Listy 1959-1998Tekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta redakcyjna

„Nie pretenduję do wiedzy o Tobie” – Andrzej Franaszek

LISTY 1959–1998 – SŁAWOMIR MROŻEK, GUSTAW HERLING-GRUDZIŃSKI

Aneks

Przypisy

Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK

Redakcja: MARIA KOTOWSKA-KACHEL

Korekta: BARBARA GÓRSKA, MARIA ROLA, EWA POLAŃSKA

Projekt okładki i stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI

Zdjęcia na okładce: Sławomir Mrożek (1974) – archiwum rodzinne Tyrmandów; Gustaw Herling-Grudziński (1994) – fot. Elżbieta Lempp.

Redaktor techniczny: ROBERT GĘBUŚ

© Copyright by Susana Osorio-Mrożek

© Copyright by The Estate of Gustaw Herling-Grudziński

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Literackie, 2019

Wydanie pierwsze

Dofinansowano ze środków

Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego


ISBN 978-83-08-07125-0

Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o.

ul. Długa 1, 31-147 Kraków

tel. (+48 12) 619 27 70

fax. (+48 12) 430 00 96

bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40

e-mail: ksiegarnia@wydawnictwoliterackie.pl Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl

Konwersja: eLitera s.c.

„Nie pretenduję do wiedzy o Tobie”

1.

Spotkanie dwóch samotności? Nie, mimo wszystko nie byłoby to słuszne określenie, wszak jeśli nie Lidia Croce, żona Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, to drugoplanowymi bohaterkami tej korespondencji są Maria Obremba oraz Susana Osorio – dwie żony Sławomira Mrożka. A także przynajmniej paru artystów i intelektualistów: Chiaromonte, Gombrowicz, Tarn... Powiedzmy zatem: spotkanie dwóch milczeń, pamiętając, że Mrożek i Herling należą do najtrudniejszych do przeniknienia, zamurowanych w sobie polskich pisarzy. Przy czym o ile wizerunek Mrożka budują tu głównie wesołe anegdoty, w których autor Policji bez słowa wyjmuje z kieszeni karteczki z gotowymi odpowiedziami na najczęstsze pytania, o tyle milczenie autora Innego Świata zdaje się znakiem rany, pamięci doświadczenia obozowego, a potem niezrozumienia, wręcz wyklęcia w komunizujących Włoszech; rany obejmującej też życie rodzinne, o czym opowiadała jego córka: „Z ojcem spotykaliśmy się podczas posiłków. Śniadanie bez słowa, obiad bez słowa, kolacja bez słowa. Tortura. Nie do zniesienia było to milczenie. Aż słychać było tę ciszę”.

Herlinga ucieczkę w nieobecność słów, zasznurowane na co dzień usta rozpoznawał również Mrożek, tak oto podsumowując gromadzone latami obserwacje: „Jesteś człowiekiem bardzo zamkniętym w sobie, o wiele bardziej niż ja, którego się za zamkniętego uważa. Ale Tobie to uchodzi na sucho, bo bierzesz udział w tym, co zbiorowe, «Kultura», polskość, publicystyka [...]. Dzięki temu opinii publicznej wydaje się, że wie, kim jesteś, jaki jesteś [...]. Resztę, która wcale nie jest resztą, ale istotnością, zachowujesz dla siebie. Czasem tylko w Twoim pisaniu otwiera się jakaś «boczna» [...] perspektywa, do której wcale nie zapraszasz, jakbyś tylko sam sobie dawał jakiś znak. Więc nie pretenduję do wiedzy o Tobie i szanuję Twoją samowsobność, bo uważam, że masz takie samo prawo do swojej jak ja do swojej”.

A przecież w tym zbiorze listów – obejmującym blisko czterdzieści lat znajomości, a wkrótce także, jak się wydaje, przyjaźni – samowsobność, milczenie zostają przekroczone. Nie tylko one zresztą, bo, przynajmniej z początku, tych dwóch pisarzy więcej dzieli, niż łączy. W roku 1959 Herling to były łagiernik, żołnierz Andersa, emigrant polityczny – jeden z najbardziej nieprzejednanych w ocenie komunizmu, autor w kraju zakazany, na Zachodzie czytany przez niezbyt licznych polskich wygnańców i garstkę cudzoziemców. Młodszy o dekadę Mrożek ma za sobą flirt z rzeczywistością Polski Ludowej oraz otrzeźwienie i zasadniczy zwrot polityczny w okolicach Października, na koncie zaś sławę autora Słonia i Policji, popularność, która przekracza granice PRL, pozwalając pisarzowi podróżować między Stanami Zjednoczonymi, Anglią, Niemcami, Francją i wreszcie – Herlingowym Neapolem. Początek relacji jest zresztą ze strony Mrożka nieco użytkowy, radzi się zasiedziałego już na Zachodzie kolegi w sprawach wydawniczych, co Herling przyjmuje bez cienia zawiści, więcej – z życzliwością stwierdza po lekturze jednego z przysłanych mu opowiadań: „Cieszę się szczerze, że maszeruje Pan wciąż naprzód w siedmiomilowych butach”. Może zresztą sprawę ułatwiał fakt, że jako artyści bezpośrednio z sobą nie konkurowali, odmienne były gatunkowe sposoby, a przede wszystkim stylistyczne rejestry ich wypowiedzi.

