­śmy tak obaj, słu­cha­jąc pokrzy­ki­wań naszych kąpią­cych się przy­ja­ciół; oczy­wi­ście on miał poważ­niej­sze powody, by nasłu­chi­wać, w końcu to jego żona, a nie moja roze­brała się do naga razem z trójką cał­kiem obcych ludzi.

Od pię­ciu lat nie mam żony i cza­sami za nią tęsk­nię, ale rzadko.

Kiedy powró­cili z kąpieli, owi­nięci pru­de­ryj­nie udra­po­wa­nymi ręcz­ni­kami, ich wesoły nastrój się ulot­nił; odnio­słem wręcz wra­że­nie, że łączy ich jakaś tajem­nica.

Że coś się wyda­rzyło i teraz to ukry­wają.

Ale może to tylko alko­hol i zmę­cze­nie. Musiało im być zimno; w czerwcu woda w Atlan­tyku ma znacz­nie poni­żej dwu­dzie­stu stopni. Po pół­go­dzi­nie wyru­szy­li­śmy z powro­tem od domu. Kiedy wędro­wa­li­śmy z Eri­kiem wzdłuż plaży, miał duże trud­no­ści z utrzy­ma­niem się na nogach, a po prze­kro­cze­niu progu domu zasnął, zrzu­ca­jąc tylko san­dały.

Ja nato­miast czuję zadzi­wia­jącą jasność umy­słu. Zdol­no­ści ana­li­tyczne. Słowa i myśli stały się tak wyra­zi­ste, jak to moż­liwe tylko nocą – w nie­które noce. W oddali sły­chać ocean, jest cie­pło, pew­nie ze dwa­dzie­ścia pięć stopni. Owady ude­rzają z sykiem o lampę, zapa­lam gau­lo­ise’a i piję ostatni dzi­siaj kie­li­szek. Erik śpi przy otwar­tym oknie; sły­szę jego gło­śne chra­pa­nie, w jego żyłach płyną przy­naj­mniej dwa litry wina. Jest kilka minut po dru­giej i naresz­cie mogę być sam.

Do domu Malm­gre­nów idzie się w prze­ciw­nym kie­runku, na drugą stronę cypla Mouster­lin. W sumie wzdłuż całego pasa nad­brzeż­nego jest co naj­mniej pięć­dzie­siąt domów do wyna­ję­cia – w więk­szo­ści odda­lo­nych od plaży o jakiś kilo­metr – nic więc dziw­nego, że trzy są wyna­jęte przez Szwe­dów. Jeśli dobrze zro­zu­mia­łem, oni nie wynaj­mo­wali domów przez tego samego pośred­nika co Erik, ale przy­je­chali tu mniej wię­cej w tym samym cza­sie co my.

Przed nami trzy tygo­dnie poten­cjal­nych spo­tkań. Nagle uzmy­sła­wiam sobie, że myślę o Annie. Wła­ści­wie wbrew sobie widzę przed oczami jej twarz bez maki­jażu i mokre włosy po powro­cie z kąpieli. I to swo­iste poczu­cie winy. W oczach Kata­riny było coś innego, rodzaj tęsk­noty.

Powi­nie­nem był przyj­rzeć się twa­rzy Hen­rika, żeby zdo­być kon­tra­punkt, ale o tym nie pomy­śla­łem. Rola obser­wa­tora nie zawsze jest łatwa.

Życie czy śmierć nie mają zna­cze­nia, pomy­śla­łem. Nie wiem, dla­czego naszły mnie wła­śnie takie myśli.

Okruch. Jeste­śmy tylko okru­chem wiecz­no­ści.

Komen­tarz

lipiec 2007 roku

Minęło pięć lat.