2.

Coś musiało obu tych milczących odludków ku sobie przyciągać, bo z czasem na miejscu „pana” pojawią się „Gustaw” i „Sławek”, w listach odnajdziemy też dowody wzajemnej troskliwości, jak choćby wtedy, gdy na osamotnienie Herlinga („Przyjedziecie? Tutaj smutno, strasznie smutno, ja jestem w stanie, który Włosi dobrze określają jako «umore nero», ale może udałoby się to wszystko przynajmniej rozcieńczyć w wódce i rozmowie”), Mrożek trzeźwo odpowie: „Ściskam Cię. Nie pij za dużo, co sobie też radzę”. Czy znacznie już później, gdy autor Emigrantów wyzna, że przełom lat 80. i 90., wyjazd do Meksyku przyniosły mu głównie klęski: „To, że na planie praktycznym, publicznym przegrałem po raz pierwszy w życiu, jest trudne do przełknięcia. Jeszcze nigdy dotąd nie byłem w odwrocie, nawet pozornym. Ale dzięki temu nareszcie poznałem swoje granice i moją dawną arogancję. Być może nareszcie stałem się dorosły. Do tego potrzebna była aż choroba i Meksyk. Gdybym był sam, nigdy bym się nie przyznał do porażki, nawet pozornej. Ale Susana jest mądrzejsza ode mnie, choć wiele ją to kosztuje. Ma instynkt życia i prawdy i mocno ustaloną hierarchię wartości. Ja bym umarł raczej, niż zrezygnował z ambicji”. Herling zaś napomknie z gorzką asymetrią, że we Włoszech każe mu teraz pozostawać jedynie decyzja jego żony, Lidii, która jest „wszystkimi korzeniami wrośnięta w swój Neapol, a jedną z cech chorób serca jest to, że nie można żyć samotnie”.

Można tę korespondencję czytać z różnych perspektyw. Wyłuskiwać okruchy biograficznych materii, jak to, co właśnie przywołane, lub też zobaczyć w niej przyczynek do opowieści o relacjach, jakie w czasach PRL łączyły pisarzy z tak zwaną ludową ojczyzną. Mrożek starał się więzi te rozluźniać, choć nie zrywać. Latami przedłużał ważność paszportu i pobyt we włoskim miasteczku Chiavari (który zresztą przyniósł świetny, sarkastyczny portret polskiej obolałości, czyli opowiadanie Moniza Clavier), mimo różnych drobnych lub poważniejszych szykan zajmując przy tym pozycję jak na tamte czasy uprzywilejowaną, którą autoironicznie i szczerze podsumowywał: „Żebym był w kraju prześladowany czy źle mi się powodziło. Ale jest całkiem przeciwnie. Tron tam złocony, literacki, czeka na mnie”. Przez pewien czas przebywał w gronie tych nielicznych artystów, którym (jak Herbertowi czy Pendereckiemu, widywanym zresztą przez niego w Berlinie Zachodnim) udawało się uniknąć losu emigranta, a jednocześnie pozostawać poza granicami gomułkowskiej Polski. Oczywiście nie chciał do niej wracać, choć przeżywał rozterki, powodowane nie tylko naciskami władz. Choćby z początkiem roku 1966, gdy zastanawiał się: „Grożą mi coraz bardziej, że moje niewracanie [...] do Polski to samobójstwo jako pisarza. Nie umiem przeciwstawić temu żadnych argumentów, bo nie mogę przecież dać słowa honoru, że tak nie jest”. Próbował grać, świadomy podejmowanych kompromisów, nie chciał prowokować konfliktów („Działa we mnie samoobrona przed wszelkim ryzykiem, które by mogło zachwiać istniejącą teraz równowagę między władzami krajowymi a mną”), wcale do nich zresztą niezachęcany przez Herlinga, który z głębi własnego doświadczenia ostrzegał: „Pamiętaj zawsze o jednym: pisarz polski przebywający za granicą (choćby nawet miał pewne sukcesy u obcych i był w kraju czytywany systemem Jankiela przemycającego tomiki na Litwę) jest oficjalnie traktowany w Polsce jak orwellowska «non-person»”.

Przełom przyniesie haniebny marzec roku 1968, frapuje przy tym drobne napomknienie z listu Herlinga o tym, iż krajowe wypadki potwierdzają jego „przewidywania z naszej noworocznej rozmowy neapolitańskiej”. Z kolei Mrożek, spotykając się w Paryżu z przybywającymi z Polski wygnańcami, dostrzega w nich nie tylko upokorzenie, lęk przed nieznaną przyszłością, lecz także odzyskaną godność życia w prawdzie, „jakby radość pewności, poznania, oczyszczenia”. Antysemicka nagonka (dziś, po pięćdziesięciu latach, w czasie odradzającego się tak ochoczo nacjonalizmu i ksenofobii, musimy uważnie przypominać sobie tamte wypadki), a później sowieckie i polskie czołgi, które dławią wolnościowy zryw w Czechosłowacji – pomagają mu podjąć decyzję. Otwarcie protestuje, ostatecznie zostaje na Zachodzie, przyjacielowi z Neapolu mogąc napisać: „Jeżeli zastanawiałeś się kiedyś nad swoim życiem, jakie ono jest, i myślałeś o cenie, jaką musiałeś za nie zapłacić, może nie od rzeczy będzie, jeśli Ci powiem, że ta duża cena procentuje się także dla kogoś innego, w tym wypadku dla mnie, to znaczy nie mógłbyś być mi tak pomocnym, gdybyś za siebie tak dużo nie zapłacił. W konsekwencji mogę też myśleć o sobie, że moje postępowanie może komuś też się przydaje, czy też przyda”.

 

A przecież pewien rys charakteru nie pozwala mu na zakorzenienie w emigracyjnej wspólnocie, tym bardziej na zakleszczenie w polskich przeklętych problemach. Już w styczniu roku 1969 ocenia z dystansem: „Dla Polaków, z którymi stykam się tutaj, sprawa polska – poza niewątpliwym i nieuniknionym przejęciem się nią – służy także jako rodzaj alibi, przede wszystkim towarzyskiego. Gdy Polacy się zejdą razem – sprawa polska jest najłatwiejszym, najnaturalniej nasuwającym się tematem, więzią”, dodając następnie: „Odczuwam rodzaj niedosytu, czasem buntu przeciwko takiej jałowości”. Można powiedzieć, że podobne myślowe wątki podejmie po prawie dwudziestu latach Adam Zagajewski, pisząc eseistyczny tom Solidarność i samotność.

Jeśli jeszcze nie stało się to całkiem jasne, dopowiedzmy, że to oczywiście Mrożek, a nie Herling, jest pierwszoplanowym bohaterem tego zbioru listów, to o nim dowiemy się więcej, on mówi o sobie znacznie chętniej. I wskażmy, że właśnie teraz dotykamy jednego z najbardziej istotnych pasm jego duszy – konsekwentnej osobności, wykraczającej daleko poza polityczne podziały. Ostatecznie już po przełomie roku 1989 autor Emigrantów wyznaje: „Dla mnie Polska jest początkiem wędrowania, jak wiesz, opuściłem ją dobrowolnie, ale może nie wiesz, że nie tylko z powodów politycznych. Prawdopodobnie opuściłbym Polskę przedwojenną i w ogóle każdą. Nie z powodu jakiejś perwersyjnej do niej niechęci, prawdopodobnie opuściłbym Francję, gdybym był Francuzem, Norwegię, gdybym był Norwegiem”, dopowiadając z precyzją: „Nie jestem nawet pewien, czy można mnie nazwać emigrantem, ilekroć wypadło mi występować publicznie w tej roli, czułem się niezręcznie, bo jakby podszyty pod cudzą tożsamość”. My zaś przypominamy sobie, że wróciwszy do Polski z Meksyku, Mrożek nie będzie mógł tu wytrzymać i znów z niej, po raz ostatni, wyjedzie, tym razem do Nicei. Uciekając z Polski, czy raczej: przed zaborczą polskością.

3.

Ale obok rozmowy o polskości – w której można też wskazać rok 1992, kiedy to Mrożek ocenia, że z komunizmu jego rodacy wyszli oczadziali, nawykli do roli ofiary, chcąc otrzymać „wszystko, natychmiast i za nic”, on zaś czuje się swobodnie jedynie w rozmowach z dwudziestolatkami (co powiedziałby dzisiaj o swoich zbliżających się do pięćdziesiątki rozmówcach i o naszym siejącym spustoszenie genie autodestrukcji?) – możemy dzięki prezentowanym tu listom śledzić również dyskusję dwóch artystów, mówiąc najprościej i nieco szkolnie: ich wypowiedzi na temat twórczości.