A wydaje się, jakby to było pięt­na­ście lat albo pięć mie­sięcy. Ude­rza­jąca jest ela­stycz­ność czasu jako poję­cia; wszystko zależy od punktu widze­nia. Cza­sami widzę przed sobą twarz Anny tak wyraź­nie, jakby sie­działa obok mnie w tym pokoju, a w następ­nej chwili widzę całą szóstkę, włącz­nie ze mną, jakby z góry; mrówki na plaży, błą­dzące wokół w darem­nych, bez­sen­sow­nych piru­etach. W zim­nym świe­tle wiecz­no­ści – i trój­przy­mie­rzu morza, ziemi i nieba – nasza małość wydaje się wręcz śmieszna.

Tak jakby wła­ści­wie mogli sobie żyć dalej, jakby ich śmierć nie miała wystar­cza­ją­cej wagi i zna­cze­nia. A jed­nak decy­zja jest już pod­jęta i zro­bię to, co zapla­no­wa­łem. Musimy pono­sić kon­se­kwen­cje swo­ich czy­nów, ina­czej dzieło stwo­rze­nia zosta­nie zde­for­mo­wane. Należy wyko­ny­wać plany; nie ma sensu ich kwe­stio­no­wać, kiedy są już zatwier­dzone. Potra­fimy jedy­nie wyrzy­nać szcze­liny porządku w ota­cza­ją­cym nas cha­osie – na tym polega istota zobo­wią­za­nia, które spo­czywa na każ­dym z nas jako isto­cie moral­nej.

A oni na to zasłu­żyli. Bogo­wie wie­dzą, jak bar­dzo.

Pierw­szą rze­czą, jaka mnie ude­rza, jest brak prze­czuć. Tam­tego pierw­szego wie­czoru nic do mnie nie docie­rało. Sze­ścioro ludzi w swo­ich dom­kach przy plaży; mogłem spa­ko­wać ple­cak i opu­ścić wybrzeże następ­nego dnia i gdy­bym tak zro­bił, wszystko poto­czy­łoby się zupeł­nie ina­czej.

A może ni­gdy nie mia­łem wyboru. Cie­kawe, że ta myśl przy­szła mi do głowy już w tej restau­ra­cji w Bénodet. „Zabij wszyst­kich przy stole i odejdź”. Już wtedy, w tam­tym momen­cie, jakaś część mnie rozu­miała, co zda­rzy się po tylu latach.

Już zde­cy­do­wa­łem, od kogo muszę zacząć. Kolej­ność jest tu bar­dzo istotna.

24 lipca – 1 sierp­nia 2007 roku
1

Inspek­tor kry­mi­nalny Gun­nar Bar­ba­rotti zawa­hał się. Potem zamknął drzwi, prze­krę­ca­jąc klucz w zamku sied­mio­za­pad­ko­wym.

Na co dzień tego nie robił. Cza­sami w ogóle nie zamy­kał drzwi na klucz.

Jeśli będą chcieli wejść, to i tak wejdą, myślał. Po co mają przy oka­zji naro­bić szkód.

Moż­liwe, że tego typu myśli świad­czyły o pew­nym defe­ty­zmie, moż­liwe, że o braku wiary w umie­jęt­no­ści grupy zawo­do­wej, którą sam repre­zen­to­wał; wydaje się, że ani jedno, ani dru­gie nie było sprzeczne z jego oglą­dem świata. Był zazwy­czaj bar­dziej reali­stą niż fun­da­men­ta­li­stą, choć trudno się było w nim doszu­kać wyraź­nych oznak wska­zu­ją­cych jedną z tych cech jako domi­nu­jącą.

Pro­wa­dząc takie roz­wa­ża­nia, zdzi­wił się jed­no­cze­śnie, że kwe­stia zamknię­cia drzwi na dodat­kowy zamek może pro­wa­dzić do tak dziu­ra­wej teo­rii.

Może to i dobrze, że mózg inten­syw­nie pra­co­wał od samego rana? Od czasu prze­pro­wadzki do mar­nego, trzy­po­ko­jo­wego miesz­ka­nia przy Bal­ders­ga­tan w Kym­linge, która była kon­se­kwen­cją roz­wodu pięć i pół roku temu, ni­gdy nie miał nie­pro­szo­nych gości – nie licząc oczy­wi­ście róż­nych podej­rza­nie wyglą­da­ją­cych kole­gów szkol­nych córki Sary. Trzeba wie­rzyć w to, że ludzie są dobrzy, dopóki nie udo­wod­nią, że jest ina­czej; matka sta­rała się wbi­jać mu do głowy tę zasadę od momentu, gdy dawało się mu coś wbić do głowy, a zasada ta… cóż, była dobra jak każda inna.