I znów: tak naprawdę twórczości tylko jednej, pisarstwo Herlinga wydaje się bowiem w tej wymianie myśli prawie nieobecne, to Mrożek wysyła przyjacielowi swoje utwory, potem zaś odpowiada na jego uwagi, Herling zaś jest krytykiem wnikliwym i szczerym, choć – jak sam przyzna – nie nieomylnym. W niejednoznaczny sposób ocenia zatem Tango, na co Mrożek zareaguje interesującym komentarzem: „Dotychczas zawsze wybierałem sobie temat, zadanie albo przystające do moich możliwości, albo od nich mniejsze. Pozwalało mi to względnie zgrabnie się uwinąć. Mówiąc metaforycznie, zawsze «biłem słabszego». Teraz po raz pierwszy zmierzyłem siły na zamiary, co chyba jest ambitniejsze i w ogóle w sztuce chyba obowiązujące”. O Vatzlavie Herling mówi bez ogródek: „Sztuka wydaje mi się nieudana. [...] Piszę szczerze, co myślę, nie tylko dlatego że do szczerości zobowiązuje przyjaźń”, i dopiero Emigranci zdobywają najwyższą notę, autor Skrzydeł ołtarza uznaje bowiem, iż sztuka ta „jest świetna. Nie chodzi o zręczność techniczną, tę ma się w palcach po latach pisania dla teatru. Udała Ci się rzecz najważniejsza: udramatyzować długie, głęboko przeżyte doświadczenia i przemyślenia”.

Najciekawsze wypowiedzi Mrożka prowokuje jednak postać innego pisarza, Witolda Gombrowicza. On sam przez lata na pewien sposób pozostawał w cieniu autora Ślubu, najwyraźniej skrywając gombrowiczowski kompleks, i dopiero blisko trzydzieści lat po śmierci mistrza czy rywala może uznać, iż „teraz przestał już być dla mnie nawet człowiekiem, którego kiedyś znałem osobiście, nawet pisarzem, którego kiedyś czytałem (i to jak!), stał się «point de repère», według którego się orientuję, gdzie byłem i gdzie jestem”. W kolejnym liście zaś dodaje: „jest tylko literatem. W najlepszym wydaniu, w najlepszym znaczeniu tego słowa, ale tylko literatem. Dlatego bez niego można żyć, choć żyć z nim jest ciekawiej, rozumniej, bardziej interesująco niż bez niego. W tym, co napisał, jest myśl, inteligencja, horyzonty, doskonały język polski i co tam jeszcze, ale nie ma tajemnicy. [...] zadecydował, i trzeba podziwiać jasność i stanowczość decyzji – że skoro tajemnica jest niedostępna, trzeba o niej zapomnieć. [...] Pod koniec życia nie wytrzymał, ale od zasady nie odstąpił. Napisał Kosmos, który nawet rebusem nie jest, bo rebus polega na tym, że ma rozwiązanie. Jest to książka pusta. [...] Jako literat Gombrowicz jest wspaniałej jakości przez Ferdydurke, Trans-Atlantyk, Dzienniki. Czyli przez to, co napisał «z życia», jak to się mówi, ze swojego życia. Wszędzie tam, gdzie tylko wymyślał i konstruował, jest męcząco pusty”, by na koniec akapitu zawahać się jednak: „Nie, był jednak za wielki, żebym używał w stosunku do niego słów, których użyłem: «żałosny», «biedny». Powiedzmy więc, że był tragiczny”. Ciekawa to opinia, przypomina zresztą późne sądy Czesława Miłosza, któremu niegdyś podziwiany Gombrowicz jawić się będzie jako pisarz wielki, ale na miarę świata pozbawionego metafizycznej nadziei, na miarę „ziemi Ulro”.

4.

Ta wymiana listów zaczyna się od dzieł Sławomira Mrożka i tak też się kończy. Wierny powołaniu, w ostatnim zachowanym liście, datowanym na jesień roku 1998, autor Policji powie: „Jeżeli tylko utrwalę się w jakimś pisaniu, uchwycę i w nim się odnajdę, niczego więcej życzyć sobie ani nie mogę, ani nie chcę. [...] spotkało mnie w życiu znacznie więcej dobrego niż złego i tylko wdzięczny za to być powinienem. Ale napisać coś jeszcze – owszem, by się przydało. Jak wiesz, potrzebne nam to jest po prostu do funkcjonowania”.

Adresat tych zdań umarł 4 lipca roku 2000. Dwa miesiące wcześniej Mrożek przeszedł udar mózgu. Z afazji wydobywał się długie miesiące, pisząc wreszcie autobiograficznego Baltazara. Swego neapolitańskiego przyjaciela przeżył o lat trzynaście. Jak się wydaje, polskość ostatecznie go obłaskawiła: krakowskimi ulicami szedł kondukt pogrzebowy, by trumna ze zwłokami pisarza spoczęła w krypcie pod kościołem Świętych Apostołów Piotra i Pawła. W miejscu mającym ambicje zostać – pisanym, a jakże, wielkimi literami – Panteonem Narodowym.

Andrzej Franaszek

Listy 1959–1998

Paryż [przed 21 września 1959]

Szanowny Panie,

profesor Weintraub[1], kiedy prosiłem go w Harvardzie o adresy we Włoszech, dał mi Pański adres i oświadczył, że mogę do Pana napisać. Czy mogę się z Panem skomunikować, kiedy będę w Neapolu w pierwszej połowie października? Wracam z USA do Polski przez Francję i Włochy, ale chciałbym też skorzystać z podróży i zboczyć na południe.

Bardzo Pana proszę o odpowiedź na adres mojego paryskiego znajomego, który poniżej podaję.

Łączę wyrazy szacunku

Sławomir Mrożek

SŁAWOMIR MROŻEK

c/o MICHEL MIALET

[...] AV. DES GOBELINS

PARIS Ve

.

Neapol, 23 września 1959

Drogi Panie,

dziękuję serdecznie za list. Oczywiście będę bardzo rad, jeśli Pan się ze mną skomunikuje po przyjeździe do Neapolu. Od dawna już chciałbym poznać autora Słonia i Policji[2].

Mój przyjaciel Nicola Chiaromonte[3], najlepszy włoski krytyk teatralny i współredaktor miesięcznika „Tempo Presente” [4], któremu dałem Policję w przekładzie angielskim (ogłoszonym w „East Europe”)[5], napisał o niej bardzo pochlebny i inteligentny felieton w tygodniku „Il Mondo”[6]. Niech Pan się z nim koniecznie zobaczy w Rzymie („Tempo Presente”, via Gregoriana 7, tel. 63-602, lub domowy: 859-195); kto wie, może uda się ogłosić Policję w „Tempo Presente”[7].

Łączę najlepsze pozdrowienia.

Gustaw Herling-Grudziński

Mój telefon: [...]

.

Warszawa, 25 marca 1960

Szanowny Panie,

proszę przyjąć egzemplarz książki, którą wydano mi niedawno[8]. Posyłam ją w osobnej kopercie, również pocztą lotniczą, ale proszę się nie zdziwić, jeżeli nie otrzyma Pan jej jednocześnie. Nie jestem pewien, jak to wygląda na poczcie, za dużo jest przepisów.

Do książki załączam również drukowany tekst króciutkiej farsy (już drukowanej i granej)[9], który być może Pana zainteresuje.

Po wyjeździe z Neapolu odwiedziłem w Rzymie P. Nicolo Chiaromonte. Z tego spotkania wyniosłem wrażenie, że rozmawiałem z mądrym i miłym człowiekiem, z tym że zdaję sobie sprawę z tego, że byłoby okropną i nieprzystojną naiwnością z mojej strony sądzić, że moje wrażenie ma jakiekolwiek znaczenie w tym wypadku. Nie piszę tego także dlatego, że Panowie są ze sobą zaprzyjaźnieni.

ZAiKS[10] mi doniósł, że ktoś interesuje się tłumaczeniem tej właśnie farsy[11], którą załączam, na włoski (szczegółów nie znam). Mógłbym wtedy posłać ją P. Chiaromonte. Czy on posługuje się także niemieckim?

Łączę najlepsze pozdrowienia i wyrazy szacunku.

Sławomir Mrożek

.

Napoli, 3 listopada 1961

Drogi Panie,

w ostatnim numerze „Tempo Presente” (wrzesień–październik) znajdzie Pan mój artykuł o Strip-tease[12]. Bez trudu, jak sądzę, odszuka Pan ten numer w którejś z warszawskich redakcji.

Słyszę, że Einaudi zamierza wydać wybór Pana opowiadań[13]. Inny wielki wydawca włoski, Rizzoli (którego jestem doradcą w dziale rosyjskim i polskim), byłby skłonny ogłosić wybór Pana utworów teatralnych[14]. Jeśli to Pana interesuje, proszę przysłać na moje ręce wszystkie teksty (trzyaktową komedię[15] i drukowane oraz niedrukowane jednoaktówki[16]).

Chiaromonte często i przyjemnie Pana wspomina. Być może wybierze się do Warszawy na wiosnę przyszłego roku.