Poza tym wła­my­wacz musiałby być strasz­nie durny, gdyby spo­dzie­wał się cze­goś nada­ją­cego się do kra­dzieży i sprze­daży za pospo­li­tymi drzwiami z lami­natu w kolo­rze maho­niu. To też pewien prze­jaw reali­zmu.

Ale dzi­siaj zamknął drzwi na oba zamki. Miał swoje powody. Miesz­ka­nie miało stać puste przez dzie­sięć dni. Nie będzie ani jego, ani córki. Sary nie było już od ponad mie­siąca; bez­po­śred­nio po matu­rze i roz­da­niu świa­dectw na początku czerwca poje­chała do Lon­dynu i zaczęła pra­co­wać w skle­pie – moż­liwe, że w pubie, co jed­nak ukry­wała, żeby nie­po­trzeb­nie nie mar­twić ojca – i tyle.

Miała dzie­więt­na­ście lat. Poczu­cie, że mu coś ampu­to­wano, które poja­wiło się zaraz po jej wyjeź­dzie, zaczy­nało go wolno opusz­czać. Zbyt wolno. Świa­do­mość tego, że być może już ni­gdy nie będą miesz­kać pod jed­nym dachem, prze­ni­kała do ojcow­skiego serca w podob­nym tem­pie.

Wszystko w swoim cza­sie, pomy­ślał Gun­nar Bar­ba­rotti ze sto­ic­kim spo­ko­jem i wci­snął pęk klu­czy do kie­szeni dżin­sów. Wszystko w życiu ma swój czas.

Wspólne życie, roz­sta­nie i śmierć.

Pół roku temu, za radą Pana Boga, zaczął czy­tać Biblię i ze zdzi­wie­niem obser­wo­wał, jak czę­sto w jego gło­wie poja­wiały się pocho­dzące z niej słowa i wer­sety. Nawet jeśli w rze­czy­wi­sto­ści nie ist­nie­jesz, Boże – myślał czę­sto – to trzeba przy­znać, że Pismo Święte to pio­ruń­sko dobra książka. Przy­naj­mniej nie­które frag­menty.

Bóg zwy­kle się z nim zga­dzał.

Do jed­nej ręki wziął swoją torbę podróżną, do dru­giej worek pełen śmieci i zaczął scho­dzić po scho­dach. Natych­miast poczuł kieł­ku­jącą radość. To ma zwią­zek ze scho­dze­niem po scho­dach – wiele razy przy­cho­dziło mu to do głowy. Scho­dze­nie w dobrym tem­pie po przy­jem­nie zaokrą­glo­nych scho­dach – w dro­dze na dwór, ku nie­prze­bra­nej roz­ma­ito­ści świata. Czyż nie jest tak, że praw­dziwą istotą życia jest ruch? Wła­śnie taki roz­ko­ły­sany, nie­po­wo­du­jący wysiłku ruch? Przy­goda cze­ka­jąca za rogiem? Okna na klatce scho­do­wej były dziś otwarte na oścież, do środka wle­wała się gorączka lata, w nos ude­rzał zapach świeżo sko­szo­nej trawy, a z podwórka dobie­gały rado­sne głosy dzie­cia­ków.

 

Sły­chać też było wrzask jakiejś dziew­czynki, przy­po­mi­na­jący kwik zarzy­na­nego pro­siaka, ale nie trzeba zwra­cać uwagi na wszystko, co się sły­szy.

Listo­nosz tań­czył praw­do­po­dob­nie tango w cza­sie wol­nym od pracy, bo unik, któ­rym ura­to­wał się przed cio­sem torby podróż­nej, przy­po­mi­nał ele­gancki pasaż taneczny do tyłu.