Najserdeczniejsze pozdrowienia

G.H.-G.

.

Londyn, 4 grudnia 1961

Szanowny Panie,

serdecznie dziękuję za list. Przed wyjazdem z Polski wysłałem Panu wszystko, co dotąd napisałem w zakresie teatru (wszystko było drukowane w „Dialogu”[17]). Natomiast list wolałem wysłać już stąd.

Einaudi rzeczywiście ma wydać zbiór moich opowiadań, ale ta sprawa ciągnie się niemiłosiernie już od trzech lat, to znaczy trzy lata temu podpisaliśmy umowę i wziąłem zaliczkę. Podczas swojego ostatniego pobytu w Warszawie, w maju tego roku, Einaudi obiecał mi, że książka ukaże się jeszcze na jesieni tego roku, ale to się nie sprawdziło.

Co do moich utworów jednoaktowych i innych we Włoszech, sytuacja przedstawia się następująco: Policja, Męczeństwo Piotra Oheya zostały już zakontraktowane przez firmę Lerici[18]. Na pozostałe trzy sztuki: Na pełnym morzu, Strip-tease, Karol udzieliłem im opcji, z której skorzystali[19]. Za Policję i Męczeństwo Piotra Oheya płacą mi po 50 000 lirów. Obecnie wysunęli propozycję, żeby wszystkie te sztuki wydać razem w jednym tomiku, zawrzeć jeden nowy ogólny kontrakt i dać za wszystko zaliczkę w wysokości 75 000 lirów. (Jaka ma być ogólna suma honorarium, o tym nie wspominają). Piszę o tym tak szczegółowo, ponieważ nie mam pojęcia, jakie są stosunki wydawnicze we Włoszech, jeśli chodzi o sztuki, ale wydaje mi się, że to nie jest za dużo. Trzy lata temu, kiedy proponowano mi pierwsze kontrakty za granicą, popełniłem wiele fatalnych błędów, podpisując co się dało, z wielkiej radości, że w ogóle coś mi ktoś proponuje. Obecnie chciałbym uniknąć tych błędów. Może właśnie propozycja od Rizzoli byłaby jakimś kontrargumentem wobec Lerici? Tyle że Lerici skorzystał już z udzielonych mu opcji.

 

Natomiast Indyka wydaje dla odmiany Einaudi w jakiejś antologii dramaturgii współczesnej[20]. Płaci 100 dolarów, dał już zaliczkę, ale publikacja ta, rzecz jasna, jeszcze się nie ukazała.

U Lericiego tłumaczką jest Signora Vera Petrelli Verdiani, która, jak pisze Lerici, tłumaczyła też Popiół i diament Andrzejewskiego[21]. U Einaudiego tłumaczem jest Riccardo Landau[22]. Przynajmniej był, bo może tłumaczenie się nie udało i dali komu innemu. Nazwiska obojga tłumaczy nic mi nie mówią.

W Londynie jestem na zaproszenie Międzynarodowego Instytutu Teatralnego[23]. Zostanę tu do końca roku, potem ruszę się do Niemiec, Włoch i Francji. Ale adres londyński, który podałem powyżej, zostanie długo aktualny. Jest to adres mojej agencji londyńskiej, która działa bardzo sprawnie i będzie mi przekazywać korespondencję.

Łączę najlepsze pozdrowienia

Sł. Mrożek

.

Neapol, 12 grudnia 1961

Drogi Panie,

dziękuję bardzo za wycinki z „Dialogu” i za list.

Niestety, jak widzę z Pana listu, muszę te wycinki potraktować tylko jako upominek osobisty, skoro jest Pan już związany umową z Lericim. Szczerze żałuję.

Mam nadzieję, że dotrze Pan znowu do Neapolu w czasie swojej włoskiej podróży. Będzie mi miło odnowić naszą znajomość.

Łączę najlepsze pozdrowienia

Gustaw Herling-Grudziński

.

Neapol, 28 lutego 1963

Drogi Panie,

dziękuję serdecznie za Deszcz[24]. Przeczytałem go natychmiast z najżywszym zainteresowaniem. Najlepsze wydało mi się opowiadanie Ad astra[25], naprawdę doskonałe. Cieszę się szczerze, że maszeruje Pan wciąż naprzód w siedmiomilowych butach.

Łączę przyjazne słowa

G.H.G.

Co z Pana wydawcami włoskimi? Niech Pan pamięta, że mój Rizzoli jest nadal do dyspozycji.

.

Warszawa, 26 marca 1963

Szanowny Panie,

dziękuję za kartkę. Co do opowiadań, to jak zwykle jest dystans między nimi a mną obecnym, nie to, czy jestem gorszy od nich, czy lepszy, ale inny, nieunikniony dystans w czasie, roczny, albo nawet i trzyletni. (Ad astra to już trzy lata temu). Zawsze więc nęka troska, co dalej, jak by tu odpowiedzieć sobie samemu, bieżącemu. Oczywiście, miło mi przyjąć wyrazy uznania i wdzięczny jestem Panu za nie. Ale żeby być uczciwym, trochę muszę je przyjąć jakby w imieniu tego, którym byłem, niestety.

Posyłam Panu w osobnej kopercie wydanie Lericiego z moimi trzema sztuczkami[26], podobno ma wydać on i dalsze. Einaudi nareszcie, jak oznajmia, wymęczy w tym roku zbiorek opowiadań, oczywiście już bardzo dawnych. Jednak prawo do dedykacji rezerwuję sobie, kiedy wyjdzie (w tym roku) zbiór wszystkich moich sztuk, w Polsce, na polskim egzemplarzu. Ten tomik Lericiego ma trochę charakter magazynowy i nie śmiałem go Panu dedykować.

Łączę pozdrowienia

Sł. Mrożek

.

Rzym, 6 czerwca 1963

Szanowny Panie,

sam się tego nie spodziewając, znalazłem się jednak jeszcze raz w Italii. (Tym razem z żoną[27], w ciągu minionych czterech lat zmieniłem stan cywilny). Około 15 czerwca znajomi zabiorą mnie (nas) samochodem na Południe. Czy pozwoli Pan, że kiedy droga powiedzie przez Neapol, zatelefonuję do Pana?

Do trzynastego czerwca na pewno, a chyba i dwa dni dłużej jeszcze, mieszkam w powyższym hotelu.

Łączę pozdrowienia

S. Mrożek

.

Chiavari, 12 czerwca 1963

Szanowny Panie,

w ślad za moim ostatnim listem – prostuję, że musiałem zmienić trochę plany i w pobliże Neapolu dotrę dopiero między początkiem a połową lipca, i wtedy zatelefonuję do Pana (oczywiście za uprzednim Pańskim upoważnieniem).

Nie jestem już w Rzymie, ale w drodze na Południe zostanę w Rzymie jeszcze kilka dni. Ostatnio widziałem się w Rzymie z Państwem Chiaromonte, zobaczę ich jeszcze raz, z czego bardzo się cieszę, bo jest to najsympatyczniejsza znajomość, jaką do tej pory udało mi się zawrzeć z jakimkolwiek Włochem i jego żoną.

Łączę pozdrowienia

Sł. Mrożek

.

Rzym, 2 kwietnia 1964

Drogi Panie,

dopiero teraz dowiaduję się od Chiaromonte, że Pan jeszcze jest we Włoszech. Powstała między nami masa nieporozumień: najpierw oczekiwałem Pana w Neapolu – nic z tego nie wyszło; potem otrzymałem Pana list z Chiavari, z którego zrozumiałem, że zatrzymał się Pan tam tylko na miesiąc w drodze powrotnej do Warszawy; niedawno przyszła Pana książka (za którą bardzo dziękuję), ale wyjąłem ją z koperty, nie zwróciwszy uwagi, skąd została wysłana.

Mniejsza o to, stało się. Piszę tych parę słów, żeby nawiązać urwany kontakt. Gdyby Panu była potrzebna moja pomoc lub rada, służę najchętniej. Proszę mi dać znać, jak długo będzie aktualny Pana obecny adres: chciałbym Panu posłać w upominku moją nową książkę[28].

Łączę najserdeczniejsze pozdrowienia

Gustaw Herling-Grudziński

.

Chiavari, 13 kwietnia 1964

Szanowny Panie,

dziękuję Panu bardzo za list. Do Neapolu dotąd nie dojechałem, o czym powinienem Pana w swoim czasie zawiadomić i odwołać zapowiedzianą wizytę. Po licznych zmianach adresu i kierunku (byłem dwa razy we Francji), wybrałem z powrotem Włochy i Chiavari. Nie zamierzam się stąd ruszać (nie mówię oczywiście o mniejszych podróżach wewnątrz kraju) w ciągu najbliższego roku. Powyższy adres powinien więc być w tym czasie adresem stałym. Powinien, bo czekam najpierw na przedłużenie naszych paszportów, a potem czeka mnie załatwienie formalności z władzami włoskimi. Myślę jednak, że ponieważ mój pobyt tutaj nie związany jest z żadną pracą z wynagrodzeniem na terenie tego kraju, nie będę miał chyba z nimi trudności. Poza tym nie jestem jedynym obcym literatem, który chce u nich mieszkać. Chyba że moje obywatelstwo może nastręczyć jakieś trudności.