– Ojej. Jakaś podróż?

– Prze­pra­szam – powie­dział Gun­nar Bar­ba­rotti. – Tro­chę się roz­pę­dzi­łem… Tak, wyjeż­dżam.

– Za gra­nicę?

– Nie, tym razem tydzień na Gotlan­dii.

– O tej porze roku nie ma sensu wyjeż­dżać ze Szwe­cji – komen­to­wał nad­zwy­czaj gada­tliwy dzi­siaj listo­nosz, macha­jąc ręką w kie­runku podwórka. – Weź­mie pan dzi­siej­szą pocztę czy wrzu­cić ją do domu, żeby pocze­kała, aż pan wróci z urlopu?

Po chwili namy­słu Gun­nar Bar­ba­rotti odpo­wie­dział:

– Wezmę. Ale bez reklam.

Listo­nosz kiw­nął głową, przej­rzał paczkę listów i wrę­czył mu trzy koperty. Bar­ba­rotti wziął listy i wło­żył je do zewnętrz­nej kie­szonki torby podróż­nej. Życzył listo­no­szowi uda­nego lata i ruszył w dół w kie­runku wyj­ścia, tym razem już tro­chę wol­niej.

– Gotlan­dia to perła! – zawo­łał za nim listo­nosz. – Ma naj­wię­cej godzin sło­necz­nych w całej Szwe­cji.

Godzin sło­necz­nych? – pomy­ślał Bar­ba­rotti, gdy wyje­chał z Kym­linge i udało mu się obni­żyć tem­pe­ra­turę w samo­cho­dzie do dwu­dzie­stu pię­ciu stopni. Oczy­wi­ście nie mam nic prze­ciwko godzi­nom sło­necz­nym, ale nie narze­kał­bym, nawet gdyby miało padać przez dzie­sięć dni.

Na hory­zon­cie ryso­wało się prze­cież innego rodzaju cie­pło, ale listo­nosz nie mógł tego wie­dzieć. „Gdy dwóch śpi razem, nawza­jem się grzeją; jeden nato­miast jakże się zagrzeje?”2.

Księga Kohe­leta ma dzi­siaj powo­dze­nie, stwier­dził Gun­nar Bar­ba­rotti i spoj­rzał na zega­rek. Była dopiero za dwa­dzie­ścia jede­na­sta. Listo­nosz przy­szedł dzi­siaj nad­zwy­czaj wcze­śnie; może miał w pla­nie jakąś popo­łu­dniową wizytę na kąpie­li­sku. Bar­ba­rotti poczuł, że mu tego ser­decz­nie życzy. Jezioro Kym­men albo Borgasjön. Z całego serca życzył wszyst­kim, żeby dzi­siaj robili to, na co tylko mają ochotę. Dosłow­nie. Wyrwało mu się pełne zado­wo­le­nia wes­tchnie­nie.

Takie winny być wszyst­kie wes­tchnie­nia, pomy­ślał. Nie powinno się ich tłu­mić, powinny się po pro­stu czło­wie­kowi wyry­wać. O tym też winna mówić Księga Kohe­leta.

Popa­trzył na swoje odbi­cie w lusterku wstecz­nym i zauwa­żył, że się uśmie­cha. Był nie­ogo­lony i lekko potar­gany, ale uśmiech roz­cią­gał się na jego twa­rzy od ucha do ucha.

A dla­czego by nie? Prom z Nynäshamn odcho­dzi o pią­tej, a na dro­dze było tak mało samo­cho­dów jak na nie­bie obło­ków; to pierw­szy dzień jego długo wycze­ki­wa­nej podróży. Przy­spie­szył, do odtwa­rza­cza CD wło­żył płytę Luci­lii do Carmo i pomy­ślał, że życie jest piękne.

Póź­niej zaczął myśleć o Marianne.

Wła­ści­wie była to cią­gle ta sama myśl.

Znali się pra­wie od roku. Naj­pierw ogar­nęło go nie­ja­sne wra­że­nie, że stra­cił poczu­cie czasu, ale póź­niej dotarło do niego, że to prawda, że fak­tycz­nie był to tylko rok. Poznali się ubie­głego lata na grec­kiej wyspie Tha­sos w opty­mal­nie korzyst­nych oko­licz­no­ściach – poczu­cie wol­no­ści, bez­tro­ska, obce śro­do­wi­sko, jedwa­bi­ste noce, owu­la­cja i cie­płe Morze Śród­ziemne – ale oka­zało się, że było to coś wię­cej niż waka­cyjny romans.

– Nie należę do ludzi, któ­rzy wdają się w prze­lotne romanse – powie­działa Marianne po pierw­szym wie­czo­rze.

– Ja też nie – przy­znał. – Nawet nie wiem, jak taki romans wygląda. Jeśli patrzę kobie­cie w oczy, to z reguły potem się z nią żenię.

Marianne uznała to za jakiś rekord. Jed­nak po powro­cie do domu rze­czy­wi­ście spo­ty­kali się dalej. Dość regu­lar­nie; w jego oczach przy­po­mi­nali dwie rodzi­ciel­skie pla­nety w śred­nim wieku, gra­wi­tu­jące ku sobie z wolna, acz­kol­wiek nie­wzru­sze­nie. Może tak to musi wyglą­dać. Tak się trzeba zacho­wy­wać: pro­wa­dzić ostrożną, choć zmie­rza­jącą do kon­kret­nego celu budowę mostu skła­da­ją­cego się w rów­nych czę­ściach z odwagi i ostroż­no­ści. Marianne miesz­kała w Hel­sing­borgu i miała dwoje nasto­let­nich dzieci, on nato­miast miesz­kał dwie­ście pięć­dzie­siąt kilo­me­trów na pół­noc – w Kym­linge – i miał córkę, która wła­śnie się wypro­wa­dziła z domu, oraz dwóch synów miesz­ka­ją­cych z matką. Widać więc, że most musiał być dość długi.

Kiedy pomy­ślał o Lar­sie i Mar­ti­nie, poczuł odro­binę smutku. Jego syn­ko­wie. Miesz­kali ze swoją matką na przed­mie­ściach Kopen­hagi; spę­dził z nimi dwa tygo­dnie na początku waka­cji i ewen­tu­al­nie czeka ich jesz­cze wspólny tydzień w sierp­niu, a jed­nak nie opusz­czała go myśl, że ich traci. Ich nowy przy­szy­wany ojciec nazy­wał się Tor­ben, czy jakoś podob­nie, i pro­wa­dził Insty­tut Jogi w Vester­bro; Bar­ba­rotti ni­gdy go nie spo­tkał, ale wyda­wało się, że jest odro­binę lep­szy od swo­jego poprzed­nika. Tam­ten był praw­dzi­wym cudem natury do dnia, kiedy dopa­dło go zło­śliwe pomie­sza­nie zmy­słów i zwiał z sek­sowną tan­cerką brzu­cha z Wybrzeża Kości Sło­nio­wej.

A nie mówi­łem? – pomy­ślał tam­tego dnia Bar­ba­rotti, ale już wtedy miał poczu­cie, że jego satys­fak­cja jest dość zwie­trzała, a jej data przy­dat­no­ści do spo­ży­cia dawno minęła.

Choćby nie wiem jak bar­dzo chciał, nie mógł powie­dzieć, że Lars i Mar­tin byli nie­szczę­śliwi z powodu prze­pro­wadzki do Danii. Nale­żało raczej posta­wić pyta­nie, dla­czego od czasu do czasu – w naj­bar­dziej zatę­chłych zaka­mar­kach duszy – po pro­stu chciał, żeby źle się tam czuli. Czy zimna wojna z Heleną ni­gdy się nie skoń­czy? Czy już zawsze będzie pod­no­sił te swoje wybla­kłe, psy­chicz­nie chore tabliczki z tek­stem „A nie mówi­łem”?