Ostatnią Pańską książką, jaką czytaliśmy, jest Drugie Przyjście.

Obecnie staram się skończyć nową sztukę, trzyaktową[29]. Zlikwidowałem całkowicie „turystyczność” i tymczasowy nastrój mojego tutaj pobytu, wychodząc z założenia, że jakkolwiek długo czy krótko los pozwoli mi tutaj zostać, tylko wtedy skorzystam z tego okresu, jeżeli przyjmę tutejszą rzeczywistość jako moją własną. Żyję więc i pracuję, od stycznia tego roku, normalnie.

W maju być może znowu wyłoni się stary projekt wycieczki na południe (później w ciągu lata nie chciałbym się ruszać), ale nauczony fiaskiem takiego samego projektu w zeszłym roku, boję się uważać jego realizację za pewną.

Łączę serdeczne pozdrowienia

Sł. Mrożek

.

Chiavari, 26 czerwca 1964

Szanowny Panie,

osobno przesyłam Panu egzemplarz mojej sztuki napisanej ostatnio[30]. Nie spodziewam się, żeby ta sztuka została teraz opublikowana i wystawiona w Polsce, chociaż wiem, że „Dialog” i Teatr Współczesny starają się o pozwolenie władz[31]. Nie spodziewając się więc zobaczyć jej na razie w druku – chyba że w jakiś nagły sposób zmieni się na lżejszą obecna sytuacja w kraju – chciałbym zaznajomić Pana z tym tekstem.

Właściwie jest to naprawdę moja pierwsza sztuka trzyaktowa, nieoszukanej objętości, oby nie za cenę pewnych dłużyzn. Różni się także od poprzednich mniejszą „parodystycznością”.

Byłbym wdzięczny Panu za uwagi po jej przeczytaniu.

Proszę o zwrot maszynopisu, choć to nieładnie z mojej strony, wbrew nawet zwyczajowemu prawu, że „niezamówionych rękopisów redakcja nie zwraca”. Ale mam tylko trzy kopie, którymi muszę obsłużyć agentów i ewentualnych tłumaczy.

Jeszcze raz przepraszam i łączę najlepsze pozdrowienia i wyrazy szacunku.

Sł. Mrożek

.

Neapol, 3 lipca 1964

Drogi Panie,

dziękuję za list i za egzemplarz Pana nowej sztuki. Pochlebia mi bardzo, że ma Pan pewne zaufanie do mojego sądu, ale obawiam się, że jest ono niezbyt uzasadnione: jako czytelnik (i to dość pilny) tekstów dramatycznych miałem wielokrotnie okazję uprzytomnić sobie z żalem, że brak mi tego, co ludzie teatru nazywają „wyobraźnią sceniczną”. Spróbuję jednak, skoro Pan sobie tego życzy, powiedzieć w paru słowach, co myślę o Tangu, ale proszę pamiętać, że należy moje uwagi brać „cum grano salis”[32].

Pomysł jest wyborny i bardzo mądry, myślę, że w żadnej ze swoich dotychczasowych sztuk nie sięgnął Pan tak głęboko i z taką przenikliwością. Ale pomysł taki (jak sądzę) wymaga niezmiernie wyważonego zbalansowania dwóch elementów: realistycznego, lub prawie, i groteskowego czy „parodystycznego”. Udało się to Panu bardzo dobrze w pierwszym akcie, który wydaje mi się najlepszy. Potem następuje zakłócenie równowagi, groteska absurdalna (chwilami zbliżona do bufonady) odrywa się niemal zupełnie od ziemi. Kiedy więc dochodzi do puenty z Edkiem pod koniec trzeciego aktu, zawisa ona jakby w próżni, brak jej tego dramatycznego wyrazu, jaki powinna posiadać; jest świetnie pomyślana, ale słabiej przygotowana. Jakkolwiek moje wyczucie teatru jest kiepskie, wyobrażam sobie, że można temu zaradzić, usuwając sporo dłużyzn w drugim akcie i chyba także w trzecim (zwłaszcza w pierwszej połowie). Część odpowiedzialności za to zakłócenie równowagi ponosi również Ala, najbardziej nijaka i blada postać w sztuce.

Będę wkrótce pisał do mojego wydawcy włoskiego (Rizzoli), pozwolę sobie więc (jeśli Pan nie ma nic przeciwko temu) zwrócić mu uwagę na Tango[33]. We Włoszech, jak Panu już zapewne wiadomo, książkowe wydania sztuk cieszą się dużym powodzeniem (może dlatego, że nie ma tu w praktyce teatru).