– Moim obo­wiąz­kiem jest zro­bić wszystko, żeby oni byli szczę­śliwi – pod­kre­ślała czę­sto – a nie ty. Tym zaj­mo­wa­łam się daw­niej.

W innym zaka­marku duszy wie­dział, że miała rację. Po roz­wo­dzie Sara powie­działa, że chce zostać z nim, i teraz tak bar­dzo mu jej bra­ko­wało. Nie byłej żony, nie synów. Taka jest prawda. Przez pięć lat Sara rato­wała go przed demo­nami samot­no­ści; tym gorzej odczu­wał stratę, gdy wresz­cie go zosta­wiła i ruszyła na pod­bój świata.

Ale teraz poja­wiła się Marianne. Gun­nar Bar­ba­rotti rozu­miał, że musi za nią dzię­ko­wać swo­jej szczę­śli­wej gwieź­dzie – albo może przy­pusz­czal­nie ist­nie­ją­cemu Bogu, z któ­rym cza­sami się tar­go­wał, po dżen­tel­meń­sku.

Mam nadzieję, że ona rozu­mie, jak wielką dziurę musi wypeł­nić, pomy­ślał. Albo lepiej, żeby tego nie wie­działa, popra­wił się po chwili. Nie wszyst­kie kobiety lubią opie­ko­wać się potrze­bu­ją­cym pomocy męż­czy­zną w śred­nim wieku. A przy­naj­mniej nie na długo.

Zauwa­żył, że opusz­cza go odwaga – że utrzy­my­wa­nie nosa nad powierzch­nią wody jest strasz­li­wie trudne – a ponie­waż w tej samej chwili na tablicy roz­dziel­czej zapa­liła się czer­wona lampka, skrę­cił na sta­cję Sta­toil, którą wła­śnie mijał.

Ben­zyna i kawa. Wszystko w swoim cza­sie.

* * *

Prom na Gotlan­dię nie był tak zapchany, jak się oba­wiał.

Może dla­tego, że to wto­rek. Śro­dek tygo­dnia. Szturm sza­lo­nych pla­żo­wi­czów ze sto­licy przy­pusz­czal­nie nasi­lał się w week­endy. Gun­nar Bar­ba­rotti był nie­zwy­kle wdzięczny za to, że nie spę­dzi dzie­się­cio­dnio­wego urlopu z Marianne w mia­steczku Visby. Z odrazą wspo­mina pewien tydzień, kiedy pod koniec mał­żeń­stwa z Heleną wynaj­mo­wali pio­ruń­sko dro­gie miesz­ka­nie w ści­słym cen­trum mia­steczka, za murami obron­nymi, mniej wię­cej o tej porze roku. Miał poczu­cie, że miesz­kają w samym środku roz­kle­ko­ta­nego weso­łego mia­steczka. W każ­dym zaułku wrzesz­czący, rzy­ga­jący i kopu­lu­jący mło­dzi ludzie; nie dało się zasnąć przed trze­cią nad ranem.

Nie, do cho­lery, pomy­ślał wtedy Gun­nar Bar­ba­rotti. Jeśli coś takiego uwa­żane jest za ważną gałąź gospo­darki, zwaną wznio­śle tury­styką, to rów­nie dobrze można prze­ro­bić zamek kró­lew­ski na ogromny bar piwny i bur­del. Wtedy nie będą musieli prze­pra­wiać się stat­kiem.

Poczu­cie bez­sil­no­ści było tym sil­niej­sze, że mieli ze sobą trójkę dzieci, a ich mał­żeń­stwo dogo­ry­wało. Pamięta, że dali sobie nawza­jem jeden wie­czór wol­nego, żeby pójść na mia­sto i posza­leć. Helena była pierw­sza. Wró­ciła do domu o pią­tej rano i wyglą­dała na zado­wo­loną. Ponie­waż nie chciał być gor­szy, spę­dził następną noc, sie­dząc do wpół do pią­tej na plaży Nor­der­strand – samot­nie, z siatką piwa.